O kamerach monitoringu raz jeszcze i aż do skutku. 2009-06-04

Po raz kolejny w The Times online  mogliśmy przeczytać o tym jak w Wielkiej Brytanii, lokalne władze  pokazały do czego służą kamery monitoringu i ustawy antyterrorystyczne. Władze ponownie udowodniły, że wszystko to wcale nie służy ani poprawie bezpieczeństwa mieszkańców, ani walce z jakimiś terrorystami (co to ich nikt poza ekranem telewizyjnym nigdy na oczy nie widział), ani w ogóle niczemu przydatnemu, na co wskazywałoby wydawanie miliardów z kieszeni podatnika.

Lokalni urzędnicy użyli bowiem nadanej sobie władzy do inwigilacji, by sprawdzić ile czasu pewien pracownik ich urzędu spędza pod prysznicem.
Prosimy się nie śmiać. Sprawa jest całkiem poważna. Rada okręgu Burnley użyła praw wprowadzonych do ochrony narodowego bezpieczeństwa, by przeprowadzić tajną operację przeciwko jednemu z jej urzędników, ponieważ podejrzewano go o to, że w czasie pracy uczęszcza na siłownię.
Oficjalne papiery, do których dostęp uzyskano dzięki ustawie o wolności dostępu do informacji (Freedom of Information Act), ujawniły, że rada Burnley postanowiła przeprowadzić operację "bezpośredniej inwigilacji" której celem było "stwierdzenie, czy pracownik urzędu używa siłowni/prysznica w godzinach pracy".

Zamiast przeprowadzić wywiad lub kontrolować jego obecność, rada użyła zasobów ludzkich do szpiegowania kroków urzędnika, także na terenie przebieralni. Nie posunięto się do instalacji ukrytych kamer.

Pozwolenie na trzymiesięczną inwigilację zakończyło się konkluzją, że urzędnik kontynuował swoje "zajęcia osobiste"  będąc w pracy, co zostało poczytane jako oszustwo wobec urzędu.

Zgodnie z Regulation of Investigatory Powers Act (Ripa), wszczęcie operacji wymagało wydania zgody wyższych rangą urzędników.

Ripa, to wprowadzona przez rząd w 2000 roku ustawa, która, jak to określano w czasie jej wprowadzania, jest niezbędna do walki z terroryzmem.

Jak to określił przedstawiciel opozycyjnej partii "to absurd, że władza stworzona do walki z poważnymi przestępstwami używana jest do podglądania ludzi pod prysznicem. To nie w porządku w stosunku do podatników, których pieniądze używane są przez armię szpiegów z rady miejskiej, realizujących swoje fantazje o byciu Jamesem Bondem."

Władze Burnley odmówiły komentarza w tej sprawie.

Przypomnijmy, że już wspominaliśmy o takich nadużyciach w tekście pt. "Dzieci krzyczą, psy szczekają" w którym napisaliśmy, w jaki sposób lokalne władze w Wielkiej Brytanii używają Ripa do szpiegowania ludzi, którzy nie sprzątają z chodników po swoich czworonogach lub szpiegowania czy rodzina posyła dziecko do szkoły we właściwym rejonie.

Wydaje nam się jednak, że w pewnej kwestii The Times się pomylił. Pomylił się w pierwszym zdaniu, które brzmi: "Lokalne władze użyły przepisów inwigilacyjnych stworzonych do łapania terrorystów oraz zapobiegania poważnym przestępstwom..."

Źle. Tylko naiwny nadal wierzy, że przepisy te rzeczywiście zostały stworzone z myślą o walce  z terroryzmem i zapobieganiu poważnymi przestępstwom.

Czy istnieją dowody na potwierdzenie powyższej tezy? Ależ oczywiście. Wystarczy spojrzeć m.in. w jakim kierunku rozwijane są owe przepisy i systemy do "walki z terroryzmem". Prawdziwe intencje uwidaczniają się gdy patrzymy na owoce jakie to wszystko przynosi.

Brytyjski rząd już niedługo będzie w posiadaniu działającej sieci kamer ulepszonych o software do rozpoznawania numerów rejestracyjnych pojazdów.
Brytyjska Policja będzie pierwszym w zachodnim świecie aparatem policyjnym, który posiądzie system pozwalający na dokładne, co do lokacji, śledzenie pojazdu na terenie całej Wielkiej Brytanii.

Napisało na ten temat BBC w artykule mówiącym, że okręgi w których działają obecnie kamery monitoringu zaczynają podłączać swoje systemy do sieci ANPR - Automatic Number Plate Recognition (automatyczne rozpoznawanie numerów tablic rejestracyjnych). Wystarczy, że kamery są w dobrym stanie technicznym by dało się zaadoptować je do nowego systemu.

John Dean, koordynator sieci ANPR z biura szefa policji powiedział: "To najlepsze wywiadowcze narzędzie policyjne jakie posiadamy.

Działa na tak wielu różnych polach, od zmniejszania ilości przestępstw, poprzez ich wykrywalność, a na bezpieczeństwie ruchu drogowego kończąc".

Na razie zauważymy jedynie, że pan koordynator ANPR, John Dean mówi co mu ślina na język przyniesie, powtarzając medialne, bezpodstawne  formułki. Ale to udowodnimy za moment. Na razie wróćmy do tekstu BBC, bowiem opisano w nim także doświadczenia niejakiego Johna Catt, który miał już nieprzyjemność zapoznania się ze sposobem działania systemu.

John Catt znalazł się po niewłaściwej stronie. Jest stałym bywalcem demonstracji antywojennych, które odbywają się w jego rodzinnym mieście, w Brighton.

W czasie jednego z takich protestów, na jego samochodzie policja umieściła "znacznik" (prawdopodobnie chodzi o zwykłe spisanie numerów i podanie do centrali, a nie o fizyczne naznaczenie jakimś nadajnikiem - przyp. tłum.). Oznaczało to, że został on dodany do "gorącej listy".

System stworzony został z myślą o kryminalistach, jednak John Catt nigdy nie został za nic skazany. Mimo tego, w drodze do Londynu został zatrzymany przez jednostkę antyterrorystyczną.

"Zagrożono mi Ustawą o Terroryzmie. Musiałem odpowiedzieć na każde ich pytanie a jeślibym odmówił odpowiedzi na jakiekolwiek z nich, zostałbym aresztowany. Pomyślałem wtedy, w jakim świecie przyszło nam żyć".

Dobre pytanie, które my zadajemy sobie dość często analizując informacje ze świata.
W artykule BBC czytamy także, że policja nie wie ile w sumie posiada kamer oraz, że z powodów operacyjnych nie wyjawi gdzie znajdują się umieszczone na stałe urządzenia rejestrujące.
Jednocześnie Komisarz ds Informacji, Richard Thomas, którego praca polega m.in. na ochronie danych osobowych, niepokoi się o brak regulacji tych działań.
"Nie śledzimy tego tematu. Moje biuro ma ograniczone moce. Posiadamy skończone moce przerobowe. Nie monitorujemy aktywnie poczynań na tym polu. To dobrze, że zadajecie pytania. Nikt obecnie tego nie sprawdza."

Wygląda więc na to, że brytyjska policja w sumie robi sobie z tymi zebranymi danymi o numerach rejestracyjnych i "gorących listach" co chce.

Policja w Sussex odmówiła komentarza na temat nakładania przez nią znaczników na samochody ludzi protestujących przeciwko wojnie.

Twórcy realizowanego przez BBC programu "Kto ci się przygląda?" (Who's Watching You?) poprosili znaną już czytelnikom tego bloga brytyjską panią minister Jacqui Smith, o komentarz w tej sprawie.
Pani Jacqui jak typowy urzędas odpowiedziała, że:
"Jest to coś, czemu przyjrzymy się później podczas stanowienia prawa, w przypadkach które będą tego wymagały".
Nic nas tak nie denerwuje jak urzędnik państwowy który wypowiada się na temat o którym nie ma pojęcia, a znajomość którego należy przecież do jego głównych obowiązków. Dlatego ucieszyła nas niedawna wiadomość, że prawdopodobnie Pani Smith opuści gabinet Premiera Browna. Im ich tam mniej tym oczywiście lepiej. Dodatkowo Pani Smith jest podobno główną siła stojącą za wprowadzaniem kart identyfikacyjnych dla Brytyjczyków. Niektórzy zastanawiają się czy po tym gdy Pani Smith odejdzie z rządu, sprawa ID-Card nadal będzie kontynuowana. Naszym zdaniem tak, bo brytyjski rząd podąża drogą którą mu wytyczono, a nie którą obrał sam z własnej i nieprzymuszonej woli.
Ale wracajmy do wypowiedzi, prawdopodobnie już niedługo byłej minister spraw wewnętrznych, Pani Smith.
Pani minister kontynuuje:
"Nie wydaje mi się, że powinniśmy przeoczyć wszelkie korzyści jakie trzeba brać pod uwagę, które ta technologia nam przynosi, przynosi siłom policyjnym."

Tu przynajmniej tyle dobrego, że Pani Smith nie wygaduje głupot, że system śledzenia samochodów przynosi jakieś korzyści obywatelom, tylko wyraźnie stwierdza, ze policji i "nam", czyli bandzie urzędników państwowych do których ona sama przecież należy.

Gdybyśmy to my pytali Panią minister o zdanie, nie omieszkalibyśmy od niej wyciągnąć informację jakie to "wszelkie korzyści, które trzeba brać pod uwagę" ma ona na myśli.

Naszym  zdaniem pani minister powiela jedynie wyuczone formułki, które nie kto inny jak media od wielu lat na całym świecie wpajają swoim widzom.
W Polsce jest podobnie, wystarczy poczytać na forach co ludzie myślą o kamerach monitoringu. Uważają, że kamery równają się bezpieczeństwu.
W Anglii nawet przeciwnicy inwigilacji, osoby które doświadczywszy jej na własnej skórze wiedząc, że nie jest to nic miłego gdy np. obsługa pubu lub restauracji każe człowiekowi zdjąć nakrycie głowy (np. dystyngowanej damie jej wytworny kapelusz), stwierdzają mimo wszystko, że może i w koło robi się nieznośna, Orwellowska atmosfera, jednak kamery zapobiegają przestępczości.

Z różnych względów wpajane w większości mediów formułki mają magiczną moc i pozostają w podświadomości widzów nawet w momencie, gdy przedstawia się im fakty mówiące coś zupełnie odwrotnego.

Prawdą bowiem jest, że nikt do tej pory nie wykonał rzetelnych badań na temat przydatności kamer monitoringu w zapobieganiu poważnym przestępstwom, a tam, gdzie wykonano jakieś poprawniejsze badania na temat przestępczości i kamer, można wysnuć zupełnie odwrotne wnioski.

Na łamach The Times online w 2007 roku wspomniano przy okazji pisania o latających w Wielkiej Brytanii sondach, które filmują ludzi z powietrza, że Koronna Służba Prokuratorska (The Crown Prosecution Service) "nie posiada żadnych wyliczeń dotyczących sukcesu używania kamer monitoringu w walce z przestępstwami. Co do zapobiegania ciężkim przestępstwom z użyciem przemocy, ich liczba podwoiła się w ciągu 10 lat, od czasu instalowania kamer monitoringu na terenie kraju."

Np. raport z 2002 roku (dokument PDF) wyraźnie omawia wyniki "badań" na temat efektywności kamer monitoringu, na których brytyjski rząd opierał dalsze ich forsowanie za niemałe pieniądze podatków.
Strona 44, przedostatni paragraf: "Owe oceny były prowadzone z różnym stopniem kompetencji i w różnym stopniu profesjonalnej niezależności od Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. [...] Warto zauważyć, że niewłaściwie kontrolowane badania (nie włączono) dawały bardziej oczekiwane wyniki niż badania prowadzone w bardziej poprawny sposób (włączono)".

Jak się okazuje niektóre wyniki były "bardziej oczekiwane".
Jednym słowem do roku 2002 brytyjski Home Office sam fundował sobie wyniki, które mówiły oczywiście, że kamery są jak najbardziej potrzebne i skuteczne w czymkolwiek tam sobie wcześniej ministerstwo ustaliło, że mają być skuteczne.

Raport opisuje na szczęście, co wynika z badań przeprowadzanych w sposób bardziej poprawny. Otóż (strona 45): "Badania wykazały, że obecne oceny pokazują iż kamery monitoringu mogą działać najlepiej w przypadku zmniejszenia się liczby przestępstw na parkingach dla samochodów. [...] Ogólnie można stwierdzić, że kamery monitoringu redukują przestępczość w niewielkim stopniu."

Wyniki te potwierdzają także badania stowarzyszenia NACRO, co opisane jest na 16 stronie publikacji wydanej przez Home Office (dokument PDF) dostępnej także w wersji HTML .

Koniec kropka. Całe to gadanie o skuteczności kamer w walce z terroryzmem i ciężkimi przestępstwami to jedna wielka, wyssana z medialno-biurokratycznego palca bzdura.

Nie chcemy znęcać się nad brytyjskim Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, bo nic nam do niego ale inny dokonany na ich zlecenie raport, tym razem na temat wpływu poprawy oświetlenia ulic na przestępstwa (dokument PDF) wykazał, że poprawa oświetlenia ulic spowodowała spadek przestępczości o 30%!

Czytając oba raporty dochodzimy do wniosku, że montowanie kamer monitoringu na ulicach przypomina montowanie bazarowych "ksenonów" w 20 letnich samochodach marki BMW. Nie ważne, że nie działają, za to były droższe niż zwykłe żarówki, a co najważniejsze, na postoju przed remizą lampasy ulubionego dresu lśnią w ich świetle intensywniej.

I wiadomo już, że nie chodzi o bezpieczeństwo obywateli, bo w takim wypadku w Anglii rozświetlono by ulice dodatkowym latarniami, które do tego są pewnie o wiele tańszym niż systemy monitoringu.

Ciekawe tylko ile jeszcze takich raportów trzeba stworzyć, by w końcu kłamliwi urzędnicy i policjanci przyznali się, że tu nie chodzi o terroryzm, czy ciężkie przestępstwa. Że chodzi o coś innego.

Na ich nieszczęście kolejne wnioski z badań opisała niedawno publikacja The Guardian: "Użycie kamer monitoringu w miastach i centrach miasteczek oraz na osiedlach mieszkalnych nie ma znaczącego wpływu na przestępczość... "

Autorem raportu jest m.in David Farrington, kryminolog Cambridge University, którego badania również doprowadziły do wniosku, że kamery nadają się one świetnie do stosowania w monitoringu parkingów. Tam rzeczywiście zmniejszają przestępczość.

Ciekawe spostrzeżenie dotyczy także badania wykonanego na 30 kamerach w centrum miasta, z którego wynika, iż nie miały one wpływu na przestępczość, miały jedynie wpływ na wzrost doniesień o popełnieniu przestępstwa.

I nikogo nie powinno to dziwić.
Zakapturzony przestępca, który najczęściej kamerami w ogóle się nie przejmuje, daje komuś w dziób i zabiera portfel, a policjant co najwyżej może sobie to wszystko obejrzeć na monitorze systemu monitoringu i dopiero po fakcie wysłać patrol, jeśli oczywiście akurat w ogóle patrzy na monitor a nie w TV, gdzie nadają Kryminalnych czy Policjantów z Miami.
To tyle w temacie jakiejś wymyślonej prewencji.

Warto także zauważyć, co jest sprawą całkowicie podstawową, że jak sama nazwa wskazuje, kamery monitoringu służą do... monitoringu czyli monitorowania, przyglądania się, gapienia i podglądania. Do zapobiegania służą np. prewencyjne patrole policji. Nie mamy tu na myśli czających się w krzakach kretynów z suszarką, czy zwyrodnialców ścigających babcię, sprzedającą czosnek bez jakiegoś urzędniczego zezwolenia, bo to nie żadna policja czy straż, tylko poprzebierani za funkcjonariuszy poborcy podatkowi, wyłudzający pod byle pretekstem pieniądze od obywateli.
My mamy na myśli obecność na ulicach prawdziwych policjantów, których pracy większość ludzi nie docenia (m.in. z powodu tych przebierańców pracujących dla skarbówki), a którzy prewencyjnie patrolując ulice realnie zapobiegają przestępczości. To na świetne wyposażenie, doskonałe wyszkolenie oraz naprawdę wysokie pensje, z powodu wykonywania niebezpiecznego zawodu, powinny iść pieniądze podatników, a nie na systemy kamer, ich obsługę i konserwację.

Skoro już wiemy, że kamery nie służą zapobieganiu terroryzmowi i poważnym przestępstwom, to w takim razie czemu one służą? Po co montują te wszystkie systemy monitorowania obywateli?

Cóż, kamery monitoringu genialnie wręcz nadają się do wyłapywania przechodniów, którzy widząc, że nic nie jedzie, przechodzą przez jezdnię na czerwonym świetle lub kierowców, którzy rozmawiają przez komórkę, lub nie mają zapiętych pasów albo skręcają na skrzyżowaniu w prawo, mimo, iż nie pali się zielona strzałka do skrętu w prawo, bo jest pusto. Będzie można także łapać za ich pomocą rodziców, którzy nieopacznie dadzą klapsa na ulicy dziecku, co pozwoli na sprawniejsze działanie opieki społecznej odbierającej dzieci z rodzin w których "panuje przemoc". O wyłapywaniu obywateli którym nie podoba się np. polityka rządu nawet nie wspominamy, bo to oczywiste.

Systemy monitoringów, oraz prawa które zezwalają na ich montowanie, nie zostały wymyślone by zapobiegać terroryzmowi i poważnym przestępstwom. Prawa te i systemy zostały stworzone tylko i wyłącznie do usprawnienia i poszerzenia zakresu kontroli nad obywatelami i jedynie do tego są i będą przez władzę wykorzystywane.


Żródło informacji:
The Times online - podglądanie urzędnika (język angielski)

dodatkowo:
BBC  o systemie rozpoznawania numerów rejestracyjnych
The Times online w 2007 r. - kamery monitoringu mają znikomy wpływ na przestępczość.
Raport (dokument PDF) - kamery nie mają wpływu na przestępczość a rządowe badania były niemiarodajne. 
Publikacja Home Office (dokument PDF) - kamery nie mają wpływu na przestępczość. Najlepiej sprawdzają się na parkingach.
Raport - oświetlenia ulic wpływa na przestępstwa (dokument PDF).
The Guardian - użycie kamer monitoringu nie ma znaczącego wpływu na przestępczość.



Tagi: monitoring, kamery cctv, inwigilacja, przemilczane fakty

skomentuj (11)
Strona główna