Po raz kolejny
w The Times online
mogliśmy przeczytać o tym jak w Wielkiej Brytanii, lokalne
władze pokazały do czego służą kamery monitoringu i ustawy
antyterrorystyczne. Władze ponownie udowodniły, że wszystko to wcale
nie służy ani poprawie bezpieczeństwa mieszkańców, ani walce z jakimiś
terrorystami (co to ich nikt poza ekranem telewizyjnym nigdy na oczy
nie widział), ani w ogóle niczemu przydatnemu, na co wskazywałoby
wydawanie miliardów z kieszeni podatnika.
Lokalni urzędnicy użyli bowiem nadanej sobie władzy do inwigilacji, by
sprawdzić ile czasu pewien pracownik ich urzędu spędza pod prysznicem.
Prosimy się nie śmiać. Sprawa jest całkiem poważna. Rada okręgu Burnley
użyła praw wprowadzonych do ochrony narodowego bezpieczeństwa, by
przeprowadzić tajną operację przeciwko jednemu z jej urzędników,
ponieważ podejrzewano go o to, że w czasie pracy uczęszcza na siłownię.
Oficjalne papiery, do których dostęp uzyskano dzięki ustawie o wolności
dostępu do informacji (Freedom of Information Act), ujawniły, że rada
Burnley postanowiła przeprowadzić operację "bezpośredniej inwigilacji"
której celem było "stwierdzenie,
czy pracownik urzędu używa siłowni/prysznica w godzinach pracy".
Zamiast przeprowadzić wywiad lub kontrolować jego obecność, rada użyła
zasobów ludzkich do szpiegowania kroków urzędnika, także na terenie
przebieralni. Nie posunięto się do instalacji ukrytych kamer.
Pozwolenie na trzymiesięczną inwigilację zakończyło się konkluzją, że
urzędnik kontynuował swoje "zajęcia
osobiste" będąc w pracy, co zostało poczytane
jako oszustwo wobec urzędu.
Zgodnie z Regulation of Investigatory Powers Act (Ripa), wszczęcie
operacji wymagało wydania zgody wyższych rangą urzędników.
Ripa, to wprowadzona przez rząd w 2000 roku ustawa, która, jak to
określano w czasie jej wprowadzania, jest niezbędna do walki z
terroryzmem.
Jak to określił przedstawiciel opozycyjnej partii "to absurd, że władza stworzona
do walki z poważnymi przestępstwami używana jest do podglądania ludzi
pod prysznicem. To nie w porządku w stosunku do podatników, których
pieniądze używane są przez armię szpiegów z rady miejskiej,
realizujących swoje fantazje o byciu Jamesem Bondem."
Władze Burnley odmówiły komentarza w tej sprawie.
Przypomnijmy, że już wspominaliśmy o takich nadużyciach w tekście pt. "Dzieci krzyczą, psy szczekają" w
którym napisaliśmy, w jaki sposób lokalne władze w Wielkiej Brytanii
używają Ripa do szpiegowania ludzi, którzy nie sprzątają z chodników po
swoich czworonogach lub szpiegowania czy rodzina posyła dziecko do
szkoły we właściwym rejonie.
Wydaje nam się jednak, że w pewnej kwestii The Times się pomylił.
Pomylił się w pierwszym zdaniu, które brzmi: "Lokalne władze użyły przepisów
inwigilacyjnych stworzonych do łapania terrorystów oraz zapobiegania
poważnym przestępstwom..."
Źle. Tylko naiwny nadal wierzy, że przepisy te rzeczywiście zostały
stworzone z myślą o walce z terroryzmem i zapobieganiu
poważnymi przestępstwom.
Czy istnieją dowody na potwierdzenie powyższej tezy? Ależ oczywiście. Wystarczy spojrzeć
m.in. w jakim kierunku rozwijane są owe przepisy i systemy do "walki z
terroryzmem". Prawdziwe intencje uwidaczniają się gdy patrzymy na owoce
jakie to wszystko przynosi.
Brytyjski rząd już niedługo będzie w posiadaniu działającej sieci kamer
ulepszonych o software do rozpoznawania numerów rejestracyjnych
pojazdów.
Brytyjska Policja będzie pierwszym w zachodnim świecie aparatem
policyjnym, który posiądzie system pozwalający na dokładne, co do
lokacji, śledzenie pojazdu na terenie całej Wielkiej Brytanii.
Napisało na ten temat BBC w artykule mówiącym,
że okręgi w których działają obecnie kamery monitoringu zaczynają
podłączać swoje systemy do sieci ANPR - Automatic Number Plate
Recognition (automatyczne rozpoznawanie numerów tablic
rejestracyjnych). Wystarczy, że kamery są w dobrym stanie technicznym
by dało się zaadoptować je do nowego systemu.
John Dean, koordynator sieci ANPR z biura szefa policji powiedział: "To najlepsze wywiadowcze
narzędzie policyjne jakie posiadamy.
Działa na tak wielu
różnych polach, od zmniejszania ilości przestępstw, poprzez ich
wykrywalność, a na bezpieczeństwie ruchu drogowego kończąc".
Na razie zauważymy jedynie, że pan koordynator ANPR, John Dean mówi co
mu ślina na język przyniesie, powtarzając medialne,
bezpodstawne formułki. Ale to udowodnimy za moment. Na razie
wróćmy do tekstu BBC, bowiem opisano w nim także doświadczenia niejakiego Johna
Catt, który miał już nieprzyjemność zapoznania się ze sposobem
działania systemu.
John Catt znalazł się po niewłaściwej stronie. Jest stałym bywalcem
demonstracji antywojennych, które odbywają się w jego rodzinnym
mieście, w Brighton.
W czasie jednego z takich protestów, na jego samochodzie policja
umieściła "znacznik"
(prawdopodobnie chodzi o zwykłe spisanie numerów i podanie do centrali,
a nie o fizyczne naznaczenie jakimś nadajnikiem - przyp. tłum.).
Oznaczało to, że został on dodany do "gorącej listy".
System stworzony został z myślą o kryminalistach, jednak John Catt
nigdy nie został za nic skazany. Mimo tego, w drodze do Londynu został
zatrzymany przez jednostkę antyterrorystyczną.
"Zagrożono mi Ustawą o
Terroryzmie. Musiałem odpowiedzieć na każde ich pytanie a jeślibym
odmówił odpowiedzi na jakiekolwiek z nich, zostałbym aresztowany.
Pomyślałem wtedy, w jakim świecie przyszło nam żyć".
Dobre pytanie, które my zadajemy sobie dość często analizując
informacje ze świata.
W artykule BBC czytamy także, że policja nie wie ile w sumie posiada
kamer oraz, że z powodów operacyjnych nie wyjawi gdzie znajdują się
umieszczone na stałe urządzenia rejestrujące.
Jednocześnie Komisarz ds Informacji, Richard Thomas, którego praca
polega m.in. na ochronie danych osobowych, niepokoi się o brak
regulacji tych działań.
"Nie śledzimy tego
tematu. Moje biuro ma ograniczone moce. Posiadamy skończone moce
przerobowe. Nie monitorujemy aktywnie poczynań na tym polu. To dobrze,
że zadajecie pytania. Nikt obecnie tego nie sprawdza."
Wygląda więc na to, że brytyjska policja w sumie robi sobie z tymi
zebranymi danymi o numerach rejestracyjnych i "gorących listach" co chce.
Policja w Sussex odmówiła komentarza na temat nakładania przez nią
znaczników na samochody ludzi protestujących przeciwko wojnie.
Twórcy realizowanego przez BBC programu "Kto ci się przygląda?" (Who's
Watching You?) poprosili znaną już czytelnikom tego bloga brytyjską
panią minister Jacqui Smith, o komentarz w tej sprawie.
Pani Jacqui jak typowy urzędas odpowiedziała, że:
"Jest to coś, czemu
przyjrzymy się później podczas stanowienia prawa, w przypadkach które będą
tego wymagały".
Nic nas tak nie denerwuje jak urzędnik państwowy który wypowiada się na
temat o którym nie ma pojęcia, a znajomość którego należy przecież do jego
głównych obowiązków. Dlatego ucieszyła nas niedawna wiadomość, że
prawdopodobnie Pani Smith opuści gabinet Premiera Browna. Im ich tam
mniej tym oczywiście lepiej. Dodatkowo Pani Smith jest podobno główną
siła stojącą za wprowadzaniem kart identyfikacyjnych dla Brytyjczyków.
Niektórzy zastanawiają się czy po tym gdy Pani Smith odejdzie z rządu,
sprawa ID-Card nadal będzie kontynuowana. Naszym zdaniem tak, bo
brytyjski rząd podąża drogą którą mu wytyczono, a nie którą obrał sam z
własnej i nieprzymuszonej woli.
Ale wracajmy do wypowiedzi, prawdopodobnie już niedługo byłej minister
spraw wewnętrznych, Pani Smith.
Pani minister kontynuuje:
"Nie wydaje mi się, że
powinniśmy przeoczyć wszelkie korzyści jakie trzeba brać pod uwagę,
które ta technologia nam przynosi, przynosi siłom policyjnym."
Tu przynajmniej tyle dobrego, że Pani Smith nie wygaduje głupot, że
system śledzenia samochodów przynosi jakieś korzyści obywatelom, tylko
wyraźnie stwierdza, ze policji i "nam", czyli bandzie urzędników
państwowych do których ona sama przecież należy.
Gdybyśmy to my pytali Panią minister o zdanie, nie omieszkalibyśmy od
niej wyciągnąć informację jakie to "wszelkie
korzyści, które trzeba brać pod uwagę" ma ona na myśli.
Naszym zdaniem pani minister powiela jedynie wyuczone
formułki, które nie kto inny jak media od wielu lat na całym świecie
wpajają swoim widzom.
W Polsce jest podobnie, wystarczy poczytać na forach co ludzie myślą o
kamerach monitoringu. Uważają, że kamery równają się bezpieczeństwu.
W Anglii nawet przeciwnicy inwigilacji, osoby które doświadczywszy jej
na własnej skórze wiedząc, że nie jest to nic miłego gdy np. obsługa
pubu lub restauracji każe człowiekowi zdjąć nakrycie głowy (np.
dystyngowanej damie jej wytworny kapelusz), stwierdzają mimo wszystko,
że może i w koło robi się nieznośna, Orwellowska atmosfera, jednak
kamery zapobiegają przestępczości.
Z różnych względów wpajane w większości mediów formułki mają magiczną
moc i pozostają w podświadomości widzów nawet w momencie, gdy
przedstawia się im fakty mówiące coś zupełnie odwrotnego.
Prawdą bowiem jest, że nikt do tej pory nie wykonał rzetelnych badań na
temat przydatności kamer monitoringu w zapobieganiu poważnym
przestępstwom, a tam, gdzie wykonano jakieś poprawniejsze badania na
temat przestępczości i kamer, można wysnuć zupełnie odwrotne wnioski.
Na łamach The Times online w 2007 roku
wspomniano przy okazji pisania o latających w Wielkiej Brytanii
sondach, które filmują ludzi z powietrza, że Koronna Służba
Prokuratorska (The Crown Prosecution Service) "nie posiada żadnych wyliczeń
dotyczących sukcesu używania kamer monitoringu w walce z
przestępstwami. Co do zapobiegania ciężkim przestępstwom z użyciem
przemocy, ich liczba podwoiła się w ciągu 10 lat, od czasu instalowania
kamer monitoringu na terenie kraju."
Np. raport z 2002 roku (dokument PDF)
wyraźnie omawia wyniki "badań" na temat efektywności kamer monitoringu,
na których brytyjski rząd opierał dalsze ich forsowanie za niemałe
pieniądze podatków.
Strona 44, przedostatni paragraf:
"Owe oceny były prowadzone z różnym stopniem kompetencji i w różnym
stopniu profesjonalnej niezależności od Ministerstwa Spraw
Wewnętrznych. [...] Warto zauważyć, że niewłaściwie kontrolowane
badania (nie włączono) dawały bardziej oczekiwane wyniki niż badania
prowadzone w bardziej poprawny sposób (włączono)".
Jak się okazuje niektóre wyniki były "bardziej oczekiwane".
Jednym słowem do roku 2002 brytyjski Home Office sam fundował sobie
wyniki, które mówiły oczywiście, że kamery są jak najbardziej
potrzebne i skuteczne w czymkolwiek tam sobie wcześniej ministerstwo
ustaliło, że mają być skuteczne.
Raport opisuje na szczęście, co wynika z badań przeprowadzanych
w sposób bardziej poprawny. Otóż (strona 45): "Badania wykazały, że obecne
oceny pokazują iż kamery monitoringu mogą działać najlepiej w przypadku
zmniejszenia się liczby przestępstw na parkingach dla samochodów. [...]
Ogólnie można stwierdzić, że kamery monitoringu redukują przestępczość w
niewielkim stopniu."
Wyniki te potwierdzają także badania stowarzyszenia NACRO, co opisane
jest na 16 stronie publikacji wydanej przez Home Office
(dokument PDF) dostępnej także w wersji HTML .
Koniec kropka. Całe to gadanie o skuteczności kamer w walce z terroryzmem i ciężkimi przestępstwami to jedna wielka,
wyssana z medialno-biurokratycznego palca bzdura.
Nie chcemy znęcać się nad brytyjskim Ministerstwem Spraw Wewnętrznych,
bo nic nam do niego ale inny dokonany na ich zlecenie raport, tym razem
na temat wpływu poprawy oświetlenia ulic na
przestępstwa (dokument PDF) wykazał, że poprawa oświetlenia
ulic spowodowała spadek przestępczości o 30%!
Czytając oba raporty dochodzimy do wniosku, że montowanie kamer
monitoringu na ulicach przypomina montowanie bazarowych "ksenonów" w 20
letnich samochodach marki BMW. Nie ważne, że nie działają, za to były
droższe niż zwykłe żarówki, a co najważniejsze, na postoju przed remizą
lampasy ulubionego dresu lśnią w ich świetle intensywniej.
I wiadomo już, że nie chodzi o bezpieczeństwo obywateli, bo w takim
wypadku w Anglii rozświetlono by ulice dodatkowym latarniami, które do
tego są pewnie o wiele tańszym niż systemy monitoringu.
Ciekawe tylko ile jeszcze takich raportów trzeba stworzyć, by w końcu
kłamliwi urzędnicy i policjanci przyznali się, że tu nie chodzi o
terroryzm, czy ciężkie przestępstwa. Że chodzi o coś innego.
Na ich nieszczęście kolejne wnioski z badań opisała niedawno publikacja The Guardian: "Użycie kamer monitoringu w
miastach i centrach miasteczek oraz na osiedlach mieszkalnych nie ma
znaczącego wpływu na przestępczość... "
Autorem raportu jest m.in David Farrington, kryminolog Cambridge
University, którego badania również doprowadziły do wniosku, że kamery nadają
się one świetnie do stosowania w monitoringu parkingów. Tam
rzeczywiście zmniejszają przestępczość.
Ciekawe spostrzeżenie dotyczy także badania wykonanego na 30 kamerach w
centrum miasta, z którego wynika, iż nie miały one wpływu na
przestępczość, miały jedynie wpływ na wzrost doniesień o popełnieniu
przestępstwa.
I nikogo nie powinno to dziwić.
Zakapturzony przestępca, który najczęściej kamerami w ogóle się nie
przejmuje, daje komuś w dziób i zabiera portfel, a policjant co
najwyżej może sobie to wszystko obejrzeć na monitorze systemu monitoringu i
dopiero po fakcie wysłać patrol, jeśli oczywiście akurat w ogóle patrzy na
monitor a nie w TV, gdzie nadają Kryminalnych czy Policjantów z Miami.
To tyle w temacie jakiejś wymyślonej prewencji.
Warto także zauważyć, co jest sprawą całkowicie podstawową, że jak sama
nazwa wskazuje, kamery monitoringu służą do... monitoringu czyli
monitorowania, przyglądania się, gapienia i podglądania. Do
zapobiegania służą np. prewencyjne patrole policji. Nie mamy tu na
myśli czających się w krzakach kretynów z suszarką, czy
zwyrodnialców ścigających babcię, sprzedającą czosnek bez jakiegoś
urzędniczego zezwolenia, bo to nie żadna policja czy straż, tylko
poprzebierani za funkcjonariuszy poborcy podatkowi, wyłudzający pod
byle pretekstem pieniądze od obywateli.
My mamy na myśli obecność na ulicach prawdziwych policjantów, których
pracy większość ludzi nie docenia (m.in. z powodu tych przebierańców
pracujących dla skarbówki), a którzy prewencyjnie patrolując ulice
realnie zapobiegają przestępczości. To na świetne wyposażenie, doskonałe wyszkolenie oraz naprawdę wysokie pensje, z powodu wykonywania niebezpiecznego zawodu, powinny iść pieniądze podatników, a nie na systemy kamer, ich obsługę i konserwację.
Skoro już wiemy, że kamery nie służą zapobieganiu terroryzmowi
i poważnym przestępstwom, to w takim razie czemu one służą? Po co
montują te wszystkie systemy monitorowania obywateli?
Cóż, kamery monitoringu genialnie wręcz nadają się do wyłapywania
przechodniów, którzy widząc, że nic nie jedzie, przechodzą przez
jezdnię na czerwonym świetle lub kierowców, którzy rozmawiają przez
komórkę, lub nie mają zapiętych pasów albo skręcają na skrzyżowaniu w
prawo, mimo, iż nie pali się zielona
strzałka do skrętu w prawo, bo jest pusto. Będzie można także łapać za ich
pomocą rodziców, którzy nieopacznie dadzą klapsa na ulicy dziecku, co
pozwoli na sprawniejsze działanie opieki społecznej odbierającej dzieci
z rodzin w których "panuje przemoc". O wyłapywaniu obywateli którym nie
podoba się np. polityka rządu nawet nie wspominamy, bo to oczywiste.
Systemy monitoringów, oraz prawa które zezwalają na ich montowanie, nie
zostały wymyślone by zapobiegać terroryzmowi i poważnym przestępstwom.
Prawa te i systemy zostały stworzone tylko i wyłącznie do usprawnienia i
poszerzenia zakresu kontroli nad obywatelami i jedynie do tego są i
będą przez władzę wykorzystywane.
Żródło informacji:
The Times online - podglądanie
urzędnika (język angielski)
dodatkowo:
BBC o systemie
rozpoznawania numerów rejestracyjnych
The Times online w 2007 r. -
kamery monitoringu mają znikomy wpływ na przestępczość.
Raport (dokument PDF)
- kamery nie mają wpływu na przestępczość a rządowe badania
były niemiarodajne.
Publikacja Home Office
(dokument PDF) - kamery nie mają wpływu na przestępczość.
Najlepiej sprawdzają się na parkingach.
Raport - oświetlenia ulic wpływa na
przestępstwa (dokument PDF).
The Guardian - użycie
kamer monitoringu nie ma znaczącego wpływu na przestępczość.