Firmy internetowe zaczynają składować dane. 2009-04-10

Jak podało kilka dni temu BBC, w związku z dyrektywą EU, od poniedziałku dostawcy internetu w Wielkiej Brytanii muszą przechowywać szczegóły dotyczące poczty elektronicznej, oraz internetowych rozmów głosowych własnych klientów.

Plan, który został nakreślony w 2005 zaraz po ataku bombowym w Londynie, wprowadzono właśnie w życie.

Dostawcy internetu i firmy telekomunikacyjne nie ulegali tym propozycjom , gdy tymczasem inne kraje EU nadal zastanawiają się nad ową dyrektywą.

Jim Killock, dyrektor Open Right Group, powiedział, że była to "wariacka dyrektywa" z potencjalnie niebezpiecznymi dla obywateli reperkusjami.

Wszyscy dostawcy internetu w Unii Europejskiej będą musieli składować dane przez rok. Dyrektywa EU, która wymaga od firm telekomunikacyjnych trzymania danych telefonicznych przez 12 miesięcy jest już w mocy.

W skład danych nie wchodzą treści wysyłane pocztą elektroniczna, lub nagrania rozmów prowadzonych za pomocą telefonii internetowej, lecz dane, które mają pozwolić na ustalenie powiązań między jednostkami.

Władze mogą otrzymać dostęp do przechowywanych danych za pośrednictwem nakazu.

Rządy w krajach EU zaczęły wprowadzać w życie tę dyrektywę w ramach ich lokalnych systemów prawnych.

Brytyjskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, odpowiedzialne za funkcjonowanie policji oraz sprawy narodowego bezpieczeństwa, twierdzi, że przedsięwzięto "skuteczne środki bezpieczeństwa".

Dostawcy internetu w całej Europie narzekali na dodatkowe koszta związane ze składowaniem danych. Brytyjski rząd zgodził się wyrównać firmom dostarczającym usługi internetu ponoszone na ten cel wydatki.

Jim Killock przypominał, że dyrektywa została przeprowadzona jedynie dzięki "naciąganiu prawa". EU przegłosowała ją "mówiąc, że jest to zagadnienie natury komercyjnej, a nie sprawa związana z utrzymywaniem porządku" - wyjaśnia.

"Dzięki temu, mogli przepchnąć to w drodze zwykłego głosowania, a nie wyłącznie na zasadzie jednomyślności, która wymagana jest przy zagadnieniach związanych z utrzymywaniem porządku"- mówi. Dodaje również, że "Przedstawiono ją po raz pierwszy w okresie tuż po zamachach bombowych w Londynie, kiedy Europa pozostawała jeszcze pod wpływem szoku. Użyto go do popchnięcia ludzi w konkretnym kierunku."

Szwecja postanowiła całkowicie zignorować tę dyrektywę, a w Niemczech obecnie sprawę rozpatrują tamtejsze sądy.

"Istnieje nadzieja, że zobaczymy pewnego rodzaju próby przeciwstawiania się tej dyrektywie", mówi Killock.

Isabella Sankey, dyrektorka Libery, przyznała, że dyrektywa jedynie formalizuje to, co miało miejsce już od wielu lat w ramach dobrowolnych uzgodnień.

"Problemem nie jest to, że reżim pozwala policji na wgląd w te dane, lecz to, że mają do nich dostęp także setki innych instytucji publicznych."

W oświadczeniu brytyjskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych czytamy, że rząd wprowadził omawianą dyrektywę, ponieważ rządowym priorytetem jest "ochrona bezpieczeństwa publicznego, oraz sprawa bezpieczeństwa narodowego".

W oświadczeniu czytamy również, iż "dane komunikacyjne są komunikacyjnymi "gdzie i kiedy" i stanowią istotną część szerokich działań śledczych w prewencji ataków terrorystycznych, tak samo jak i przyczyniają się do bezpieczeństwa publicznego w ogóle."

"Bez danych telekomunikacyjnych, rozwiązanie przestępstw taki jak morderstwo Rhys Jones, byłoby bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe."

"Dostęp do danych telekomunikacyjnych podlega pod ustawę Regulation of Investigatory Powers Act 2000 (zwany także RIPA, czyli skrót od Ustawa o Regulacji Zakresu Możliwości Śledczych), która zapewnia stosowanie odpowiednich środków bezpieczeństwa, dzięki którym dostęp do danych możliwy jest tylko w niezbędnych i odpowiednich przypadkach."


Ciekawe, czy Brytyjczycy już zdali sobie sprawę, iż nie dość, że będą własnym dostawcom internetu płacić za dostarczanie tego medium, to dodatkowo, w tym samym czasie w podatkach będą płacić za szpiegowanie ich samych.

Dlaczego w obecnych demokracjach nic nie działa tak jak powinno? Dlaczego demokratycznie wybrane władze za pieniądze podatników zamiast wspomagać i kultywować coraz lepsze i otwarte warunki egzystencji na terytorium ich krajów, trwonią zabrane pod przymusem ludziom pieniądze, na tworzenie coraz to wymyślniejszych form ucisku?

Dlaczego, kiedy społeczeństwo "zrzuca się" finansowo na np. policję, by ta ich chroniła, to za moment policja zaczyna hasać po drogach z fotoradarami, radarami i alkomatami zatrzymując ludzi, którzy przekroczą o kilka procent jakieś wymyślone i w 99% bezsensownie umieszczone (przynajmniej w Polsce) ograniczenia prędkości, lub ludzi którzy wypili jedno piwo?

Dlaczego gdy obywatele wyniosą w demokratycznych wyborach jakąś osobę na stanowisko np. prezydenta stolicy ich kraju, to ta zamiast zająć się problemami stolicy, najpierw dobiera sobie współpracowników z partii która teoretycznie cały czas przedstawiana jest jako opozycja, później odpala 450 milionów na "modernizację" stadionu należącego do klubu który jest własnością prywatnej firmy jakichś podejrzanych typów, następnie funduje "darmową" zabawę sylwestrową za 4 miliony we współpracy z firmą innych podejrzanych typów, trwoni pieniądze na zbędne etaty, o wsadzaniu własnych, zapewne znowu podejrzanych typów na urzędnicze stołki, nie wspominając.
I jak my się mamy przekonać do demokracji?
Swoją drogą polecamy serwis/blog http://hgw-watch.pl   Zajmująca lektura, nie tylko dla mieszkańców stolicy. Strona ta stanowi swoiste studium działań demokratycznej władzy na szczeblu lokalnym. Bardzo sprawnie ukazuje mechanizmy współczesnej demokracji - procesy, niuanse i polityczno-biznesowe sposoby przywierania ryja do korytka.

Ale wróćmy jeszcze do brytyjskich nieszczęść, tzn. sposobu w jaki brytyjskie władze, chcą zapewniać bezpieczeństwo publiczne, oraz bronić bezpieczeństwa narodowego.

Zwrócili Państwo uwagę na manipulację jakiej dokonuje brytyjskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w swoim oświadczeniu?

W 2007 roku w Liverpool zginął 12 letni chłopiec. Nazywał się Rhys Milford Jones i zginął od strzału, który ranił go w ramię i szyję. Zmarł w szpitalu.
Po ponad roku za morderstwo skazano kilku członków młodzieżowego gangu.
Jest to oczywiście tragiczna historia, jednak musimy napisać o niej prawdę. Nie udało nam się znaleźć choćby jednej wzmianki o szczególnej roli danych telekomunikacyjnych w tej sprawie Mało tego, przy każdym jej opisie pojawiają się informacje, że tożsamość sprawcy była znana większości mieszkańców okolicy, zanim policja podjęła jakiekolwiek kroki w celu jego zatrzymania!

Wiele wskazuje więc na to, że ten fragment oświadczenia Ministerstwa jest nieprawdą lub półprawdą naciągniętą dla konkretnych potrzeb - zagrania na uczuciach Brytyjczyków, którzy dobrze pamiętają sprawę, którą media bardzo nagłośniły w czasie prowadzenia policyjnego śledztwa.

Ale nie to stanowi główną manipulację. To było jedynie prawdopodobne kłamstwo.
Manipulacja polega na posłużeniu się nagłośnionym przez media morderstwem dziecka, do usprawiedliwienia wdrożenia przepisów dotyczących szpiegowania towarzyskich oraz biznesowych powiązań i zachowań wszystkich brytyjskich (i nie tylko) internautów.

Równie dobrze brytyjskie Ministerstwo mogłoby napisać, że bez danych telekomunikacyjnych, odnalezienie, przez księcia, bajkowego Kopciuszka, byłoby bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe. Nie, nie żartujemy sobie ze śmierci dziecka, tylko chcemy zauważyć, że takie tłumaczenie na jedno by wyszło, ponieważ zbieranie danych na temat poczty elektronicznej i rozmów głosowych wszystkich internautów, ma tyle wspólnego z morderstwem dzieciaka w Liverpool, co z bajką w której dynia przemienia się w karetę. Podejrzewamy jednak, że rzeczywistość jest dziś bardziej fantastyczna niż bajka - wygląda na to, że większość Brytyjczyków przemieniono w idiotów, sądząc po niewielkich głosach sprzeciwu ze strony obywateli UK, choćby na temat sposobu argumentacji, która ma przekonać ich do potrzeby składowania informacji o ich kontaktach, powiązaniach i zwyczajach.

Zwróćmy także uwagę, że dyrektywa ta może naruszać prawa ludzi niebędących mieszkańcami Wielkiej Brytanii, którzy nie korzystają z brytyjskich dostawców internetu, a jedynie komunikują się z osobami przebywającymi i podłączonymi tam do sieci.
Naszym zdaniem sama dyrektywa bardzo wyraźnie wskazuje na to, że wymyślili ją nie rozumiejący sposobu działania internetu ludzie, nie mający pojęcia o globalnym charakterze tego medium.

Ponownie, jakże możemy przekonać się do demokracji, skoro system ten dopuszcza do sytuacji, w której o sprawach ważnych dyskutują niekompetentni idioci, przegłosowujący dyrektywy za naciśnięciem guzika, niczym małpy w laboratorium, którym wydaje się, że guzik pozwala jedynie wyciągnąć banana. Labolatoryjne szympansy, zupełnie jak posłowie, nie dostrzegają kontekstu całości,  tego, że właśnie są obiektem obserwacji, a ich zachowanie będzie mieć wpływ na rezultaty publikowanych prac naukowych, a w konsekwencji także na ludzką wiedzę.
Bo zapewne niewielu z posłów pomyślało "szerzej" głosując na TAK, niewielu wyszło poza znudzenie i próbę szybszego przegłosowania sprawy, by móc rychlej udać się na kolejny raut, prezentację z darmowymi dla euroosłów kanapkami czy w ostateczności do łazienki.
Niestety, demokratyczna większość z nich, w tym przypadku zadowoliła się bananem.

Mniejszość (bo chyba ktoś głosował przeciw) być może zdawała sobie sprawę z tego, że jak to opisano w oświadczeniu brytyjskiego ministerstwa "dane komunikacyjne są komunikacyjnymi "gdzie i kiedy"" ale o czym już ministerstwo nie wspomina, mogą stać się bardzo łatwo komunikacyjnymi "Co, gdzie i kiedy". Bo jak się Państwu wydaje, czego uczy nas historia "terroryzmu" choćby i tylko z ostatnich 8 lat? Jak wiele potrzeba urzędnikom, by "poprawić" dyrektywę, by dane komunikacyjne stały się "Co, gdzie i kiedy", gdy 2/3 pomysłu jest już zaimplementowane, bo europosłowie już wcześniej zgodzili się na "gdzie i kiedy"?

A wtedy już będą mogli, całkowicie zgodnie z prawem, czytać naszą pocztę, słuchać naszych rozmów, nawet tych sprzed roku, a wszystko to oczywiście z powodu rządowych priorytetów "ochrony bezpieczeństwa publicznego i spraw bezpieczeństwa narodowego"

I jeszcze jedna uwaga. Skoro jest to dyrektywa "unijna", to znając naszą jakże "zróżnicowaną" scenę polityczną, albo z entuzjazmem zostanie ta dyrektywa podpisana i wprowadzona w życie przez PO, w ramach wyrównywania szans polskich internautów oczywiście, albo w zależności od wiatrów politycznych jelit, walcząc by w pierwszym paragrafie znalazło się odniesienie do Boga, PiS niczym Rejtan, w geście obrony ojczyzny i honoru internetowych dziatek, ociągając się i grożąc... także podpisze i wprowadzi w życie. SLD zrobi to samo, zapewne ze względu na dobro mniejszości seksualnych, a PSL by być "blisko ludzkich spraw" także w świecie wirtualnym. Itd..

Kto by pomyślał, że mogą nadejść czasy, w których Polacy zatęsknią za rządami Samoobrony? Tym przynajmniej dałoby się "wcisnąć", że od takiej dyrektywy krowy mleka nie będą dawać, klacze nie będą się źrebić, a babom odechce się... i byłoby po dyrektywie.

Wesołych Świąt.


Żródło informacji:
BBC (język angielski)



Tagi: internet, policja, manipulacja, biurokracja, inwigilacja

skomentuj (2)
Strona główna