Cały
czas zastanawia nas krótkowzroczność ludzi, którzy wszędobylską
inwigilację i rozszerzaną kontrolę rządów nad obywatelami kwitują
stwierdzeniem: "nie ma się czego obawiać, jeśli nie ma niczego na
sumieniu."
Być może kiedyś zdanie to rzeczywiście było prawdziwe i ludzie o
nieskazitelnym prowadzeniu się nie mieli się czego obawiać. Dziś jednak
nie ma czegoś takiego jak czyste sumienie. Nie w biurokracji.
Przedstawiami kolejną garść dowodów wskazujących na to, iż
bezpieczeństwo i nietykalność prawna należą do przeszłości, czyli
kolejny wpis traktujący o idiotyzmach biurokratycznej współczesności.
Zaczniemy jednak od Polski, gdzie wrocławska Wyborcza opisała przykład
indoktrynowania dzieci w zupełnie nieoczekiwany (przynajmniej dla nas)
sposób.
Oczywiście w publikacji nie pada ani razu termin "indoktrynacja",
jednak z naszego punktu widzenia, sprawa dotyczy korzystania z
czytników odcisków palców i przyzwyczajania do nich dzieciaków,
zupełnie jakby były czymś normalnym i naturalnym.
Nie, nie jesteśmy anty-technicznymi oszołomami, którzy czytniki
odcisków palców uważają za manifestację zła wcielonego. Z tego co
wiemy, techniki te nie zdają za dobrze egzaminu w przypadku ochrony
danych, sprzętu lub mienia oraz są zawodne w identyfikacji osób, więc
jeśli ktoś chce je wykorzystywać do takich celów, to jego problem.
Jesteśmy jednak całkowicie przeciwni stosowaniu tej technologii w życiu
codziennym do identyfikacji niewinnych ludzi z całkowicie prozaicznych
powodów, takich jak np. sprawdzanie listy obecności... nie zgadną
Państwo... kandydatów do bierzmowania!
Na pomysł instalacji czytników linii papilarnych wpadł miejscowy
ksiądz. Cytując Gazetę Wyborczą: "System
od początku roku obowiązuje w parafii św. Jadwigi. W zakrystii kościoła
zamontowano czytnik, do którego gimnazjaliści przykładają palce przed i
po mszy. To pomysł wikariusza ks. Grzegorza Sowy. Tłumaczył nam, że to
pomysł dobry, bo bezpieczny i nie łamie prawa..."
Po oglądaniu retransmisji z obrad sejmowych wiemy, że głupota nie
przestrzega przynależności partyjnej. Po oglądaniu wiadomości ze
świata, wiemy że nie przestrzega różnic rasowych. Dlaczego więc miałaby
przestrzegać granic wyznaniowych? Dlatego nie mamy żadnych szczególnych
pretensji do księdza. Nie każdy rodzi się bowiem człowiekiem, który
potrafi przewidzieć najprostsze konsekwencje swoich czynów lub decyzji.
O co w ogóle chodzi?
"Młodzież, która przygotowuje się do
bierzmowania, palce w czytniku ma odciskać przez trzy lata. Powinni
uczestniczyć w mszach świętych w niedziele i pierwsze piątki miesiąca
oraz w nabożeństwach różańcowych i roratach. Jeśli w tym czasie zaliczą
200 obecności, są zwolnione z egzaminu przed bierzmowaniem".
Niby wszystko sprawnie, szybko i nowocześnie, jednak jak wypowiadali
się niektórzy rodzice dzieci z tego liceum:
"Pani Jarosława, matka drugoklasisty
Grzegorza, zabroniła mu przykładać palec do czytnika. Tłumaczy: - Taka
forma sprawdzania obecności mi się nie podoba. Sami prowadzimy zeszyt,
gdzie wpisujemy, kiedy był na mszy, co było na kazaniu i który ksiądz
odprawiał mszę.
Matkę Grzegorza oburzył też sposób
wprowadzenia czytnika: - Przed wakacjami od części dzieci pobrano
odciski bez naszej wiedzy. Syn wrócił do domu blady i przestraszony.
Jak tak można?
Matce gimnazjalistki Kasi nie bardzo
podobało się, w jaki sposób przeprowadzono głosowanie w sprawie
zamontowania czytnika: - Ksiądz na zebraniu w szkole opowiedział nam o
nowym systemie. Potem spytał, kto jest za, a kto przeciw. To było
kłopotliwe, bo trudno się w takiej sytuacji wyłamać. Jak większość
podniosłam więc rękę za czytnikiem, bo nie chciałam się wyróżniać. Ale
pomysł też mi się nie podoba. Kościół to nie posterunek policji."
Choć część rodziców zachowała jeszcze odrobinę zdrowego rozsądku. Przy
okazji mama Kasi opisała przykład manipulacji. Kobieta nie
chciała się wychylać i przeciwstawiać decyzji grupy. Można napisać, że
poddan pewnemu mechanizmowi znanemu z psychologii społecznej, uległa
presji grupy. Uległa demokracji. Zapewne tej samej presji ulega przy
urnie wyborczej.
Niepokojem powinno jednak napawać czytanie wypowiedzi jednej z
uczestniczek tegoż "eksperymentu", Gimnazjalistki z Gryfowa:
"- Jest wygodniej. Nie musimy już
stać w kolejce do księdza, żeby dał nam podpis w książeczce do
bierzmowania. I nie będzie oszukiwania - tłumaczy Karolina z drugiej
klasy gryfowskiego gimnazjum. - Cały ten hałas o odciski jest bez
sensu, bo przecież robimy to dobrowolnie."
O sprawie napisaliśmy z dwóch względów. Po pierwsze, aby pokazać typowy
wytwór hodowli obywateli, którzy w niedalekiej przyszłości przyjmą
wszystko, cokolwiek jakaś "władza" czy inny wątpliwy "autorytet"
podsunie im pod nos. Chodzi oczywiście o gimnazjalistkę Karolinę. W
przyszłości zapewne zgodzi się na wszystko, byle tylko wydawało jej
się, że jest wygodniej i "sprawiedliwiej społecznie". Ciekawe ile czasu
dziennie spędzała i spędza przed telewizorem?
Drugi powód jest jednak ważniejszy i dotyczy wypowiedzi urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich:
"- Przechowywanie takich informacji
to duża odpowiedzialność, która wiąże się z koniecznością zapewnienia
bezpieczeństwa danych. - mówi Mirosław Wróblewski z biura rzecznika
praw obywatelskich. - Dobrowolność oddawania odcisków niczego tutaj nie
zmienia. Ksiądz jest nauczycielem religii w szkole, dlatego zobowiązany
jest do przestrzegania przepisów o ochronie danych osobowych. Nie
istnieje podstawa prawna do pobierania odcisków linii papilarnych od
uczniów w takiej sytuacji. Takiej zaś ustawowej podstawy prawnej do
zbierania informacji o każdej osobie przez instytucje publiczne i osoby
w nich zatrudnione wymaga konstytucja."
Czytelnicy zauważą, że przecież rzecznik powiedział, iż to nielegalne,
więc wszystko chyba dobrze się skończyło.
Naszym zdaniem nie, a przynajmniej nie do końca. Warto bowiem zwrócić
uwagę na zdanie:"Nie istnieje podstawa prawna do pobierania odcisków
linii papilarnych od uczniów w takiej sytuacji."
Oznacza to, że gdyby taka podstawa prawna została stworzona lub
dotyczyła innej sytuacji, to wszystko byłoby w jak najlepszym porządku.
Czy pamiętają Państwo kto tworzy owe podstawy prawne? Wiemy, że dziś
może to przyprawić o ból głowy, gdy ktoś uczył się o trójpodziale
władzy i innych, zapomnianych już błahostkach. Dziś podstawy prawne
tworzą m.in. jakże dyspozycyjny i czcigodni posłowie, ministrowie
spotykający się na cmentarzach oraz inne indywidua ciągnące w cieniu
gabinetów za sznurki, sznureczki i teczki. Owe sznurki to motywatory i
demotywatory dla podstawionych mężyków stanu, którzy odpowiednio
pokierowani przez oligarchów krajowych lub zagranicznych, skłonni są
zmienić zdanie o 180 stopni, a nawet zrezygnować z najwyższych
stanowisk państwowych, także tych do objęcia których przygotowywali się
medialne od kilku lat.
Rzecznik cytowany przez Gazetę Wyborczą zdradził w cytowanym powyżej
zdaniu, że pobieranie odcisków zależy tylko i wyłącznie od widzimisię
urzędnika. Mało tego. Nawet jeśli grupa obywateli, sama dla siebie i za
własna zgodą, zdecydowałaby się na korzystanie z dobrodziejstw techniki
skanowania odcisków, to dopóki urzędnik państwowy nie wyda na to zgody,
będzie to działanie niezgodne z prawem.
Takie podejście do materii stwarza nieograniczone możliwości do
pojawienia się bzdur, o których się filozofom nie śniło, a przynajmniej
nie tym, którzy nie zajmowali się filozoficznym usprawiedliwianiem
kradzieży popularnie zwanej socjalizmem.
Nam nie podoba się oczywiście, że jakiś urzędnik decyduje, kiedy
pobieranie od nas odcisków palców jest dobre, a kiedy nie jest dobre.
Oznacza to bowiem, że w każdej chwili Państwo może potraktować całe
grupy społeczne jak przestępców i stanie się tak tylko dlatego, że
Grzecho, Miro i Rychu, przy cmentarnej krypcie, uzgodnią sobie coś na
ten temat.
Kolejna historia, którą dziś chcemy Państwu przybliżyć, opisana została
przez Daily Mail i traktuje o "życiu domowym", o które wypytuje się w Wielkiej Brytanii nawet pięcioletnie
dzieci.
Tak, dzieci nawet w wieku lat pięciu proszone są o wypełnianie
specjalnych ankiet, w których pytane są o intymne szczegóły życia w ich
domach.
Pytania, które zaatakowano jako nadużycie, dotyczą jedzenia w miejscach
typu McDonald's, przyzwyczajeń oglądania telewizji, czasu spędzanego z
rodziną, a nawet innych dzieci.
Wyniki tych ankiet składowane są w bazie danych. Pozwala to pracownikom
opieki społecznej rozpatrywać sytuację rodziny, które uzna się za
obarczone pewnym "ryzykiem".
Dzieci proszone są o zaznaczanie kolorami odpowiedzi np. na pytania
dotyczące ilości spożywanych każdego dnia owoców i warzyw w stosunku do
chipsów i napojów gazowanych.
Przeprowadzono setki takich "quizów" na temat stylu życia, za czym
kryje się brytyjskie Ministerstw Zdrowia, a co było próbą stworzenia
obrazu stanu zdrowia poszczególnych domostw.
Alex Deane, z organizacji "Big Brother Watch" (podglądanie wielkiego
brata) opisał to jako "niewiarygodne
wtargnięcie w sferę prywatnego życia."
Dodał, iż "to nie Państwo wychowuje
dzieci, lecz rodzice. Istnieje ważna różnica między nauczanie,
matkowanie i wymuszaniem, a te kroki przekraczają tę granice."
Quizy tego rodzaju pilotażowo rozpoczęto w Erewash w Derbyshire, gdzie
dzieci, pod obecność rodziców, wypełniały formularze w czasie zajęć
pozaszkolnych - tzw. klubach "zdrowego stylu życia". Mimo iż
wypełnianie ankiet nie było obowiązkowe, to dzieci były bardzo
zachęcane do ich wypełnienia.
Formularze te mają obecnie zostać rozesłane do dwustu szkół w całym
kraju, co dokładnie monitorowane jest przez miejskich urzędników.
Daniella Yeo, z rady miejskiej Erewash powiedziała, iż zajęcia
pozaszkolne cieszą się dużym powodzeniem, a pytania są zgodne z
wytycznymi ustanowionymi przez ciało regulujące National Institute for
Health and Clinical Excellence (Narodowy Instytut Zdrowia i Klinicznej
Doskonałości), czyli National Health Service (Narodowy Serwis Zdrowia).
Dodała ona, iż "Pomoże to wskazać
rodziny z ryzykiem otyłości. Wtedy będziemy mogli zachęcić rodziców do
uczęszczania na sesje z pracownikami opieki społecznej lub lekarzem
rodzinnym."
Inne z pytań dla pięciolatków dotyczą jedzenia śniadania, ilości
spożytej wody i sposobu dojazdu do szkoły. Pięcioletnie dzieci pytane
są także o samopoczucie: "jak bardzo
się lubisz?". Są także proszone o pokolorowanie któregoś z
piktogramów przedstawiających kciuk do góry lub kciuk w dół.
Siedmiolatki wypełniają ankiety bardziej szczegółowe. Pytane są ile
dokładnie godzin spędzają z rodziną, oglądając telewizji czy grając w
gry komputerowe.
Josie Appleton z Manifesto Club, działacz na rzecz wolności
obywatelskich mówi: "Rady miejskie i
szkoły powinny skoncentrować się na zapewnieniu każdemu dobrego
wykształcenia. Nie powinny wtykać nosów w torebki na drugie śniadanie i
powinny trzymać się z dala od tego co znajduje się na stole w czasie
obiadu."
Część czytelników zapewne pomyśli, że to dobrze iż przynajmniej w
Wielkiej Brytanii urzędnicy robią coś dla dobra dzieci. Będą to
czytelnicy karmiący się zbyt intensywnie ideologią płynącą z portali
takich jak Onet czy wirtualna Polska.
Naszym zdaniem to oczywiście totalna porażka. Urzędnik ponownie wtrąca
się w ludzkie życie.
Obrzydliwe jest to, że dzieci przesłuchuje się w sposób kojarzony z
zabawą. Poprzez kolorowanki.
Tak wygląda przetłumaczony przez nas fragment quizu:

W sumie dziewczynki i chłopcy powinni od wczesnego dzieciństwa
wiedzieć, że donoszenie urzędnikowi na własną rodzinę, choćby i
obarczoną ryzykiem otyłości, to świetna zabawa, prawda?
Zdajemy sobie sprawę, że urzędnicy pasożytujący na społeczeństwie w
czasie rządów socjalizmu zajmowali się i zajmują różnymi durnotami.
Kiedyś walczyli z wrogiem narodu, przypominali o ochronie tajemnicy
państwowej, noszeniu plonu tow. Bierutowi lub te z plakatów pozdrawiali kobiety pracujące dla pokoju
i rozkwitu ojczyzny. Nawet w epoce głębokiego PRL nie zajmowali się
jednak tym, co ludzie mają na talerzu. Być może dlatego, że w powstałym
z tego socjalizmu "dobrobycie", na talerzach i tak wiele być nie mogło,
no chyba, że było urzędnikiem owej ludowej władzy.
Dziś, może dlatego, że ludzie nie dają sobie wmawiać bzdur o walce z
wyimaginowanym wrogiem np. świńską grypą, coraz częściej też nie wierzą
w powodowane działalnością człowieka ocieplenie klimatu, które miało
nas wszystkich zmieść z powierzchni ziemi. Nie wierzą także w inne
wyssane z palca ataki terrorystyczne organizowane przez agentury
poszczególnych rządów zainteresowane wywołaniem paniki w celu
pozyskania szerszej władzy nad przestraszonymi masami.
Urzędnicy zaczęli się więc zajmować się wyimaginowanym problem tuszy.
Coś przecież robić chcą. Obywatele jednak, zanim się obejrzą, utracą
kontrolę nad kolejnymi małymi fragmentami ich życia. Tym razem będzie
się ich zachęcać do spotkań z pracownikami Opieki Społecznej. Ciekawe
kiedy spotkania staną się przymusowe... oczywiście dla dobra i
bezpieczeństwa obywateli obarczonych ryzykiem tego czy tamtego problemu
wymyślonego przez urzędników?
Kolejna dzisiejsza historia, choć zawiera wiele wątków, dobrego
postępowania oraz złego postępowania, zupełnie przy okazji pokazuje
kolejną bzdurę utraty kontroli nad naszym życiem. "Naszym", w znaczeniu
ludzi pod rządami biurokracji.
Historia opublikowana przez Arizona Central,
opisuje sytuację 47 letniej kobiety z Avondale w USA, która z powodu
kłopotów finansowych (w Ameryce banki naprawdę okradły zwykłych
obywateli, którym coraz trudniej o pracę i dotychczasowe zarobki),
postanowiła używać paneli słonecznych i akumulatorów dla zaspokojenia
własnego zapotrzebowania na prąd elektryczny.
Kobieta dzięki "trosce" urzędników spędziła 11 dni w samochodzie,
ponieważ miasto wywłaszczyło jej dom.
Władze miejskie oświadczyły, że Pani Christine Stevens pogwałciła
przepisy budowlane, kwestie zdrowia i bezpieczeństwa, ponieważ od domów
w Avondale wymaga się, by posiadały system ogrzewania i działającą
lodówkę.
"Wyjaśniliśmy jej, że panele
słoneczne nie są wystarczające do podtrzymania jakości życia na
odpowiednim poziomie" powiedział Pam Altounian, odpowiedzialny
za dostosowywanie się mieszkańców do przepisów budowlanych w
Avondale.
W tej historii pojawiają się motywy roszczeniowej postawy tej kobiety,
niepłaconych rachunków za prąd, oskarżeń przez firmę dostarczającą prąd
do jej domu o manipulacje przy liczniku, nieodpowiadanie na kolejne
wezwania do urzędu itd., itp., ale kiedy się je pominie, z historii
wyłania się ciekawy motyw.
Arizona Central opisuje, iż "Urzędnicy
Avondale powiedzieli, że Pani Stevens pogwałciła prawo budowlane
miasta. Miasto wymaga, by domy miały dostateczna ilośc prądu
elektrycznego by zasilić lodówkę, schłodzić rezydencję do temperatury
nie wyższej niż 31 stopni Celsiusza lub ogrzać dom do 20 stopni
Celsiusza."
Stevens oznajmiła, że sześć paneli słonecznych i osiem akumulatorów
zapewniało w domu światło oraz zasilało komputer lub telewizor w
posesji z trzeba sypialniami. Steavens do przechowywania jedzenia
używała czegoś co nazywa się "icebox"
czyli izolowanej termicznie, schładzanej lodem szafki, gdzie lód
poprzez cyrkulację powietrza ochładzał trzymane w niej jedzenie.
W letnich miesiącach, jej sąsiedzi pozwalali jej na pobieranie prądu za
pomocą przedłużacza z ich domowego gniazdka.
Nie używała systemu klimatyzacji ani ogrzewania, dawała sobie bez nich
radę, w lecie korzystając z basenu a w chłodniejszym okresie ubierając
się cieplej niż zwykle po domu.
Naszą i zapewne Państwa uwagę zwróciło to, że to miasto nie pozwoliło
jej na mieszkanie w sposób w jaki chciała (lub musiała z powodu
kłopotów finansowych). Jak mówił jeden z cytatów: "Wyjaśniliśmy jej, że panele słoneczne nie
są wystarczające do podtrzymania jakości życia na odpowiednim poziomie".
Urzędnicy w trosce o zdrowie i poziom komfortu życia tej kobiety nie
pozwolili jej nie płacić za prąd z którego chciała zrezygnować z powodu
niemożności opłacania rachunków. Nie pozwolili jej z tego prądu
zrezygnować, mimo, iż chciała pozostać jedynie przy korzystaniu z
paneli słonecznych i akumulatorów.
Jak dla nas kolejny przykład wtrącania się urzędników w ludzkie życie,
poprzez wymyślanie głupich przepisów choćby na temat działającej w domu
lodówki. A może ktoś nie chce mieć lodówki? W mieście Avondale w USA,
dzięki urzędnikom, nie może nie chcieć.
Czego jeszcze urzędnicy nie zrobią dla dobra opłacających ich intratne
posady obywateli?
Portal CBS42.com z Birmingham, Alabama także w USA
opisuje kolejny przykład tej troski.
Tamtejszy ratusz zarządził nowe prawo dotyczące parkowania pojazdów. Od
dnia wejścia w życie przepisu, za parkowanie własnego samochodu nie na
podjeździe będzie groził mandat.
I tu lokalny portal przedstawia relacje dwóch osób. "Nic już nie należy do nas. Jeśli miasto
może wejść, urzędnik podejść i powiedzieć, 'nie mogę tego, nie mogę
tamtego na mojej własnej ziemi, ponieważ to dopiero początek.'",
powiedział John W. Ford.
Pan Ford wścieka się na nowe rozporządzenie, który zabrania mu parkować
na jego własnej trawie.
Druga osoba mówi: "To obniża wartość
posesji i nie chciałabym znaleźć się w dzielnicy, gdzie nic nie ma,
tylko stoją zaparkowane samochody i nie ma trawy i nie ma rozwoju
dzielnicy.". Taką opinię wyraziła pani Vivian Starks.
Pani Starks dodaje: "Mam nadzieje,
że Birmingham po prostu będzie egzekwować postępowanie wg. tego
przepisu. To wszystko. Jeśli wyegzekwują to, to wszystko będzie w
porządku".
Wścibskość i chęć zarządzania cudzą własnością to domena urzędników na
całym świecie.
W tego artykułu widać także, że urzędnik nie działa niestety w
pojedynkę. I tak samo jak w Polsce znajdzie się gimnazjalista, która
zachwycona jest pobieraniem od niej odcisków palców, tak samo w USA
znalazła się Pani, która popiera działania urzędników, które dotyczą
przecież cudzej własności.
Ktoś powie, ale ta kobieta chciała, żeby jej dzielnica była ładna. Co
jest w tym złego, że chce zakazać sąsiadowi parkowania na jego własnym
trawniku.
A co złego byłoby w tym, by przeprowadziła się ona do dzielnicy, w
której podjazdy są większe i ludzie nie muszą parkować na własnym
trawniku lub wszyscy stosują się dobrowolnie to tej reguły? Skoro nie
podoba jej się dzielnica w której mieszka obecnie, powinna ją zmienić.
Nic także nie stoi na przeszkodzie, by próbowała namówić sąsiadów do
rezygnacji z niszczenia trawy.
No cóż, przez ostatnie 100 lat socjalizm wyrządził ogromne spustoszenie
w świadomości ludzi na całym świecie. Prawo własności było kiedyś
prawem świętym. Dziś, własności traktowana jest prawie jako zło
konieczne i tak podlegające regulacyjnym widzimisię tych, którzy akurat
dopchali się do żłoba, czy to lokalnego, czy też na szczeblu krajowym.
W Polsce oczywiście także nie można sobie bez pozwolenia urzędnika
ściąć posadzonego własnoręcznie na własnej ziemi drzewa, zbudować
garażu, dodatkowej przybudówki, wykopać dziury w ziemi i nadać do niej
wody itd., itp., bez łaskawego pozwolenia urzędnika.
Niedługo nie będzie się można za przeproszeniem wysmarkać we własnym
samochodzie. Tzn., już nie wszędzie ujdzie to na sucho.
Jak podał brytyjski The Daily Record, Michael Mancini,
stojąc w nieruchomym korku, wrzucił luz, zaciągnął dla bezpieczeństwa
ręczny hamulec, sięgnął po chusteczkę i zaczął wydmuchiwać nos.
Tylko przelotnie i kątem oka zauważył czterech policjantów stojących na
poboczu, co w tym momencie wydawało się nie mieć dla niego większego
znaczenia. Jeszcze gdy trzymał w ręku chusteczkę, jeden z
funkcjonariuszy podszedł do niego i oznajmił, że wlepia mu mandat za "utratę kontroli nad pojazdem".
Nie, to nie skecz Monty Python'a. To brytyjska rzeczywistość. Co
gorsza, biznesmen starał się wyjaśnić z policjantem tę sprawę, jednak
Policjant nie chciał go słuchać.
Nie chce nam się cytować całego artykułu. Dodamy jedynie, że ten sam
funkcjonariusz wlepił wcześniej mandat w wysokości 50 funtów
człowiekowi, który wychodząc ze sklepu, przypadkowo upuścił banknot o
nominale 10 funtów.
A teraz proszę się zastanowić ilu baranów pokroju owego funkcjonariusza
pracuje w policji, radach miejskich, gminnych, urzędach powiatowych,
ZUS, ministerstwach lub zasiada w sejmie i senacie. Co gorsza, wiele
wskazuje na to, że chory urzędnicy system, zamiast dokonywać naturalnej
selekcji takich idiotów i wywalać ich z roboty, promuje ich.
Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że ludzi tego typu dosięga
promocja i pną się oni w górę urzędniczej drabiny sukcesu.
A to już prawdziwy Koszmar z Ulicy Wiązów, na której samochody parkuje
się tylko na podjazdach przed domami, w których musi działać lodówka i
klimatyzacja, gdzie zagrożone otyłościa rodziny chodzą na pogadanki z
pracownikami Opieki Społecznej, dzieci nie jedzą chipsów, a ich
obecność na mszy sprawdza cyber-ksiądz za pomocą zgromadzonych w bazie
danych odcisków palców, na co pozwala mu wymyślona na cmenatrzu
podstawa prawna, wdrożona przez straszące wszystkich we śnie indywidua
świata polityki.
Żródła informacji (w języku polskim i angielskim):
Gazeta Wyborcza - skanery sprawdzają listę
obecności.
Gazeta Wyborcza - wypowiedź urzędu Rzecznika Praw
Obywatelskich.
The Daily Mail - pięciolatki wypytywane o
szczegóły domowego życia.
Arizona Central - dom tylko z lodówką i
klimatyzacją.
Wikipedia.org
- co to jest icebox, pierwowzór lodówki.
CBS42.com - mandat za parkowanie własnego
samochodu na własnej ziemi.
The Daily Record - utrata kontroli nad pojazdem...
w korku, w czasie wydmuchiwania nosa.
Trzeba
przyznać, że nowy, 2010 rok nie rozpoczął się dla nas szczególnie
optymistycznie. Pisząc 'nas', mamy na myśli wszystkich ludzi, którzy
szanują naturalną potrzebę prywatności i cenią sobie wolność wyboru.
Z upływem czasu potwierdza się bowiem coraz wyraźniej globalna
tendencja (a może konkretny plan?) ukrócenia możliwości dokonywania
wolnego wyboru oraz pomniejszanie prawa do godności i prywatności.
Co konkretnie mamy na myśli?
Ci z Państwa, którzy jeszcze pozostali nad Wisłą i pomagają kolejnemu
nieudolnemu rządowi w opłacaniu zaciąganych i przejadanych bezmyślnie
długów (choćby tylko tych na ZUS), powinni wiedzieć, że z wdzięczności,
a może strachu przed rewoltą ludzi wycieńczonych ciężką, niewolniczą i
nie przynoszącą korzyści pracą, dokładnie od pierwszego stycznia 2010
roku rząd zafundował im nowe rozporządzenie prawa telekomunikacyjnego.
Rozporządzenie to nakazuje operatorom komórkowym i dostawcom Internetu
gromadzić i przechowywać dane o połączeniach użytkowników. Dane są
przechowywane przez okres dwóch lat. Zasady te mają być wdrożone w
przeciągu sześciu miesięcy. Gromadzone dane telekomunikacyjne zawierają
wybierany numer telefonu, konkretny aparat telefoniczny, datę i godzinę
połączenia, jego rodzaj i fizyczną lokalizację rozmówcy. W przypadku
telefonów na kartę (tzw. pre-paid) zbierane będą dane dotyczące
pierwszego logowania do sieci.
By być w zgodzie z nowym rozporządzeniem, operatorzy telekomunikacyjni "muszą także zbierać dane o połączeniach
internetowych oraz poczcie elektronicznej. Będą archiwizowane nie tylko
identyfikatory użytkownika, ale również data i godzina każdego
połączenia i rozłączenia z Internetem, a także przydzielone dynamicznie
i statycznie adresy IP wykorzystywane w czasie połączenia."
Do tych wszystkich danych "będą
miały dostęp m.in. prokuratura i policja. Firmy telekomunikacyjne muszą
też współpracować ze służbami specjalnymi, w tym Agencją Bezpieczeństwa
Wewnętrznego. Co istotne, nie jest do tego potrzebna zgoda sądu."
Szacuje się, że największych operatorów rozporządzenie będzie
kosztowało od 1 do 2 mln Euro.
Kto za moment za to archiwizowanie zapłaci? Oczywiście zapłacimy my,
klienci, na których firmy przerzucą koszta i tak już nieporównywalnie
drogich usług.
Napiszemy więc bez ogródek, że jakiś koleś, tylko dlatego, że jest
urzędnikiem państwowym pełniącym jakąś tam funkcję w służbach
specjalnych, prokuraturze, policji, czy zapewne całkiem niedługo także
Urzędzie Skarbowym, może sobie sprawdzać (bez pytania o zgodę sądu) z
kim wymienia całymi dniami SMS'y urocza Pani Kowalska, do kogo
regularnie dzwoni Pan Kowalski po 19:00 i czy to ich komputer loguje
się do internetu po 21:00 z numerem IP, z którego na portalach
informacyjnych, pozostawia się negatywne komentarze o poczynaniach
obecnego
rządu, w słowach pełnych wyrzutów, oskarżeń o manipulację, Irlandii XIX
wieku, złudnych cudów, niewidzialnej obniżki podatków i
anty-liberalizacji przepisów, które zaowocowały kolejną socjalistyczną
podpuchą i kosztującą nas wszystkich grube pieniądze zadłużeniową klapą.
Część z Państwa zastanawia się zapewne jak mogło do tego dojść. Nikt
nie oponował, nie krzyczał, nie debatował w mediach? Nam bardzo
podoba się zamieszczona pod tekstem Rzeczypospolitej opinia
pracownicy pewnej kancelarii. Jej wypowiedź pośrednio wskazuje jak do
tego doszło:
"Choć świadomość tego faktu wśród
obywateli jest prawdopodobnie niewielka, rozporządzenie powoduje, że
sięgając po telefon, będziemy udostępniać naszemu operatorowi dane (a
ten będzie zmuszony je zatrzymać i przechować) nie tylko o naszym
numerze i numerze, pod który dzwonimy, ale również o położeniu
geograficznym rozmówców w czasie nawiązania połączenia. Powstaje
wątpliwość, czy tak szeroko ujęty obowiązek zatrzymywania i
przechowywania danych nie stanowi naruszenia prawa do prywatności. Z
drugiej strony rozporządzenie daje organom ścigania cenny instrument w
walce z przestępczością. Znów jednak rodzi się obawa, aby z prawa tego
nie korzystano w sytuacjach nieuzasadnionych."
I wszystko staje się jasne. "Choć
świadomość tego faktu wśród obywateli jest prawdopodobnie niewielka...".
No cóż, "niewielką świadomość
obywateli" należałoby nazwać raczej obywatelską nieświadomością.
Ludzie są zwyczajnie nieświadomi.
Więc trzeba ich jakoś uświadomić. Dlatego ważnej jest mówienie i
pisanie o tym, by choć część ludzi wybudziła się z hipnotycznego transu
serwowanej im w mediach codzienności. Niestety, przeciętny Kowalski nie
ma pojęcia na jakim świecie żyje.
Obchodzi go jedynie, by nie przegapić kolejnych odcinków coraz
durniejszych programów, które osiągają właśnie szczyty oglądalności.
Kolejna wiadomość noworoczna, to wieść, że od początku roku (dokładnie
od dnia Wigilii 2009) w Polsce obowiązują także nowe przepisy dotyczące
uprawnień tzw. straży miejskiej i gminnej.
Pracujący w straży przypadkowi ludzie z łapanki, często przyjezdni i
nie znający kultury i obyczajów panujących w danym mieście lub gminie,
mogą od dziś w zgodzie z prawem dokonywać rewizji (kiedyś rewidować
mógł jedynie legitymujący się funkcjonariusz policji), a przy
wykonywaniu czynności służbowych użyć paralizatorów elektrycznych.
Dotychczas straż miejska była zazwyczaj lewą ręką urzędów skarbowych
oraz innych podejrzanych firm i instytucji okradających Polaków. W
miastach zajmowała się np. wlepianiem mandatów osobom, które
postanowiły zaparkować samochód bez płacenia za to haraczu, oraz
egzekwujących od starszych kobiet sprzedających czosnek, pozwolenia na
handel uliczny. Teraz przy wykonywaniu tych niezwykle ważnych czynności
służbowych, dziewczęta i chłopcy ze straży miejskiej będą mogli
opornego i sprzeciwiającego się jawnej niesprawiedliwości delikwenta,
potraktować paralizatorem elektrycznym.
Oczywiście zapowiedziano, iż wszystkie te nowe przywileje władzy
urzędnicy straży miejskiej i gminnej będą stosować tylko "w stosunku do osób podejrzanych o
popełnienie czynu zabronionego pod groźbą kary oraz stwarzających
zagrożenie dla zdrowia lub życia ludzkiego czy mienia." Na razie
babci z czosnkiem to nie grozi, tak? Do niedawna zdrowy rozsądek
podpowiadałby, że nie, ponieważ babcia z czosnkiem, nie stwarza
zagrożenia dla zdrowia lub życia ludzkiego czy mienia. Po prostu stoi,
nie nagabując nachalnego przechodniów. Ograbiona przez czołowych
przedstawicieli klasy politycznej, dostatnio rządzących się w ciągu 20
latach trwania okrągłostołowej Rzeczypospolitej, stara się dorobić do
głodowej emerytury.
Czasy jednak zmieniają się niezmiernie szybko, a wraz z nimi zmienia
się i prawo. Osoby, które uparcie twierdzą, że kto nie robi niczego
złego, nie ma się czym martwić, powinny coraz bardziej zastanowić się,
czy ich odpowiedź nadal ma jeszcze jakiś sens. Piszemy o tym
praktycznie od początku, że nadchodzą czasy, w których nikt nie
powinien czuć się niewinny. Być może nawet babcia z czosnkiem. I to nie
tylko dlatego, że nie ubiegała się w odpowiednich urzędach o pozwolenia
na uliczny handel.
31 grudnia 2009 weszło w życie na terytorium Unii Europejskiej ROZPORZĄDZENIE KOMISJI (WE) NR 953/2009 z dnia 13
października 2009 r. w sprawie substancji, które mogą być dodawane w
szczególnych celach odżywczych do środków spożywczych specjalnego
przeznaczenia żywieniowego.
Warto przeczytać ten obowiązujący już w regionie Polska dokument w
formacie pdf.
Mowa w nim o tym, które witaminy i minerały będą mogli Państwo kupić i
spożyć na terytorium UE.
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że wszystko jest w jak
najlepszym porządku, a jakieś sowicie opłacane z naszych podatków
europejskie gremium mędrców od żywienia, które 40 lat temu skłonne
byłoby zapewne popierać dodatki nikotynowe, dziś zgodnie z polityczną
poprawnością, rekomenduje to co nadal nosi nazwę "mleko". Pewnie
żebyśmy
nie dostali niestrawności.
Zapis w dyrektywie określa jednak, że wszelkie formy witamin i
minerałów, które są niezgodne z nową listą, są zabronione!
Nie wierzą Państwo? Część osób nie zgadzała się z nami już wówczas, gdy
mówiliśmy lub pisaliśmy, że w nowym państwie UE będzie obowiązywać
prawo kontynentalne, w którym "wielmoże" z brukselskich stołków mówić
nam będą co jest dozwolone. Kiedyś mówiło się (także w Polsce), że
wszystko co nie jest zabronione jest dozwolone. Stopniowo możemy jednak
machać na pożegnanie takiemu anglosaskiemu podejściu do prawa, które
jak widać także na przykładzie tej dyrektywy, będzie się nam krok po
kroku odbierać. Wszystkie zrzeszone Państwa, do niedawna jeszcze
niepodległe, będą musiały wprowadzać takie jak powyższa dyrektywy. W
tych dyrektywach urzędnicy napiszą co jest dozwolone. Wszystko inne
automatycznie będzie zabronione. Tak sformułowane są owe dyrektywy i
rozporządzenia.
Wracając do listy tego co niezabronione, gdzie podziały się suplementy
zawierające np. wanad lub srebro? Nie jesteśmy z wykształcenia
dietetykami ani chemikami, jednak po krótkich poszukiwaniach w
dostępnej w internecie literaturze specjalistycznej można dowiedzieć
się, że srebro, zanim wynaleziono antybiotyki, używane
było jako środek przeciwzakaźny i przeciwdziałający infekcjom,
dezynfekujący, stosowany przeciwko np. zakażeniom ran, zapaleniom zatok
czy nawet popularnemu przeziębieniu.
Trzeba jednak zaznaczyć, że dziś zdanie na temat skuteczności srebra są
podzielone. Jedni twierdzą, że ma ono rzeczywiście takie właściwości,
inni, że ich nie ma.
Nie nam to oczywiście rozstrzygać. Warto przypomnieć, że dziś w
wielu miejscach na świecie wraca się do dawnych, archaicznych praktyk,
które okazują się jednak mieć właściwości lecznicze. Akupunktura,
bańki, pijawki, zioła itp. Być może nie należy wyrzucać tego
wszystkiego w ramach wszędobylskiego postępu i niszczących florę układu
pokarmowego coraz mniej skutecznych antybiotyków?
Wanad natomiast opisywany jest jako pierwiastek, który współdziała z
enzymami odpowiedzialni za metabolizm cukru, metabolizm lipidów i
cholesterolu, rozwój kości i zębów, płodności, funkcjonowania tarczycy,
produkcję hormonów i metabolizm neuroprzekaźników.
Do dziś nie opisano skutków niedoboru wanadu u człowieka, jednak
opisano takie skutki u zwierząt. Bezpłodność, zmniejszone wytwarzanie
czerwonych ciałek krwi prowadzące do anemii, defekty metabolizmu
żelaza, osłabienie kości i zębów oraz formowania chrząstek. Wanad
wydaje się być niezbędnym składnikiem diety ptaków (badano drób), u których jego niedobór wpływa na
układ szkieletowy, upierzenie i krew. Nie da się wykluczyć, że niedobór
u ludzi może prowadzić do podwyższonego poziomu cholesterolu i
tłuszczów prostych oraz podwyższonej podatności na choroby serca i
nowotwory złośliwe.
Oczywiście to co napisaliśmy powyżej, to jedynie informacje zebrane z
różnych źródeł w internecie, których nie szukaliśmy jak Państwo widzą
na portalach o magii, czy zielarstwie, starając się pozyskać dane ze
stron dotyczących współczesnej medycyny.
Warto zwrócić uwagę, że omawiana dyrektywa wpływa nie tylko na produkty
typowo żywnościowe, lecz także, a może przede wszystkim na specyfiki
typu multiwitaminy, minerały i preparaty ziołowe, które do niedawna
można było kupić nie tylko w aptekach, ale także w sklepach ze zdrową
żywnością a nawet hipermarketach.
Prawdopodobnie także w tym rok mają wejść w życie ustalenia dotyczące
zalecanych dziennych dawek spożycia dozwolonych minerałów i witamin. To
co zaproponowano dotychczas w tym temacie, wywołało oburzenie w
kręgach, które twierdzą, że współczesny człowiek funkcjonuje
w stanie poważnych niedoborów witamin i minerałów, które niezbędne są
dla zdrowego funkcjonowania organizmu, m.in. do skutecznego działania
naszego układu immunologicznego. Po prostu współczesny człowiek je zbyt
mało witaminy C, D itd., co powoduje, że częściej choruje i jego
organizm nie działa w sposób w jaki powinien.
Sedno tkwi w tym, że określone ręką unijnego urzędnika dzienne
zapotrzebowanie, przekładać się będzie na maksymalną ilość składnika
jaką producenci będą mogli stosować w swoich produktach. Witamina C w
produktach Unii Europejskiej? Oczywiście, ale nie więcej niż np. 1/20
potrzebnej człowiekowi dla zdrowia dawki.
Takimi ustaleniami, spożycie niezbędnego składnika
obniży się jeszcze bardziej. Na razie prace nad ustaleniem tych
wartości trwają.
Składników mineralnych i witamin, których ubyło z nasze diety w
przeciągu ostatnich kilku lat naszego uczestnictwa w projekcie o nazwie
Unia Europejska, jest o wiele więcej. To co obserwujemy teraz, to być
może już końcowe stadia ograniczania legalnych jeszcze produktów na
terenie Europy.
Od 2002 roku z listy dozwolonych suplementów zniknęły m.in.:
- wszelkie formy boru, składnika niezbędnego dla absorpcji wapnia;
- wszelkie formy krzemu, który w połączeniu z borem, wapniem i innymi
minerałami wspomaga funkcjonowanie kości, układ krwionośnego, tkanki
łącznej, włosów, skóry i paznokci.
Podobno (nie udało nam się tego potwierdzić ze względu na olbrzymią
ilość dyrektyw i maksymalnie nieczytelnego zapisu całości
biurokratycznych poczynań w ciągu wielu lat) z listy legalnych dodatków
żywnościowych zniknęło już ponad 300 związków witaminowych i
mineralnych, w tym 23 spożywcze formy występowania wapnia, 17 form
występowania chromu, 30 form występowania magnezu, 21 form występowania
potasu, 14 form występowania selenu i naturalnie występujące formy
witaminy E.
Piszemy o tym tylko dlatego, ponieważ jesteśmy przekonani, że to ludzie
powinni decydować na co wydają swoje pieniądze, a nie urzędnik, który
uniemożliwia im (nie ważne jakimi intencjami się kierując) zakupienie
takiego czy innego dodatku dietetycznego, żywieniowego, ziołowego, czy
czegokolwiek innego.
Jeśli ktoś chce się najeść związków boru, selenu czy krzemu, bo
wierzy, że będzie mieć po tym piękne włosy i paznokcie, to tylko i
wyłącznie jego sprawa.
Kto i w jaki sposób skompletował listę
elementów, które od 1-go stycznia są legalne, a za pomocą jakiego
kryterium usunął inne, obecnie już nielegalne witaminy i minerały?
Otóż, jak wskazuje sam tytuł omawianej dyrektywy, dokonała tego Komisja
Europejska zwana w dokumencie Komisją Wspólnot Europejskich. Ta sama o
której pisaliśmy już wielokrotnie, jako o niedemokratycznie wybieranym
ciele stojącym u steru władzy nowego Państwa, Unii Europejskiej, na
wzór rady najwyższej ZSRR.
W dyrektywie czytamy (punkt 4), że: "Wyboru
substancji powinno się dokonywać przede wszystkim na podstawie ich
bezpieczeństwa".
Jak Państwo myślą, w jaki sposób ustala się owo bezpieczeństwo
substancji?
Z treści dyrektywy (punkt 1) wynika, że zajmuje się tym Europejski
Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności, czyli European
Food Safety Authority (w skrócie - EFSA).
Za moment wejdziemy na stronę EFSA, jednak jeszcze na chwilę wróćmy do
unijnej dyrektywy:
"Artykuł 3
Wymogi ogólne
1. Stosowanie substancji
dodawanych w szczególnych celach
odżywczych prowadzi do produkcji
bezpiecznych produktów..."
Warto zwrócić uwagę, że dyrektywa dopuszcza produkty, których producent
może przedstawić dowody, że są one bezpieczne. Co w tym dziwnego? Niby
nic. Ot, urzędniczy język. Trzeba jednak zauważyć, że tylko dzięki temu
zapisowi wyeliminowano całą masę produktów, których producenci nie
posiadają wystarczających dowodów na ich bezpieczeństwo. Kluczem jest
to, że produkt zostaje wyeliminowany nawet w przypadku, gdy nie ma
kompletnie żadnych dowodów na to, że jest on w jakiekolwiek sposób
niebezpieczny.
Dostrzegają Państwo tę manipulację? Produktem bezpiecznym nie nazywa
się już produktu, który nikomu nie zaszkodził. Produktem bezpiecznym
nazywa się ten produkt, którego producent wydał zbędne krocie na jakich
urzędniczy certyfikat stwierdzający urzędniczym językiem, że produkt
jest bezpieczny.
Nie musimy pisać do jakich patologii łapówkarskich może dojść z powody
takiej manipulacji pojęciem bezpieczeństwa.
Czy wyjdzie to na dobre obywatelom i klientom kupującym te produkty?
Historia uczy na wielokrotnie, że tam gdzie urzędnik decyduje co jest
"bezpieczne" a co nie, tam będziemy mieć do czynienia z
naruszeniami i patologią.
Wiele do życzenia pozostawiają nawet metody określania co jest
bezpieczne a co nie. Urzędnicy nalegają, by w stosunku do produktów
żywnościowych stosować kryteria jakimi posługują się firmy
farmaceutyczne w badaniu nowych medykamentów. Chodzi o RCT (randomised
controlled trial), czyli serie przypadkowych prób kontrolowanych
polegających na przypadkowym poddaniu obiektów badań działaniu różnych
kuracji lub warunków. Jak jednak wykonać we właściwy sposób przypadkową
kontrolowaną próbę na okoliczność działania pożywienia? Czy da się
przewidzieć jak powinna zachować się "grupa kontrolna" pozbawiona
pożywienia? Czym innym jest porównywanie działania leku z grupą
otrzymującą placebo, a czym innym pożywienie, od którego zależy
przecież przetrwanie organizmu.
Dość powiedzieć, o czym nie każdy wie, że z tego właśnie powodu dwie
najlepiej znane relacje między zdrowiem a pożywieniem: zdrowie
wynikające ze spożywania dużej ilości owoców i warzyw oraz ryzyko
podwyższonego ciśnienia związane z nadmiernym spożyciem soli kuchennej,
nie są poparte ani jednym dowodem wynikającym z kryteriów RCT. Relacje
to zostały sformułowane na podstawie zwykłych obserwacji lub dowodów
natury epidemiologicznej.
Pomimo tego EFSA niezmiennie twierdzi, że tego typu dowody są zbyt
słabe i że należy się trzymać metod wyznaczonych przez duże firmy
farmaceutyczne, czyli RCT. Aż chce się zapytać, któż może stać za tak
obranym kierunkiem działania EFSA.
Wchodzimy na stronę EFSA i co czytamy? Jeśli poszukać trochę, to, po
pierwsze:
urząd ten kosztuje nas rocznie (dane za rok 2008)
65.900.000 Euro. Tak, prawie 66 mln Euro. Niby to nie tak dużo
pieniędzy, ale gdy weźmie się pod uwagę czym się tam urzędnicy zajmują,
to można się trochę zdenerwować.
Zajęcia "drogocennego" Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa
Żywności, przedstawione są już na pierwszej stronie serwisu EFSA.
Ot, choćby zagadnienie stworzenia
pierwszej kompletnej oceny substancji smakowych przypominających smak
wędzonki. Jak czytamy EFSA stworzyła listę dopuszczonych do
sprzedaży produktów, co tu dużo pisać, imitujących po prostu smak dymu
w produktach żywnościowych. To "pierwsze
takie podejście do stworzenia spisu oceny bezpieczeństwa produktów tego
typu".
Mimo, że od razu część prawdziwych europejczyków powinna poczuć, że
nareszcie może spać spokojnie, to jednak aż strach pomyśleć ile
kosztować nas będzie każde kolejne podejście do tego niezwykle
zajmującego zagadnienia, bo przecież nie wątpimy, że na pierwszym się
nie skończy. Wyjdą nowe produkty przypominające w smaku wędzonkę.
Trzeba będzie heroicznie oceniać czy są bezpieczne.
Próbując sobie wyobrazić corocznie usypywaną górkę złożoną z 65
milionów Euro, która trafia do rąk urzędników tego tylko jednego
urzędu, zastanawiamy się, czy nie taniej byłoby, gdyby te boczki, sery,
kiełbasy, ryby wędzić tak zwyczajnie, po ludzku, w wędzarni, w
prawdziwym dymie. Tak jak robili to nasi ojcowie i jak robi się to
nadal domowymi sposobami w wielu miejscach w Polsce. Ale pewnie
jesteśmy krótkowzroczni. A tu chodzi o sprawy wielkie, by nie rzecz
globalne, np. o emisję CO2. Ktoś przecież musi powstrzymać globalne
ocieplenie, którego skutki mogą mieszkańcy Europy właśnie obserwować za
oknem. Gdyby jednak wędzić w CO i CO2, a nie polewając środkiem
chemicznym, to przynajmniej dałoby się w ogóle jeść to jedzenie, w
odróżnieniu od wytworów kupowanych w hipermarketach, które
przygotowywane są, a jakże, z użyciem substancji smakowych imitujących
smak wędzonki, znajdujących się na skrupulatnie stworzonej przez EFSA
liście dopuszczonych i bezpiecznych produktów. Problem w tym, że mało
który pies ma ochotę to zjeść.
W innych wiadomościach na stronie EFSA czytamy, że urząd ów wydał kompletny przewodnik zbierania
narodowych informacji o konsumpcji. Poradnik dotyczy metod i
procedur wg. których należy postępować w czasie pozyskiwania narodowych
danych na temat konsumpcji żywności. "Dokument
ten wniesie wkład w harmonizację zbierania danych na temat diety na
poziomie Europejskim."
Chodzi oczywiście o to, by urzędnik w regionie Polska zbierał dane na
temat diety lokalnej ludności w taki sam sposób w jaki robi to urzędnik
w regionie Portugalia, czy urzędnik w regionie Niemcy.
Tylko, znów patrząc na corocznie wysypywaną górkę złożoną z 65 milionów
Euro, zastanawiamy się, czy nie taniej dla nas wszystkich byłoby, gdyby
urzędnicy nie interesowali się naszą dietą. Bowiem koszt ich
niezdrowego zainteresowania powoduje, że niejednej ciężko pracującej
rodziny nie stać na codzienny, ciepły, mięsny posiłek, o owocach
cytrusowych (oczywiście tych o odpowiednim zakrzywieniu, kształcie i
wymiarze) dla ich dzieci nie wspominając.
Wydłużyło nam się troszkę owo "po pierwsze", ale tak to bywa gdy znów
musimy pisać o milionach wyrzuconych w błoto. Skala tego marnotrawstwa
jest porażająca.
Po drugie, obecną szefową, dyrektorem
wykonawczym EFSA od 2006 roku jest Catherine Geslain-Lanéelle. Od
2002 roku pełniła ona także rolę wiceprzewodniczącej zarządu EFSA.
Kim jest ta Pani? Oto prawdziwa gratka dla wszelkiej maści oszołomów
zainteresowanych teoriami spiskowymi, gdyż w roku 2001 i 2002 pełniła
rolę przewodniczącej Komisji Zasad Generalnych w Codex Alimentarius.
Jeśli jeszcze nie wiedzą Państwo czym jest Codex Alimentarius, to
koniecznie muszą Państwo rzucić się w wir poszukiwania informacji na
ten fascynujący temat.
My napiszemy tylko (za Wikipedią),
że Komisja Codex Alimentarius powstała w 1963 roku przy ONZ oraz
Światowej Organizacji Zdrowia, a jej celem miała być "ochrona zdrowia konsumentów i zapewnienie
uczciwej praktyki w międzynarodowym handlu żywnością". Jak
zwykle pięknie i szlachetnie. Mniej więcej tak samo jak heroiczna walka
z niosącą "śmierć i zniszczenie" pandemią grypy świńskiej. Ów kodeks
zasad dotyczących żywności, z którego co i rusz znikają jakieś ważne
dla naszego życia substancje, staje się pomału obowiązującym
standardem, co potwierdzić mogą Ci z czytelników, którzy kilkanaście
lat temu nie mieli już mleka pod nosem i żywili się pokarmem stałym.
Dzisiejsze "jedzenie" kupowane w sklepach, to na prawdę chemiczna
breja, pełna odpadów z żywieniowego recyclingu, w porównaniu z tym jak
smakowały jeszcze choćby 15 lat temu produkty żywnościowe wytwarzane w
naszym kraju. Zresztą, kto nie próbował, niech sam zakupi w małej jatce
lub u rolnika, z domowego uboju, ładny kawałek schabu, zamarynuje go na
dwa dni a później samodzielnie upiecze. Porównanie zapachu, smaku i
konsystencji z produktem, który sprzedaje się w popularnych sklepach z
metką "schab pieczony", w zależności od miejsca zamieszkania, może być
naprawdę porażające.
Wracając do tematu Kodeksu, warto wiedzieć, choćby przypominając co
napisano w 2002 roku w brytyjskim The Guardian że "w roku 1996 niemiecka delegacja na
spotkaniu Komisji Codex Alimentarius złożyła propozycję sponsorowaną
przez trzy niemieckie firmy farmaceutyczne, że żadne zioło, witamina
czy minerał nie powinny być sprzedawany w celach terapeutycznych i
prewencyjnych, proponując jednocześnie, by suplementy mineralne
sklasyfikować na nowo do grupy medykamentów, lekarstw i narkotyków.
Propozycja została przyjęta i uzgodniona, jednak wstrzymano jej
wykonanie ze względu na protesty jakie wywołała"
Zwróćmy uwagę, że propozycję przyjęto, lecz wstrzymano jej wykonanie...
zapewne tylko na pewien czas.
W 2004 roku znów The Guardian (naprawdę warto śledzić tę gazetę) opublikował inny artykuł, w którym autorka, w
ramach własnego dochodzenia opisuje niezwykłe podobieństwo między
celami Codex Alimentarius, a wprowadzanym za pomocą dyrektyw Komisji
Europejskiej prawem.
U nas w tym czasie nikt nie cytował The Guardian. W Polsce roku
2004 Kwaśniewski w broszurce obiecywał, że będzie się wszystkim lepiej
żyło: dobrobyt, pieniądze, praca, nieskrępowane podróże, wysokie
wynagrodzenia i emerytury, poprawa stanu dróg, edukacji, opieki
zdrowotnej. Ach, czego tam nie było. Z ulicznych bilbordów patrzyli na
nas znani i lubiani przedstawiciele mediów, którzy z uśmiechem
epatowali przekazami "Tak, jestem
Europejczykiem". Pamiętają Państwo?

Mamy już rok 2010. Rozumiemy, że europoseł Hołowczyc jako jeden z
nielicznych skorzystał ciepłą posadką na akcesji Polski do Wspólnot
Europejskich. Czy już nadszedł czas, by rozliczyć Pana Hołowczyca z
widniejących na plakacie zmodernizowanych szlaków transportowych i
autostrad? Każdy zresztą może sobie wejść na stronę Europosła i tam się
pośmiać, choćby z liberalizacji przepisów (jak to miała czynić PO) za
pomocą nakazu jazdy rowerzystów w kamizelkach odblaskowych.
Jak słusznie opisała G. Wyborcza kampanię z 2004 roku "Przez
emocje do Unii" Niewielu
wtedy mówiło, żeby jednak ruszyć głową, rozważyć za i przeciw,
zastanowić się zanim się z emocji zmoczy majtki.
W 2004 roku The Guardian pisał o prawie, które dopiero było
wprowadzane. Dziś, w 2010 roku jest to prawo, które nas obowiązuje.
Przypadek, uwieńczony posadą Catherine Geslain-Lanéelle dyktującą
Komisji Europejskiej co wykreślić, czego zabronić i na co łaskawie
zezwolić w żywieniu ludzi? Trudno w to uwierzyć.
Dziwnym trafem próby wprowadzania podobnego prawa zaobserwowano także w
innych miejscach świata. Czyżby kolejny zbieg okoliczności? Przypadkowa
globalizacja poprzez jak oni to określają "harmonizację" przepisów?
O kontrowersjach dotyczących Codex Alimentarius przeczytają Państwo
wiele w internecie. Jest to jeden z tych tematów, o których nie mówi
się w telewizji, radiu, nie pisuje na pierwszej stronie gazety.
Czy jest to jedynie kolejna teoria spiskowa? Sami muszą Państwo ocenić.
Nasz dzisiejszy wywód i tak już jest przydługi.
Taki to więc nastał nowy rok. Nie dość, że zapisują i mają wgląd w
nasze połączenia komórkowe, SMS i połączenia z internetem; nie dość, że
grupa nieprzeszkolonych urzędników otrzymała uprawienia i uzbrojenie,
które dotychczas przysługiwały wyłącznie policji, to jeszcze może się i
dostać babci sprzedającej czosnek, o której wspominaliśmy na początku.
Czy Państwo zdają sobie sprawę ile w takim ząbku czosnku zgromadziło
się zabronionego wanadu, zakazanego srebra czy nielegalnych w UE
naturalnych form witaminy E? Być może jeszcze nie w 2010 roku, bo na
szczęście czosnek nie został sklasyfikowany jako dodatek
żywieniowy, ale kto wie czy w przyszłości nie okaże się, że sprzedająca
czosnek babina "stwarza zagrożenie
dla zdrowia lub życia ludzkiego", sprzedając małe cebulki znanej
z filmów o wampirach rośliny? A wtedy dzielna straż miejska i gminna,
egzekwując społeczną sprawiedliwość, będzie wręcz zmuszona do użycia
elektrycznych paralizatorów, by jak zapewniało podchwytliwe hasło
wyborcze, bez znaczenia, czy z prounijnej broszurki Kwaśniewskiego, czy
z plakatów PO, "żyło się lepiej... wszystkim.".
Źródła informacji (w języku angielskim i polskim):
Rzeczpospolita - nowe rozporządzenie telekomunikacyjne.
TVP.info - nowe uprawienia straży miejskiej i gminnej
Wydział Dermatologii Uniwersytetu Kalifornii na temat srebra.
Wydział Nauk o Żywieniu, Uniwersytet Stanowy Oklahoma na temat
wanadu.
Wydział Nauk o Ptactwie, Uniwersytet Kalifornii - na temat wpływu
wanadu na rozwój drobiu. (dokument PDF).
Budżet EFSA - w roku 2008 wynosił 65 mln Euro (dokument PDF).
EFSA - bezpieczeństwo substancji smakowych o smaku wędzonki.
EFSA - kompletny przewodnik zbierania narodowych danych o
konsumpcji w UE.
Catherine Geslain-Lanéelle - szefowa EFSA pracowała dla Komisji
Codex Alimentarius.
Wikipedia - Codex ALimentarius
The Guardian - opisuje co w 1996 r. przedstawiła niemiecka
delegacja na Komisji Codex Alimentarius.
The Guardian - podobieństwo ustaleń Komisji Codex Alimentarius do
wprowadzanego w UE prawa.
Gazeta Wyborcza - kampania roku 2004 "tak w referendum", czyli
przez emocje do Unii.
W
duchu naszego ostatniego wpisu, w nadchodzącym Nowym Roku, wszystkim
serdecznie życzymy mniejszej dawki telewizji i większej dawki optymizmu!
Jednocześnie informujemy, że pod adresem:
http://orwell.forumotion.com
powołano do życia forum, na którym wszyscy użytkownicy mogą umieszczać
swoje treści.
Głównie ma ono służyć sprawniejszej dystrybucji dostarczanych przez
Państwa informacji, do czego blog i shoutbox nie bardzo się jednak
nadają, a rzeczywiście szkoda, co sugerowało kilka osób, by w niepamięć
szły podesłane przez czytelników odnośniki lub ciekawe informacje.
Dziesięć ostatnio dodanych przez użytkowników na forum tematów, będzie
wyświetlanych także po prawej stronie na naszym blogu.
Forum, to oczywiście eksperyment, który jeśli spełni swoje informacyjne
zadanie, może wszystkim całkiem dobrze służyć.
Jeśli okaże się niewypałem, to zniknie tak szybko jak się pojawiło.
Jeśli chodzi o sprawy bezpieczeństwa korzystania z forum, to jest to
forum jak każde inne z tym, że serwery znajdują się poza granicami
Polski, w USA. W zgodzie z obecnym amerykańskim prawem, dostawca usługi
zapewne rejestruje każdy odwiedzający forum adres ip i przechowuje te
informacje przez pewien okres czasu.
Nie wiemy, czy firma do której należy Forumotion nie bombarduje
reklamami adresów e-mail służących do rejestracji użytkowników, warto
więc do celów rejestracji na forum założyć jakąś nową, inną od używanej
na co dzień, skrzynkę pocztową.
I to już wszystko.
Do siego roku.
Ponad
miesiąc temu, amerykański magazyn naukowy Miller-McCune, który
stara się wiązać tematykę obecnych badań akademickich z raportami na
żywo, by jak napisano w internetowym jego wydaniu, poruszać istotne
kwestie społeczne, opublikował artykuł na temat badań Londyńskiej
Szkole Ekonomii i Nauk Politycznych (London School of
Economics and Political Science).
Temat wydał nam się ciekawy, ponieważ dotyczy propagandy i Unii
Europejskiej, a wyniki badań miały udzielić odpowiedzi na pytanie: czy
stronnicze media mają efekt "bomby zegarowej"? Autorka opisuje temat w
następujących słowach:
Nie ma nikogo bardziej cynicznego w stosunku do mediów, niż przeciętny
Europejczyk.
Jak ujawniło w sondażach BBC, mediom ufa jedynie 12%
europejczyków, w porównaniu do 15% mieszkańców
Ameryki Północnej, 29% mieszkańców Azji i Pacyfiku, i aż 48%
mieszkańców Afryki.
Mimo tego, najnowsze badanie Londyńskiej Szkoły Ekonomii i Nauk
Politycznych (London School of Economics and Political Science)
sugerują, że nawet najbardziej zatwardziali mieszkańcy Europy, mogą
ulegać medialnej manipulacji i zmieniać swój polityczny punkt widzenia,
jeśli tylko podda się ich odpowiednio długiemu bombardowaniu
stronniczych wiadomości i informacji.
Na uczelni, Michael Bruter, starszy wykładowca Polityki Europejskiej,
przez ponad dwa lata karmił 1200 obywateli sześciu krajów,
wiadomościami o Europie i Unii Europejskiej - jednych tylko złymi
wiadomościami, innych tylko dobrymi.
Po pewnym czasie Bruter zauważył, że bez jednego nawet wyjątku, wszyscy
czytelnicy przyswoili sobie w różnym stopniu stronnicze informacje i
zmienili swój punkt widzenia na temat Unii Europejskiej oraz ich samych
jako Europejczyków, niektórzy nawet w sposób skrajny. Zadziwiające było
to, że nie zarejestrowano żadnych zmian tuż po tym, kiedy zakończono
rozsyłanie w ramach eksperymentu stronniczych wiadomości - nie
zanotowano aż do upływu sześciu miesięcy, gdy zmniejszyła się ich
czujność.
Bruter nazywa to efektem "bomby zegarowej" stronniczych informacji.
Jego studium ukazuje nieostry obraz tego, w jaki sposób cynizm wcale
nie uodparnia obywateli na polityczną perswazję, a jedynie opóźnia jej
działanie.
"Wiemy, że zwiększający się odsetek
obywateli przestaje ufać mediom
oraz, że niektórzy z tych obywateli jasno i wyraźnie stwierdzają, iż
pomijają i nie biorą pod uwagę stronniczych informacji, które
odbierają. Jednakże, pokazujemy, że pomimo przyjęcia powściągliwej
strategii czytania, efekt tych odebranych wiadomości odzywa się z
czasem."
Bruter nie studiował mediów Amerykańskich, jednak jego badania
sprowokowały pytania na temat efektów długotrwałego wystawienia na
działanie spolaryzowanych informacji telewizyjnych w sieciach takich
jak FOX czy MSNBC, które obecnie są na pierwszym i drugim miejscu w
zestawieniu kanałów informacyjnych. Ostatnio, administracja Prezydenta
Obamy nazwała kanał FOX News politycznym oponentem zamiast
licencjonowaną organizacją informacyjną.
Według Bruter'a, efekt "bomby zegarowej" skłania do zadania pytania,
czy cynizm współczesnych obywateli nie prowadzi do tego, że stają się
oni nawet bardziej bezbronni wobec dziennikarskich źródeł, którym nie
ufają i na które sądzą, że są uodpornieni.
Dlatego też, obywatele Brytyjscy, najbardziej cyniczni ze wszystkich,
mogą być zaalarmowani wobec anty-Europejskiego przechyłu ich mediów,
jednak badania sugerują, że mimo tego zostaną zmanipulowani, by w
mniejszym stopniu czuć się europejczykami niż inni, twierdzi Bruter.
Jak mówi, media - a w szczególności brukowce - powinny zaprzestać
wzajemnych oskarżeń o stronniczość, które pełne są zapewnień iż "ich
odbiorcy są dojrzali i obyci, potrafią odbierać to co czytają z
przymrużeniem oka.
Przeciwnie, moje badania sugerują, że
nawet obyty odbiorca w rzeczy samej jest podatny na manipulację.
Dla mediów to duża lekcja, że spoczywa na nich odpowiedzialność."
Bruter'a zaintrygowało pytanie na temat mediów oraz identyfikacji po
tym, gdy obywatele Francji i Niderlandów odrzucili w głosowaniu
proponowaną konstytucję dla Unii Europejskiej w 2005 roku.
To niepowodzenie, mówi autor, stworzyło imperatyw, by stwierdzić, czy
media wpływały na to "dlaczego jedni
obywatele czuli się Europejczykami
bardziej niż inni."
Bruter opracował dwuletni eksperyment, w którym dwa razy w tygodniu
wysyłał biuletyn zawierający stronnicze informacje na temat Europy i
Unii Europejskiej. Biuletyn otrzymywało do 200 osób z Wielkiej
Brytanii, Francji, Niemiec, Belgii, Portugalii i Szwecji. Kraje te
reprezentowały wielkich i małych, bogatych i biednych, pro europejskich
i eurosceptycznych członków UE.
Każdy czterostronicowy biuletyn, stworzony z zebranych codziennych i
tygodniowych dokumentów europejskich, zawierał dwie strony artykułów
traktujących wyłącznie na temat Europy i UE, albo tylko pozytywnych,
albo tylko negatywnych.
W ten sposób, np. jedna grupa uczestników czytała o tym, że przywódcy
Europejscy osiągnęli porozumienie, by wspólnie walczyć z przemytem
narkotyków, że Airbus przegonił Boeing'a jako pierwszy na świecie
producent samolotów oraz, że wartość Euro pnie się w górę. W tym samym
czasie druga grupa czytała o spadającej wartości Euro, Airbus'ie, który
przegrał z Boeingiem duży kontrakt w Chinach oraz, że przywódcy Europy
Wschodniej nie porozumieli się w sprawie walki z zorganizowaną
przestępczością.
W dodatku, biuletyn "dobrej nowiny" zawierał trzy fotografię lub
rysunki pro europejskich symboli, takich jak mapa europy i fotografie
flagi UE, podczas gdy biuletyn "złej nowiny" placebo, fotografie ludzi
lub krajobrazów.
Zanim wysłano pierwszy biuletyn, uczestnicy wypełnili kwestionariusze,
które miały na celu dokonanie pomiaru ich cywilnej, kulturalnej i
europejskiej tożsamości. Odpowiadali (w różnych językach), na pytania
takie jak "czy ogólnie, popierasz, czy jesteś przeciwny wysiłkom ku
zjednoczeniu Europy?", "Czy uważasz się za obywatela Europy?", "Czy
czujesz się bliższy innym współobywatelom Europy niż np. Chińczykom,
Australijczykom, czy ludziom z Ameryki?"
Uczestnicy byli także proszeni o opisanie reakcji, gdyby widzieli, że
ktoś pali flagę Europejską i reakcji, gdyby widzieli, że ktoś pali
flagę ich własnego kraju.
Na praktycznie takie same pytania zawarte w kwestionariuszach
odpowiedzieli jeszcze dwukrotnie. Zaraz po zakończeniu dwuletniego
okresu otrzymywania biuletynu, oraz jeszcze sześć miesięcy później.
Odkryto, że stronnicze informacje praktycznie nie wpływały na to, czy
obywatel czuł się bardziej czy też mniej Europejczykiem lub bardziej
lub mniej opowiadał się za Unią Europejską, zaraz po tym kiedy przestał
on otrzymywać biuletyn. Jednak po sześciu miesiącach od tego momentu,
rezultaty pokazały bez cienia wątpliwości, że biuletyn wywarł wyraźny
wpływ.
W czasie badań odkryto, że stałe wystawienie na działanie symboli
Europy i Unii Europejskiej - flag, map, wizerunku banknotów Euro,
działało natychmiast, powodując, że ludzie czuli się bardziej
Europejscy. Po sześciu miesiącach od zakończenia eksperymentu,
uczestnicy, którzy regularnie byli wystawiani na działanie symboli,
mieli w coraz większym stopniu ich świadomość w życiu codziennym. W
rezultacie, zostali przygotowani do dostrzegania tych symboli poprzez
biuletyn.
Jednak efekt "bomby zegarowej" stronniczych informacji był bardziej
efektywny niż wystawienie na działanie widoku symboli, jeśli chodzi o
manipulowanie członkami "w wielkim
stopniu cynicznej opinii publicznej
w Europie"- mówi Bruter.
"Ukazuje to, że nawet najbardziej
niewiarygodna propaganda, może odnieść
z czasem efekt i że najbardziej nieprawdopodobne, bezpodstawne plotki
mogą w pewnym stopniu kształtować opinię."
Dziś Unia Europejska urosła do 27 krajów członkowskich, z sześciu
pierwszych, które najpierw zaangażowały się w obopólną gospodarczą
kooperacje w 1957 roku. Traktat Lizboński, zamiennik za odrzuconą w
2005 roku Konstytucję Europejską, gotów jest do wdrożenia w tym roku.
26 z 27 państw ratyfikowało go, włączając w to Francję i Niderlandy.
Jedynie Czechy się wstrzymują. (miesiąc temu jeszcze tak było. Dziś
wiemy, że Czechy także się poddały - przyp. tłum.)
Jednak niezależnie od działania rządów, to dlaczego i w jaki sposób
obywatele różnych krajów w Europie zaczynają czuć się mniej
Brytyjczykami, Duńczykami, czy Portugalczykami, a powiedzmy w sercu
bardziej Europejczykami, nadal pozostaje otwartym pytaniem. Media, jak
twierdzi Bruter, mogą hamować lub pobudzać to uczucie z biegiem czasu.
"Rezultat odbierania informacji
ostatecznie i tak działa, więc
wpływa na obywatelską identyfikację europejską z nadzwyczajną
skutecznością w dłuższym okresie czasu" - mówi Bruter.
"Bomba Zegarowa? Dynamiczny Efekt Wiadomości i Symboli na Polityczną
Identyfikację Europejskich Obywateli" (Time Bomb? The Dynamic Effect of
News and Symbols on the Political Identity of European Citizens)
pojawił się na początku roku w publikacji Comparative
Political Studies.
Przyznajemy, że nie pokusiliśmy się o samodzielne zapoznanie się z
oryginalnym tekstem Michael'a Bruter'a, który dostępny jest jedynie w
płatnej formie, jednak nie podejrzewamy, by amerykański magazyn miał
jakieś powody do przekręcania wyników i wniosków płynących z
brytyjskich badań.
Nam trochę śmieszne wydają się spostrzeżenia o biednych,
zmanipulowanych Brytyjczykach, którzy zamiast w naturalny sposób
pokochać Unię Europejską, z powodu ogromu antyunijnej nagonki w
mediach, zdając sobie sprawę z tej nikczemnej i grubymi nićmi szytej
manipulacji, podświadomie jednak ulegają jej wpływom po dłuższym
czasie. Stąd ta niechęć.
Co w takim razie trzeba by napisać o ostatnich 10 latach w Polsce?
Biorąc pod uwagę bezmiar medialnej euro-miłości, achów i ochów oraz
politycznej klaki nad wszystkim na czym nalepiono niebieską flagę z
żółtymi gwiazdkami, Polak powinien uważać się za najbardziej
europejskiego przedstawiciela rasy europejskiej jakiego IV Rzeszy udało
się ukształtować.
Przyznać jednak musimy, że mamy pewien problem z wynikami tych badań.
Jeśliby były one prawdziwe, to jaki Państwa zdaniem powinien być
współczesny Polak, który przestał czytać trzy lata temu Gazetę
Wyborczą, bo jak wiemy poczytność Gazety zmalała w ostatnich latach
bardzo drastycznie? Polak ten zorientował się już dawno, że
Gazeta nie
ma nic wspólnego z rzeczową publicystyką lub rzetelnym przekazem
informacji, jednak czytając z przymrużeniem oka, już po ponad 6
miesiącach od jej odstawienia, powinien zdradzać pewne szczególne
objawy zmiany światopoglądu zgodne ze stronniczymi tekstami GW.
Po pierwsze powinien zionąć nienawiścią do braci Kaczyńskich, PiSu i
każdej ich inicjatywy, miłować zaś wszystko co wyduma, stworzy i możną
ręką powoła do życia obecny rząd.
Po drugie powinien potępiać w całej rozciągłości wszelkie działania
oszołomów z IPN, współczuć zaś i bronić byłych przepracowanych
działaczy PZPR, dzielnych oficerów prowadzących, ich podopiecznych i
innych ludzi honoru.
Po trzecie powinien ochoczo promować alternatywne zachowania seksualne,
by przeniknęły i stały się codziennością Polskich miast, miasteczek i
wsi, o ulicach, skwerach, deptakach i szkołach, nie zapominając, gdzie
najmłodszych nauczać powinno się poza hymnem Unii Europejskiej, także
ważnego zagadnienia tolerowania w przestrzeni publicznej zachować
seksualnych pederastów.
Po czwarte powinien kochać jak ojczyznę własną Państwo Żydowskie,
spijać z ust naczelnego rabina Polski każde słowo mądrości i
napomnienia i karnie robić wszystko, by tylko przypadkiem nie pogorszyć
stosunków między Polską a przedstawicielami narodu żydowskiego - czyli
czuć się winnym za zbrodnie jakie jego przodkowie popełniali pospołu z
tzw. nazistami w polskich obozach koncentracyjnych.
Itd., itp.. Część z Państwa czyta lub czytała kiedyś Wyborczą, więc
sami Państwo wiedzą co publikowano na jej łamach.
No i tu właśnie mamy problem. Bo generalnie nic się nie zgadza z
konkluzjami jakie wyciągnął Michael Bruter ze swych ponad dwuletnich
badan.
Jak choćby dziś czytamy na wp.pl, która donosi za
Rzeczpospolitą:
"W 2009 r. poparcie tracili i premier
i rząd", głosi pierwsze zdanie
artykułu, w którego swoistym sondażowym podsumowaniu mijającego roku
czytamy, że "PiS w styczniu miał 25%
zwolenników i w grudniu ma ich
dokładnie tyle samo."
Czyli ani PiS'owi nie spadło, ani się Polacy w cudotwórczym rządzie
stopniowo nie zakochali, a wręcz przeciwnie.
W innym artykule czytamy wypowiedź środowisk, które
zmuszone są
organizować w Polsce parady równości, że "nietolerancja wciąż jest
zjawiskiem powszechnym, dlatego nasze parady wciąż są potrzebna"
a inny
znany działacz na tym polu dodaje, że "gdybyśmy
nie bali się ujawniać
byłoby nas tu dzisiaj dwa miliony."... czyli ludność nadal
okazuje
obrzydzenie wobec zachowań pederastów.
O narastającym, rdzennym i wypitym z mlekiem matki-polski
antysemityzmie już nawet nie wspominając, bo objawia się on ciągle,
ostatnio choćby i w bulwersującej cały świat kradzieży napisu z bramy
polskiego obozu zagłady żydowskiej. Czyli antysemityzmu ciąg
dalszy.
Czy to nie dziwne, że nijak nie można się dopatrzeć dziś efektu bomby
zegarowej wśród byłych czytelników GW?
Wnioski jakie można wysnuć na podstawie rozbieżności między polska
rzeczywistością a badaniami brytyjskiej uczelni, mogą być tylko dwa.
Albo badania są do niczego, bo Polacy nijak się mają do reszty
europejskich braci, którzy podświadomie ulegają nawet mało
wyrafinowanej manipulacji już po 6 miesiącach od jej "odstawienia",
albo... mylą się sondaże i paradujący w tęczowych pochodach
działacze.
Co gorsza, mylili się i Izraelski wiceminister i minister ds. rozwoju
regionalnego, który o kradzieży powiedział, iż "Ten gest świadczy po
raz kolejny o wrogości i przemocy wobec Żydów", i jego koledzy:
"izraelski minister informacji i
diaspory Yuli Edelstein skomentował
kradzież tablicy jako "największy błąd polskiej policji". Członek
prawicowego Likudu wyraził również zaniepokojenie rosnącą liczbą
antysemickich incydentów na całym świecie".
Czego by jednak nie mówić i niezależnie od tego, czy jako Polacy
jesteśmy jakoś szczególnie uodpornieni na skutki przebywania w zasięgu
manipulacji mediów, warto na pewno stosować się do starej zasady znanej
w informatyki, która w oryginale brzmi: "garbage in, garbage out" co
tłumaczy się jako "śmieci na wejściu dadzą śmieci na wyjściu", nawet
jeśli wg. najnowszych badań zajmuje to trochę więcej czasu niż się
ludziom wydaje.
Dlatego naszym zdaniem, o czym pisaliśmy wielokrotnie, ważne jest skąd
i w jaki sposób pozyskujemy informacje. Dlatego też praktycznie od
początku zachęcaliśmy czytelników do odstawienia telewizorów i
pozyskiwania informacji we własnym zakresie, najlepiej szukając i
porównując je u kilku źródeł.
Nie wolno też nie doceniać siły oddziaływania drobnych elementów,
takich jak sporadycznie i niby przypadkowo pokazywane symbole, gesty,
obrazy, bo one także wywierają na nas wpływ. Pod tym względem telewizja
własnie ma największe pole działania, będąc strumieniem bezwolnie
przyswajanych obrazów, bombardujących ludzkie umysły z prędkością 25
klatek na sekundę.
Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
Magazyn miller-mccune - artykuł na temat efektu bomby zegarowej
stronniczych mediów.
BBC - sondaże na temat zaufania.
"Time Bomb? The Dynamic Effect of News and Symbols on the Political
Identity of European Citizens" - dokument w formacie PDF dostępny
po rejestracji i dokonaniu opłaty.
wp.pl - rząd i premier źle oceniani, poparcie dla PiS bez zmian.
wp.pl - nietolerancja wobec homoseksualistów.
wp.pl - kradzież bramy antysemickim incydentem i przemocą wobec
Żydów.
Jak
zapewne większość z Państwa wie, 7 grudnia 2009 w zasilanym energią
wiatrową Bella Center w Kopenhadze, rozpoczął się szczyt klimatyczny
Organizacji Narodów Zjednoczonych, który zakończył się przedwczoraj
wieczorem.
"Uczestniczyli w nim politycy, około
16500 biurokratów, tysiące dziennikarzy, aktywistów, setki limuzyn,
ponad 100 prywatnych samolotów odrzutowych, olbrzymia ilość energii
została zużyta przez 30 tysięcy uczestników, z których wielu było
jedynie agitatorami politycznego planu.
Australijski Premier miał w
Kopenhadze możliwości zrobienia sobie zdjęcia w czasie krótkich
odwiedzin, na które pozwolił mu odrzutowiec spalający więcej paliwa w
czasie tej podróży, niż cały resort Arkaroola Wilderness zużyje w ciągu
roku.
Brytyjskie Zrzeszenie Podatników (UK
Taxpayers' Alliance) obliczyło, że
koszt konferencji wynosił tyle ile GDP Republiki Malawi" - tak
napisał na łamach http://www.abc.net.au na temat szczytu w
Kopenhadze, Ian Plimer, profesor geologii górniczej na uniwersytecie w
Adelaide, jednocześnie profesor w stanie spoczynku Nauk o Ziemie na
Uniwersytecie w Melbourne, gdzie pełnił także funkcję dyrektora w
latach 1991-2005.
Nie wiemy czy wydano aż tyle ile wynosi GDP Malawi, jednak całkiem
imponująca wydaje się suma 54 mln. funtów brytyskich wydana w czasie
szczytu tylko na pensje gromady delegatów i polityków.
Inne media Kopenhagę przedstawiły trochę odmiennie - jako niecodzienne
wydarzenie, któremu w duńskim mieście towarzyszyły prezentacje
techniczne, pokazy naukowe, koncerty oraz oczywiście demonstracje i
zamieszki, a wszystko to miało pomóc w zmniejszeniu emisji
trucicielskiego wyziewu, zanieczyszczenia zwanego naukowo dwutlenkiem
węgla, którego chemiczny symbol i nazwa potoczna to CO2.
Spotkanie to miało być kolejnym krokiem ku uporządkowaniu światowej
gospodarki, co miało wiązać się z transferami dóbr na kwoty powyżej
trylionów dolarów. Miało także wiązać się z utratą miejsc pracy idącą w
miliony, również milionami ludzi zyskującymi nową pracę, wprowadzaniem
nowych podatków, relokacją przemysłu, nowymi taryfami i dotacjami, oraz
skomplikowanymi opłatami na rzecz schematów walki z gazami
cieplarnianymi, oraz podatkami za emisję dwutlenku węgla - a wszystko
to pod nadzorem globalnej instytucji, globalnego organu.
Takie i inne rezultaty opisano w "nocie informacyjnej" Organizacji
Narodów Zjednoczonych na temat potencjalnych konsekwencji kroków, które
kraje uprzemysłowione miały podjąć, by wdrożyć w życie wytyczne z
Kopenhagi, następcy Protokołu z Kioto.
Pisaliśmy na temat noty ONZ cytując artykuł Fox News w kwietniu tego roku pt.: "Formy życia i zanieczyszczenia oparte na węglu."
Z noty, która o ponad pół roku wyprzedzała szczyt w Kopenhadze,
wyraźnie wynikało jakie nadzieje wiążą z nim ludzie stojący za ONZ i
organizacją całego globalnego ruchu na rzecz klimatu.
W ogóle wydaje nam się, że bardzo często zapomina się, iż szczyt w
Kopenhadze był spotkaniem ONZ, a nie jak mają zwyczaj to relacjonować
media, jakimś heroicznym spotkaniem polityków zatroskanych tragicznym
stanem ziemskiego klimatu.
Już pewnie planowano, że będzie tak sprawnie i ekologicznie i wszystko
pójdzie jak po maśle, powstanie globalne ciało do zarządzania w czasie
kryzysu spowodowanego niebezpieczeństwem wywoływanych przez człowieka
globalnych zmian klimatycznych.
Nie wszystko poszło jednak w zgodzie z tym planem. Wprawdzie delegatów
chętnych na wyżerkę i popijawę na koszt nieświadomych podatników
pojawiło się wielu, jednak tuż przed konferencją, z niektórych mniej
posłusznych mediów, jak na złość, zaczęła wylewać się na światło
dzienne ciekawa informacja. Informację tę odkrył człowiek (w mediach
nazywano go dla postrachu hackerem), któremu dobro innych widocznie nie
było obojętnie.
Ujawnione materiały dotyczyły rzetelności badań jednego z najbardziej
opiniotwórczych ośrodków w dziedzinie zmian klimatycznych, Uniwersytetu
Wschodniej Anglii (UEA - University of East Anglia).
Przykra niespodzianka.
Przypomnijmy tym, którzy nie śledzili tych wydarzeń w często dziwnie
milczących mediach krajowych, jak to się zaczęło i co ujawniono do tej
pory.
Udało nam się ustalić, że 17 listopada 2009 roku na rosyjskim serwerze
FTP pojawił się plik ZIP
http://ftp.tomcity.ru/incoming/free/FOI2009.zip który zawierał 1079
listów poczty elektronicznej oraz 72 dokumenty. Plik ten zniknął już z
serwera ftp na którym począkowo się pojawił, ale ponieważ w Internecie
rzadko coś ginie, namierzyliśmy go na stronie megaupload,
a także w odnośnikach The Pirate Bay oraz na specjalnie
stworzonej stronie WWW, która zawiera wersję wszystkich listów
umieszczonych w formie pozwalającej na ich czytanie i przeszukiwanie
online.
Przez pierwsze trzy dni, wiadomość pojawiła się tylko na kilku blogach.
Nikt nie wiedział, czy wszystko to przypadkiem nie jest jakimś okrutnym
żartem. Wielu internautów nie wierzyło, że to prawda, wstrzymując się
od wypowiedzi do momentu potwierdzenia lub zdyskredytowania tych
informacji.
Maile owe rzekomo miały pochodzić z UEA i stanowić miały dowód
nieoficjalnych rozmów, jakie prowadzą między sobą zatrudnione w tej
instytucji autorytety naukowe. Ujawniona poczta obejmowała w sumie
okres prawie 13 lat.
Trzeba zdawać sobie sprawę, że w przypadku UEA nie mówimy tutaj o
jakiejś tam uczelni, która ma wpływu na niewiele więcej niż tylko oceny
w indeksach swoich studentów. Mówimy tu o instytucji, "niewielkiej grupie naukowców, którzy przez
lata, jak żadna inna tego typu grupa, mieli wpływ na kierowanie
światowymi sygnałami alarmującymi na temat globalnego ocieplenia i to
nie tylko z powodu roli jaką odgrywali oni w Międzyrządowym Panelu do
spraw Zmian Klimatu ONZ (Intergovernmental Panel on Climate Change
(IPCC))". Tak opisał grupę naukowców, tydzień po ujawnieniu
tajemniczej poczty, brytyjski The Telegraph.
Z tego właśnie powodu większość dziennikarzy i internautów
interesujących się tematem uważała, że treść ujawnionej korespondencji
to jedynie głupi żart.
Po momencie niepewności, następne wydarzenia rozegrały się praktycznie
w czasie kilku godzin. Bombardowany zapytaniami z całego świata
dyrektor jednostki do badań klimatu UEA przyznał, że e-maile
rzeczywiście pochodzą z ich wydziału badań nad klimatem.
Świat błyskawicznie obiegła ta wiadomość i o treści listów zaczęto
pisać szerzej, zagłębiając się w ich lekturę i ujawniając coraz to nowe
wątki.
A co takiego strasznego znajduje się w tej naukowej
korespondencji?
Z listów wynika, że najbardziej wpływowi naukowcy, których działania
praktycznie stanowiły koło zamachowe teorii globalnego ocieplenia
wywołanego działalnością człowieka, mogą być zamieszani w niemały
skandal, być może jeden z największych w historii współczesnej nauki.
Zresztą warto poczytać samemu - wersja językowa oryginalna:
"
From: Phil Jones
To: ray bradley ,mann@XXXX,
mhughes@XXXX
Subject: Diagram for WMO Statement
Date: Tue, 16 Nov 1999 13:31:15 +0000
Cc: k.briffa@XXX.osborn@XXXX
Dear Ray, Mike and Malcolm,
Once Tim’s got a diagram here we’ll
send that either later today or first thing tomorrow.
I’ve
just completed Mike’s Nature trick of adding in the real temps to each
series for the last 20 years (ie from 1981 onwards) amd from 1961 for
Keith’s to hide the decline. Mike’s series got the annual land
and marine values while the other two got April-Sept for NH land N of
20N. The latter two are real for 1999, while the estimate for 1999 for
NH combined is +0.44C wrt 61-90. The Global estimate for 1999 with data
through Oct is +0.35C cf. 0.57 for 1998.
Thanks for the comments, Ray.
Cheers
Phil
"
Wytłuszone przez nas zdanie tłumaczy się następująco:
"Skończyłem właśnie trik Mike'a z
Nature (magazynu naukowego Nature - przyp. tłum.), z dodawaniem w
realnych temperaturach do każdej serii z ostatnich 20 lat (np. od 1981
i dalej) i od 1961 dla Keith'a, żeby ukryć spadek."
Gdzie indziej czytamy:
"From: Kevin Trenberth
To: Michael Mann
Subject: Re: BBC U-turn on climate
Date: Mon, 12 Oct 2009 08:57:37 -0600
Cc: Stephen H Schneider , Myles Allen
, peter stott , “Philip D. Jones” , Benjamin Santer , Tom Wigley ,
Thomas R Karl , Gavin Schmidt , James Hansen , Michael Oppenheimer
Hi all
Well I have my own
article on where the heck is global warming? We are asking that here in
Boulder where we have broken records the past two days for the coldest
days on record. We had 4 inches of snow. The high the last 2 days was
below 30F and the normal is 69F, and it smashed the previous records
for these days by 10F. The low was about 18F and also a record low,
well below the previous record low.
This is January weather (see the
Rockies baseball playoff game was canceled on saturday and then played
last night in below freezing weather).
Trenberth, K. E., 2009: An imperative
for climate change planning: tracking Earth’s global energy. Current
Opinion in Environmental Sustainability, 1, 19-27,
doi:10.1016/j.cosust.2009.06.001. [1][PDF] (A PDF of the published
version can be obtained from the author.)
The fact is that
we can’t account for the lack of warming at the moment and it is a
travesty that we can’t. The CERES data published in the August BAMS 09
supplement on 2008 shows there should be even more warming: but the
data are surely wrong. Our observing system is inadequate.
"
Wytłuszone przez nas zdania tłumaczą się następująco:
"No dobra, mam mój własny artykuł na
temat gdzie u diabła podziało się globalne ocieplenie? Pytamy o to
tutaj w Boulder, gdzie ustanowiliśmy rekord dwóch ostatnich dni jako
najzimniejszych od czasu notowań. Mieliśmy 4 cale śniegu. Najwyższa
temperatura w ciągu ostatnich dwóch dni wyniosła 30F a normalnie jest
69F, a to zmiata poprzednie rekordy z tych dni o 10F. Najniższa była
około 18F i jest także rekordowo niska, znaczy poniżej poprzedniej
rekordowo niskiej.
...
Faktem jest, że nie możemy zdać
sprawozdania z braku ocieplenia w tym momencie i to w sumie parodia, że
nie możemy. Dane CERES opublikowane w sierpniowym BAMS 09 dodatku w
2008 pokazują, że powinno być nawet zwiększone ocieplenie, ale dane są
na pewno złe. Nasz system obserwacji jest niewłaściwy."
CERES to eksperymentalny program NASA dotyczący danych
klimatologicznych, który ma na celu zrozumienie roli jaką odgrywają
chmury oraz cykle energii w globalnych zmianach klimatu.
W innym liście czytamy:
"
From: Phil Jones
To: “Michael E.
Mann”
Subject: IPCC
& FOI
Date: Thu May 29
11:04:11 2008
Mike,
Can you delete any
emails you may have had with Keith re AR4?
Keith will do
likewise. He’s not in at the moment – minor family crisis.
Can you also email
Gene and get him to do the same? I don’t have his new email address.
We will be getting
Caspar to do likewise.
I see that CA
claim they discovered the 1945 problem in the Nature paper!!
Cheers
Phil
Prof. Phil Jones
Climatic Research
Unit
"
Tutaj Phil Jones prosi kolegów o pokasowanie korespondencji i
przekazanie innym, żeby zrobili to samo. W wytłuszczonym przez nas
zdaniu czytamy:
" Widzę, że CA twierdzi, że odkryli
problem 1945 roku w papierach Nature (chodzi o naukowy magazyn Nature -
przyp. tłum.)"
Nie mamy teraz zamiaru, ani pewnie Państwo cierpliwości, brnąć przez
wszystkie ponad 1000 listów i ponad 70 dokumentów. Niektórzy jednak, po
ujawnieniu tej korespondencji zadali sobie taki trud.
Generalnie potwierdzono dziś, że z informacji zawartych w listach
wynika, iż utworzono rodzaj konspiracji, że istniała zmowa w
wyolbrzymianiu danych świadczących o ociepleniu, że prawdopodobne
niszczono kłopotliwe informacje, że naukowcy stawiali zorganizowany
opór przed ujawnianiem danych, że dopuszczali się manipulacji danymi,
na podstawie których udowadniano później apokalipsę globalnego
ocieplenia spowodowanego działalnością człowieka, że celowo dodawano
wyniki do ogłaszanych publiczne twierdzeń.
Jednym słowem afera, która powinna wstrząsnąć światem nauki, polityki i
ekologii. W Internecie zaczęto używać określenia Climategate, wzorując
się na nazwie amerykańskiej afery z lat 70-tych.
Znamiennym jest, że debata na ten temat toczy się głównie w Internecie.
A w mediach nic. Praktycznie cisza, przerywana nielicznymi sygnałami
prasy i kilku odważniejszych dziennikarzy. Większość głównych mediów
starała się nie zauważać tematu, choć logicznie rzecz biorąc wszyscy
,od różnych TVN'ów, poprzez brukowe gazety, po poważne tytuły, powinni
grzmieć na alarm, że w Kopenhadze, a wcześniej np. w parlamencie
Państwa Europejskiego, robi się wszystkich nas w globalnego balona!
The Guardian wydawał się trzymać rękę na pulsie. W kilka godzin od
ukazania się plików w internecie rozpoczął relację od artykułu
zatytułowanego: "Sceptycy klimatyczni twierdzą, że ujawnione listy są
dowodem panującej wśród naukowców zmowy", w którym opisał zarzuty stawiane
naukowcom, oraz próby ich obrony.
"Zdajemy sobie sprawę, że informacje
z serwera używanego do celów informacyjnych w jednym z wydziałów
uniwersytetu zostały udostępnione na publicznej stronie internetowej."
- oznajmił rzecznik prasowy uczelni.
Oczywiście naukowcy, występujący w głównych rolach listowej afery, nie
chcieli potwierdzić, czy listy podpisywane ich nazwiskiem są prawdziwe.
"Nie będę komentował zawartości
listów pozyskanych w sposób nielegalny. Powiem jedynie, że ich kradzież
- i wierzę, że jakiekolwiek powielenie listów pozyskanych na
publicznych stronach itd., stanowią poważną działalność kryminalną. Mam
nadzieję, że sprawcy oraz ich pomocnicy, zostaną namierzeni i oskarżeni
w całej mierze na jaką pozwala prawo." - tak odpowiadał jeden z
głównych bohaterów korespondencji, profesor Michael Mann, dyrektor
Centrum Nauki Systemu Ziemi przy Uniwersytecie Stanowym Pensylwanii
(Pennsylvania State University's Earth System Science Centre).
Trzy dni po ujawnieniu listów i dokumentów, Uniwersytet Wschodniej
Anglii zapowiedział wszczęcie własnego śledztwa w tej sprawie, choć
niektórzy odradzali takie działanie, o czym ponownie poinformował
czytelników brytyjski The Guardian opisując jednocześnie
reakcje Michal'a Mann'a oraz jego przyjaciół. Wszyscy zgodnym chórem
twierdza, że ich listowne wypowiedzi są "wyrywane z kontekstu i wydawać się mogą
pogrążające", kiedy uważnie wybierają je dla własnych potrzeb
przeciwnicy teorii zmian klimatu wywołanych przez działalność człowieka.
"Jeśli spojrzy się na e-maile, nie ma
tam żadnych dowodów fałszowania danych, nie ma dowodów, że zmiany
klimatu to ściema." - mówił rzecznik prasowy brytyjskiego
rządowego serwisu meteorologicznego (The Met Office).
29 listopada, The Times opublikował artykuł pt.: "Wielki naukowy skandal dotyczący zmian klimatu". W
artykule czytamy m.in.:
"Phil Jones jest kluczowym graczem na
naukowej scenie zajmującej się zmianami klimatu. Stworzona przez jego
departament baza danych o zmianach temperatur i ich pomiarach, stała
się najważniejszym elementem na którym buduje się sprawę globalnego
ocieplenia.
Ujawnione listy sugerowały jednak, że
Jones i niektórzy z jego kolegów, mogli tak bardzo przekonać się do
swoich racji, że przekroczyli granicę między obiektywnymi badaniami a
prowadzeniem aktywnej kampanii.
W jednym z listów, Jones przechwala
się używaniem statystycznego triku, by ukryć jawiący się spadku
globalnej temperatury. W jeszcze innym obstaje, by skasować dane,
których udostępnienia domagali się sceptycy.
W trzecim liście proponował
zorganizowany bojkot prac naukowych, które ośmieliły się opublikować
badania, podkopujące przesłanie o globalnym ociepleniu."
The Times przypomina w artykule genezę całego problemu ze współczesną
interpretacją wyników badań nad zmianami klimatu i opisuje dlaczego UEA
jest placówką aż tak istotną :
"Hakerski skandal to nie odizolowany
przypadek. Przeciwnie, jest to ostatnia runda trwającej od dawna
batalii nad nauką o klimacie, której początki sięgają roku 1990.
To wtedy Międzyrządowy Panel do spraw
Zmian Klimatu (IPCC) - grupa naukowców doradzająca rządom na całym
świecie -opublikowała swój pierwszy zestaw ostrzegawczych raportów, że
Ziemia stanęła naprzeciw śmiertelnego niebezpieczeństwa zmiany klimatu.
Centralną częścią tego raportu był zestaw danych, ukazujący jak szybko
rosła temperatura półkuli północnej.
Problem polegał na tym, że część
wyników wskazywała, iż wszystko to już się kiedyś wydarzyło. Tzw. okres
średniowiecznego ocieplenia, 1000 lat w czasie których Brytania pokryta
była winnicami, a Wikingowie wypasali bydło na zielonej wówczas
Grenlandii. Dla każdego dobrego naukowca był to powód do zadania
pytania: czy obecne ocieplenie związane jest z obecną eksploatacją
paliw kopalnych, czy może jest częścią naturalnego cyklu?
Naukowcy zasiedli do pracy i w 1999
roku grupa pod kierownictwem profesora Micheael'a Mann'a, klimatologa
Uniwersytetu Pensylwanii, otrzymała inne wyniki, które pokazywały, iż
średniowieczne ocieplenie nie miało tak naprawdę większego znaczenia.
Chodziło o to, iż niektóre fragmenty
Atlantyku może i się ociepliły, lecz zapiski sugerują, że w tym samym
czasie Pacyfik był raczej chłodny, więc średnio w zmianach temperatur
była tylko niewielka różnica.
Na wykresie, dane profesora Mann'a
przypominały znany "kij hokejowy". Ukazuje on temperatury północnej
półkuli jako linię, która pozostaje płaska przez kilkaset lat, by ostro
rosnąć od roku 1900 aż do dziś. Wnioskiem płynącym z tej prezentacji
miało być stwierdzenie, że wzrost temperatury będzie postępował, niosąc
ze sobą potencjalnie śmiertelne konsekwencje dla ludzkości.
Wizja kontynentów nawiedzanych przez
huragany i powodzie w czasie gdy roztapia się Arktyka, przerodziła
debatę naukową w wysoce emocjonalną i polityczną dyskusję. Język
używany przez "ociepleniowców" tak samo jak i sceptyków, ulegał coraz
większej polaryzacji.
George Monbiot, poważany pisarz
zajmujący się tematyką ekologii, wszystkim wątpiącym w ocieplenie
wywołane działalnością człowieka przylepił łatkę "climate deniers"
(osoby zaprzeczające klimatowi), co jest zwrotem nieprzyjemnie bliskim
określeniu "holocaust denial" (zaprzeczanie holokaustowi). Sceptycy,
szczególnie w Ameryce, sugerowali, że naukowcy, którzy wierzą w zmiany
klimatu, są częścią globalnej lewackiej konspiracji, chcącej wyciągnąć
biliony dolarów na tzw. zielone technologie.
Bardziej przekonywującą krytyką jest
istnienie oporu przed przyznaniem, że istnieją odmienne poglądy w
kwestii nauki o klimacie. Al Gore, były wiceprezydent USA, który
przekształcił się w zielonego działacza prowadzącego kampanię, określił
wynik debaty na temat klimatu jako już ustalony. Krytycy powtarzają
jednak, iż nauka ta nie została do końca sprawdzona. I właśnie dlatego
Jednostka do spraw Badań Klimatu przy Uniwersytecie Wschodniej Anglii
ma tak wielkie znaczenie.
Jej badania stworzyły zapisy zmian
temperatur jakie dokonywały się przez tysiące lat. Być może
najważniejsze są zapisy dotyczące temperatury lądów i mórz na świecie
od połowy XIX wieku. To z tej właśnie bazy danych pochodzą wyniki
ukazujące "niedwuznaczny" wzrost o 0,8C w czasie ostatnich 157 lat, na
czym opiera się i od czego zależy wykres hokejowego kija Mann'a i wiele
więcej innych zagadnień w nauce o klimacie.
Niektórzy z krytyków wierzą, że
odkrycia Jednostki do spraw Badań Klimatu przy UEA powinny być
traktowane z większą rozwagą, ponieważ wszystkie publikowane dane
zostały "skorygwane" - co oznacza, że zostały zmienione, by
rekompensować ewentualne anomalie w sposobie pozyskania danych. Zmiany
tego rodzaju to rzecz normalna, kontrowersje pojawiają się wokół
sposobu w jaki są dokonywane. Sprawę pogarsza jeszcze niechęć Jednostki
do spraw Badań Klimatu do upowszechnienia oryginalnych danych w formie
nieskorygowanej.
David Holland, inżynier z
Northampton, jest jednym z wielu sceptyków, którzy przekonani są, iż
naukowcy z jednostki przy UEA, całego tego procesu dokonali w sposób
niewłaściwy. Gdy złożył on wniosek o udostępnienie mu tych danych w
zgodzie z przepisami o wolności informacji (freedom of information
laws), odmówiono mu stwierdzając, że "nie leżało to w publicznym
interesie".
Inni którzy złożyli podobne wnioski o
udostępnienie danych, zostali potraktowani odmownie, ponieważ nie
pochodzili ze środowiska akademickiego.
Próbował także normalny akademik,
Ross McKitrick, profesor ekonomii na Uniwersytecie Guelph w Kanadzie:
"Odmówiono mi podając zupełnie inny
powód. Jednostka przy UEA oznajmiła, iż uzyskała te dane w ramach
poufnych umów i w związku z tym nie może tych danych udostępniać. To
dziwne, ponieważ niektóre z tych danych już udostępniali innym
akademikom, jednak tylko tym, którzy opowiadali się po stronie idei
zmian klimatu".
Cytowany obszerny fragment artykułu z the Times, wyjaśnia dość
dokładnie czego dotyczy cały problem, o którym mówi się od wielu lat.
Dzień później, 1-go grudnia, The Guardian poinformował, że Phil Jones, szef
jednostki do badań klimatycznych w UEA, jeden z głównych bohaterów
czytanki listów i dokumentów ujawnionych w sieci, podał się do dymisji.
"Profesor Phil Jones, dyrektor CRU
(Climat Research Unit) powiedział, że staje po stronie nauki
wyprodukowanej przez jego zespół oraz, że sugerowanie konspiracji
mającej jakoby na celu zmianę wyników na rzecz udowodnienia globalnego
ocieplenia spowodowanego działalnością człowieka są "kompletną bzdurą".
Jednak postanowił on ustąpić jako dyrektor, dopóki niezależne śledztwo
w sprawie zhakowanych listów nie będzie zakończone.
Krytycy argumentu, że globalne
ocieplenie spowodowane jest działalnością człowieka mówią, że listy
wskazują na dowody zmowy naukowców. Niektórzy twierdzą, że zawartość
listów sugeruje, iż naukowcy zapobiegali temu, by w czwartej
podsumowującej ocenie Międzyrządowego Panelu na temat Zmian Klimatu
(IPCC - Intergovernmental Panel on Climate Change), wydrukowanej w 2007
roku, nie miały szansy znaleźć się prace naukowe z którymi naukowcy z
UEA nie zgadzali się.
Jednak wcześniej tego samego
tygodnia, zasiadający w IPCC Rajendra Pachauri powiedział, że było to
"wirtualnie niemożliwe", by kilku naukowców zajmujących się klimatem
wpłynęło na rady jakie ONZ dawało rządom. Jego zdaniem, olbrzymia ilość
współpracowników wnoszących wkład oraz przyjęty w IPCC rygorystyczny
mechanizm dokonywania anonimowych recenzji, doprowadziłyby do tego, że
stronniczość byłaby szybko wykryta.
Była to odpowiedź na konkretny e-mail
z 2004 roku, w którym Phil Jones wspomina o dwóch pracach, które uważa
za niewłaściwe, pisząc o nich w sposób następujący:
"I can't see either … being in the
next [IPCC] report. Kevin [Trenberth] and I will keep them out somehow
– even if we have to redefine what the peer-review literature is!"
"
Co można przetłumaczyć jako:
"Ja też nie widzę tego w przyszłym
raporcie [IPCC]. Kevin [Trenberth] i ja jakoś je przytrzymamy, nawet
jeśli musielibyśmy zdefiniować na nowo jaka literatura idzie do
recenzji!"
...
The Guardian kończy: "Ekonomista
Nick Stern powiedział, że punkt widzenia ludzi nie wątpiących w naukowy
consensus, iż to człowiek powoduje globalne ocieplenie, jest "bezładny
i nienaukowy".
Tu przestaniemy cytować gazety, które zaświadczają o biegu wydarzeń pod
koniec listopada i na początku grudnia.
Komentując ostatni cytowany akapit, zastanowiło nas, czy z badaniami
klimatu jest już tak źle, że w obronie własnych racji centra badawcze
wystawiają ekonomistów zamiast klimatologów?
Zastanawia nas także, dlaczego były już szef Jednostki do spraw Badań
Klimatycznych, gdy odnosi się do śledztwa w sprawie ujawnionych
dokumentów i poczty elektronicznej, używa słowa "niezależne". Przecież
śledztwo w gruncie rzeczy Uniwersytet prowadzi sobie sam. Co ujawni owo
śledztwo? Tego możemy się jedynie domyślać, ale biorąc pod uwagę
historie z naszego podwórka, to można przypuszczać, że powołają jakieś
sądy, przeróżne komisje itp., które dziwnym trafem i większością głosów
stwierdzą, że sprawa podlega umorzeniu, że sprawcy pozostają nieznani
lub, że sprawy w ogóle nie było, bo przecież nic złego się nie stało, a
listy to jedynie luźna korespondencja grupy genialnych naukowców,
której głębokiej treści i znaczenia nikt poza nimi poznać nie jest w
stanie.
Istniała kiedyś pewna mądra zasada, że nikt nie powinien być sędzia we
własnej sprawie, lecz kto dziś by się przejmował dawnymi zasadami, a
już szczególnie w dumnym i sponsorowanym szerokim strumieniem rządowych
dotacji świecie odłamów nauki, nauczających w zgodzie z poprawnością
polityczną i jakimś, nie do końca jeszcze znanym ogółowi, nadrzędnym
planem światowej elity.
Wszystko co opisały nieliczne gazety wydarzyło się na dwa tygodnie
przed wielkim szczytem, którego rozmowy opierały się w sumie w całości
na metodach badawczych i danych dostarczanych przez naukowców będących
w samym centrum, jakby nie patrzeć, klimatycznej afery.
Czy mają rację sceptycy, czy też rzeczywiście wydychany przez nas
dwutlenek węgla, który jest podstawowym elementem biologicznej
konstrukcji naszego świata, powoduje straszliwe i katastrofalne
konsekwencje? Nie nam to w sumie oceniać, bo od tego powinni być
naukowcy, jednak jeśli niektórzy z nich obstając przy swojej teorii
uzurpują sobie prawo do bycia jedynie słuszną prawdą, jednocześnie
utrudniając komukolwiek nawet rozmowę na ten temat, to ich zachowanie
mało ma wspólnego z nauką w ogóle, a prawdy o świecie pozostaje ludziom
odkrywać choćby i organoleptycznie. I nie mamy tu na myśli przytykania
języka do metalowego masztu z flagą celem sprawdzenia, czy może
globalna inicjatywa wprowadzenia limitów CO2 już działa i robi się
chłodniej, jak zrobił to pewien student za Atlantykiem.
Naszym zdaniem wystarczy poszperać choćby i w internecie. Oczywiście
nie należy za bardzo wierzyć w to co wypisują na portalach takich jak
wp czy onet zatrudnieni tam często pseudo-dziennikarze, ale gdy wp.pl
publikuje na swojej stronie sondę pt.: "Polska zima jest magiczna" i robi to w połowie
kalendarzowej jesieni, to powinno to trochę dawać do myślenia.
Następnie można sprawdzić tytuły artykułów i zauważyć te z połowy
kalendarzowej jesieni, mówiące, iż "Zima nie odpuści przez najbliższe dni". Poprawniej
byłoby napisać, że zima w jesieni nie odpuści, albo że jesienna zima...
Można także przejrzeć dokumentację z terenu, skrzętnie wysyłaną przez
internautów podekscytowanych posiadaniem telefonów komórkowych z
"aparatem fotograficznym" i możliwością dostarczenia za darmo nie tylko
fotografii ale i własnego numeru telefonu (ujawnionego wszystkim
oglądającym pod zdjęciem autora).
Czy nie odnoszą Państwo wrażenia, że takie informacje wydają się
bardziej obiektywne, niż statystyczne wyliczanki, w których ktoś
udowadnia średnią zmianę o 0,8 stopnia w okresie 200 lat? Przypomina to
trochę badania nad gospodarką, konsekwencje czego obecnie oglądamy,
których naukowcy od ekonomii próbowali dokonywać w arkuszach programów
kalkulacyjnych, co niezależnie od zastosowanych algorytmów, zawsze
kończyło się sięgnięciem do kieszeni podatnika.
Nauka miała dociekać odpowiedzi na postawione pytania, a z każdym nowym
dowodem, przesłanką i odkryciem, miała korygować swoje wcześniejsze
wyniki i tezy, dociekając prawdy. Tak było kiedyś. Dziś, przynajmniej w
dziedzinie badań nad klimatem, część naukowców wydaje się próbować
dopasowywać fakty i odkrycia do wcześniejszych założeń uzgodnionych w
ramach jakiegoś politycznego planu, zmieniając tym samym dziedzinę swej
nauki w podobne polityce bajoro.
Dlaczego to robią?
Część z nich zapewne robi to dla pieniędzy.
Jak to dla pieniędzy? Przecież to biedni naukowcy, jedynie na
marnej profesorskiej pensji, którzy heroicznie i wbrew niedoborom
budżetowym walczą z katastrofalnymi skutkami nadchodzącego ocieplenia,
tworząc bazy danych, symulacje, modele - odpowie czytelnik wchłaniający
wiedzę z TVcośtam, GW, czy jakiejś innej, nie wiadomo już czyjej tuby
propagandowej poprawności.
Dla czytelników, którzy walkę z globalnym ociepleniem kojarzą bardziej
z pokazywanymi w mediach obrazami aktywistów i działaczy poubieranych w
dziurawe płaszcze lub z naukowcami w rozciągniętych swetrach lub
flanelowych koszulach, mamy niespodziankę.
Pamiętają pewnie państwo fragment, który gdzieś powyżej cytowaliśmy za
The Guardian: "to "wirtualnie
niemożliwe" - mówi Rajendra Pachauri, by kilku naukowców zajmujących
się klimatem wpłynęło na rady jakie ONZ dawało rządom. Jego zdaniem,
olbrzymia ilość współpracowników wnoszących wkład oraz przyjęty w IPCC
rygorystyczny mechanizm dokonywania anonimowych recenzji,
doprowadziłyby do tego, że stronniczość byłaby szybko wykryta."
Rajendra Pachauri, to jeden z pracowników zasiadający w IPCC, czyli
ciele ONZ, doradzającym rządom w sprawach klimatu. Warto zapamiętać to
nazwisko.
13 grudnia, w czasie trwania szczytu w Kopenhadze, Reuters relacjonuje kolejny dzień szczytowych
obrad rozpisując się o 1000 zatrzymanych w czasie policyjnej akcji
przeciwko protestującym, które okazało się największym masowym
aresztowaniem w historii Danii. Cały czas w artykule cytuje się kolejne
głosy przemawiające za tym, by w Kopenhadze uzgodnić jakiś kompromis,
dojść do porozumienia i rozpocząć upragnioną przecież współpracę w celu
zatrzymania zatrważającego kataklizmu, w którym wszyscy zginiemy z
gorąca. Naszą uwagę zwrócił jednak fragment następujący:
"Przywódca Azjatyckiego Banku Rozwoju
(Asian Development Bank), Haruhiko Kuroda, ostrzegł rządy, że jeśli w
Kopenhadze nie uda się osiągnąć klimatycznego porozumienia, to może to
prowadzić do załamania rynku węglowego (carbon market), co mogłoby
uderzyć w wysiłki poradzenia sobie ze zmianami klimatycznymi."
Prosimy o wybaczenie, ale gdy czytamy, że przywódca azjatyckiego banku
ponagla polityków, twierdząc, że jak się nie dogadają, to załamie się
rynek węglowy, to jakoś nam się nie chce wierzyć, że chodzi tu o
ochronę klimatu. Ów rynek węglowy, to oczywiście nie rynek sprzedaży
np. węgla kamiennego, lecz rynek handlu emisjami dwutlenku tego
pierwiastka.
Sprawdzmy co wspólnego mają ze sobą azjatycki bank, cytowany wyżej
naukowiec - Rajendra Pachauri oraz bezinteresowna walka z ociepleniem?
Na internetowej stronie ADB (Asian Development Bank), dowiedzieliśmy
się, że poza oczywiście zbawianiem świata, walką z głodem, bezrobociem
itd., itp., bank zajął się także wyzwaniem jakim jest walka ze zmianami
klimatu. W tegorocznym (2009) lipcowym wydaniu kwartalnika "News From Pakistan", newsletter'a wydawanego przez
ADB, na stronie 7 znajduje się artykuł zatytułowany: "Wybitne Osoby
Doradzą ADB na temat Zmian Klimatu". W artykule napisano:
"ADB ogłosiło stworzenie Grupy
Doradczej składającej się z siedmiu wybitnych osób, które doradzą jak
umocnić Bankowe programy, by sprostać globalnemu wyzwaniu zmiany
klimatu.
Grupa Doradcza ds Zmian Klimatu i
Podtrzymania Rozwoju (The Advisory Group on Climate Change Sustainable
Development) będzie pomagać zarządowi ADB rozpatrywać nowatorskie
sposoby pomocy rozwijającym się krajom członkowskim ADB, w przenoszeniu
ich gospodarek na drogę rozwoju niskiej emisji węgla oraz w rozwiązaniu
socjalnych wpływów zmiany klimatu.
Prezydent ADB, Haruhiko Kuroda
ogłosił plany zwołania panelu w przemowie do dyrekcji zarządców w
czasie otwarcia 42 dorocznego spotkania ADB, które odbyło się na Bali w
Indonezji."
Najciekawszy naszym zdaniem fragment tego artykułu zaczyna się, gdy
wymienione są osoby tworzące Grupę Doradczą ADB: "Grupie Doradczej przewodniczyć będzie
Doktor Rajendra K. Pachauri, dyrektor generalny Instytutu Energii i
Zasobów (The Energy and Resources Institute), a w jej składzie zasiądą
Profesor Hironori Hamanaka, przewodniczący i w zarządzie Instytutu
Globalnej Strategii Środowiskowych (Institute of Global Environmental
Strategies); Pani Huguette Labelle, przewodnicząca Transparency
International; Profesor Jeffrey D. Sachs, dyrektor Instytutu Ziemi przy
Uniwersytecie Columbia; Doktor Emil Salim, doradca Prezydenta Indonezji
ds środowiska i rozwoju; Doktor Klaus Toepfer, dyrektor założyciel
Institute for Advanced Studies Climate, Earth System and Sustainability
Sciences (nie tłumaczymy nazwy tego instytutu, bo pojawia się w niej
nowomowa, która nie istnieje jeszcze w języku polskim. Nie ma czegoś
takiego jak "nauki o Sustainability". Termin wymyślono po roku 2001 i
głównie robił on karierę na konferencjach dotyczących zmian
klimatycznych spowodowanych przez człowieka - przyp. tłum.,); oraz
profesor Dadi Zhou, dyrektor generalny (w stanie spoczynku) Instytutu
Badań nad Energią (Energy Research Institute)."
Rajendra K. Pachauri będący przewodniczącym Grupy Doradczej ADB, to
oczywiście ten sam Rajendra Pachauri, który mówił, że niemożliwe jest
żeby ktoś wpływał na decyzje podejmowane przez IPCC. Ten sam Pachauri,
który w IPCC zasiada.
Czy pan Pachauri nie widzi pewnej sprzeczności interesów w zasiadaniu w
IPCC, która doradza rządom, a pobieraniem wynagrodzenia od Azjatyckiego
Banku? Czy przypadkiem nie sprzyja to powstaniu jakiejś patologicznej i
korupcjogennej "zbieżności interesów"? W Polsce rozdawanie posad w
radach nadzorczych oraz zamawianie usług doradczych od znajomych
królika, to stały i niestety zgodny z prawem proceder załatwiania spraw
po tzw. znajomości, oparty o wzajemne przysługi, w których rączka
rączkę myje najczęściej budżetowymi pieniędzmi. Dlaczego podobne
mechanizmy nie miałyby działać globalnie?
Ale nie oskarżajmy pochopnie, może Rajendra Pachauri to jedynie
wyjątek. Sprawdźmy, czego dowiemy się o innych członkach, którym za
doradztwo w sprawach zmian klimatu płaci Azjatycki Bank.
Hironori Hamanaka przewodniczący i zasiadający w zarządzie Instytutu
Globalnej Strategii Środowiskowych (Institute for Global Environmental
Strategies), w skrócie (IGES).
Czym zajmuje się IGES?
A np. bliską współpracą z TERI, czyli Instytutem Energii
i zasobów (The Energy and Resources Institute), którego szefem jest nie
kto inny jak wspominany już Rajendra Pachauri.
Ale może to kolejny wyjątek lub raczej przypadek.
Szukajmy więc dalej.
Pani Huguette Labelle nie tylko jest przewodniczącą Transparency
International, co wydaje się już samo w sobie dość komiczne,
rozpatrując jej udział w sponsorowanej przez Bank grupie doradczej,
jest także członkiem zarządu inicjatywy Organizacji Narodów
Zjednoczonych (na tej stronie WWW mogą Państwo przeczytać w ilu
to radach nadzorczych Pani Labelle nie zasiadała w swojej politycznej
karierze), która nosi nazwę Global Compact. Global Compact w ramach ONZ
to, jak czytamy na ich stronie
WWW, inicjatywa strategii politycznej dla biznesów, które angażują
się w ujednolicanie ich działań i strategii z zaakceptowanymi
dziesięcioma uniwersalnymi zasadami w dziedzinach praw człowieka,
pracy, środowiska i walki z korupcją. Z ciekawości aż zajrzeliśmy do
tych 10 zasad. Ostatnia 10 zasada mówi, że "Biznes powinien walczyć z korupcją w
każdej postaci, włączając w to wymuszenia i przekupstwo".
Może Pani Labelle zasiada w Grupie Doradczej ADB, żeby patrzeć ADB i
zatrudnionym naukowcom na ręce? Może pilnuje, by nie nastąpiły jakieś
"wymuszenia i przekupstwo" między Bankiem, a panem Pachauri na ten
przykład? Któż to wie? Ona jak widać także nie widzi sprzeczności
między zasiadaniem w opłacanej przez Bank Grupie Doradczej, a pracą w
ONZ, tej samej organizacji, która zatrudnia również pana Pachauri (w
IPCC).
Sprawdzajmy dalej.
Profesor Jeffrey D. Sachs, z Instytutu Ziemi przy Uniwersytecie
Columbia. Nie znaleźlibyśmy niczego podejrzanego, gdyby nie to, że to
właśnie Instytut prowadzony przez Jeffrey'a Sachs'a założył
Międzynarodowy Instytut Badań na rzecz Klimatu i Społeczeństwa, w
którym... (już się Państwo domyślają?)... przewodniczącym zarządu jest nie kto inny jak
Rajendra K. Pachauri. Niemożliwe? A jednak.
Instytut ten jak opisano, "pracuje
by rozumieć, brać udział i zarządzać klimatycznym ryzykiem w celu
poprawy ludzkiego dobrobytu...". Nie wiemy, czy Instytut dokona
poprawy naszego lub Państwa dobrobytu, jesteśmy jednak całkowicie
pewni, że dobrobyt przynajmniej poprawi się panu Pachauri.
Szukajmy dalej.
Doktor Emil Salim, doradca Prezydenta Indonezji ds środowiska i
rozwoju. Pan Salim poza doradzaniem Prezydentowi Indonezji, jest także
członkiem Forum na rzecz Środowiska i Rozwoju Azji-Pacyfiku The
Asia-Pacific Forum for Environment and Development (APFED)). No tego
pewnie Państwo się nie spodziewają, ale członkiem
tego forum jest również Rajendra Pachauri, a wśród specjalnych
doradców znajduje się Haruhiko Kuroda, dyrektor Azjatyckiego Banku,
którego członków Grupy Doradczej właśnie sprawdzamy. Członkiem jest
także omawiany wcześniej Hironori Hamanaka, prezes IGES, które jak się
okazuje koordynuje i wspomaga całe to APFED, pewnie w czasie wolnym
między ścisłą współpracą z TERI pana Pachauri.
Wszystko to się trochę komplikuje, lecz jeśli pomyśli się, że w sumie
sprowadza się to do tego, że wszędzie przeplata się pan Pachauri, to
daje się to jakoś ogarnąć.
Kolejny na liście wymienionych członków nowej Grupy Doradczej
Azjatyckiego Banku jest Doktor Klaus Toepfer.
Sprawdzamy. Tak naprawdę, jak podaje choćby i Wikipedia, Klaus Töpfer,
urodzony w Waldenburgu w Niemczech, obecnie Wałbrzych Polska, jest
niemieckim politykiem z CDU oraz ekspertem od polityki ochrony
środowiska. Z wykształcenia ekonomista, w latach 1998 do 2006 był
dyrektorem wykonawczym Programu Środowiskowego Organizacji Narodów
Zjednoczonych (UN Environment Programme (UNEP)). To właśnie UNEP wraz
ze Światową Organizacją Meteorologiczną (World Meteorological
Organization) poeołsły do życia IPCC, w którym pracuje zasiadający, jak
wynika z naszego krótkiego poszukiwania, gdzie tylko się da, Pan
Pachauri.
Funcję przewodniczącego IPCC - Międzyrządowego Panelu ds Zmiany
Klimatu, Pachauri pełni od 2002 roku, czyli w czasie, gdy szefem UNEP
był Klaus Töpfer.
Ostatni z listy, Dadi Zhou jest byłym dyrektorem generalnym Instytutu
TERI, dla którego oczywiście pracuje nie kto inny niż Pachauri.
Nie wiemy jak Państwo, ale my mamy dość.
Czy to nasza wina, że pajęcza sieć powiązań wszystkich członków
Bankowej Grupy Doradczej z przewodniczącym IPCC w naszych głowach rodzi
następujące pytania:
Czy rzeczywiście nie jest możliwe, jak zapewniał w prasie Pan Pachauri,
by naukowcy, politycy i biurokraci suto sponsorowani przez Banki
naginali swoje "przekonania" na potrzeby interesów swoich sponsorów?
Czy nie jest możliwe by sponsorowani przez Banki pracownicy ONZ
wpływali na działania i decyzje ONZ-owskich przybudówek takich jak
IPCC? Czy wszystko to nie sprawa wrażenia jednego wielkiego skoku na
kasę, nie tylko Bankową, ale przede wszystkim na pieniądze podatników,
które wpłacane do budżetów państw, wydawane są na sponsorowanie
Instytutów, paneli i forów, które oczywiście wszystkie są albo
organizacjami non-profit, albo bytami bezpośrednio i oficjalnie
fundowanymi przez rządy zatroskanych zmianami klimatu państw?
Patrząc na powyższy stan rzeczy, nie można się dziwić, że zagadnienia
klimatyczne, a szczególnie próby dociekania, czy teorie "ocieplenia
klimatu z powodu człowieka" są błędne lub niesprawdzone, rozpaliły do
czerwoności środowisko promujących je "naukowców".
Przecież gdybyśmy my np. w związku z popieraniem teorii, że krasnoludki
istnieją, zasiadali w dziesięciu radach nadzorczych zajmujących się
życiem skrzatów, z tytułu czego czerpalibyśmy niemałe przecież korzyści
materialne, byli sponsorowani przez Banki i płynące różnymi
strumieniami publiczne pieniądze, to pewnie bylibyśmy święcie
przekonani, że udowodnienie istnienia małych, czerwonych ludzików w
śmiesznych czapeczkach jest kluczowe dla dalszego istnienia ludzkiej
cywilizacja.
By jednak wyjaśnić sprawę do końca, wnikliwi czytelnicy zapytają...
Co i w jaki sposób mają z tego banki i
korporacje?
Dlaczego szef ADB ponaglał polityków, by podpisać jak najszybciej
sprawę handlu CO2, bo inaczej "doprowadzi
to do załamania rynku węglowego (carbon market), co mogłoby uderzyć w
wysiłki poradzenia sobie ze zmianami klimatycznymi."? Tak bardzo
przejął się klimatem?
Sprawa jest bardzo prosta. To oczywiście Banki będą transferować
pieniądze z handlu CO2 i za ich pośrednictwem będzie się to odbywać.
Banki nie robią tego za darmo, odliczając skrzętnie procenty od
dokonanych transferów. Transferowane sumy to w przyszłości biliony
dolarów/euro/funtów/jenów.
W wątku o pieniądzach, który zdominowany został prawie całkowicie przez
pana Pachauri, warto chyba jeszcze wspomnieć, że ONZ-owskie IPCC,
którego jest on przewodniczącym, współdzieliło nagrodę Nobla w 2007
roku razem z Al'em Gore'em.
Warto także dodać, co już całkowicie pogrąży hinduskiego naukowca, że
jeśli sprawa rynku limitów zostanie uzgodniona i politycy dojdą do
porozumienia w sprawie "rynku węglowego" (a tak się zapewne za jakiś
czas stanie) to Pan Pachauri stanie się bardzo bogatym człowiekiem (o
ile już nim nie jest). Jakim cudem?
Otóż firma TERI (The Energy and Resources Institute) z którą związany
jest Pachauri, jak wszystkie te instytucje określa się mylnie
organizacją nie przynoszące korzyści (non-profit), została
zarejestrowana początkowo w 1974 roku jako TATA Energy Research
Institute. W 2003 roku zmieniono jej nazwę na The Energy and Resources
Institute. Pachauri stanowisko dyrektora objął w 1981, by w roku 2001
awansować na dyrektora generalnego tej firmy. Firmy, bo bo Tata Energy
Research Institute powstał przy hinduskiej korporacji, która początkowo
jako firma zajmowała się prawdopodobnie odsalaniem wody. Bardzo szybko
poszerzała swoją działalność, stajać się w pewnym momencie jedną z
największych firm w Indiach, należącą do jednego z najbogatszych
Indyjskich rodów.
TATA dziś, to potężna
międzynarodowa korporacja działająca od branży stalowej, po
motoryzacyjną, technologie informatyczne, komunikację, energię, aż do
branży spożywczej.
Można otwarcie stwierdzić, że firma TATA jest bezpośrednim fundatorem
Rajendra K. Pachauri będącego dyrektorem generalnym założonego przez tę
firmę Instytutu. Takie są fakty.
Tutaj wypada nam podziękować Christopher'owi Brooker'owi z brytyjskiego
The Telegraph, który opisał całą sprawę, co prawda z punktu widzenia
utraty pracy przez brytyjskich pracowników, jednak naświetlił
mechanizmy jakie kryją się za handlem CO2.
"Jaki jest związek między Dr Rajendra
Pachauri, inżynierem kolejnictwa z Indii, który wyraźnie udzielał się
na Konferencji w Kopenhadze jako przewodniczący IPCC Organizacji
Narodów Zjednoczonych, a decyzją Indyjskich firm z branży stalowej, by
w przyszłym miesiącu zaprzestać produkcji w gigantycznej
policentrycznej aglomeracji Teesside, co wyrwało serce miasta Redcar,
pozostawiając 1700 osób bez pracy?
Tej skomplikowanej historii nie da
się raczej usłyszeć w ponurych betonowych murach położonych pod
Kopenhagą, gdy właśnie temperatury spadają ku zeru, a siedemnaście
tysięcy premierów i ministrów, oficjeli i działaczy na rzecz klimatu
całkiem na poważnie dyskutuje o tym, jak planeta rozgrzewa się w
kierunku naszego wyginięcia. Pomaga jednak rzucić troszkę światła na
kolosalny globalny geszeft, który owi delegaci pomagają promować,
ponieważ historia ta kończy się tym, że my wszyscy będziemy płacić za
przeniesienie tysięcy brytyjskich miejsc pracy do nowych hut w Indiach,
bez najmniejszego nawet zysku w światowej redukcji emisji CO2.
..."
Dalej autor opisuje historię stalowego przemysłu w wielkiej Brytanii,
którego większą część w 2003 roku przejął Indyjski koncern TATA (Tata
Steel), kupując należącą do Duńczyków firmę Corus. I to właśnie TATA
postanowiła teraz wstrzymać w jednej z większych fabryk całą produkcję
stali. W następnych akapitach autor wyjaśnia na czym polega cały
interes:
"Jednak prawdziwą korzyścią dla firmy
Corus (której właścicielem jest TATA) z zaprzestania produkcji w
mieście Redcar będą oszczędności, które poczyni na swoich
rezerwach/ulgach przydzielonych przez Unię Europejską w ramach Handlu
Emisjami Zanieczyszczeń (Emissions Trading Scheme (ETS)).
Poprzez wstrzymanie emisji
potencjalnych sześciu milionów ton CO2 rocznie Corus skorzysta na
rezerwach, które mogłyby niedługo, zgodnie z tym co przedstawiła
Komisja Europejska, mieć wartość 600 milionów brytyjskich funtów w
okresie 3 lat, zanim stracą ważność obecne schematy przydziałów.
Lecz to tylko połowa historii. W
Indiach, właściciel firmy Corus, korporacja Tata, planuje w tym samym
czasie zwiększenie produkcji stali z 53 mln ton do 124 mln ton. Poprzez
zamianę niewydolnych starych hut na nowe, które emitują tylko
"Europejskie poziomy" CO2, Tata może rościć sobie prawo do kolejnych
600 mln brytyjskich funtów zgodnie z umową o Mechanizmie Czystego
Rozwoju (Clean Development Mechanism (CDM)) wprowadzonym przez
Organizację Narodów Zjednoczonych, czym zajmuje się Ramowa Konwencja
Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu (United Nations Framework
Convention on Climate Change – UNFCCC lub FCCC), nie kto inny jak
główny organizator konferencji w Kopenhadze.
Wygląda na to, że na koniec dnia,
Redcar straci swego największego pracodawcę, a jedna z największych
działających hut opuści Brytanię. Firma Tata, zyskawszy 1,2 biliona
funtów z "kredytów CO2" dostanie swoje nowe huty, a ilość wyemitowanego
w tym czasie CO2 nie zmieni się ani na jotę.
A powiązanie z Dr Pachauri?
Bezpośrednio oczywiście nie ma żadnego. Jednak tak się jakoś złożyło,
że drugim etatem Dr Pachauri, od przewodniczenia IPCC, jest bycie
dyrektorem Tata Energy Research Institute stworzonego przez TATA w 1981
roku.
Osobiście może nie być on
beneficjentem wykorzystania przez korporację Tata ustawień przeróżnych
schematów handlu limitami CO2, które wdrożono w 1997 roku w protokole z
Kyoto, jednak to IPCC dostarcza rekomendacji, będących motorem
napędowym tych schematów. W zeszłym roku, oficjalne liczby mówiły, że
kupowanie i sprzedawanie limitów CO2 warte jest globalnie 126 bilionów
dolarów. Ten rynek, wzbogacający dziś wiele z naszych finansowych
instytucji (nie wspominając Al'a Gore'a) rozrasta się tak szybko, że w
przeciągu kilku lat przepowiada się wzrost jego wartości do trylionów,
co robienie węgla wywinduje do pozycji jednego z najbardziej
wartościowych towarów w handlu."
To naszym zdaniem w sposób prosty wyjaśnia o co chodzi.
Najlepsze podsumowanie tego wątku jakie udało nam się znaleźć, wygłosił
brytyjski poseł do Parlamentu Europejskiego, w czasie debaty tego
Parlamentu, która miała miejsce dwudziestego października 2009 w
Strasburgu. "Zmiany klimatu i kraje rozwijające się w ramach
konferencji ONZ w Kopenhadze, na temat zmian klimatu.", tak brzmiał
temat owych rozmów, a Pan europoseł Godfrey Bloom przemówił w sposób
następujący:
To przecież oczywiste, że na globalnym ociepleniu, czy jak kto woli na
zmianach klimatu, zarabiają już nie tylko naukowcy, którzy od
dziesiątków lat mają opłacane posady, na których produkują
nieweryfikowalne dane, których nie chcą później udostępniać opinii
publicznej. Zarabiają także politycy, których zapewne niejedna
korporacja musi "przekonywać" pod tzw. stołem (lub polskim zwyczajem w
czasie rozmów na cmentarzu), że warto lobbować za tym lub tamtym w
dziedzinie zmian klimatu. Czasami jak widać korporacje zwyczajnie
zatrudniają takich działaczy pracujących we wpływowych miejscach np.
jakichś inicjatyw ONZ.
Na walce ze zmianami klimatu zarabiać mają też budżety państw, które z
braku pieniędzy postanowiły nałożyć globalny podatek pod pretekstem
walki z emisją CO2, na razie tylko pod postacią przymusu kupowania
dodatkowych limitów emisji tego naturalnego gazu.
I tu właściwie można by zakończyć ten najdłuższy dotychczas w historii
orwell.blog tekst, ale...
Czy chodzi tylko o pieniądze?
Dla korporacji i garstki zachłannych polityków i naukowców zapewne tak,
bo indywidua te nigdy nie patrzyły dalej niż czubek ich własnych
nosów.
Część z Państwa zastanawiała się zapewne, dlaczego poświęcamy ponownie
czas na tak obszerne pisanie o zmianach klimatu. Przecież nie mają one
związku z Orwellizacją naszego świata, a blog ten nie miał opisywać
politycznych afer i przekrętów w świecie nauki, tylko dokumentować
różne aspekty zniewolenia naszego współczesnego życia.
I w tym momencie należy się Państwu odpowiedź.
Piszemy o aferze z pocztą elektroniczną, o szczycie w Kopenhadze, o
zmianach klimatu i finansowo-personalnych powiązaniach świata nauki,
polityki i biznesu, ponieważ wszystkie te sprawy mają drugie dno, o
którym wiedza powoduje, że jawią się w innym świetle niż się większości
wydaje.
Zmiany klimatu, których przyczyny z największym prawdopodobieństwem są
całkowicie naturalne i nie mające wiele związku z działalnością
człowieka, wydają się stanowić całkiem ważny, czysto polityczny i
psychologiczny element w działaniach grupy ludzi, która za cel
postawiła sobie prawdopodobnie panowanie nad światem, czyli panowanie
nad wszystkimi ludźmi bez wyjątku. Owo panowanie nazywane jest Nowym
Porządkiem Światowym, a osoby stojących za tym projektem nie mogą się
już doczekać, by przystąpić do owego ogólnoświatowego "pozamiatania".
Biorąc pod uwagę pośrednie i całkiem bezpośrednie wskazówki można
stwierdzić, iż chodzi o pozamiatanie indywidualizmu, wolności, swobody,
na rzecz wprowadzenia nowego "porządku", za którym kryją się
kolektywizm, kontrola i odgórnie narzucana poprawności.
Czyżby autorzy orwell.blog znów rzucali bezpodstawne i nieprawdziwe
złorzeczenia, tym razem na temat rzekomego i zapewne wyssanego z palca
związku między nauką o klimacie a wprowadzaniem nowego światowego
porządku?
To nie my. To Państwa nowy prezydent (oficjalnie określa się go mianem
"Stałego Przewodniczącego Rady Europejskiej") pan Herman Van Rompuy.
Jako nowo wybrana głowa naszego nowego państwa, Unii Europejskiej,
Rompuy wygłosił następującą mowę:
I nie jest to nic nowego dla kogoś, kto czytywał wpisy na naszym blogu.
Wszystko idzie zgodnie z wcześniejszym planem.
German van Rompuy zapewnił jedynie, że on jako głowa nowego państwa
europejskiego podda się polityce, wyznaczonej gdzieś wyżej. Polityce,
której przesłanki i wytyczne nakreślono kilka miesięcy wcześniej choćby
i w w nocie ONZ, od wspomnienia której rozpoczęliśmy dzisiejszy tekst.
Nie wiemy, czy nie jest to nasz ostatni wpis przed Świętami Bożego
Narodzenia. W związku z tym, wszystkim naszym czytelnikom, którzy je
obchodzą oraz tym, którzy z jakichś powodów tego nie czynią, chcemy
życzyć by był to dobry czas, dobre Święta.
Żródła informacji (w języku angielskim):
Brytyjskie Zrzeszenie Podatników o kosztach
szczytu w Kopenhadze. (dokument w formacie PDF)
http://abc.net.au - Ian Plimer na temat szczytu w
Kopenhadze
Nota ONZ na temat rezultatów wprowadzenia założeń
Konferencji w Kopenhadze (dokument w formacie PDF)
Fox News na temat noty ONZ.
Megaupload
- ujawnione listy.
The Pirate Bay - ujawnione listy.
Zawartość
listów University of East Anglia udostępniona online.
The Telegraph - opisuje sprawę na początku
ujawnieniu afery.
The Guardian - "Sceptycy klimatyczni twierdzą, że
ujawnione listy są dowodem panującej wśród naukowców zmowy".
The Guardian - informuje o decyzji w sprawie
śledztwa.
The Times - 29 listopada "Wielki naukowy skandal
dotyczący zmian klimatu".
The Guardian - 1 grudnia Phil Jones, szef Climat
Research Unit, ustąpił ze stanowiska.
www.kgw.com - student z językiem przymarzniętym do
masztu flagi w Vancouver.
wp.pl - sonda " Polska zima jest magiczna".
wp.pl - "Zima nie odpuści przez najbliższe dni".
wp.pl - Fotografie ataku zimy w czasie jesieni
nadesłane przez internautów.
Reuters - 13 grudnia - relacja z Kopenhagi, m.in.
wypowiedź Haruhiko Kuroda.
News From Pakistan - kwartalny biulety ADB
(dokument w formacie PDF).
Hironori Hamanaka pracuje dla Institute for Global
Environmental Strategies (IGES), które współpracuje ściśle z TERI.
Huguette Labelle także pracuje dla ONZ.
Global
Compact w ramach ONZ.
Rajendra K. Pachauri przewodniczy Instytutowi
założonemu przez Instytut prowadzony przez Jeffrey'a D. Sachs'a.
Wśród
członków APFED Emil'a Salim'a są Rajendra Pachauri, Hironori
Hamanaka oraz szef banku ADB Haruhiko Kuroda.
Oficjalna strona
Korporacji Tata.
The Telegraph - zwolnienia w firmie należącej do
Tata, czyli jak się zarabia na limitach CO2.
By
rozkręcić się po dłuższej przerwie, dziś jedynie krótki, ale całkiem
jeszcze ciepły temat.
Dotyczy niewielkiej nowości, którą przedwczoraj obdarowani zostali,
czasami nie do końca świadomi użytkownicy wyszukiwarki firmy Google.
Mamy na myśli
personalizację wyszukiwania (Personalized Search) dostępną już teraz
bez wyjątku dla każdego.
Jak można przeczytać na blogu internetowego molocha:
"Dziś, dzięki rozszerzeniu usługi
osobistych zapytań, także wylogowanym użytkowników z całego świata
pomagamy uzyskiwać lepsze odpowiedzi na zapytania zadane wyszukiwarce
i to w ponad czterdziestu językach. Teraz, kiedy szukasz czegoś w
Google, będziemy w stanie lepiej pokazać stosowne wyniki wyszukiwania.
Na przykład, ponieważ zawsze szukam
przepisów kulinarnych i często klikam na przepisy ze strony
epicurious.com, następnym razem Google może umieścić dla mnie tę stronę
na wyższej niż normalnie pozycji w rankingu. Innym razem, kiedy szukam
informacji o drużynach sportowych Cornell Universitcy, to szukam hasła
"big red". Ponieważ często klikam na stronę uniwersytecką, to Google,
może ją pokazać jako pierwszą, zamiast np. stron firmy produkującej
napoje Big Red.
Dotychczas, taką personalizację
wyszukiwania oferowaliśmy jedynie zalogowanym użytkownikom i tylko
wtedy, gdy włączyli oni Historię Wyszukiwania (Web History) w pulpicie
zarządzania kontem Google. To co wprowadzamy dziś, to rozszerzenie
personalizacji szukania, by móc ją zapewnić także użytkownikom, którzy
są wylogowani. Dodatek ten pozwala nam personalizować rezultaty
wyszukiwania w oparciu o twoją aktywność w wyszukiwarce z ostatnich 180
dni, co wiąże się z anonimowym ciasteczkiem (cookie) w twojej
przeglądarce internetowej. Dzieje się to oddzielnie od twojego konta
Google oraz Historii Web (która dostępna jest jedynie dla zalogowanych
użytkowników).
Kiedy personalizujemy wyniki
wyszukiwania, będziesz o tym wiedział, ponieważ na górze strony z
rezultatami wyszukiwania, po prawej, pojawi się odnośnik "Zobacz
Ustawienia" (View customizations). Po kliknięciu na ten odnośnik pojawi
się wynik ukazujący jakiej dokonaliśmy personalizacji. Będzie tam
również można wyłączyć ten rodzaj personalizacji."
Taki tekst umieszczono na oficjalnym blogu Google.
Firma, jak zwykle robi to wszystko dla dobra użytkowników, a nie z
jakichś innych powodów, np. testowania nowych mechanizmów wyszukiwania.
Każdy oczywiście może sobie o takich nowinkach myśleć co mu się podoba.
My napiszemy jedynie, że być może obserwujemy właśnie wkopywanie
kamienia węgielnego pod całkiem nowy system wyszukiwania. System, który
będzie kierował się personalnymi przesłankami w dokonywaniu rankingu
stron internetowych. Czy to źle? Być może nie. Jeśli użytkownik
wyszukiwarki firmy Google nie jest w stanie zapamiętać samodzielnie
adresu lub dodać do
ulubionych zakładek często odwiedzanej strony z przepisami kulinarnymi,
to zapewne będzie on szczęśliwy, że Google bezinteresownie, przez 180
dni śledzić będzie jego wszystkie zapytania, by w razie potrzeby podać
mu jego ulubione strony w pierwszej kolejności. Trochę tak, jak maszyna
udostępniająca małpie banana, z tym, że w tym przypadku, małpa nawet
nie będzie musiała naciskać czerwonego przycisku.
Nie trudno wyobrazić sobie sytuację, gdy za kilka lub kilkanaście lat
udoskonalony system "Personal Search" działać będzie już jedynie w
oparciu o analizę preferencji personalnych. Mogłoby to oznaczać
sytuację, w której Kowalski z każdym wyszukiwaniem coraz bardziej
zawężałby obraz pokazywanego mu wirtualnego świata.
Na przykład ktoś nie wykazujący przez wiele lat zainteresowania
polityką a szukający i czytający regularnie strony z dowcipami i
humorem, wyszukując
informacji na temat plotki, że politycy to w większości złodzieje i
sprzedajne świnie, szukając tematu w wyszukiwarce, nie otrzyma
rzetelnych i zastraszających informacji na temat ogromu korupcji wśród
europolityków. Zostanie natomiast odesłany na strony, które będą
udostępniać "śmieszne" zdjęcia europarlamentarzystów przyłapanych na
dłubaniu w nosie w czasie posiedzenia eurobundestagu, rozprawiającego
trzeci miesiąc nad procentem zawartości wanilii w laskach wanilii,
dopuszczanych do limitowanej sprzedaży na wewnętrznym rynku Unii
Europejskiej.
Takie personalnie, oparte o wcześniejszą analizę kształtowanie wyników
wyszukiwania, oznaczałoby stopniowe zawężanie dostępu do informacji,
stagnację, oraz utrwalanie poglądów i zachowań użytkownika, dokonywane
pod pretekstem personalizacji i ułatwiania wyboru treści z
nieograniczonego zbioru informacji jakim jest Internet.
Czy tak właśnie miałaby działać autocenzura Internetu przyszłości?
Żródła informacji (w języku angielskim oraz polskim):
Oficjalny blog Google na temat nowinki w
wyszukiwarce.
Pomoc Google - podstawowe informacje na temat
spersonalizowanych wyników wyszukiwania.
Pomoc Google - jak wyłączyć spersonalizowane
wyniki wyszukiwania.
Jak
poinformowali nas czytelnicy "Apophis" i "leon", przedwczoraj portale
internetowe donosiły za "Dziennik
Gazeta Prawna" że:
"Dostęp do internetu ma być w Polsce
limitowany. Przy okazji zdelegalizowania e-hazardu rząd chce stworzyć
czarną listę domen, które będą musieli blokować dostawcy internetu -
ustalił dziennik.
Pomysł nabrał realnych kształtów
podczas serii spotkań ekspertów z policji i MSWiA w Ministerstwie
Finansów, które pilotuje prace nad tym projektem - zaznacza gazeta. -
Chcemy wprowadzenia nowego artykułu do prawa telekomunikacyjnego,
roboczo to art. 170a - ujawnia "DGP" urzędnik z MSWiA.
Według tego przepisu, wszyscy
dostawcy internetu mieliby obowiązek blokować strony z niebezpieczną
zawartością. Czarną listą zarządzałby Urząd Komunikacji Elektronicznej.
Konkretne adresy będą wskazywać UKE, policja, służby specjalne i
Ministerstwo Finansów."
Ponieważ niemożliwym jest by liberalny rząd knuł jakiekolwiek prawa lub
przepisy ograniczające wolność obywateli (bo wtedy nie byłby to
przecież rząd liberalny), dlatego oczywiście nie dajemy wiary jakiejś
tam gazecie prawnej.
Owa zapewne nieprawdziwa informacja wydaje się być kłamstwem także w
świetle ratyfikacji Traktatu Konstytucyjnego zwanego Lizbońskim, który
po wieloletniej drodze przez mękę demokratycznych referendów,
rereferendów a nawet rerereferendów (mieszkańcy Europy długo uczyli się
demokracji i mechanizmów państwa obywatelskiego, które działają aż do
skutku), pierwszego grudnia tego roku mieszkańcy Polski staną się
obywatelami państwa o nazwie Unia Europejska. W ratyfikowanej
Konstytucji nowego państwa potwierdza się bowiem "przywiązanie do zasad wolności,
demokracji, poszanowania praw człowieka i podstawowych wolności oraz
państwa prawnego." Czytaliśmy także (w artykule 2 Traktatu
Konstytucyjnego), że nowe państwo opierać się będzie na "wartościach
poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości,
państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw
osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom
Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji,
tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i
mężczyzn."
Jakim cudem w takim kraju-raju mogłaby istnieć cenzura? Pluralizm,
niedyskryminacja, tolerancja, sprawiedliwość, a już na pewno wspomniane
w tekście Konstytucji "poszanowanie wolności", wykluczają
uniemożliwianie komuś dostępu do takich czy innych treści.
Dlatego nie zamierzamy wierzyć cytowanej gazecie prawnej i z całą
surowością będziemy piętnować atak na liberalny przecież rząd Donalda
Tuska.
W trakcie napawających dumą rozmyślań o enklawie wolności i
liberalizmu, w jakiej przyszło żyć Polakom, naszły nas nagle
rozmyślania o niedemokratycznych Chinach, gdzie hasła równości,
braterstwa i wolności realizowane są w sposób całkowicie
niezadowalający.
Wiemy z prasy codziennej, która co jakiś czas pochyla się nad tematem
przebrzydłej cenzury za wielkim murem, że gdzie jak gdzie, ale tam
rzeczywiście istnieją jakieś czarne listy stron internetowych, których
chiński internauta nie jest w stanie oglądać. Zupełnie jak opisuje to
"Dziennik Gazeta Prawna" tyle tylko, że w Chinach zaimplementowano
taki właśnie mechanizm. To dowód, że "Dziennik Gazeta Prawna"
zwyczajnie sugerowała się opisami chińskich poczynań a nie liberalnymi
reformami rządu fachowców Donalda Tuska. Bowiem w zniewolonych i
niedemokratycznych Chinach wszyscy dostawcy internetu mają właśnie
obowiązek blokować strony z niebezpieczną zawartością. Nie to co w
wolnym państwie Europa i jego strefie nazywanej Polską. Biedni chińscy
internauci.
Postanowiliśmy więc im pomóc.
Bracia Chińczycy. Ponieważ w waszym kraju cenzuruje się strony
internetowe, a nie każdy z was posiada wiedzę techniczną, by sobie z
tym ograniczeniem wolności poradzić, dlatego umieszczamy na naszym
blogu ANTYCENZORA INTERNETOWEGO.
W prawej kolumnie, obok tekstu, na samej górze, istnieje
możliwość
wpisania internetowego adresu ocenzurowanej strony. Po kliknięciu na
przycisk "Precz z cenzurą", wasza przeglądarka zostanie przekierowana
na stronę przypadkowego tzw. proxy, które przekierowuje ruch
internetowy i pozwala ominąć wstrętną, Chińską cenzurę.
Używając antycenzora internetowego, każdy Chińczyk będzie mógł teraz i
w przyszłości oglądać strony, których adresy, jego nieliberalny rząd,
wprowadzi na czarną listę, zarządzaną przez chiński Urząd Komunikacji
Elektronicznej, chińską policję, tamtejsze służby specjalne i zapewne
szaleńczo walczące z chińskim hazardem Ministerstwo Finansów państwa
środka.
日安
Żródła informacji:
Onet.pl
cytuje "Dziennik Gazeta Prawna" na temat cenzury Internetu w Polsce,
przy okazji prac Ministerstwa Finansów nad delegalizacją e-hazardu.
Pamiętają Państwo
opisaną przez Daily Mail sprawę młodego narzeczeństwa, któremu pracownicy
pomocy społecznej wraz z innymi urzędnikami zabronili się pobrać?
Historia wywołała ponadnormatywną ilość komentarzy na naszym blogu.
Kilka dni temu The Telegraph, a nie jak poprzednio Daily Mail,
który u części czytelników wywołał niedowierzanie wobec całej
historii (Daily Mail ma opinię gazety brukowej, podobnie jak w Polsce
np. gazeta "Fakt"), wrócił do sprawy i opisał jej ciąg dalszy.
Kerry Robertson, siedemnastolatce, z jak to określono, niewielkimi
problemami w uczeniu się oznajmiono, że nie pozwoli się jej wychować
jej własnego dziecka, któremu już nawet zdążyła nadać imię Ben.
Miesiąc temu pannie Robertson zabroniono pobrać się z jej narzeczonym,
25 letnim Markiem McDougall'em, po tym gdy urzędnicy urzędu miejskiego
stwierdzili, iż: "nie rozumie ona
następstw wynikających z zawarcia małżeństwa".
Teraz została ostrzeżona, że będzie jej wolno widzieć się z dzieckiem
tylko kilka przez godzin, zanim zostanie ono zabrane do zastępczej
opieki.
Panna Robertson z Dunfermline w Fife, która była w 26 tygodniu ciąży
mówi: "Nie mogłam w to uwierzyć.
Bardzo się denerwuję, nie mogę przestać płakać."
Pan McDougall, artysta, oznajmił, że chce wziąć na siebie pełną
odpowiedzialność za syna, twierdzi jednak, iż jest bezsilny, ponieważ
nie jest mężem panny Robertson.
"Pomoc Społeczna rujnuje nasze życie.
Ponieważ nie jesteśmy małżeństwem - ponieważ pracownicy pomocy
społecznej nie pozwolili nam się pobrać - wygląda na to, że jako ojciec
nie mam w ogóle żadnych praw.
Babcia Kerry próbuje wystąpić o
przyznanie jej opieki nad Benem, lecz pomoc społeczna od razu
powiedziała nam, że jest mało prawdopodobne by ją jej przyznano.
Czujemy bezsilność."
Ta nadzwyczajna sprawa ujrzała światło dzienne miesiąc temu, gdy na 48
godzin przed ślubem panny Robertson, ceremonia została wstrzymana.
Zgodnie ze szkockim prawem, urząd stanu cywilnego może nie udzielić
ślubu parze, jeśli wierzy, że jedno z przyszłych małżonków lub oboje,
nie posiadają ogólnych zdolności umysłowych pozwalających pojąć czym
jest instytucja małżeńska.
W bardzo niecodzienny sposób Urząd Stanu Cywilnego w Dunfermline
odmówił usankcjonowania małżeństwa po tym, gdy Rada Fife napisała
sprzeciw w tej sprawie.
Panna Robertson wychowała się pod opieką babci, korzystając z pomocy
społecznej, odkąd miała 9 miesięcy, a jej rodzice nie byli w stanie się
nią opiekować.
W styczniu tego roku, poznała Pana McDougall'a z Arbroath . Kiedy panna
Robertson zaszła w ciążę, para zaczęła planować ślub.
Dwa dni przed ceremonią, złożyło im wizytę dwoje pracowników pomocy
społecznej zapowiadając, że małżeństwo było nielegalne, ponieważ Kerry
ma trudności z uczeniem się.
Ślub i wesele dla 20 gości musiało zostać odwołane, mimo, że para
zakupiła już suknię ślubną i obrączki.
Panna Robertson mówiła wtedy: "Wiem
czym jest małżeństwo. To dwoje ludzi chcących spędzić ze sobą resztę
życia. Kocham Marka i chcę go poślubić".
Pan McDougall dodaje:"Pomimo
argumentów, że się wzajemnie kochamy i nie chcemy by nasze dziecko
narodziło się jako nieślubne, urzędnicy byli nieustępliwi. To jakiś
koszmar."
Twierdzi on, że urzędnicy pomocy społecznej wyolbrzymili zakres
trudności uczeniu się panny Robertson, że ma ona nadzieje iść na
uczelnię, by nadrobić szkolne zaległości.
Rada miejsca powiedziała, że nie komentują spraw indywidualnych. Jednak
Stephen Moore, dyrektor wykonawczy rady pomocy społecznej powiedział:"Wiele pracy którą wykonujemy to rządowe
przepisy. Złożone decyzje podejmuje się balansując między ryzykiem a
czyimś dobrem udzielając pomocy ludziom w czasie gdy mają potrzeby
osobiste lub rodzinne. Zawsze
będziemy pracować z ludźmi, ku najlepszemu rozwiązaniu dla wszystkich
zaangażowanych."
W maju ujawniono, że innej kobiecie, 24 letniej Rachel Pullen,
pracownicy pomocy społecznej, odebrali wówczas 6 miesięczną, teraz już
trzyletnia córeczkę, po tym, gdy urzędnicy Rady Miasta Nottingham
uznali ją za byt głupią do opieki nad dzieckiem.
To cytaty z artykułu w The Telegraph.
Dla ścisłości dodamy jedynie, że córeczka Rachel Pullen, o której mowa
pod koniec, urodziła się jako wcześniak, którym zajęto się w szpitalu,
odmawiając matce możliwości zajmowania się dzieckiem, które jak
twierdzono ma znaczne problemy z oddychaniem, co naszym zdaniem może
wydawać się oczywiste.
Nie da się jednak racjonalnie wyjaśnić tego, iż później władze posunęły
się o krok dalej i uzyskały przychylne rozpatrzenie przez sąd rodzinny
wniosku, by małą Laurę, bo takie imię matka nadała dziewczynce, oddać
do adopcji.
Ostatnio, wiadomość o udaremnieniu przez urzędników zawarcia małżeństwa
przez opisaną w artykule parę, spotkała się z falą komentarzy. Część
komentujących pisała, że to bardzo dobrze, bo nie będą utrzymywać
darmozjadów na koszt państwa. Zupełnie jakby samotna matka z dzieckiem
nie pozostawała na państwowym garnuszku? Gdyby dziecko miało ojca, a
kobieta męża, to może on mógłby, jeśli państwo nie zgnębiłoby go
wysokimi podatkami, zarobić na swoją rodzinę.
Inni pisali, że to świństwo, z czym się zgadzamy w całej rozciągłości.
Jeszcze ktoś zarzucał nam, że nie mamy pojęcia o czym piszemy, bo
używamy sformułowania "opieka społeczna" zamiast "pomoc społeczna",
jakby to w ogóle w jakimś stopniu zmieniało postać rzeczy. Dziś
użyliśmy sformułowania "pomoc społeczna" a nie "opieka społeczna", choć
dla nas oznaczałoby to i tak tego samego pasożyta, którego prawdziwa
nazwa powinna brzmieć raczej "choroba społeczna", bo pisanie, że
pracownicy choroby społecznej odebrali komuś dziecko, przynajmniej nie
mąciłoby w głowach mniej rozgarniętej części społeczeństwa. Przyznają
Państwo, że nazywanie tego procederu "pomocą" to kpina. Jest to bowiem
instytucjonalny pasożyt, który nie dość, że obciąża szkodliwymi
wydatkami normalne społeczeństwo (bo zabieranie pieniędzy w podatkach i
dawanie komuś innemu, często niezasłużonych pieniędzy jest
szkodliwe), to jeszcze od jakiegoś czasu szczególnie aktywnie
zajął się włażeniem w ludzkie życie w urzędniczych buciorach.
Czy nam się wydaje, czy to przypadek, ale jakoś przed rokim 2004 nie
słyszeliśmy o takich przypadkach, ani w UK, ani w Polsce. Czyżby działo
się to za sprawą "harmonizacji" praw lokalnych z unijnymi dyrektywami?
Nie mamy pojęcia, dlatego pytamy, może ktoś zna odpowiedź i podzieli
się spostrzeżeniami w komentarzach.
Trudno jest pisać o tej sprawie bez emocji. Czy Państwo też mieliby
ochotę zagonić tych urzędasów do uczciwej pracy? Ot tak, żeby może po
raz pierwszy w życiu zrobili coś przydatnego dla społeczeństwa. Np.
składali długopisy, albo sklejali koperty. Te mogą się przydać wielu
ludziom. Natomiast rozdawanie pieniędzy, zabranianie kto i kiedy może
wziąć ślub, lub kto ma prawo wychować swoje własne dziecko, to
działanie na szkodę społeczeństwa i na szkodę kraju. Kiedyś byłoby to
przestępstwem, ale teraz jest "postępowo". Teraz jest za to pewnie
nawet jakaś premia.
Opisana w Telegraph historia potwierdza, jak wiele innych podobnych tej
historii wydarzeń, że dzieci nie należą dziś do rodziców, lecz są
państwowe.
Część z czytelników pomyśli w tym momencie, że jest to stwierdzenie
nieprawdziwe, bo budowane na obyczajowej skrajności. Nie da się jednak
zaprzeczyć, że to nie kto inny, lecz urzędnik państwowy decyduje o
czyimś życiu, a osoby których to dotyczy nie mają nic do gadania w
swojej własnej sprawie. To urzędnicze postanowienie dotyka czyjegoś
dziecka, zarządza jego przyszłością, miejscem jego przebywania, czasem
w jakim rodzice mogą lub nie mają prawa widzieć się z dzieckiem itd..
Poszliśmy w tym rozumowaniu dalej. Można bowiem zadać pytanie: kiedy, w
jakim wieku przebiega granica, gdy dziecko przestaje być państwowe a
zaczyna być rodziców, lub staje się samodzielne?
Część czytelników odpowie, że wtedy, gdy staje się pełnoletnie. Jednak
w świetle informacji publikowanych przez Telegraph, a wcześniej przez
gazetę Daily Mail, to nie prawda. Bohaterka dzisiejszych informacji,
panna Robertson ma lat 17 i w świetle prawa jest pełnoletnia, bo w
Szkocji granica pełnoletności to wiek lat 16.
Jeśli więc nie pełnoletność to kiedy?
A może logiczną konsekwencją tego, że urzędnik decyduje o dziecku jest
to, że dorośli również należą do państwa a nie sami do siebie?
Jesteśmy własnością państwa, tak jak krowa jest własnością chłopa,
który wyprowadza ją na postronku, by popasła się na kawałku trawy. Skąd
taka analogia? Stąd, że cielak nie należy do krowy i mimo, że chłop
pozwoli czasami, by cielak i krowa były razem, to w każdej chwili może
z cielakiem zrobić co chce. Nie da się zaprzeczyć, że tak samo państwo
postępuje z dziećmi. Bo jeśli państwo ma w ogóle prawo odebrać dziecko
rodzicom (nieważne z jak ważnego i wydawałoby się słusznego powodu),
samotnej matce, ojcu lub najbliższej rodzinie, np. babci, to analogia z
krową i cielakiem jest właściwa.
Normalnie, gdy ludzie są wolni, tzn. swobodnie i wg. własnego uznania
decydują o życiu swoim i swoich dzieci, państwo nie ma prawa dokonać
czegoś takiego jak odebranie dziecka opisane w przetłumaczonym artykule.
Jeszcze nie tak dawno dzieci trafiały do sierocińców wtedy, gdy zostały
tam oddane przez rodzinę, lub gdy nie miał się nimi kto opiekować, bo
rodzice zmarli, a rodziny dalszej także zabrakło. Dziś nikt o zgodę
rodziców nie pyta, traktując ich często jak niedorosłych, którzy nie
potrafią za siebie odpowiadać, a decyzje w sprawie ich dzieci podejmuje
urzędnik.
Część czytelników powie, że przecież te dzieci żyją czasami w
strasznych warunkach i jeśli ktoś się tym nie zajmie, to może stać się
tragedia.; że opisywana w artykule para to ludzie młodzi, niezaradni, a
bohaterka jest upośledzona umysłowo i tylko dlatego i jedynie z takich
powodów, prawi urzędnicy reagują i podejmują opisywane działania. A
wszystko to dla dobra dzieci.
Tak rozumujących czytelników prosimy o wyjaśnienie sprawy, o której informowała w zeszłym roku CBC - (Canadian
Broadcasting Corporation).
W Winnipeg, urzędnicy odebrali kobiecie dwójkę dzieci, 7 letnia córkę i
2 letniego syna dlatego, że idąca do szkoły dziewczynka miała na
ramieniu narysowany symbol swastyki. Nauczycielka w szkole
własnoręcznie starła dziewczynce ten znak. Po powrocie do domu, matka
dziewczynki, na jej prośbe, pomogła jej ponownie ten znak narysować.
Gdy dziewczynka pojawiła się następnego dnia w szkole i nauczycielka
znów zauważyła rysunek swastyki, zawiadomiła odpowiednie władze.
W domu matki znaleziono flagę z napisem "white power" - "biała siła", a
na szyi wisiorek z symbole swastyki. Na stawiane pytania, kobieta
odpowiadała, że nie jest ani neonazistką, ani nie utożsamia się z
supremacją białej rasy, jednak skoro czarnoskórzy w jej kraju mają
prawo nosić ubrania i flagi z napisem "black power" lub "black pride" -
"czarna siła" lub "czarna duma", a jednocześnie zarzucać rasizm,
nietolerancję i neonazizm ludziom, którzy napiszą "white power", to ona
się temu przeciwstawia, jako przejawowi największej hipokryzji.
Z ust matki padają ciekawe słowa, które zwracają uwagę na sedno sprawy.
Matka z Winnipeg mówi: "Będę tańczyła
tak jak mi każą. Jeśli chcą bym wyparła się tego w co wierzę, to powiem
co mi każą, ale przecież, nie jestem zdrajcą moich poglądów
politycznych, tego w co wierzę. Chcę tylko, żeby oddali mi moje dzieci."
W tekście CBC cytowana jest także wypowiedź profesora Helmuta Harry
Loewen'a, eksperta od tzw. "hate groups" (grup nienawiści), który mówi,
że choć nie zgadza się z ideologią wyznawaną przez matkę, to jednak
obawia się, że odebranie dzieci z powodu przekonań to drakońska metoda:
"Jeśli dzieci odbiera się rodzicom na
podstawie politycznych lub religijnych przekonań, to otwiera się drogę
do spraw stojących na bardzo śliskim gruncie".
Czy ktoś z obrońców urzędników walczących o "dobro" dzieci potrafi
wyjaśnić, dlaczego próbowano odebrać maluchy w tym przypadku? Nie było
okruszków na stole i dywanie, matka nie miała trudności w uczeniu się,
a dzieci były zadbane. I co?
W tym miejscu od razu napiszemy, że guzik obchodzi nas czy matka
pomogła dziecku poprawić zatarty rysunek swastyki, sierpa z młotem,
ying yang, literek EU, półksiężyca, krzyża, piramidy z okiem, czy np.
napisu "prezydent dupa" i nie powinno to tez obchodzić urzędnika, a tym
bardziej umożliwiać mu (jak i z każdego innego powodu) odebrania jej
dzieci!
Pomijamy fakt, że kraj, w którym z powodu przekonań politycznych
można odebrać dzieci matce, stawia się na równi z totalitarnymi
systemami, których symboliki i ideologii właśnie zakazuje, samemu
stosując ideologię socjalistycznej kontroli państwa nad obywatelami.
Dlatego nie wolno pozwalać, by ktokolwiek poza rodzicami decydował o
losie ich dzieci.
Ci, do których nawet powyższe fakty nie docierają, może zechcą spojrzeć
na sprawę wtrącania się urzędników w ludzie życie z innej strony, np.
strony www jakże niepotrzebnego w gospodarce wolnorynkowej, a
niezbędnego w socjalizmie Ministerstwa
Pracy i Polityki Społecznej, która oferuje statystyki dotyczące
działania "pomocy społecznej".
Z zamieszczonych statystyk można wyczytać ciekawe rzeczy, np.:
"ZATRUDNIENIE W JEDNOSTKACH ORGANIZACYJNYCH POMOCY SPOŁECZNEJ".
Porównaliśmy dane z lat 2001-2008 (bo tylko te są dostępne) z liczbą
ludności Polski w tym samym okresie (dane z http://www.stat.gov.pl/demografia/index.html
oraz z publikacji (format PDF) "Podstawowe informacje o rozwoju demograficznym Polski
do 2008 roku" ).
Wygląda to tak:

Generalnie, liczba Polaków do roku 2007 malała, za to ilość osób
zatrudnianych w Pomocy Społecznej stale rośnie. W roku 2008 obywatele
Polski, którzy zarobkowo robią coś pożytecznego, zafundowali z własnych
kieszeni miejsca zatrudnienia, pensje, komputery, długopisy, ołówki,
kawę, herbatę i słone paluszki 123592 pracownikom Pomocy Społecznej.
Dla porównania, w tym samym czasie Ministerstwo Obrony Narodowej
opublikowało dane: "Stan ewidencyjny
żołnierzy w Siłach Zbrojnych RP na dzień 30 września 2008 roku liczy
około 124 800."
Na terenie RP przebywają więc dwie armie! Niestety, ta druga jest armią
wrogą naszej ojczyźnie. W 2008 roku obie amie były prawie takiej samej
wielkości. W roku 2009 armia pasożytów zapewne przewyższy liczebnie
armię żołnierzy broniących kraju. MON
we wrześniu opublikowało, że w tym roku stan ewidencyjny żołnierzy
w Siłach Zbrojnych RP liczy około 95360. Ministerstwo Pracy nie
opublikowało jeszcze danych za ten rok, ale i tak widać, jaka jest
tendencja zatrudnienia w ludowej armii Pomocy Społecznej.
Zwalniamy żołnierzy, zatrudniamy "pracowników" społecznych. Ciekawe czy
podobnie jest w Anglii?
Gdyby w Polsce taki przyrost zatrudnienia utrzymać w przyszłości, to za
ileś lat Polska byłaby krajem, w którym wszyscy obywatele zostaliby
zatrudnieni w jednostkach organizacyjnych Pomocy Społecznej. Tylko kto
pracowałby jeszcze na to wszystko?
Już czas skończyć z modelem państwa, którego urzędnicy,z niewiadomych
przyczyn, wbrew logice i demografii, za grubą kasę udają niańki.
Ludzie potrafią o sobie decydować, nawet jeśli ich decyzje komuś się
nie podobają, lub są jak to się dziś mówi niepoprawne politycznie,
czyli odmienne od drogi "jedynie słusznej" i wytyczonej przez tzw.
władzę.
Żródła informacji (w języku angielskim oraz polskim):
fThe Telegraph - dalszy ciąg historii szkockiego
narzeczeństwa.
CBC - odebranie dzieci z powodu przekonań
politycznych.
Statystyki Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.
Demografia
w Polsce.
Publikacja "Podstawowe informacje o rozwoju demograficznym Polski
do 2008 roku" (format PDF).
Stan ewidencyjny w Siłach Zbrojnych RP w roku 2009 wg.
MON.
W zeszłym
miesiącu Computerworld informował, że FBI tworzy system,
przy którym obecny, zautomatyzowany system sprawdzania odcisków palców
to niewinna zabawka.
FBI planuje przeniesienia bazy systemu automatycznej identyfikacji
odcisków palców (IAFIS - Integrated Automated Fingerprint
Identification System), do nowego systemu, który zawierać będzie dane o
DNA, dane trójwymiarowego kształtu twarzy, odciski całych dłoni, oraz
próbki głosu.
Połączenie wszystkich tych danych znane będzie pod nazwą "biometrii
multi-modalnej".
"FBI ogłosiła szybką inicjatywę w
sprawie DNA", powiedział w czasie odbywającej się na Florydzie
konferencji na temat biometrii, Louis Grever, asystent dyrektora FBI
oddziału nauki i technologii.
FBI planuje przechodzenie z bazy danych systemu automatycznej
identyfikacji odcisków palców IAFIS, która powstała w 1990 roku by
gromadzić olbrzymie ilości informacji o odciskach, do systemu nowej
generacji, którego prototyp pojawi się na początku przyszłego roku.
Multi-modalny Systemem Identyfikacji Nowej Generacji (w skrócie NGI -
Next Generation Identification) biometrycznej bazy danych, będzie
gromadził próbki DNA i nie tylko.
Grever twierdzi, że odciski palców i próbki DNA, okazują się być
najbardziej zaawansowanymi i pozwalającymi na najlepsze wyszukiwanie
metodami biometrycznymi, jednak FBI pracuje także nad włączeniem do
bazy obrazu siatkówki oka oraz innych metod biometrycznych, w celu
identyfikacji przestępców i terrorystów.
Planuje się także udostępnianie tych danych autoryzowanym amerykańskim
i międzynarodowym partnerom, tak samo jak ma to miejsce i dziś.
Dzisiejszy system IAFIS to prawdziwy koń pociągowy. Przetwarza około
200 tyś. operacji dziennie porównując 370 mln. odcisków 10 palców,
niedawno przekraczając 250 mln. operacji.
Baza danych FBI nowej generacji tworzona jest przez firmę MorphoTrak i
należy się po niej spodziewać składowania informacji o próbkach DNA,
obrazów siatkówki oka, zaawansowanych trójwymiarowych obrazów twarzy
oraz próbek głosu, między innymi multi-modalnymi technikami
biometrycznymi. Planuje się zmniejszenie czasu oczekiwania na
otrzymanie wyników z bazy. Za cel postawiono sobie obniżenie czasu
odpowiedzi z blisko 2 godzin dzisiejszego systemu IAFIS, do czasu
poniżej 10 minut.
FBI zaznacza jednak, że nadal trwają intensywne badania i wiele trzeba
jeszcze dokonać, by osiągnąć cel postawiony przed NGI. Jednym z celów
jest stworzenie metod szybkiej analizy DNA, która dostarczałaby wyników
po czasie krótszym niż godzina, w odróżnieniu od dzisiejszego badania,
które daje wynik po kilkunastu godzinach, a nawet kilku dniach. FBI
wraz z Departamentem Obrony, który ma podobne cele, wspólnie finansują
badania na tym polu.
Kevin Reid, szef sekcji obsługi biometrii w FBI powiedział, że agencja
chce również utworzyć architekturę zorientowaną na usługi wobec systemu
NGI, by świadczyć usługi związane z udostępnianiem biometrycznych
informacji, jednak nie jest jeszcze jasne, kiedy taka architektura
powstanie.
FBI rozpoczęło już przenoszenie się na nowe terytoria działania,
tworząc m.in. zbiory odcisków całych dłoni, oraz bazy danych blizn,
znamion i tatuaży, które także będzie gromadzić.
Zgodnie z amerykańską ustawą o odciskach palców DNA z 2005 roku (DNA
Fingerprint Act), FBI nie ma prawa zbierać próbek materiału DNA w celu
porównawczej analizy biometrycznej. "DNA
stało się potężna i oszczędzającą czas bronią", mówi Grever,
dodając także, że "nie dotyczący ono
spraw obywatelskiej wolności lub prywatności, poza tymi, które związane
są już z odciskami palców".
Piękny obrazek przyszłości wyłania się z planów FBI, bo dzisiejsze
plany FBI, to prawdopodobnie policyjna codzienność w niedalekiej
przyszłość. Oczywiście nie tylko dla amerykanów, ponieważ technologie
tanieją, stają się bardziej dostępne nawet dla technologicznie
zacofanych krajów, gdzie z pewnym opóźnieniem, ale zostają wprowadzane.
Jak się Państwu wydaje, ile czasu potrzeba, żeby wykorzystywane przez
FBI nowinki techniczne z USA trafiły np. do polskiej policji?
Weźmy przykład daktyloskopii, bo tak fachowo nazywa się badanie linii
palców. Otóż system automatycznej identyfikacji odcisków palców, który
w FBI działa od 1990 roku, w Polsce zaczął działać, jeśli wierzyć portalowi Polskie Agencji Prasowej, od roku 2000.
Znaleźliśmy jednak informacje, z których wynika, że system taki
prawdopodobnie uruchomiono jeszcze w latach 90-tych.
Jak się okazuje, między liderem gospodarczym i ekonomicznym świata, a
zacofaną Polską, w tej akurat materii dzieli nas zaledwie 10 lat. Jaka
szkoda, że władze w Polsce tak ochoczo nie doganiają Stanów
Zjednoczonych w innych dziedzinach, np. w gospodarce.
Dziś w Polsce, wbrew zapewne wyobrażeniu większości, w przenośne skaner
do szybkiej identyfikacji zaopatrzona jest nawet Polska Służba Graniczna.
Ciekawostką może być to, że Polska Służba Graniczna używa urządzeń
produkowanych przez tę samą firmę, która prowadzi obecnie badania nad
NGI dla FBI.
Jaki ten świat mały. Znacznie mniejszy niż się nam wydaje. Oto bowiem na stronie korporacji Sagem Morpho Inc. należącej
do potężnego francuskiego holdingu SAFRAN Group, do którego należy
także wspomniana przez urzędnika FBI firma MorphoTrak czytamy, że jej "technologie biometryczne używane są na
całym świecie dla poprawy bezpieczeństwa, w celu zapobiegania
oszustwom, oraz do walki z przestępczością. Poprzez doświadczenie w
rozwiązaniach dotyczących biometrycznej identyfikacji, która używana
jest w 60 krajach na świecie, Sagem Morpho dostarcza innowacyjnych
rozwiązań multi-biometrycznych na rynki Ameryki Północnej, włączając w
to władze federalne, stanowe i lokalne, a także komercyjne produkty dla
konsumentów."
Firma chwali się na stronie WWW współpracą z władzami USA, lecz też ciekawy plik w formacie PDF. Owa publikacja nosi
tytuł: "Badanie Bezpieczeństwa. W
kierunku bezpieczniejszego społeczeństwa i zwiększonej konkurencji
przemysłu" (SECURITY RESEARCH: Towards a more secure sociaty and
increased industral competitiveness).
Na okładce widnieje flaga Wspólnoty Europejskiej z podpisem "Komisja Europejska Przedsiębiorczość i
Przemysł"
Po powtórce referendum nad Traktatem Konstytucyjnym w Irlandii i
krótkowzroczności głowy naszego państwa, gdy już tylko włos dzieli nas
od powstania państwa Unia Europejska, nie mogliśmy nie przeczytać
materiałów, zawierających wyniki badań dotyczących bezpieczeństwa, do
którego wzrostu Stany Zjednoczone Europy będą zapewne dążyć.
"W kierunku bezpieczniejszego
społeczeństwa"... zobaczmy w jakim społeczeństwie przyjdzie żyć
obywatelom Europy.
"W ramach siódmego programu badań na
lata 2007-2013, Komisja Europejska udostępniła 1,4 miliarda euro
wyłącznie na badania dotyczące bezpieczeństwa. Broszura ta omawia
zaledwie 45 pierwszych projektów wspomaganych wg. tego schematu."
Teraz przynajmniej wiedzą Państwo gdzie ginie część Państwa pieniędzy z
tzw. unijnych składek. Pieniądze te idą na projekty i badania, żeby w
Europie było bezpieczniej. Jak można przeczytać w 100 stronicowej
broszurze: "Stworzenie
bezpieczniejszej Europy dla jej mieszkańców, a jednoczesne zwiększenie
konkurencyjności przemysłowej, jest celem Europejskich Badań nad
Bezpieczeństwem. Europa nigdy nie była tak skonsolidowana pokojowo, tak
prosperująca i bezpieczna, jednak w tym samym czasie tak bezbronna
wobec zagrożeń takich jak terroryzm, przestępczość zorganizowana oraz
katastrofy naturalne. Dzięki współpracy i koordynacji wysiłków na skalę
kontynentalną, poprzez stymulację współpracy tych, którzy dostarczają
rozwiązań z dziedziny bezpieczeństwa oraz jej użytkowników, UE może
lepiej rozumieć i reagować na ryzyko w stale zmieniającym się świecie."
Pisanina zupełnie jak z PZPR-owskich przemówień, w których partia miała
rozumieć i reagować na wszelkie zagrożenia zagrażające zagrożonej
klasie robotniczej. Niestety, nawet w dokumentach dotyczących
bezpieczeństwa, socjalistyczni urzędnicy nie potrafi wyjść poza
"przewodnią rolę" ich projektu o nazwie UE, co wywołuje w nas
szczególne reminiscencje.
Dalej oczywiście czytamy, że "kwestie
bezpieczeństwa w zmieniającym się świecie natrafiają na nowe wyzwania.
Aby chronić fundamentalne prawa wolności, niezbędne są technologiczna
gotowość i odpowiedź społeczeństwa na potencjalne lub aktualne
zagrożenia."
Żeby się komuś nie wydawało, wszystkie te rozwiązania to
"technologicnza gotowość", żeby chronić Państwa fundamentalne prawa.
Jak wygląda owa ochrona? W broszurze wymieniono 45 projektów, z których
duża część najeżony jest biometrią, analizą zachowań ludzi, kontrolą,
monitoringiem, wymianą danych i informacji na temat ludności.
Skąd my to znamy? Wojna to pokój, wolność to niewola, ignorancja to
siła, a ochrona fundamentalnych praw odbywa się poprzez chipowanie,
monitoring i biometrię na każdym kroku.
Możemy być pewni, że kiedy amerykańskie FBI otrzyma ich super system,
umożliwiający identyfikację osoby po cząsteczce śliny, fragmencie
włosa, po obrazie siatkówki, rozstawie oczu i nosa zarejestrowanym
przez kamery monitoringu, głosie zarejestrowanym podczas rozmowy
telefonicznej, to za mniej niż 10 lat system taki pojawi się także w
Europie. Europa także korzysta z rozwiązań firmy MorphoTrak.
Czy zastanowili się Państwo dlaczego FBI wydaje pieniądze na badania w
sferze, którą amerykańskie prawo reguluje, jako niedostępną dla służb
federalnych i policji? Jak czytamy w artykule, FBI nie ma bowiem prawa
zbierać próbek DNA w celu biometrycznego ich porównywania. Po co więc w
przyszłym roku instalują super bazę m.in. na takie próbki? Istnieją
dwie możliwości. Albo w FBI bardzo się nudzą i nie maja co robić z
pieniędzmi, albo... niedozwolone dziś procedury już niebawem mają stać
się dozwolone.
Sprawą oczywistą jest, że aby monstrualne systemy porównywania danych
biometryczne były użytecznie, muszą zostać wcześniej wypełnione danymi
osobowymi. Im więcej próbek w bazie, tym większa wykrywalność
"terroryzmu i przestępczości zorganizowanej". Zapewne z tego powodu
rządy pracują także nad tą kwestią.
W 2007 roku mogliśmy przeczytać na łamach The New York Times, że amerykański
departament sprawiedliwości, kompletuje reguły pozwalające na zbieranie
próbek DNA od większości aresztowanych lub zatrzymanych przez władze
federalne.
Biorąc pod uwagę to, że w świetle dzisiejszego prawa w krajach takich
jak Wielka Brytania czy USA dosłownie każdy może zostać zatrzymany
celem sprawdzenia, czy przypadkiem nie uprawia terroryzmu, oznaczałoby
to, że próbki DNA można pobierać praktycznie od przechodniów na ulicy.
O próbie wyłudzania próbek DNA czytaliśmy także w Anglii w 2007 roku, na łamach brytyjskiego wydania The Times.
Brytyjski rząd chciał zbierać próbki DNA od kierowców jeżdżących bez
pasów lub z nadmierną, wg. policji, prędkością.
To zaledwie pierwsze próby wprowadzenia zgodnego z "prawem" pobierania
i przechowywania próbek DNA. Być może ludzi jeszcze nie dorośli do
myśli ku bezpieczniejszemu społeczeństwu, bo zazwyczaj z każdą próbą
wprowadzenia praw zezwalających na pobieranie DNA, odzywają się jeszcze
grupy walczące o poszanowanie wolności, godności i prywatności
człowieka, który nie życzy sobie, by rząd wchodził z butami w jego
życia, próbkował go, ewidencjonował jak zwierzę, podglądał, śledził i
monitorował gdzie tylko się da. Można się jednak spodziewać, że wraz z
wymianą pokoleń, nowe generacje będą przyjaźniej przyjmować prawa
tworzone przecież z myślą o ich "bezpieczeństwie". Medialna propaganda
jak zwykle będzie niezastąpiona w nakłanianiu do poddania się temu, co
autorytety uważają za dobre i słuszne.
Nasz poprzedni wpis dotyczył powstania globalnej policji oraz systemu,
którego celem m.in. miała być sprawna wymiana informacji zgromadzonych
w bazach danych, także bazach z próbkami DNA.
Wygląda na to, że informacje z tego i poprzedniego wpisu zazębiają się,
a my jesteśmy świadkami kładzenia podwalin pod ogólnoświatowy system
rozpoznawania, śledzenia i monitoringu ludzi, który będzie to czynił z
łatwością i precyzją, o jakiej się jeszcze nikomu nie śniło.
Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
Computerworld na temat nowego systemu
identyfikacji FBI.
PAP o IAFIS w Polsce.
Materiały międzynarodowej konferencji naukowej "100 lat daktyloskopii na ziemiach polskich"
(dokument w formacie PDF).
Skanery odcisków firmy MorphoTrek w Polskiej
Służby Granicznej.
Strona WWW firmy Morpho.
"Badanie Bezpieczeństwa. W kierunku bezpieczniejszego
społeczeństwa i zwiększonej konkurencji przemysłu" dla UE (dokument
w formacie PDF).
New York Times w 1007 roku o zmianach w prawie
doyczących zbierania DNA w USA.
Brytyjskie wydanie New York Times o pomyśle
pobieraniu DNA od kierowców.
Dawno
nie pisaliśmy o terroryzmie i o tym do czego naprawdę mają służyć tzw.
prawa antyterrorystyczne.
Każdy z nas zapytany o to jak wygląda terrorysta bez namysłu przywoła z
pamięci obraz widziany w telewizji. Zamaskowany człowiek, obwieszony
laskami dynamitu lub czegoś podobnego, z wyhaftowanymi gdzie popadnie
cytatami z Koranu z detonatorem w dłoni.
I tak pewnie pozostałoby do dziś, gdyby nie zmieniające się czasy i
duch "postępu", który przekształca znaczenia pojęć i słów którymi się
posługujemy.
The Guardian opisuje sprawę, w której brytyjskie
służby graniczne użyły przepisów antyterrorystycznych, by uniemożliwić
działaczowi zajmującemu się zmianami klimatu przekroczenie granicy i
dostanie się na kontynent, gdzie planował on wzięcie udziału w
wydarzeniach dziejących się wokół nadchodzącego szczytu Narodów
Zjednoczonych w Danii.
Chris Kitchen, 31-letni pracownik biurowy, wyraził zaniepokojenie, że
sposób potraktowania go przez policję może być początkiem ograniczeń
nałożonych na protestujących, których setki planują podróż do Kopenhagi
na czas rozmów o zmianach klimatu, które odbędą się w grudniu.
Wieczorem podejmie on drugą próbę dostania się do Danii, gdzie planuje
wziąć udział w dyskusji zorganizowanej przez sieć współpracy grup
działających pod wspólnym szyldem "Climate Justice Action" (Akcja
Klimatyczna Sprawiedliwość).
Przyznał, że wczoraj o 17:00 nie pozwolono mu na przekroczenie granicy,
gdy autobus którym podróżował zatrzymał się na dworcu Folkestone.
Kitchen mówi, że oficerowie służby granicznej wsiedli do autobusu i po
sprawdzeniu paszportów, zabrali jego oraz innego działacza na rzecz
klimatu, by poddać ich przesłuchaniom zgodnie z załącznikiem 7
Terrorism Act z 2000 roku, klauzuli, która służbom granicznym pozwala
zatrzymać i przeszukać osoby w celu sprawdzenia czy są one powiązane z
terroryzmem.
Kitchen twierdzi, że początkowo nie przeskanowano ich paszportów, co
sugeruje, że funkcjonariusze wiedzieli kim jest, a usuniecie ich z
autobusu było zaplanowane jeszcze zanim do niego wsiedli. W czasie
przesłuchania zadawano mu pytania na temat jego rodziny, pracy i
dotychczasowej działalności politycznej. Policja pytała także co
zamierzał robić w Kopenhadze.
Kiedy Kitchen zwrócił uwagę, że przepisy antyterrorystyczne nie odnoszą
się do aktywistów na rzecz środowiska, oficer z którym rozmawiał
odpowiedział, że terroryzm "może
oznaczać wiele rzeczy". Zanim minęło trwające 30 minut
przesłuchanie, autobus Kitchen'a zdążył już odjechać.
To zrozumiałe, że policja monitoruje demonstrantów w licznych bazach
danych, a niektóre z nich sygnalizują, czy osoba taka przechodzi przez
strefy bezpieczeństwa, takie jak dworce.
Kitchen jest wpływowym działaczem, który brał udział w wielu akcjach
pokojowego nieposłuszeństwa, takich jak przyklejenie się do rzeźby w
parlamencie, by nawoływać do zmniejszenia emisji dwutlenku węgla.
"Użycie przepisów
antyterrorystycznych w ten sposób, to kolejny przykład politycznej
przemocy, nękania i zastraszania ludzi przez rząd, kiedy ludzie ci
próbują korzystać z ciężko wywalczonych demokratycznych praw.
Wybieramy się do Kopenhagi by wziąć
udział w Akcja Klimatyczna Sprawiedliwość, ponieważ chcemy
zaprotestować przeciwko fałszywym rozwiązaniom, takim jak handel
limitami CO2, oraz stworzyć globalny ruch na rzecz efektywnych,
społecznie sprawiedliwych rozwiązań.
Osoby, które praktykują cywilne
nieposłuszeństwo w sprawie zmian klimatu, w obliczu nieefektywnych
działań rządu na pewno nie są terrorystami, a słuszność ich działań
potwierdzi historia."
Kitchen twierdzi, że po przesłuchaniu policja zapłaciła za jego bilet
powrotny do Londynu i zorganizowała u przewoźnika miejsce w innym
autokarze.
Rzecznik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych powiedział, że: "Nie nastąpiła żadna zmiana polityki.
Załącznik 7 Terrorism Act z 2000 roku pozwala oficerowi sprawdzającemu
zatrzymać, przeszukać i sprawdzić osobę na dworcu lub w strefie
przygranicznej, celem stwierdzenia czy nie jest lub nie była brana pod
uwagę jako zleceniodawca, przygotowujący lub podżegający do aktów
terroru.
Korzystanie przez policję z tych
prawa to sprawa operacyjna każdej z jednostek".
Może się ktoś zastanawiać dlaczego poświęcamy czas na pisanie o
lewicowych działaczach, którzy nawet w tematyce naturalnych zmian
środowiska (z którymi wbrew wszelkiej logiki walczą) chcieliby w
sprawach klimatu wprowadzać działania sprawiedliwe społecznie.
Pomijając to, że jak donoszą wszystkie polskie portale, wystarczy w
Polsce właśnie wyjrzeć przez okno, by zobaczyć jakie to straszne
globalne ocieplenie powoduje człowiek, to sam artykuł zawiera bardzo
ważne dla nas informacje. Informacje o tym jakie systemy kontroli i
inwigilacji implementuje się oczywiście dla "dobra" obywateli, którzy
zresztą łożą na to wszystko z własnych kieszeni.
Wielokrotnie pisaliśmy i tłumaczyliśmy z zachodniej prasy informacje,
że w krajach bogatych, takich jak Wielka Brytania, wydaje się
dziesiątki miliardów na tworzenie i utrzymanie przeróżnych baz danych,
w których gromadzi się próbki DNA, odciski palców, informacje na temat
przyzwyczajeń, kontaktów, działań politycznych i zwykłego codziennego
życia obywateli.
Po co się je gromadzi? Oficjalnie mówi się o bezpieczeństwie, walce z
terroryzmem i wygodzie obywatela próbującego załatwić coś w urzędniczym
"okienku".
Artykuły takie jak powyższy z The Guardian, są dowodem na to, że jest
całkiem inaczej. Pokazują jak powstaje system coraz doskonalszej
kontroli pojedynczego człowieka. Są dowodem na to, że w takim systemie
stworzonym niby dla dobra i bezpieczeństwa, jednostka traktowana jest
jak więzień. Obserwacja i w razie potrzeby neutralizacja. Różnica
oczywiście polega na tym, że w tym przypadku więzienie jest dość
obszerne a jednostce nie udowadnia się popełnienie przestępstwa, lecz
neutralizuje prewencyjnie. Architekci systemu stwierdzili, że po co
męczyć się i ścigać przestępców, skoro policyjnym nadzorem można objąć
wszystkich i bez przerwy obserwować ich jak podejrzanych.
Warto zauważyć, że w artykule znajdują się też manipulacja. Chodzi nam
o stwierdzenie, że:
"To zrozumiałe, że policja monitoruje
demonstrantów w licznych bazach danych, a niektóre z nich sygnalizują,
czy osoba taka przechodzi przez strefy bezpieczeństwa, takie jak
dworce."
Otóż w takim działaniu policji nie ma nic zrozumiałego. Jeszcze
niedawno działania takie nazywano inwigilacją i skierowane były wobec
naprawdę groźnych przestępców. Wykorzystanie takiej władzy wobec
normalnych obywateli piętnowane było jako jej nadużycie.
Jednak tzw. "postęp" spowodował, że dziś już się nie piętnuje. Dziś
inwigiluje się każdego, tylko nie wszyscy są jeszcze na jakiejś
"czarnej liście", co powodowałoby zawiadomienie odpowiednich służb o
ich obecności. Nic straconego. Takich "czarnych list" przybywa. Kto
będzie następny? Opozycja polityczna? Krytycznie do władzy nastawieni
internauci, dający wyraz swego niezadowolenia w internetowych
komentarzach? Kto wie. Raz puszczona w ruch machina biurokratyczna jest
niezmiernie trudna do zatrzymania, a w miarę jej rozbudowy (co ma
miejsce zawsze) nic nie jest niemożliwe.
Do oswajania się ludzi z takimi "postępowymi" rozwiązaniami, w
olbrzymim stopniu rękę przykładają media, publikując właśnie takie
tezy, że jest to potrzebne, normalne i całkowicie zrozumiałe.
Artykuł opisuje jak policja użyła praw antyterrorystycznych wobec kogoś
kto nie jest terrorystą. W sumie to już normalka, jeśli na ulicach
rewiduje się przy użyciu tych samych przepisów dzieciaki, zatrzymuje
je, gdy policjant mądry inaczej, w plecaku ucznia znajdzie torebkę
nawozu i kilka podejrzanych przedmiotów, np. piłki tenisowe, to
terrorystą może być każdy.
My np. terrorystą nazwalibyśmy każdego, kto w uciążliwy sposób zakłóca
innym ich życie. Tak więc, znanym terrorystą był (ostatnio ucichł) dla
nas Andrzej Lepper, który wysypywał ziemniaki na drogach, blokując je,
co uniemożliwiało innym obywatelom dotarcie do celu ich podróży.
Terrorystami są związkowcy, strajkujący górnicy, stoczniowcy,
pielęgniarki i inne grupy roszczeniowe, które blokując ulice stolicy,
wywołują zapewne dodatkowe korki, nie pozwalając jej mieszkańcom zdążyć
do pracy na czas. Do tej samej grupy zaliczamy ekologów, którzy
przyklejając się do czegoś tam, drzewa, pomnika przyrody, czy rzeźby w
parlamencie, uniemożliwiając innym wykonywanie ich pracy.
Jednak terrorystami są dla nas tylko wtedy, kiedy nam i innym
przeszkadzają i narażają na dodatkowe koszty poprzez np. stratę czasu.
Jeśli protestują nie przeszkadzają, to już nie są terrorystami.
Jeśli więc bohater artykułu, pan Kitchen, naruszyłby w Kopenhadze
porządek, lub coś tam przypadkiem zniszczył, umazał klejem czy
zachlapał farbą, to należy go oczywiście oskarżyć o naruszenie porządku
i przymusić do zadośćuczynienia za wyrządzone szkody. Nie można jednak
zabraniać mu wyjazdu korzystając z prawa antyterrorystycznego.
Piszemy to my, którzy pewnie w wielu sytuacjach zaliczylibyśmy pana
Kitchen jeśli nie do głupków, to na pewno do grona terrorystów, razem z
terror-darmozjadami z tzw. związków zawodowych. Bo czym innym jest
uważanie kogoś za terrorystę, a czym innym prewencyjne użycie wobec
takiej osoby przepisów, stworzonych z myślą o przeciwdziałaniu bombowym
atakom terrorystycznym.
Na koniec, zwyczajowa już prawie że przestroga, która ponownie wyłania
się i z tego artykułu. Jak powiedział brytyjski urzędnik w mundurze
straży granicznej, "terroryzm może
oznaczać wiele rzeczy".
To oczywiście kolejny argument do kolekcji wobec tych, którzy uważają,
że ich to nie dotyczy, bo są uczciwi i nie zrobili niczego złego. Jeśli
bowiem definicja terroryzmu zależy od interpretacji urzędnika, to nikt
nie może wiedzieć, czy jego imię i nazwisko za moment nie znajdzie się
gdzieś obok Osamy bin Ladena.
Żródła informacji (w języku angielskim):
The Guardian o wykorzystaniu przepisów antyterrorystycznych
przeciwko demonstrantom.
