Gdzie są czerwoni z tamtych lat - czas zatarł ślad. 2010-03-22

Dziś dość krótko i o sprawach raczej lokalnych, bo oto natknęliśmy się na ciekawy wywiad, który powinni przeczytać wszyscy we wschodniej i centralnej Europie, także Polacy. Nie często bowiem można znaleźć słowa, które zdzierają woal roztoczony przed naszymi oczyma, ukazując świat bez zbędnych kolorów.

Jednocześnie chcieliśmy zauważyć, że podobne zdania, wypowiadane przez nielicznych ludzie w naszym kraju, spotykały się z tak wielkim oporem, że głoszące je osoby zostawały zazwyczaj wykluczane z publicznej dyskusji, oczerniane i wyśmiewane, a głoszone przez nie idee przedstawiano jako całkowicie niedorzeczne.

Radiu Wolna Europa wywiadu udzielił Vytautas Landsbergis, były przywódca Litwy, który od marca 1990 do listopada 1992 pełnił funkcję przewodniczącego Rady Najwyższej. Był oficjalnym przywódcą kraju od czasu deklaracji niepodległości w dniu 11-go marca 1990, aż do wejścia w życie nowej Konstytucji, która dwa lata później ustanowiła na Litwie urząd Prezydenta.

Radio Wolna Europa opisuje, że w 1990 roku Litwa stała się pierwszą sowiecką republiką, która proklamowała niepodległość, przecierając szlak, który doprowadził do upadku Związku Radzieckiego. Jednakże dwadzieścia lat później ten bałtycki kraj nadal zmaga się ze swym komunistycznym dziedzictwem.

Pierwszy postkomunistyczny przywódca państwa, Vytautas Landsbergis twierdzi, że w Europie centralnej i wschodniej istnieje niewielka zgoda na zajęcie się tematem zbrodni sowieckiej ery. Landsbergis, który obecnie jest członkiem Europejskiego Parlamentu, opowiada Claire Bigg z radia Wolna Europa o ubocznych tematach praskiej konferencji poświęconej zbrodniom komunizmu.

Radio Wolna Europa (RWE): Jak wiele byłych krajów komunistycznych, Litwa przyjęła politykę lustracyjną we wczesnych latach 90-tych, wykluczając wpływowych, byłych komunistów z urzędów publicznych. Jako Prezydent Litwy, jaką rolę pełnił Pan w opracowaniu i wprowadzeniu lustracji w Pana kraju?

Vytautas Landsbergis (Landsbergis): Kiedy byłem Prezydentem reformy dopiero się zaczynały. Próbowaliśmy wdrożyć prawo lustracyjne podobne do tego, jakie wprowadziła Czechosłowacja. Wzięliśmy ten model i ruszyliśmy niejako z prądem.

Lecz wtedy napotkaliśmy na opór ze strony lewego skrzydła. Bardzo silny opór, który przeciągał na swą stronę parlamentarzystów reprezentujących centrum sceny politycznej. Ostatecznie osiągnęli oni sejmową większość i proces lustracji został zatrzymany. Fakt, że byłem wtedy u władzy niczego nie zmienił. Parlament republiki może być manipulowany poprzez przekupstwo parlamentarzystów i tworzenie nowych większości parlamentarnych.

RWE: Kto wręczał te łapówki?

Landsbergis: Siły przeszłości, były reżim.

RWE: Więc twierdzi Pan, że nawet dziś nie ma na Litwie jedności na temat tego w jaki sposób uporać się z przestępstwami popełnionymi przez komunistyczny reżim?

Landsbergis: Nie, nie ma. W państwie obarczonym komunistycznym dziedzictwem nie może być takiej jedności. Nawet teraz istnieje podział, głęboki rozłam.

RWE: Gdzie dziś są politycy ery komunizmu, prokuratorzy, członkowie tajnych służb? Czy nadal pełnią jakieś role w litewskim życiu publicznym, czy może zostali odsunięci na boczny tor?

Landsbergis: Wprowadziliśmy dla nich pewne ograniczenia, jednak istnieją luki, które umożliwiają im obchodzenie tych ograniczeń.

RWE: Jak Pan sądzi, dlaczego przeciwko komunistycznym przywódcom nie było żadnych wielkich procesów podobnych do tych w Norymberdze, które wytoczono przywódcom nazistów po wojnie?

Landsbergis: Dlatego, ponieważ komunizm w krajach komunistycznych nigdy nie został pokonany. Oni nie mieli życzenia oczyszczenia się z brudów przeszłości.

RWE: Wydaje się Panu, że takie procesy pomogłyby Litwie i innym krajom w regionie pogodzić się ze swym komunistycznym dziedzictwem?

Landsbergis: Tu nie chodzi o nas, lecz o sprawiedliwość. Jeśli nie ma sprawiedliwości, to ludzie przestają wierzyć w sprawiedliwość w ogóle. Są niezadowoleni z demokracji, z polityki kraju, ponieważ widzą tych samych ludzi u władzy lub dzierżących wielkie wpływy.

RWE: Jeśli mógłby Pan wrócić czas do wczesnych dni postkomunistycznej Litwy, czy jest coś, co zrobiłby Pan jako Prezydent inaczej?

Landsbergis: Byłbym bardziej ostrożny wobec wymyślnych form politycznej korupcji. Wierzyłem, być może nadmiernie, w ogólnie dobrą wolę ludzi. A nie wszyscy na takie zaufanie zasłużyli.


Tylko tyle powiedział radiu Wolna Europa były przewodniczącego Rady Najwyższej Litwy, a może aż tyle, bo choć wywiad jest krótki, to jakże treściwy.

Wieloletni czytelnicy Gazety Wyborczej zapewne szeroko otworzyli oczy. Bo oto treści, które przeciętny czytelnik GW lub widz TVN kojarzy jedynie ze środowiskiem tzw. oszołomów - polskim zaściankiem, ciemnogrodem lub radiem Maryja "chcącym polować na czarownice", "mścić się", z "frustracji" "pałać nienawiścią", co ogólnie nazywano "polskim piekłem" - wypowiada zupełnie poważny człowiek, wieloletni członek antysowieckiej opozycji na Litwie, któremu przynależności do rodziny Radia Maryja wypomnieć raczej nie sposób.

Człowiek ten powiedział w kilku zdaniach o rzeczach, o których jeszcze do niedawna w Polsce odwagę mówić głośno mieli jedynie nieliczni, skazani na praktyczny niebyt felietoniści, którzy nawet dziś największe triumfy święcą dzięki otwartości internetu, a nie mediów tradycyjnych. Dlaczego? Dlatego, że podczas filtrowania przez środowisko Gazety Wyborczej informacji dla Polski i Polaków, miejsca dla takich wypowiedzi być nie mogło, no i nie było. Ponieważ ukazywałyby one całe kłamstwo w jakim od dwudziestu lat przyszło żyć Polakom w ich własnym kraju. W jakże innym świetle tych kilka słów udzielonego wywiadu stawia cały patos okrągłego stołu, Michnika, Wałęsy, Kwaśniewskich, Millerów i innych Cimoszewiczów?
Oczywiście, dopiero niedawno sztucznie zaczęto takie tematy kojarzyć także z Kaczyńskimi, którzy czego by im nie zarzucić, przynajmniej o istniejącym tzw. "układzie" mówili. Inna sprawa, że trochę szkoda, że tylko mówili, choć kto wie, czy nie chodziło o to, by ideę "układu" jedynie ośmieszyć i sprowadzić do absurdu.

Warto zwrócić uwagę, że na Litwie ktoś jednak w roku 1990 podjął trud wprowadzenia czechosłowackiego modelu lustracji.

W Czechosłowacji rozprawiono się z komunistami szybko i dość sprawnie. Najsprawniej chyba w całym bloku wschodnim, odcinając ich od możliwości wpływania na dalsze losy Państwa. I słusznie, bo przecież mieli już oni okazję "nawpływać się" na politykę, biznes i media.

Próbę dokonania takiej lustracji w Polsce zatrzymano. Mamy na myśli zamach stanu, któremu polskojęzyczne media wtórowały, bijąc w bębny do dziś sprawdzonych sloganów o "polowaniu na czarownice" i "nienawiści", którą zwolennicy lustracji jakoby pałali przeciwko tzw. ludziom honoru, jak określił ich redaktor Michnik, który kształtował niegdyś olbrzymią część opinii publicznej w kraju nad Wisłą.

Lustracji więc praktycznie w Polsce nie przeprowadzono, a już na pewno nie wg. modelu czechosłowackiego.

Więc skoro na Litwie przeprowadzono lustrację, która jedynie na pewnym etapie została zwichnięta z powodu korupcji, a były Przewodniczący i tak z rozgoryczeniem mówi o braku sprawiedliwości, przekupstwie parlamentarzystów, nie pokonaniu w postkomunistycznych krajach komunizmu, wspominając o sfrustrowanych obywatelach widzących te same twarze u władzy, to po przeczytaniu wywiadu nasuwa się pytanie: jak z takiej perspektywy wygląda współczesna sytuacja w Polsce?

Odpowiadając szczerze, trzeba stwierdzić, że Polska z takiej perspektywy, podobnie zresztą jak Rosja, to po prostu komuszy raj. Raj, w którym czerwone gagatki otrzymały upragnionych 40 dziewic, ich skronie przyozdobiono liściem lauru, a z czerwonych tyłków wyrosły im anielskie skrzydła, które pozwalały wzbijać się w karierze, jednocześnie omijając w locie wiele "niedogodności", np. prawo.

Nie mając częstego dostępu do takich wywiadów, Polacy do dziś zastanawiają się, dlaczego nadal prześladują ich wyciągane przez IPN widma i strachy, których wyciąganie zresztą stale spotyka się z ostrymi atakami wielu niezwykle wpływowych środowisk. Środowiska te od początku potępiały pomysły ujawniania jakichkolwiek informacji, nawet tych tylko z lekka  ocierających się o lustracyjny temat.

Najgorsze jest jednak to, że dziś środowiska te coraz częściej, dzięki swoim wpływom, stają się częścią większej i nadrzędnej całości, jaką reprezentuje obecnie państwo Unia Europejska. Państwo, które od 1-go grudnia 2009, po wejściu w życie Traktatu Konstytucyjnego, nazwanego dla niepoznaki Lizbońskim, sprawuje nad nami rządy lub jak kto woli, uzyskało monopol na stosowanie wobec nas przemocy.

Tym środowiskom i Unii Europejskiej musi być po drodze i pewnie dlatego od czasu do czasu czytamy o dawnych flirtach z komunizmem sporej grupy urzędników UE, którzy de facto sprawują tu rządy.

Ale, zapyta ktoś, co to ma do rzeczy i jaki ma to związek z orwellizacją naszego życia?

Od czasu do czasu, warto dowiedzieć się kto ów orwellowski "luksus" za nasze pieniądze  nam funduje.


Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
Radio Wolna Europa - wywiad z Vytautas'em Landsbergis'em.
Polska Times - komuniści w Unii Europejskiej.



Tagi: socjalizm, przemilczane fakty

skomentuj (23)

Chipów nie chcą brać masowo, wezmą kartę przymusową. 2010-03-16

Na początku marca w niemieckim stanie Zjednoczonej Europy odbyły się największe na świecie targi techniki, CeBIT 2010.

Na targach tych jak zwykle firmy prezentowały technologiczne nowinki, prototypy urządzeń, programów i różnego rodzaju gadżetów.

Prawdopodobnie, w wznieconym tymi wydarzeniami duchu zwiększonego zainteresowania technologią, tuż przed targami, jedna z niemieckich firm branży informatycznej przeprowadziła sondę.

Napisano o tym w wydawanym w brytyjskim Stanie Europejskim "The Independent":

Brzmi to jak z filmu sci-fi, lecz jak pokazał poniedziałkowy sondaż, jeden na czterech Niemców, jeśli tylko osiągnąłby z tego powodu konkretne korzyści, byłby szczęśliwy mając wszczepiony pod skórę mikrochip.

Sondaż przeprowadzony przez BITKOM, grupę lobbującą w dziedzinie IT, pokazał w jaki sposób coraz bardziej zaciera się różnica między światem wirtualnym, a życiem, co ma być jednym z głównych tematów rozpoczynających się we wtorek targów CeBIT 2010.

Ogółem rzeczy, 23% z około tysiąca osób biorących udział w sondażu odpowiedziało, że byliby przygotowani na umieszczenie chipa w ciele "dla pewnych korzyści".

Co szósty zapytany (16%) powiedział, że nosiłby implant gdyby pozwoliło to służbie zdrowia i ratownikom na szybsze udzielenie pomocy w przypadku pożaru lub wypadku.

5% odpowiedziało, że skłonnych byłoby przyjąć implant, gdyby sprawiło to, że ich zakupy w sklepie odbywałyby się sprawniej.

Jednak 72% odpowiedziało, że nie dałoby sobie wszczepić elektroniki w ciało "pod żadnym pozorem".

Wyniki sondy wydają się zaskakiwać nawet sektor najnowszych technologii.

"To oczywiście skrajny przykład, jak bardzo wydaje się ludziom, że sieci się rozwinęły", powiedział szef BITKOM August-Wilhelm Scheer.

...

Artykuł kończy się informacją, która przypomina echa PRL'owskich opisów czytywanych niegdyś w Trybunie Ludu, że Targi otworzą przemówieniem niemiecka kanclerz Angela Merkel i premier Hiszpanii Jose Luis Rodrigues Zapatero.

Jak można dowiedzieć się z pobieżnych poszukiwań w sieci, BITKOM, to czołowy niemiecki lobbysta branży IT reprezentujący 1300 firm, o którego działalności i postawie można przeczytać przy wielu okazjach, takich jak np. światowy szczyt poświęcony tematowi społeczeństwa informatycznego (World Summit on Information Society (WSIS)). Grupa ta m.in. promuje technologię RFID (mikrochipy) w Europie w ramach CE RFID.

Na stronie CE RFID czytamy, że: "RFID to wspaniała kluczowa technologia dla Europy. Od roku 2006 do 2008 europejscy użytkownicy i sprzedawcy RFID współpracują w ramach inicjatywy "Koordynowania Europejskimi Próbami Promocji Europejskiego Łańcucha Wartości RFID" (Coordinating European Efforts for Promoting the European RFID Value Chain), by polepszyć warunki konkurencji dla technologii RFID i jej dalszego rozwoju w Europie oraz wzmocnienia politycznego środowiska RFID na poziomie europejskim."

Otóż informacje z CE RFID to stek okrągłych, urzędniczych zdań napisany niestrawnym językiem z którego wiadomo tylko tyle, że niejaka Komisja Europejska zajmuje się promowaniem i wciskaniem nam RFID.

Kiedy w Europie próbują Państwo przejść przez bramkę sklepu z legalnie kupionym i właśnie zapłaconym towarem, a nagle rozlega się buczenie bramki przy wyjściu, to za każdym razem powinni Państwo pomyśleć z wdzięcznością o Komisji Europejskiej, która za nasze i Państwa pieniądze "promuje i wzmocnia polityczne środowiska na poziomie europejskim" wciskanego obecnie gdzie tylko się da dziadostwa zwanego RFID.

Oczywiście w samej technologii nie ma niczego złego i można ją wykorzystać w wielu dziedzinach w sposób naprawdę pomocny człowiekowi, jednak obecne, główne wykorzystanie mikrochipów, czyli wykorzystanie ich do śledzenia kupowanych przez nas produktów (oraz śledzenia obiegu pieniędzy), już nawet w zacofanej Polsce zaczyna przyjmować chore rozmiary, uruchamiając co chwilę sklepowe alarmy, zupełnie jakby zamiarem tej technologii było nie śledzenie produktu, lecz dydaktyczne przypominanie klientowi, iż nieustannie jest śledzony.

Wracając jednak do rzeczy, grupa BITKOM, której wyraźnie na sercu leży zajmowanie się m.in. promowaniem chipów RFID, pozwoliła sobie zrobić sondaż na temat trochę bliższego ludzkiej skórze zastosowania tych małych i niegroźnie wyglądających układów elektronicznych.

Nie wiemy, czy można wierzyć jej sondażom, w których  po podliczeniu procentów wychodzi, że odpowiadało w sumie 116% ankietowanych, jednak nie mając w ręku konkretnych pytań i wyników, nie chcielibyśmy o niczym przesądzać. Być może jest to wynik konstrukcji samego sondażu i nie dość dokładnego jej omówieniu w artykule.

Załóżmy więc zachowawczo, że trochę powyżej 1/4 respondentów jest skłonna wszczepić sobie pod skórę chip. Czy to dużo, czy mało?

Pamiętając, że przyszło nam wszystkim żyć w ustroju, w którym sterowana za pośrednictwem mediów większość narzuca wszystko co chce będącej w opozycji mniejszości, wydaje się, że to niepokojąco dużo.

Dość przypomnieć wszystkim, że za obecny stan polityki każdego państwa odpowiedzialny jest w pewnym sensie wcale nie większy procent dorosłych obywateli.

Ugrupowania polityczne i głowy państw, biorąc pod uwagę frekwencję wyborczą, mandat pełnienia władzy dostają z rąk podobnej części obywateli.

Gdyby nagle postanowiono zrobić referendum, w którym wyborcy mieliby się wypowiedzieć na temat mikrochipów, to nie jest niemożliwe, że zmobilizowana 1/4 obywateli zwyciężyłaby na korzyść decyzji wszczepiania elektronicznych implantów.
Nie wykluczone jest, że szalę zwycięstwa przechyliłaby grupa totalnych idiotów, owo 5% dla których własne zdrowie i  prywatność liczą się mniej niż popychany przed sobą wózek wypchany hipermarketowymi "specjałami".

Oczywiście w każdej grupie kontrolnej znajdzie się pewien margines idiotów. Osób, które dały sobie wmówić, że np. wejście do Unii Europejskiej jest dobre, bo będą się mogli uczyć języków i podróżować lub jak w omawianym przypadku, iż swędzący chip pod skórą jest potrzebny, bo szybciej robi się z nim zakupy.
Takie przypadki będą zawsze i wszędzie i choć nie przypuszczalibyśmy, że będzie to aż 5%, co świadczyć może o nie do końca prawdziwych wynikach sondażu, albo wskazywać, że sąsiedzi z za Odry w zastraszającym tempie głupieją, to mimowszystko grupą tą powinniśmy się przejmować chyba najmniej.

Dla nas, najbardziej niepokojąca jest ten procent społeczeństwa, który skłonny jest rezygnować z prywatności na rzecz uzyskania poczucia własnego bezpieczeństwa.
Jak napisał cytowany już przez nas wielokrotnie Benjamin Franklin "ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa rezygnują z podstawowej wolności, nie zasługują ani na bezpieczeństwo, ani na wolność."

I może owych 16% rzeczywiście nie zasługuje na wolność, jednak w specyficznym układzie panującej demokracji, gdzie większość ludzie wybory nie interesują (bo niczego nie zmieniają), 16% może skazać na utratę wolności nie tylko siebie ale i całą resztę.

By jednak nikt nie posądzał nas o przesadny pesymizm, chcemy podkreślić, że generalna większość, ponad 2/3 jest jeszcze chipom pod skórą przeciwna. I całe szczeście.

Napisaliśmy "jeszcze", bo obecny wynik nie znaczy, że procent ten nie będzie się zmniejszał. Wraz ze zmianami demograficznymi, nadejściem pokoleń przyzwyczajanych od dziecka do elektronicznych "ułatwień" i gadżetów oraz coraz intensywniejszą reklamą nowszych i "lepszych" zastosowań RFID użytecznych w walce z do niedawana nieistniejącymi jeszcze problemami, ludzie mogą zostać zmanipulowani do ochoczego przyjęcia pod skórę tego, zapewne niezbędnego już wówczas, rozwiązania.

O takiej przyszłości mogą świadczyć choćby i dzisiejsze przesłanki, np. drobny fakt, że informacji o sondażu grupy BITKOM "The Independent" nie zamieścił w dziale traktującym o technice, lecz w dziale zawierającym teksty o stylu życia, nowościach na temat zdrowia i rodziny.

Opuśćmy na moment stary kontynent, udajmy się na brytyjską wyspę, by zobaczyć, jak warunkuje się społeczeństwo do  większej akceptacji omawianych właśnie chipów RFID.

The Guardian, 3 dni po zakończeniu targów CeBIT w Hanowerze, napisał o planach jakie brytyjski rząd ma wobec chipowania... na razie tylko psów:

"Wszystkie psy zostaną obowiązkowo zachipowane, więc ich właścicieli będzie można łatwo namierzyć..."

W artykule czytamy o tym, jak to psy gryzą i w ogóle są niebezpieczne i że minister spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii Alan Johnson (Partia Pracy) powiedział:
"Olbrzymia większość właścicieli psów to ludzie odpowiedzialni, jednak nie ulega wątpliwości, że niektórzy hodują i trzymają psy jedynie by innych zastraszać, by używać psów jak broni".

The Guardian opisuje, że rząd:
"planuje wstrzykiwać psom pod skórę między łopatkami mikrochipy wielkości ziarna ryżu. Chipy te zawierają unikalny numer kodowy, imię psa, wiek, rasę i stan zdrowia jak również imię i nazwisko właściciela, jego adres i numer telefonu. Kiedy chip jest odczytywany za pomocą ręcznego skanera, numer kodowy jest ujawniany, a szczegóły sprawdzane w krajowej bazie danych."

Pan minister, który jak to w polityce bywa, w garniturze od Armaniego dzielnie walczy o prawa ludzi pracy, powiedział także:
"Brytania jest narodem miłośników zwierząt, jednak ludzie mają fundamentalne prawo by czuć się bezpiecznie na ulicach i w ich domach".

Tak oto, świadomie lub nie, urzędnik państwowy łączy wszczepianie chipów RFID z bezpieczeństwem, które jego zdaniem ma się bezpośrednio wiązać z gromadzeniem pod skórą adresów, kontaktów, telefonów oraz informacji o zdrowiu, wieku i przynależności rasowej.

I mogą Państwo nam wierzyć, że gdy powtórzą tę brednię 1000 razy, to wiele matek zaprowadzi własne dziecko do zachipowania tylko dlatego by mieć poczucie, że dziecko będzie bezpieczne. W ich umysłach podskórny chip będzie kojarzył się z bezpieczeństwem.

Tak właśnie warunkuje się ludzkie postępowanie i myślenie.

Powróćmy ponownie na stary kontynent.

Ponieważ niemieccy politycy i lobbyści technologii IT wiedzą już, że w społeczeństwie nie ma jeszcze pełnego przyzwolenia na wszczepianie ludziom mikrochipów, nie mogąc pójść jeszcze na całość, posługują się metodą małych kroczków.

Na stronie serwisu Fox News znajdują się zdjęcia z CeBIT. Oczywiście nie zabrakło na nich pokazania niemieckiej Kanclerz w czasie, gdy z lubością wodzi palcem po prezentowanym przez firmę Microsoft urządzeniu "Surface", doglądając jednocześnie wystawę niczym Edward Gierek wizytujący kolejny "zakład pracy", w którym nowo odmalowaną fasadę eksponowano z daleka, by ukryć brudny i spękany mur walącej się pod długami komuny. Jednak nie to zdjęcie zwraca największą uwagę.
Najciekawsze jest zdjęcie prawie uśmiechniętego Niemca, który w rękach trzyma coś, co przypomina wydawane obecnie także przez Polskie władze tzw. dowody osobiste, służące jak wielokrotnie udowadnialiśmy, jedynie rozwiązywaniu problemów nieznanych w normalnym ustroju i normalnym Państwie.
Obok tego zdjęcia zamieszczono następujący opis:
"Nowa elektroniczna karta identyfikacyjna zostanie wprowadzona w Niemczech od 1-go listopada 2010. Ten ogólnie złożony system zarządzania obowiązkową kartą i jej bezstykowym chipem znalazł się na wystawie CeBIT 2010. Karta posiada trzy funkcje: 1. biometryczna wersyfikacja tożsamości, 2. elektroniczna wersyfikacja tożsamości, 3. autoryzowany podpis elektroniczny."

Metodą małych kroków Niemcy wprowadzają biometrię i weryfikację tożsamości. Na razie za pomocą karty, która przypomina karty już istniejące. Z punktu widzenia większości Niemców właściwie nic się nie zmieni. Skoro posiadali podobne karty już wcześniej, to co złego będzie w dodaniu do nich jeszcze kilku informacji w trochę nowocześniejszej formie? Na takim sposobie myślenia opiera się cały proces wprowadzania rozwiązań, które dla obywatela wcale nie muszą być korzystne, a do których władza stara się obywatela coraz wymyśłniej przekonać. Z naszego punktu widzenia skandalem jest oczywiście to, że władza w ogóle obywatela do czegoś przekonuje, bo przecież czyni to za jego własne pieniądze, na co obywatel może nie mieć w ogóle ochoty myśląc, że jego pieniądze wydawane są raczej na utrzymanie wojska i policji.

Na zakończenie przypomnimy tylko, że sytuacja Niemców to nie wyjątek.

W 2009 roku mogliśmy przeczytać o planach dla kraju nad Wisłą. Tu i tu.

Warto zwrócić uwagę w jak manipulatorski sposób TVN24 opisał wówczas informacje o zmianie dowodów przygotowywanej nam wówczas przez rząd Donalda Tuska.
"Co będzie w nowym dowodzie? Mniej informacji niż obecnie. Zostaną imię, nazwisko, imiona rodziców, numer PESEL, obywatelstwo, płeć oraz data i miejsce urodzenia. Zniknie za to bardzo uciążliwy meldunek, bo to z jego powodu po każdej zmianie miejsca zamieszkania trzeba wymieniać dowód. Znikną też znaki szczególne: wzrost, kolor oczu.

Nie będą potrzebne, bo zidentyfikuje nas komputer. Dane zapisane na okładce plastiku będą także w formie elektronicznej - podobnie jak zdjęcie. Nowością jest dopuszczenie fotografii z przyciemnianymi okularami (jeśli są one zdrowotne) i nakryciami głowy (jeśli ich noszenie wynika z religijnego obrządku)."

"Mniej, znaczy więcej" czasami sprawdza się w sztuce, jednak gdy urzędnik próbuje nas przekonać, iż w dowodzie będzie mniej informacji niż obecnie, bo "zidentyfikuje nas komputer", to tylko naiwni nie zapytają na jakiej podstawie i za pomocą jakich cech biometrycznych owa identyfikacja będzie przebiegała. Jak można było przeczytać w tym samym czasie na portalu Wirtualnej Polski, nie jest jeszcze przesądzone, jakie dane biometryczne będą zawierać karty identyfikacyjne w Polsce.

"Kontrowersje budzi głównie zakres danych biometrycznych, które znajdą się w nowym dokumencie. Chodzi o informacje o fizycznych cechach człowieka (np. linie papilarne, tęczówka oka, kształt twarzy itp.), które pozwalają na identyfikację jego tożsamości. Nie jest ponadto przesądzona sprawa ewentualnej darmowej wymiany dowodu osobistego."

I to wszystko może, więc pewnie będzie, "za darmo". A darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby ani do... więc niewiele osób będzie wiedzieć co ów trojańskim koń zawierać może w swoim wnętrzu.

Nikt więc nie krzyczy, nikt nie protestuje. Kiedyś zapewne spróbują zmienić karty-dowody na dowody-implanty tłumacząc, że chodzi o to, by "dokumenty" nie były gubione zbyt często, a przecież ręki lub czoła z implantem nikt tak łatwo nie zgubi.

Żeby jednak nie zakończyć dzisiejszego wpisu tak pesymistycznie, raz jeszcze zajrzymy do Niemiec, gdzie ogłoszono bardzo istotną, a co najważniejsze pozytywną wiadomość.

Jak podała Electronic Frontier Foundation niemiecki Trybunał Konstytucyjny wydał bardzo oczekiwaną decyzję, która uderzyła w prawo do przechowywania danych, uznawszy, że jest ona pogwałceniem prawa człowieka. Jest to ważne zwycięstwo europejskiego ruchu "Freedom Not Fear" (Wolność Nie Strach), który powstał w opozycji do dyrektywy unijnej dotyczącej przechwytywania i archiwizowania danych.
...
Niemiecki Trybunał podtrzymał decyzje, że unijna dyrektywa stanowi pogwałcenie artykułu 10 niemieckiej Konstytucji, która gwarantuje podstawowe prawo do prywatności życia i korespondencji.
...
Także Rumuński Trybunał Konstytucyjny w październiku 2009 roku ogłosił, że unijna dyrektywa stoi w sposób podstawowy w sprzeczności z artykułem Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, która gwarantuje prawo do respektowania życia prywatnego i korespondencji. Przechwytywanie danych samo w sobie Trybunał określił jako "prawdopodobnie obalające założenie niewinności i przekształcające a priori wszystkich użytkowników usług komunikacji elektronicznej lub sieci publicznej komunikacji w ludzi podejrzewanych o popełnianie przestępstw terroryzmu lub innych poważnych przestępstw."
W rezultacie, wszyscy obywatele staliby się "permanentnymi podmiotami owego wtargnięcia w doświadczanie ich osobistego prawa do korespondencji i wolności wypowiedzi."

Wyroki w Rumunii, a teraz w Niemczech dają podwalinę dla nadchodzącej serii decyzji na temat stanu prawa dotyczącego narodowego przechwytywania danych w całej Europie.

My przypominy tylko, że w Polsce takie prawo po cichu przepchnięto i jak to bywa w krajach rządzonych przez specjalne służby, żaden Trybunał łamania praw człowieka nie stwierdził, a od 1 stycznia tego roku, służby w najlepsze przeglądają sobie kto z kim i kiedy rozmawia.


Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
The Independent - jeden na czterech Niemców chce mieć chip pod skórą.
RC RFID - BITKOM promuje RFID w Europie.
RC RFID - RFID to kluczowa technologia dla Europy.
The Guardian - brytyjski rząd chce chipować psy dla bezpieczeństwa ludzi.
FoxNews - niemiecka Kanclerz na targach CeBIT 2010.
FoxNews - niemiec prezentuje kartę identyfikacyjną, obowiązkową od 1 listopada 2010 roku.
Wirtualna Polska - MSWiA szykuje rewolucję w dowodach osobistych.
TVN24.pl - rewolucja w dowodach osobistych. Więcej informacji w dowodach znaczy "mniej".
Wirtualna Polska - jeszcze nie zdecydowano jakie dane biometryczne będzie zawierał dowód osobisty.
Electronic Frontier Foundation - niemiecki Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przechwytywanie i archiwizowanie danych o komunikacji jest sprzeczne z niemiecką Konstytucją.
Rzeczpospolita - Służby w Polsce, od 1 stycznia sprawdzają skąd i dokąd dzwonimy.



Tagi: rfid

skomentuj (11)

Czy US Army używa voodoo, czy trzęsie ziemią całkiem bez trudu? 2010-03-07

Dzisiejszy tekst zamieszczamy z miesięcznym opóźnieniem, by jak mówi przysłowie, lepiej późno niż wcale mogli Państwo zapoznać się z informacjami dotyczącymi tematu może nie do końca związanego z orwellizacją, bo skierowanego raczej do miłośników tak wyśmiewanych "spiskowych teorii".

Dwa miesiące temu świat obiegła wiadomość o tragicznym w skutkach trzęsieniu ziemi na Haiti. Pisano o setkach tysięcy ofiar, zaginionych, ludzi bez dachu nad głową.
Dziś, jak można się domyślać, temat ten praktycznie zniknął już z pierwszych stron gazet, ofiary trzęsienia ziemi nie stanowią już medialnej atrakcji.

Nie, nie będziemy dziś poruszać humanitarnych aspektów tragedii, która dotknęła mieszkańców nawiedzonego trzęsieniem ziemi regionu, czy też szybkości przemijania dziennikarskich sensacji. Nie będziemy też rozwodzić się nad okresem czasu po jakim współczesny widz nudzi się pokazywanymi na ekranie obrazkami.

Zastanowił nas trochę inny aspekt wydarzeń sprzed dwóch miesięcy.

Zapewne i do Państwa dotarła wiadomość o tym co napisały po trzęsieniu ziemi media w Wenezueli. Tym, którzy nie interesowali się tematem przypomnimy w skrócie o co chodzi.

2010-01-22 Wprost.pl powołując się na Gazetę Wyborczą umieściło w dziale informacji ze świata następującą notkę:
"Prezydent Wenezueli Hugo Chavez uważa, że amerykańska armia testująca nowe rodzaje broni jest odpowiedzialna za trzęsienie ziemi na Haiti. Chavez oskarża Pentagon również za wywoływanie susz, powodzi i obarcza go odpowiedzialnością za globalne ocieplenie."

Sięgając do źródła tej informacji w Polsce, dowiadujemy się dalej, iż w Wenezueli:
"Dziennikarze i zapraszani do telewizyjnych studiów eksperci za każdym razem powołują się na bliżej niesprecyzowane "raporty Północnej Floty Federacji Rosyjskiej", które Wenezuela jako bratni kraj otrzymała niedawno w największym zaufaniu.

Wynikać ma z nich jednoznacznie, że tragiczne trzęsienie ziemi na Haiti zostało szczegółowo zaplanowane przez USA w ramach rozpoczętych już w latach 70. badań nad tzw. bronią sejsmiczną. Ma to być część tajnego programu HAARP, który poza bronią sejsmiczną - twierdzą media populistycznego prezydenta Hugo Chaveza publicznie mówiącego o swej nienawiści do Ameryki - obejmuje też wywoływanie anomalii klimatycznych na całym globie."

Naszą uwagę zwrócił niesamowicie przenikliwy komentarz pod tekstem na stronie wprost.pl, który brzmiał następująco:
"Spiskowa teoria a'la kacza banda
~wyborca 1968 r. 2010-01-22 12:37 z IP 169.142.127.*"

Tak właśnie polski wyborca skomentował ten artykuł.  Poza przesłankami: pierwszą, która dobitnie ukazuje przyczynę poziomu politycznego idiotyzmu jaki panoszy się obecnie w państwach demokratycznych opartych na powszechnych wyborach; drugą, która bezpośrednio potwierdza, że wiek niekoniecznie musi iść w parze z mądrością; komentarz ten zmotywował nas do dalszych poszukiwań na temat "spiskowej" strony tego co wydarzyło się na Haiti.

Nauczeni lekcją historii, że nie powinno się wierzyć wszelkiej maści prezydentom Kwaśniewskim, premierom Millerom, posłom Kaliszom, posłankom Senyszyn oraz innym wyznawcom zbrodniczej doktryny socjalizmu (podobno około 100 milionów ofiar na całym świecie i wciąż zabija), nie uwierzylibyśmy na słowo także prezydentowi Hugo Chavez'owi. Tacy jak On lubią straszyć imperialistycznym wrogiem, który zwyczajowo czai się wszędzie. W odróżnieniu od krajów "demokratycznych", Hugo Chavez nie może straszyć obywateli terroryzmem, wysadzać budynków za pomocą samolotów, detonować bomb w metrze itd., bo pokazywałoby to, że wspaniały socjalistyczny rząd utracił kontrolę nad Państwem, co oczywiście mogłoby dać niektórym do myślenia i zachęcić do próby zmiany cudownego ustroju dążącego nieustannie do równej i powszechnej szczęśliwości, na jakiś inny i gorszy, do czego władza dopuścić nie może dla dobra narodu oczywiście.
Socjalistyczna władza przedstawia więc wroga w pozycji zewnętrznej. Wróg nie jest w stanie znacznie zagrozić bezdyskusyjnej nadrzędności socjalizmu, jedynie od czasu do czas mącąc, niszcząc i plugawiąc czerwone wartości, opóźnia nadejście ogólnej i równej szczęśliwości, co przy okazji usprawiedliwić ma powszechne niedostatki i ogólnie panujące dziadostwo i nędzę.
Pisząc w skrócie, tacy jak Chavez straszyli kiedyś ciemny lud stonką ziemniaczaną zrzucaną przez Amerykanów. Nie zdziwilibyśmy się więc, że dziś straszą techniką wojenną wywołującą trzęsienia ziemi na zawołanie.

Ponieważ Chavez powoływał się na: "niesprecyzowane raporty Północnej Floty Federacji Rosyjskiej", dlatego poszukiwania rozpoczęliśmy od portali rosyjskich.

I rzeczywiście, w anglojęzycznej wersji strony rosyjskiej "Prawdy" znajduje się artykuł zatytułowany: "Amerykanie wywołali trzęsienie ziemi na Haiti?"

Czytamy w nim, że "Rosyjska Flota Północna wskazuje, iż oczywistym jest, że trzęsienie ziemi, które zdewastowało Haiti, było rezultatem testu jakiego za pomocą broni wywołującej trzęsienia ziemi dokonała marynarka wojenna USA. Dodatkowo przedstawiono diagram bezpośredniego następstwa w związku z doniesieniami o innych trzęsieniach ziemi w Wenezueli i Hondurasie, których epicentrum miały miejsce na takiej samej głębokości."

Artykuł opisuje również, iż: "Do końca lat 70-tych zeszłego stulecia, amerykanie dokonali sporych postępów w dziedzinie broni wywołującej trzęsienia ziemi i, wg. owych raportów, obecnie używają sprzętu wykorzystującego techniki impulsu, plazmy i techniki elektromagnetycznej Tesli, oraz technologii dźwiękowej w połączeniu z "falą uderzeniową bomb".

Raport porównuje także wyniki stosowania obu tych broni. Gdy test broni na Pacyfiku spowodował trzęsienie ziemi o sile 6.5 w skali Richtera w okolicach miasta Eureka w Kalifornii nie powodując żadnych ofiar w ludziach, to test na Karaibach spowodował śmierć co najmniej 140 tysięcy ludzi.

Wg. raportu jest bardziej niż prawdopodobne, że marynarka wojenna USA posiadała pełną wiedzę na temat katastrofalnych zniszczeń jakie ów test mógł wywołać na Haiti, w związku z czym wcześniej umieściły na wyspie dowódcę Południowych Siły (USSOUTHCOM), generała broni P.K. Keen'a, by jeśli zajdzie taka potrzeba, nadzorował działania związane z udzielanie pomocy.

Odnoście ostatecznych wyników testu tych broni, raport ostrzega, że USA planuje zniszczyć Iran za pomocą serii trzęsień ziemi, zaprojektowanych tak, by odsunąć od władzy obecny islamski reżim. Według raportu, system testowany przez USA (projekt HAARP) może także wywoływać anomalie klimatu powodujące powodzie, susze i huragany.

Według innego raportu istnieją dowody, które wskazują, iż trzęsienie ziemi w Sichuan w Chinach, które miało miejsce 12 maja 2008 roku i miało siłę 7.8 w skali Richtera, także zostało wywołane przez radiowe częstotliwości HAARP. Można zaobserwować, iż istnieje związek pomiędzy aktywnością sejsmiczną oraz jonosferą, poprzez kontrolę radiowych częstotliwości wywołanych polem siły, które wytwarza HAARP.
...
Niedługo po trzęsieniu ziemi, Pentagon oznajmił, iż pływający szpital, USS Comfort, który przebywał w doku w Baltimore, wypłynął na Haiti, pomimo faktu, iż dotrze tam dopiero po upływie kilku dni. Admirał marynarki wojennej USA, Mike Mullen z dowództwa oznajmił, że siły zbrojne USA przygotowywały działania w sytuacji kryzysowej na terenie objętym klęską.

Generał Douglas Fraser, dowódca USSSOUTHCOM powiedział, że jednostki Straży Przybrzeżnej i Marynarki Wojennej z regionu zostały wysłane by zaoferować pomoc nawet jeśli posiadały ograniczone środki i helikoptery."


Tyle napisano w rosyjskiej "Prawdzie". Czy można wierzyć tym informacjom?

Na pierwszy rzut oka trochę naciągane wydają nam się owe bliżej nieokreślone "techniki impulsu, plazmy i techniki elektromagnetyczne Tesli", które  brzmią jak fragment dialogu z filmu science fiction klasy B, ale już wywołanie fali uderzeniowej za pomocą fali akustycznej lub detonacji bomby jest całkowicie realne. Wydaje nam się jednak, że aby w taki sposób wywołać na zamówienie trzęsienie ziemi, które potrafiłoby zrównać z ziemią miasto, wymagana byłaby naprawdę ogromna ilość energii.

Z drugiej jednak strony wiemy, bo istnieją na to dowody, że w krajach takich jak USA, gdzie olbrzymia część budżetu trafia w ręce armii, to co cywilom wydaje się nadal jedynie rozważaniem w sferze teoretycznej, w wojskowych laboratoriach nabiera całkiem realnych kształtów. Armia zaś ma to do siebie, że muszą upłynąć dziesiątki lat, zanim panowie w mundurach przestaną zaprzeczać istnieniu swoich nowatorskich "zabawek".

Czy więc możliwe jest, że istnieje dziś technika pozwalająca na działania, jakie opisała rosyjska gazeta?

Wydaje nam się, iż wychodząc nawet z założenia, że w artykule tym napisano naukowe bzdury odnośnie techniki (przynajmniej częściowo) za pomocą której Amerykanie zdalnie trzęśliby ziemią, to nie da się wykluczać, iż poziom współczesnej technologii pozwala na przeprowadzanie pewnych testów o których mowa w artykule.

Skąd takie przekonanie?
Oto kilka cytatów z pracy badawczej opublikowanej w 1996 roku przez siedmiu całkiem poważnych wojskowych naukowców, których raczej trudno będzie zaliczyć do oszołomów.

Strona VII:
"Obecne technologie, które dojrzeją w przeciągu następnych 30 lat, każdemu posiadającemu odpowiednie środki, będą oferować możliwość modyfikacji wzorców pogodowych i efektów im towarzyszących co najmniej na lokalną skalę."
...
"W Stanach Zjednoczonych modyfikacje pogody najprawdopodobniej staną się częścią polityki narodowego bezpieczeństwa o zastosowaniu wewnętrznym jak i międzynarodowym."

Autorzy pracy opisują wymyślony scenariusz wydarzeń z roku 2025, w którym siły zbrojne USA walczą z południowoamerykańskim kartelem narkotykowym. Jak na prawdziwy kartel przystało, jest doskonale wyposażony w rosyjskie i chińskie myśliwce i posiadając liczebną przewagę w regionie udaremnia wszelkie ataki na należącą do niego produkcyjną infrastrukturę.

Co więc robią siły amerykańskie? Tworzą chmury, z których rozpętują burzę zdecydowanie osłabiającą obronne zdolności myśliwców wroga, eliminując jego przewagę w szybkim rozpoznawaniu celów za pomocą radarów i systemów namierzania poprzez podgrzewanie mikrofalami. W tym samym czasie w innym regionie automatycznie, bezzałogowe sondy latające rozpylają środki chmurotwórcze, które powodują powstanie tarczy z chmur pierzastych, w rezultacie czego uniemożliwia się wrogie rozpoznanie wizualne i w podczerwieni. Wszystko to monitorowane jest w czasie rzeczywistym.

Autorzy scenariusza kończą go następującym zdaniem.
"Taki scenariusz może wydawać się bardzo naciągany, jednak do roku 2025 jest w zasięgu naszych możliwości."

Przypomnijmy, że pracę, która znajduje się do dziś w bibliotece należącego do Uniwersytetu AIR, będącego "Intelektualnym i przewodnim centrum Powietrznych Sił Zbrojnych" opublikowano w roku 1996. Znaleźć ją można wśród papierów o programie wojen gwiezdnych, systemie obronnych rakiet balistycznych dla Europy, papierów na temat systemów wczesnego ostrzegania itp., całkiem poważnych tematów.

Praca z 96 roku zawiera kilka zapewne bliżej nieznanych opinii publicznej faktów historycznych.
"W roku 1957 prezydencka Komisja Doradcza ds. Kontroli Pogody (tak, zgadza się, już w 1957), bardzo wyraźnie zwraca uwagę na potencjał zawarty w modyfikacji pogody ostrzegając jednocześnie w swym raporcie, że mógłby się on stać bronią ważniejszą niż bomba atomowa.
Jednakże od roku 1947 kontrowersje powstałe w związku z możliwymi konsekwencjami prawnymi, jakie wynikłyby z zamierzonych zmian dokonany na systemach wielkich wichur oznaczały, że tylko niewielkie przyszłe eksperymenty mogłyby być prowadzone na sztormach zdolnych dotrzeć do lądów. W roku 1977 Zgromadzenie Organizacji Narodów Zjednoczonych przyjęło uchwałę zabraniającą wrogiego użycia technik modyfikujących środowisko. Powstała "Convention on the
Prohibition of Military or Any Other Hostile Use of Environmental Modification Technique
(ENMOD)” (Uchwała o Zakazie Militarnego oraz Wszelkiego Innego Wrogiego Użycia Technik Modyfikacji Środowiska) zobowiązywała sygnotariuszy do powstrzymywania się od wszelkich militarnych lub innych wrogich zastosowań modyfikacji pogody, które mogłyby powodować szerokie, długotrwałe lub dotkliwe efekty. O ile nie wstrzymało to całkowicie badań nad modyfikacją pogody, jednak znacznie zahamowało tempo rozwoju związanych z tym technologii, powodując skupienie się badaczy na działalności ograniczającej zamiast na działaniach intensyfikujących."

Poczuliśmy prawdziwą ulgę, że dzięki uchwale ONZ naukowcy nie pracują nad stworzeniem burzy, która zmiotłaby życie z całego kontynentu. Zamiast tego opracowują pewnie małe sztormy zmiatające jedynie małe miasteczka i wsie pełne terrorystów. I całe szczęście.

No, ale gdzie tu mowa a trzęsieniach ziemi? W cytowanej pracy stworzonej na Uniwersytecie Sił Powietrznych USA nikt o nich nie wspomina. Chcieliśmy jedynie przedstawić dowód na to, że sprawy, które większość mieszkańców globu potraktowałaby jako filmowe wymysły, kilka lub kilkanaście lat temu były całkiem na serio przedmiotem zainteresowania wojska.

Wróćmy więc do trzęsień ziemi.
Na stronie internetowej Amerykańskiej Federacji Naukowców (The Federation of American Scientists (FAS)), która została założona w 1945 roku przez naukowców pracujących nad projektem Manhattan (stworzenie pierwszej bomby atomowej), można znaleźć zapis z pewnej konferencji, która odbyła się 28 kwietnia 1997 roku i dotyczyła terroryzmu, broni masowego rażenia oraz amerykańskiej strategii.

Oto w jaki sposób na temat przygotowania władz na wydarzenia takie jak seria fałszywych alarmów bombowych z 97 roku, która sparaliżowała przez tydzień biznes w Washingtonie, o czym możemy dowiedzieć się dziś z archiwów The Washington Post, odpowiedział Sekretarz obrony Stanów Zjednoczonych William Sebastian Cohen pełniący tę funkcję za czasów kadencji Billa Clintona:
"Wskazuje to na naturę zagrożenia. Okazało się, że w zaistniałych okolicznościach były to fałszywe alarmy. Jednak, jak nauczyliśmy się w środowisku wywiadowczym, mieliśmy do czynienia z czymś nazywanym... i mamy tu James'a Woolsey'a, który być może nawet wypowie się w kwestii urujonych szpiegów. Zwykły strach, że istnieje taki szpieg w agencji, może wyzwolić łańcuch reakcji i polowanie, które może sparaliżować agencję na całe tygodnie, miesiące a nawet lata. To samo jest prawdą w odniesieniu do fałszywego strachu przed niebezpieczeństwami użycia jakiegoś rodzaju broni chemicznej lub biologicznej. Istnieją na przykład raporty, że niektóre kraje próbują konstruować coś jak wirus Ebola i to byłby co najmniej bardzo groźnym fenomen. Alvin Toeffler napisał o tym, że niektórzy naukowcy w ich laboratoriach próbują wynaleźć typy patogenów, które są specyficzne dla konkretnych grup etnicznych, więc mogłyby wyeliminować jedynie konkretne etniczne grupy lub rasy; inni projektują jakiś rodzaj inżynierii, jakiś rodzaj insektów, które niszczyłyby konkretny rodzaj zbóż. Jeszcze inni zaangażowani są nawet w rodzaj eko-terroryzmu, dzięki któremu mogą zmieniać klimat, wywoływać trzęsienia ziemi, zdalnie powodować wybuchy wulkanów dzięki zastosowaniu fal elektromagnetycznych.

Więc, gdzieś tam jest wiele błyskotliwych umysłów, które pracują szukając sposobów w jaki mogą siać spustoszenie wśród narodów. To jest naprawdę i z tego właśnie powodu musimy wzmóc nasze starania i dlatego jest to aż tak ważne."


Oto i oczekiwane trzęsienia ziemi. Rok 1997, a panu Sekretarzowi Obrony przy okazji odpowiedzi na mało istotne pytanie wymsknęło się to i owo.

Jeśli w 97 roku należało zintensyfikować wysiłki w opisywanych dziedzinach, a Sekretarz obrony stwierdził, że inni pracują i mogą dokonywać ataków tego typu (Cohen użył czasu teraźniejszego), to jak bardzo zaawansowane są działania 13 lat później, po wydarzeniach 9/11, zamachach bombowych w Londynie, wojnie z terrorem w Iraku i kilku innych miejscach na ziemi, zdalnych atakach w Pakistanie dokonywanych za pomocą bezzałogowych sond latających? Jak Państwo myślą? Jak zaawansowanie musiałyby być badania nad takimi technologiami w czasie, kiedy oficjele mocarstwa wydającego krocie na zbrojenia i wynalazki militarne zaczęli przyznawać się publicznie do istnienia tematu?

Można oczywiście przyjąć, że Sekretarz Obrony miał na myśli nieogolonych facetów w turbanach, którzy mieszkając w jaskiniach powodują globalne alteracje klimatu, śmiertelnie amerykańskiemu społeczeństwu zagrażając cieplarnianym metanem emitowanym przez wypasione na pustynnych trawkach i korzonkach kozy. W telewizji pewnie by przeszło i widzowie pokiwaliby tylko w uznaniu głowami. My nie dajemy wiary takim interpretacjom.

Każdy rozsądnie myślący człowiek przyzna jednak, że to nawet zabawne, iż z jednej strony Amerykanie przyznawaliby, że technologie wywoływania zmian pogodowych, trzęsień ziemi itp., posiadają tzw. terroryści, a z drugiej strony zaprzeczaliby jakoby sami mieli do nich dostęp.

Czy istnieją jakieś przesłanki, że z tragedią na Haiti mieli cokolwiek wspólnego Amerykanie?
Jeśli w tym momencie oczekują Państwo od nas podania odnośnika do podpisanego ręką Obamy dokumentu, w którym będzie napisane, że wydaje on rozkaz użycia broni sejsmicznej, czy jak by ją tam nazywać, w celu zniszczenia stolicy Haiti, to poważnie przeceniają Państwo nasze możliwości. Jednak czytelnicy odwiedzający nas od dłuższego czasu pamiętają być może teksty na temat ataków terrorystycznych i jak zwykliśmy to nazywać "niezwykłego zbiegania się okoliczności" często towarzyszących takim incydentom.
A to nie działające kamery izraelskich firm ochroniarskich, które akurat przypadkiem nie zarejestrowały zamachowców na stacjach metra w Londynie. A to całkiem przypadkiem w dokładnie tym czasie, gdy miały miejsce londyńskie zamachy prowadzono "ćwiczenia", których scenariuszem były ataki bomowe na dokładnie tych samych stacjach na których wybuchły prawdziwe bomby.
Ćwiczenia przeprowadzano 11 września 2001 roku (kto nie słyszał, niech poszuka informacji o ćwiczeniach "Vigilant Guardian"), w których scenariuszu był atak terrorystyczny poprzez porwanie samolotu pasażerskiego.
Takie właśnie cudowne zbieganie się okoliczności mamy na myśli. Że niby tam gdzie coś porabia, symuluje lub ćwiczy armia, policja czy  firmy powiązane z Mosadem, tam przebiegli, wypasający śmiercionośne kozy terroryści z pustynnych jaskiń podkładają bombę, kontrolowanie wyburzając budynki, metro czy dokonując innego aktu znanego nam z telewizji terroryzmu.

Nie bardzo wiemy z czego wynikają takie potknięcia projektantów "terroryzmu". Najbardziej jednak prawdopodobne jest to, że tzw. władza (ta prawdziwa, a nie animowane marionetki jak np. prezydent Obama) dobrze zdaje sobie sprawę, że większości ludzi wszystko to zwyczajnie mało obchodzi. Że mając do wyboru albo tysięczny odcinek kolejnej wariacji "M jak Mdłości", albo szukanie przesłanek i "łamanie głowy", że coś jest nie tak z okolicznościami towarzyszącymi trzęsieniu ziemi w jakimś odległym kraiku, wybiorą to pierwsze.

Co wydarzyło się tym razem?
Oto co udało nam się znaleźć i bardzo byśmy chcieli, by ktoś racjonalnie wyjaśni zbieżność dających nam do myślenia przypadków.

Internetowe wydanie magazynu skierowanego do urzędników państwowych zatrudnionych w przeróżnych agencjach USA, Government Executive z 15 stycznia 2010 informuje o tym, że Agencja Obronnych Systemów Informacyjnych (Defense Information Systems Agency - DISA), należąca do Departamentu Obrony USA (United States Department of Defense), jedna z agencji wspomagania walki, której celem jest zapewnienie komunikacji w czasie rzeczywistym oraz niezbędnej technologii informacyjnej Prezydentowi, Vice Prezydentowi, Sekretarzowi Obrony, służbie wojskowej i dowództwu na polu walki, użyła swoich systemów online do koordynacji pomocy na Haiti.

Govornment Executive powołuje się na inny portal tego typu, NEXTGov.com, który "w niezwykły sposób udostępnia z pierwszej ręki managerom federalnym najnowsze informacje na temat najlepszych praktyk rządu i rozwiązań branżowych."
Czytamy tam, że:
"W poniedziałek (trzęsienie ziemi miało miejsce we wtorek - przyp tłumacza.) Jean Demay, pracujący w DISA manager techniczny odpowiedzialny za projekt Międzynarodowej Współpracy przy Wymianie Informacji (Transnational Information Sharing Cooperation project), akurat był w kwaterze głównej Południowych Siły (USSOUTHCOM) w Miami na Florydzie, gdzie przygotowywał system do testu wg. scenariusza, który zakładał nadzór pomocy na Haiti po przejściu huraganu. Po trzęsieniu ziemi, które nastąpiło we wtorek, Demay powiedział, że SOUTHCOM zdecydował na przejście do prawdziwej akcji na żywo. We środę, dla każdej organizacji chcącej wspomóc Haiti, DISA uruchomiła "All Partners Access Network", wspomaganą przez projekt "Transnational Information Sharing Cooperation".

Projekt wymiany informacji rozwijany był z poparciem SOUTHCOM oraz Departamentu Obrony Sił Europejskich, przez okres ostatnich trzech lat. System został zaprojektowany, by ułatwiać wielostronną kolaborację pomiędzy federalnymi i nierządowymi agencjami."
...
Jon Anderson, rzecznik prasowy DISA, oświadczył, że agencja zapewnia 10 megabitów przepustowości dla zaangażowanych w operacje na Haiti jednostek marynarki wojennej, piechoty morskiej oraz sił powietrznych.
...
Należący do Dowództwa Połączonych Sił  Joint Communications Support Element (Element Wpomagania Połączonej Komunikacji), rozmieścił dwie grupy zaopatrzone w systemy satelitarne i telefony VoIP (telefonia internetowa - przyp. tłumacza), by wspomagać SOUTCOM w Port-au-Prince później we środę. Pełne funkcjonowanie systemów było "kwestią godzin", powiedział Szef JCSE, Chris Wilson.
...
Wilson oznajmił także, iż JCSE była w stanie dostarczyć swój sprzęt na Haiti szybko, ponieważ systemy były już załadowane na paletach transportowych w Miami na Florydzie, przygotowane do ćwiczeń, które zostały przerwane.
...
Federalna Administracja Lotnicza ostrzegła w oświadczeniu z 15 stycznia 2010,  że "z powodu ograniczonej dostępności przestrzeni wyładunkowej w porcie lotniczym w Port-au-Prince, Haitańczycy nie przyjmą żadnych samolotów w ich przestrzeni powietrznej. Przypomina się także operatorom lotniczym, że na lotnisku nie ma paliwa."

Pogrubioną czcionką podkreśliliśmy "niebywałe zbieganie się okoliczności", ale na tym nie koniec.

Wzruszającą historię zamieścił AirForceTimes, "internetowe źródło wszystkiego o siłach powietrznych USA", który "zapewnia członkom armii amerykańskiej i ich rodzinom niezależnie, wysokiej klasy dziennikarstwo, które wpływa na ich życie". Czyli wojskowi piszą dla wojskowych. A zatem mamy przed sobą informacje z pierwszej ręki.

Artykuł opisuje smutną sytuację rodziny, której mąż i ojciec, Major Ken Bourland uwięziony został pod zgliszczami hotelu Montana w Port-au-Prince, który w czasie trzęsienia został praktycznie zrównany z ziemią:

"Bourland, pilot wojskowego transportowego helikoptera UH-1, pełnił służbę w biurze SOUTCOM w Miami.
Na Haiti przyleciał z Republiki Dominikany rano, w dzień trzęsienia ziemi (trzęsienie ziemi miało miejsce o godzinie 17:00 - przyp. tłum.), razem z generałem broni Ken'em Keen, dyrektorem SOUTCOM.
...
Bourland był na drugim piętrze hotelu. Przygotowywał się do wyjścia na obiad w ambasadzie USA, w momencie kiedy nastąpiło trzęsienie, mówi Peggy Bourland. Powiedziano jej, że inny pilot, który podróżował z generałem Keen'em poszedł do pokoju jej męża, by pożyczyć marynarkę do  wyjścia na obiad.

Pilot, którego imienia Peggy Bourland nie pamiętała, był jednym z pięciu innym członków SOUTCOM, podróżujących z Keen'em and Bourland'em. Całej piątce, która także zatrzymała się w hotelu, udało się uciec. Keen, który w czasie trzęsienia znajdował się poza hotelem, obecnie zajmuje się nadzorem amerykańskiej pomocy wojskowej, jako dowódca Joint Task Force Haiti (Sił Sprzymierzonych Haiti)."


A to jeszcze nie wszystko w temacie niesamowitego zbiegania się zadziwiających okoliczności.

Kilka tygodni przed trzęsieniem ziemi Królewska Marynarka Wojenna Wielkiej Brytanii opuściła te wody, czego zazwyczaj nie robiła. Zazwyczaj, tzn., nie robiła tego od XVII wieku!
Jak czytamy w The Times z 20 stycznia 2010"Wg. źródeł powiązanych z marynarką wojenną, nieopublikowane cięcia budżetowe bez wątpienia ujawniły się tym, że po raz pierwszy od XVII wieku Królewska Marynarka miała znaczącą przerwę w zabezpieczaniu Karaibów.
Siły na które zazwyczaj składają się rozmieszczony na wodach Karaibów statek pomocniczy Królewskiej Marynarki oraz fregata, mają na celu wspomaganie zamorskich terytoriów Brytyjskich. Szczególnie od maja do grudnia, w czasie występowania huraganów oraz w celu pomocy brytyjskiej antynarkotykowej roli w regionie.
...
Brytyjskie Ministerstwo Obrony wystosowało następujące oświadczenie: "Królewska Marynarka Wojenna nadal utrzymuje swą obecność na morzu w regionie karaibskim, by wzmocnić zamorskie terytoria. Zadanie to jest obowiązkowe w czasie sezonu huraganowego, kiedy nasze zasoby mogą być najbardziej potrzebne, tzn. od 1 czerwca do 30 listopada.

W tym roku, z powodu pakietu działań oszczędnościowych, by umożliwić Ministerstwu Obrony pozostanie w ramach wyznaczonego budżetu, ochrona poza okresem występowania huraganów została chwilowo odwołana."


Na tym zbiegu okoliczności sprawa przedziwnych przypadków i tak się nie kończy. Zauważyło to również kilka innych osób, m.in. francuski minister. Wiadomo jak bardzo Francja "kocha się" z USA, więc czasami dzięki tej  "miłości" można się z reakcji Francuzów dowiedzieć nieco więcej na różne tematy.
18 stycznia The Telegraph: "Narody Zjednoczone muszą przeprowadzić śledztwo i wyjaśnić dominującą rolę USA w spustoszonym trzęsieniem ziemi Haiti, powiedział w poniedziałek francuski minister twierdząc, że międzynarodowe wysiłki powinny dotyczyć pomocy Haiti a nie jego okupacji.

Siły zbrojne USA w zeszłym tygodniu zawróciły francuski samolot, na pokładzie którego znajdował się szpital polowy. Wywołało skargę francuskiego Ministra do spraw Współpracy Alain'a Joyandet'a.

Francuski Minister Spraw Zagranicznych Bernard Kouchner ostrzegał rządy i grupy pomocy, by nie kłóciły się w czasie prób udzielania pomocy Haiti.

"ludzie zawsze chcą, by to ich samolot... wylądował, powiedział Kouchner w poniedziałek. "(Ale) przecież ważny jest los Haitańczyków"

Jednak Joyandet nalegał.
"Tu chodzi o pomoc Haiti, nie o okupację Haiti" mówił Joyandet w Brukseli na spotkaniu UE w sprawie Haiti"
...
"Armia USA kontroluje lotnisko Port-au-Prince i jedyny funkcjonujący pas startowy za pomocą którego odbywają się operacje dostarczania pomocy.

Amerykańska Sekretarz Stanu Hillary Clinton powiedziała w niedzielę, że rząd amerykański nie miał intencji przejęcia władzy na Haiti. "Pracujemy by ich wspomóc nie by ich zastąpić, stwierdziła."


Na stronie organizacji "Lekarze bez Granic" (Medicins Sans Frontieres) w oświadczeniu prasowym z dnia 19 stycznia możemy przeczytać, że w rzeczywistości: "Od 14 stycznia 5 samolotów transportowych organizacji "Lekarzy Bez Granic" nie dostało pozwolenia na lądowanie i musiało lądować w Republice Dominikany. Samoloty te przewoziły na pokładzie 85 ton lekarstw i sprzętu medycznego."

Z oświadczenia dowiadujemy się także, iż kolejne dwa samoloty wiozące 26 pracowników organizacji "Lekarze bez Granic" zostało zawróconych na Dominikanę. Organizacji zezwolono na lądowanie pięciu samolotów, które w sumie dostarczyły 135 ton potrzebnego sprzętu. Potrzeba kolejnych 195 ton dostaw medycznych by organizacja mogła kontynuować niesienie pomocy w zniszczonej stoli Haiti.

Warto zwrócić uwagę na cytowaną w oświadczeniu wypowiedź koordynator medycznej dla szpitala Choscal Rosy Crestini:
"To jak pracować w czasie wojny. Nie mamy więcej morfiny by kontrolować ból pacjentów. Nie możemy zaakceptować tego, by zawracano samoloty z ratującymi życie dostawami medycznymi i medycznym sprzętem gdy nasi pacjenci umierają. Priorytet musi być dany dostawom medycznym..."

Skoro w rejonie ogarniętym klęską żywiołową priorytetu w dostawach nie mają lekarze ani sprzęt medyczny, to ciekawi nas oczywiście co taki priorytet ma. Czego innego Haitańczycy potrzebują bardziej niż ratujących życie lekarzy, medykamentów i sprzętu?

Udało nam się znaleźć kilka dodatkowych informacji z najwiarygodniejszych z możliwych źródeł. Może one rzucą nieco światła na to co miała na myśli Rosa Crestini.

Serwis prasowy Amerykańskich Sił Zbrojnych (American Forces Press Service), 14 stycznia 2010 wspomina, że jednostka Marines przygotowuje się na działanie na Haiti:
"Około 2000 piechoty morskiej przygotowuje się do rozmieszczenia, by zapewnić pomoc w zniszczonym trzęsieniem ziemi Haiti. Piechota zacznie załadunek sprzętu na trzy statki USS Bataan, USS Carter Hall oraz USS Fort McHenry."

A więc Haitańczycy potrzebują więcej ludzi w amerykańskich mundurach i z karabinami. Idąc tym tropem, wg. oficjalnych informacji jakie udało nam się znaleźć, na Haiti pojawiły się:
- USS Bataan - okręt desantowy;

- 2000 piechoty z 22 Jednostki Sił Ekspedycyjnych Piechoty Morskiej;

- żołnierze 82 lotniczej dywizji Amii USA (ponad 900 żołnierzy);

- lotniskowiec USS Carl Vinson i uzupełniające statki pomocnicze;

- pływajacy szpital USNS Comfort;

- kilka statków oraz helikopterów straży przybrzeżnej USA;

- USS Normandy - krążownik wyposażony w naprowadzane pociski odrzutowe;

- fregata rakietowa USS Underwood

Na odprawie Departamentu Obrony USA, która miała miejsce 13 stycznia 2010 Generał Fraser z Pentagonu nakreślił na czym ma polegać operacja ratownicza na Haiti. Generał powiedział m.in.: "Skupiamy się na ustanowieniu dowództwa, kontroli i komunikacji, byśmy naprawdę lepiej zrozumieli co się tam dzieje."
...
"Kierujemy tam przeróżne statki, które mamy w regionie - małe statki, kutry straży przybrzeżnej, niszczyciele - w tamtym kierunku, by zapewnić jakąkolwiek natychmiastową pomoc na ziemi."
...
"Także ostatecznie mamy załogę, która ruszyła na lotnisko. Z tego co rozumiem, ponieważ przypadkiem zdarzyło się, że akurat mój drugi komandor porucznik jest właśnie na Haiti, w czasie wcześniej zaplanowanej wizyty, właśnie gdy wydarzyła się ta sytuacja ."
...
"Mamy też grupę skierowaną na lotnisko, by upewnić się, że możemy pozyskać i zabezpieczyć lotnisko i prowadzić stamtąd operacje."


Tego samego dnia, narodowy instytut polityczny o nazwie The Heritage Foundation, który "formułuje i promuje konserwatywną politykę publiczną opartą na zasadach nieskrępowanej przedsiębiorczości, ograniczonego rządu, indywidualnych wolności, tradycyjnych amerykańskich wolności i silnej obrony narodowej" zamieścił na stronie internetowej tekst pt. "American Leadership Necessary to Assist Haiti After Devastating Earthquake" (Amerykańskie Przywództwo Niezbędne by Wspierać Haiti po Niszczącym Trzęsieniu Ziemi".

W tekście naszą uwagę zwraca szczególnie zdanie: "Trzęsienie ziemi ma dwa następstwa, humanitarne i związane z narodowym bezpieczeństwem USA."

16 stycznia 2010 roku strona internetowa flightglobal.com powołując się na źródło Air Transport Intelligence (jeden z przewodnich serwisów rozpoznania online wiadomości z branży lotniczej), opublikowała artykuł, w którym czytamy m.in.:
"załoga FAA pracuje z wojskowymi kontrolerami lotów z Departamentu Obrony USA, by usprawnić ruch lotniczy na lotnisku.
Siły powietrzne USA otworzyły ponownie lotnisko 14 stycznia a 15-go ich grupa operacyjna otrzymała zwierzchnią władzę nad lotniskiem.
Przejęcie władzy na lotnisku pozwala Siłom Powietrznym na określenie priorytetów, rozplanowanie i kontrolę nad przestrzenią powietrzną na lotnisku."

Tym, którzy nie widzą niczego nadzwyczajnego w rozmieszczaniu amerykańskiej piechoty morskiej na Haiti dedykujemy cytat z przytaczanego już tekstu wypowiedzianego ustami sierżanta Michael'a J. Carden'a: "Żołnierze piechoty morskiej są przede wszystkim wojownikami i to z tego są na świecie znani... jednak na równi potrafimy współczuć kiedy musimy i to jest rola, którą chcielibyśmy pokazać, współczujących wojowników, wyciągających pomocną dłoń do tych, którzy jej potrzebują. Jesteśmy tym naprawdę podekscytowani"


My także jesteśmy podekscytowani, szczególnie starając się podsumować wszystko co wyszukaliśmy dotychczas:

1. w ciągu kilku dni USA przemieściły w ten rejon około 10.000 wojska i niemało sprzętu;

2. przestrzeń powietrzna stolicy kraju została poddana pod kontrolę sił powietrznych USA;

3. akcja ratownicza prowadzona jest przez amerykański Departament Obrony czyli Armię USA, a nie przez cywilne, rządowe i stworzone na tego typu okoliczności agencje jak np. FEMA - Federal Emergency Management Agency (Federalna Agencja Zarządzania w Sytuacjach Kryzysowych). Wojsko oficjalnie przyznaje, że skupia się na uzyskaniu lub odzyskaniu dowództwa i kontroli;

4. francuski minister głośno artykułuje niezadowolenie, używając słowa "okupacja";

5. Królewska Marynarka Wojenna Wielkiej Brytanii po raz pierwszy od XVII wieku wycofała się z karaibskich wód. Dokonała tego przypadkiem na kilka tygodni przed katastrofą;

6. przypadkiem zdarzyło się, że akurat na Haiti przebywał wysoki rangą wojskowy z United States Southern Command (amerykańskie dowództwo odpowiedzialne za region południowej ameryki), który w czasie trzęsienia ziemi akurat nie przebywał w hotelu, ani żadnym innym budynku. Ów oficer praktycznie z epicentrum rejonu nawiedzonego klęską od razu zaczął wykonywać swoje obowiązki nadzorowania akcji;

7. dzień wcześniej należące do armii amerykańskiej agencje i projekty (DISA i JCSE), rozpoczęły w siedzibie United States Southern Command ćwiczenia udzielania pomocy po klęsce żywiołowej właśnie Haiti, jednocześnie gromadząc i przygotowując sprzęt do transportu;

8. w 1997 roku Sekretarz obrony USA opowiadał o istnieniu w rękach terrorystów technologii (lub co najmniej prac nad takową), która pozwalałaby zmieniać klimat, wywoływać trzęsienia ziemi lub zdalnie powodować erupcje wulkanów;

9. w 1977 roku ONZ wystosowało Uchwała o Zakazie Militarnego oraz Wszelkiego Innego Wrogiego Użycia Technik Modyfikacji Środowiska, którą nawet w PRL ktoś w roku 1977 podpisał, a rok później ratyfikował;

10. już w 1957 komisja doradcza w sprawie kontroli pogody zwracała uwagę Prezydentowi Eisenhower'owi na potencjał dokonywania modyfikacji pogody, ostrzegając jednocześnie, że jego waga przewyższałaby potencjał broni atomowej.

I mimo, że Haiti znajduje się w rejonie często nawiedzanym trzęsieniami ziemi, to powyższe 10 punktów nie pozwala nam świadomie wykluczyć, że USA dysponują obecnie technologią pozwalającą wyzwalać sejsmiczne lub pogodowe zjawiska.

Jak dla nas wszystko to zawiera trochę zbyt wiele zbiegających się przypadków, by nie móc spojrzeć na tragedię jaka wydarzyła się na Haiti z trochę innej perspektywy niż jedynie ta, którą prezentowały główne media.


Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
Wprost.pl - sensacyjna wiadomość na temat reakcji Wenezueli.
Pravda.ru - Amerykanie wywołali trzęsienie ziemi na Haiti?
Uniwersytet AIR - Wojskowa praca badawcza na temat kontroli pogody (format PDF).
Uchwała ONZ - o zakazie militarnego oraz wszelkiego onnego wrogiego użycia technik modyfikacji środowiska.
The Federation of American Scientists - zapis konferencji, wypowiedź Sekretarza obrony Stanów Zjednoczonych William'a Sebastiana Cohen'a.
The Washington Post - seria fałszywych alarmów bombowych z 97 roku.
Government Executive - Defense Information Systems Agency - DISA, użyła jej systemów na Haiti.
NEXTGov.com - ćwiczenia DISA na dzień przed trzęsieniem, wg. scenariusza zakładającego kataklizm na  Haiti.
All Partners Access Network  - uruchomione przez DISA już w kilka godzin po trzęsieniu.
Joint Communications Support Element - wspomagał SOUTCOM w Port-au-Prince już w kilka godzin po trzęsieniu, ponieważ dzień przed trzęsieniem systemy były już załadowane na paletach transportowych.
Federalna Administracja Lotnicza - Haitańczycy nie przyjmą żadnych samolotów w ich przestrzeni powietrznej.
AirForceTimes - jeden z wysokich rangą oficerów SOUTCOM przybył na Haiti w dniu tragedii i natychmiast zajął się nadzorem amerykańskiej pomocy wojskowej, jako dowódca Joint Task Force Haiti. W czasie trzęsienia nie przebywał w hotelu, który uległ zniszczeniu.
The Times - po raz pierwszy od XVII wieku Królewska Marynarka miała znaczącą przerwę w zabezpieczaniu Karaibów.
The Telegraph - Francja krytykuje amerykańską okupację na Haiti.
Medicins Sans Frontieres - na temat sytuacji na Haiti i zawracanych samolotów z lekarzami i lekarstwami.
American Forces Press Service - o prawdziwych priorytetach na Haiti?
USS Bataan - okręt desantowy wysłany na Haiti
22 Jednostki Sił Ekspedycyjnych Piechoty Morskiej - 2000 piechoty wysłanych na Haiti.
82 lotnicza dywizja Amii USA - ponad 900 żołnierzy wysłany na Haiti.
USS Carl Vinson - lotniskowiec i uzupełniające statki pomocnicze wysłany na Haiti.
USNS Comfort - pływajacy szpital wysłany na Haiti.
USS Normandy - krążownik wyposażony w naprowadzane pociski odrzutowe wysłany na Haiti.
USS Underwood - fregata rakietowa wysłany na Haiti.
Pentagon - akcja ratownicza polegać ma na "ustanowieniu dowództwa, kontroli i komunikacji".
The Heritage Foundation - następstwo trzęsienia ziemi związane z narodowym bezpieczeństwem USA.
flightglobal.com - siły powietrzne USA Przejęły władzę na lotnisku w Port-au-Prince.
Generał Fraser z Pentagonu - żołnierze piechoty morskiej są przede wszystkim wojownikami.



Tagi: zmiany klimatu, przemilczane fakty

skomentuj (21)

Koszmar z Ulicy Wiązów, wśród urzędniczych pląsów. 2010-02-01

Cały czas zastanawia nas krótkowzroczność ludzi, którzy wszędobylską inwigilację i rozszerzaną kontrolę rządów nad obywatelami kwitują stwierdzeniem: "nie ma się czego obawiać, jeśli nie ma niczego na sumieniu."

Być może kiedyś zdanie to rzeczywiście było prawdziwe i ludzie o nieskazitelnym prowadzeniu się nie mieli się czego obawiać. Dziś jednak nie ma czegoś takiego jak czyste sumienie. Nie w biurokracji.

Przedstawiami kolejną garść dowodów wskazujących na to, iż bezpieczeństwo i nietykalność prawna należą do przeszłości, czyli kolejny wpis traktujący o idiotyzmach biurokratycznej współczesności.

Zaczniemy jednak od Polski, gdzie wrocławska Wyborcza opisała przykład indoktrynowania dzieci w zupełnie nieoczekiwany (przynajmniej dla nas) sposób.
Oczywiście w publikacji nie pada ani razu termin "indoktrynacja", jednak z naszego punktu widzenia, sprawa dotyczy korzystania z czytników odcisków palców i przyzwyczajania do nich dzieciaków, zupełnie jakby były czymś normalnym i naturalnym.
Nie, nie jesteśmy anty-technicznymi oszołomami, którzy czytniki odcisków palców uważają za manifestację zła wcielonego. Z tego co wiemy, techniki te nie zdają za dobrze egzaminu w przypadku ochrony danych, sprzętu lub mienia oraz są zawodne w identyfikacji osób, więc jeśli ktoś chce je wykorzystywać do takich celów, to jego problem. Jesteśmy jednak całkowicie przeciwni stosowaniu tej technologii w życiu codziennym do identyfikacji niewinnych ludzi z całkowicie prozaicznych powodów, takich jak np. sprawdzanie listy obecności... nie zgadną Państwo... kandydatów do bierzmowania!

Na pomysł instalacji czytników linii papilarnych wpadł miejscowy ksiądz. Cytując Gazetę Wyborczą: "System od początku roku obowiązuje w parafii św. Jadwigi. W zakrystii kościoła zamontowano czytnik, do którego gimnazjaliści przykładają palce przed i po mszy. To pomysł wikariusza ks. Grzegorza Sowy. Tłumaczył nam, że to pomysł dobry, bo bezpieczny i nie łamie prawa..."

Po oglądaniu retransmisji z obrad sejmowych wiemy, że głupota nie przestrzega przynależności partyjnej. Po oglądaniu wiadomości ze świata, wiemy że nie przestrzega różnic rasowych. Dlaczego więc miałaby przestrzegać granic wyznaniowych? Dlatego nie mamy żadnych szczególnych pretensji do księdza. Nie każdy rodzi się bowiem człowiekiem, który potrafi przewidzieć najprostsze konsekwencje swoich czynów lub decyzji.

O co w ogóle chodzi?
"Młodzież, która przygotowuje się do bierzmowania, palce w czytniku ma odciskać przez trzy lata. Powinni uczestniczyć w mszach świętych w niedziele i pierwsze piątki miesiąca oraz w nabożeństwach różańcowych i roratach. Jeśli w tym czasie zaliczą 200 obecności, są zwolnione z egzaminu przed bierzmowaniem".

Niby wszystko sprawnie, szybko i nowocześnie, jednak jak wypowiadali się niektórzy rodzice dzieci z tego liceum:

"Pani Jarosława, matka drugoklasisty Grzegorza, zabroniła mu przykładać palec do czytnika. Tłumaczy: - Taka forma sprawdzania obecności mi się nie podoba. Sami prowadzimy zeszyt, gdzie wpisujemy, kiedy był na mszy, co było na kazaniu i który ksiądz odprawiał mszę.

Matkę Grzegorza oburzył też sposób wprowadzenia czytnika: - Przed wakacjami od części dzieci pobrano odciski bez naszej wiedzy. Syn wrócił do domu blady i przestraszony. Jak tak można?

Matce gimnazjalistki Kasi nie bardzo podobało się, w jaki sposób przeprowadzono głosowanie w sprawie zamontowania czytnika: - Ksiądz na zebraniu w szkole opowiedział nam o nowym systemie. Potem spytał, kto jest za, a kto przeciw. To było kłopotliwe, bo trudno się w takiej sytuacji wyłamać. Jak większość podniosłam więc rękę za czytnikiem, bo nie chciałam się wyróżniać. Ale pomysł też mi się nie podoba. Kościół to nie posterunek policji."

Choć część rodziców zachowała jeszcze odrobinę zdrowego rozsądku. Przy okazji mama Kasi  opisała przykład manipulacji. Kobieta nie chciała się wychylać i przeciwstawiać decyzji grupy. Można napisać, że poddan pewnemu mechanizmowi znanemu z psychologii społecznej, uległa presji grupy. Uległa demokracji. Zapewne tej samej presji ulega przy urnie wyborczej.

Niepokojem powinno jednak napawać czytanie wypowiedzi jednej z uczestniczek tegoż "eksperymentu", Gimnazjalistki z Gryfowa:
"- Jest wygodniej. Nie musimy już stać w kolejce do księdza, żeby dał nam podpis w książeczce do bierzmowania. I nie będzie oszukiwania - tłumaczy Karolina z drugiej klasy gryfowskiego gimnazjum. - Cały ten hałas o odciski jest bez sensu, bo przecież robimy to dobrowolnie."

O sprawie napisaliśmy z dwóch względów. Po pierwsze, aby pokazać typowy wytwór hodowli obywateli, którzy w niedalekiej przyszłości przyjmą wszystko, cokolwiek jakaś "władza" czy inny wątpliwy "autorytet" podsunie im pod nos. Chodzi oczywiście o gimnazjalistkę Karolinę. W przyszłości zapewne zgodzi się na wszystko, byle tylko wydawało jej się, że jest wygodniej i "sprawiedliwiej społecznie". Ciekawe ile czasu dziennie spędzała i spędza przed telewizorem?

Drugi powód jest jednak ważniejszy i dotyczy wypowiedzi urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich:

"- Przechowywanie takich informacji to duża odpowiedzialność, która wiąże się z koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa danych. - mówi Mirosław Wróblewski z biura rzecznika praw obywatelskich. - Dobrowolność oddawania odcisków niczego tutaj nie zmienia. Ksiądz jest nauczycielem religii w szkole, dlatego zobowiązany jest do przestrzegania przepisów o ochronie danych osobowych. Nie istnieje podstawa prawna do pobierania odcisków linii papilarnych od uczniów w takiej sytuacji. Takiej zaś ustawowej podstawy prawnej do zbierania informacji o każdej osobie przez instytucje publiczne i osoby w nich zatrudnione wymaga konstytucja."


Czytelnicy zauważą, że przecież rzecznik powiedział, iż to nielegalne, więc wszystko chyba dobrze się skończyło.

Naszym zdaniem nie, a przynajmniej nie do końca. Warto bowiem zwrócić uwagę na zdanie:"Nie istnieje podstawa prawna do pobierania odcisków linii papilarnych od uczniów w takiej sytuacji."

Oznacza to, że gdyby taka podstawa prawna została stworzona lub dotyczyła innej sytuacji, to wszystko byłoby w jak najlepszym porządku.
Czy pamiętają Państwo kto tworzy owe podstawy prawne? Wiemy, że dziś może to przyprawić o ból głowy, gdy ktoś uczył się o trójpodziale władzy i innych, zapomnianych już błahostkach. Dziś podstawy prawne tworzą m.in. jakże dyspozycyjny i czcigodni posłowie, ministrowie spotykający się na cmentarzach oraz inne indywidua ciągnące w cieniu gabinetów za sznurki, sznureczki i teczki. Owe sznurki to motywatory i demotywatory dla podstawionych mężyków stanu, którzy odpowiednio pokierowani przez oligarchów krajowych lub zagranicznych, skłonni są zmienić zdanie o 180 stopni, a nawet zrezygnować z najwyższych stanowisk państwowych, także tych do objęcia których przygotowywali się medialne od kilku lat.

Rzecznik cytowany przez Gazetę Wyborczą zdradził w cytowanym powyżej zdaniu, że pobieranie odcisków zależy tylko i wyłącznie od widzimisię urzędnika. Mało tego. Nawet jeśli grupa obywateli, sama dla siebie i za własna zgodą, zdecydowałaby się na korzystanie z dobrodziejstw techniki skanowania odcisków, to dopóki urzędnik państwowy nie wyda na to zgody, będzie to działanie niezgodne z prawem.

Takie podejście do materii stwarza nieograniczone możliwości do pojawienia się bzdur, o których się filozofom nie śniło, a przynajmniej nie tym, którzy nie zajmowali się filozoficznym usprawiedliwianiem kradzieży popularnie zwanej socjalizmem.

Nam nie podoba się oczywiście, że jakiś urzędnik decyduje, kiedy pobieranie od nas odcisków palców jest dobre, a kiedy nie jest dobre. Oznacza to bowiem, że w każdej chwili Państwo może potraktować całe grupy społeczne jak przestępców i stanie się tak tylko dlatego, że Grzecho, Miro i Rychu, przy cmentarnej krypcie, uzgodnią sobie coś na ten temat.


Kolejna historia, którą dziś chcemy Państwu przybliżyć, opisana została przez Daily Mail i traktuje o "życiu domowym", o które wypytuje się w Wielkiej Brytanii nawet pięcioletnie dzieci.

Tak, dzieci nawet w wieku lat pięciu proszone są o wypełnianie specjalnych ankiet, w których pytane są o intymne szczegóły życia w ich domach.

Pytania, które zaatakowano jako nadużycie, dotyczą jedzenia w miejscach typu McDonald's, przyzwyczajeń oglądania telewizji, czasu spędzanego z rodziną, a nawet innych dzieci.

Wyniki tych ankiet składowane są w bazie danych. Pozwala to pracownikom opieki społecznej rozpatrywać sytuację rodziny, które uzna się za obarczone pewnym "ryzykiem".

Dzieci proszone są o zaznaczanie kolorami odpowiedzi np. na pytania dotyczące ilości spożywanych każdego dnia owoców i warzyw w stosunku do chipsów i napojów gazowanych.

Przeprowadzono setki takich "quizów" na temat stylu życia, za czym kryje się brytyjskie Ministerstw Zdrowia, a co było próbą stworzenia obrazu stanu zdrowia poszczególnych domostw.

Alex Deane, z organizacji "Big Brother Watch" (podglądanie wielkiego brata) opisał to jako "niewiarygodne wtargnięcie w sferę prywatnego życia."
Dodał, iż "to nie Państwo wychowuje dzieci, lecz rodzice. Istnieje ważna różnica między nauczanie, matkowanie i wymuszaniem, a te kroki przekraczają tę granice."

Quizy tego rodzaju pilotażowo rozpoczęto w Erewash w Derbyshire, gdzie dzieci, pod obecność rodziców, wypełniały formularze w czasie zajęć pozaszkolnych - tzw. klubach "zdrowego stylu życia". Mimo iż wypełnianie ankiet nie było obowiązkowe, to dzieci były bardzo zachęcane do ich wypełnienia.

Formularze te mają obecnie zostać rozesłane do dwustu szkół w całym kraju, co dokładnie monitorowane jest przez miejskich urzędników.

Daniella Yeo, z rady miejskiej Erewash powiedziała, iż zajęcia pozaszkolne cieszą się dużym powodzeniem, a pytania są zgodne z wytycznymi ustanowionymi przez ciało regulujące National Institute for Health and Clinical Excellence (Narodowy Instytut Zdrowia i Klinicznej Doskonałości), czyli National Health Service (Narodowy Serwis Zdrowia).

Dodała ona, iż "Pomoże to wskazać rodziny z ryzykiem otyłości. Wtedy będziemy mogli zachęcić rodziców do uczęszczania na sesje z pracownikami opieki społecznej lub lekarzem rodzinnym."

Inne z pytań dla pięciolatków dotyczą jedzenia śniadania, ilości spożytej wody i sposobu dojazdu do szkoły. Pięcioletnie dzieci pytane są także o samopoczucie: "jak bardzo się lubisz?". Są także proszone o pokolorowanie któregoś z piktogramów przedstawiających kciuk do góry lub kciuk w dół.

Siedmiolatki wypełniają ankiety bardziej szczegółowe. Pytane są ile dokładnie godzin spędzają z rodziną, oglądając telewizji czy grając w gry komputerowe.

Josie Appleton z Manifesto Club, działacz na rzecz wolności obywatelskich mówi: "Rady miejskie i szkoły powinny skoncentrować się na zapewnieniu każdemu dobrego wykształcenia. Nie powinny wtykać nosów w torebki na drugie śniadanie i powinny trzymać się z dala od tego co znajduje się na stole w czasie obiadu."


Część czytelników zapewne pomyśli, że to dobrze iż przynajmniej w Wielkiej Brytanii urzędnicy robią coś dla dobra dzieci. Będą to czytelnicy karmiący się zbyt intensywnie ideologią płynącą z portali takich jak Onet czy wirtualna Polska.

Naszym zdaniem to oczywiście totalna porażka. Urzędnik ponownie wtrąca się w ludzkie życie.
Obrzydliwe jest to, że dzieci przesłuchuje się w sposób kojarzony z zabawą. Poprzez kolorowanki.
Tak wygląda przetłumaczony przez nas fragment quizu:
tak wyglądałby po polsku fragment quizu
W sumie dziewczynki i chłopcy powinni od wczesnego dzieciństwa wiedzieć, że donoszenie urzędnikowi na własną rodzinę, choćby i  obarczoną ryzykiem otyłości, to świetna zabawa, prawda?

Zdajemy sobie sprawę, że urzędnicy pasożytujący na społeczeństwie w czasie rządów socjalizmu zajmowali się i zajmują różnymi durnotami. Kiedyś walczyli z wrogiem narodu, przypominali o ochronie tajemnicy państwowej, noszeniu plonu tow. Bierutowi lub te z plakatów pozdrawiali kobiety pracujące dla pokoju i rozkwitu ojczyzny. Nawet w epoce głębokiego PRL nie zajmowali się jednak tym, co ludzie mają na talerzu. Być może dlatego, że w powstałym z tego socjalizmu "dobrobycie", na talerzach i tak wiele być nie mogło, no chyba, że było urzędnikiem owej ludowej władzy.

Dziś, może dlatego, że ludzie nie dają sobie wmawiać bzdur o walce z wyimaginowanym wrogiem np. świńską grypą, coraz częściej też nie wierzą w powodowane działalnością człowieka ocieplenie klimatu, które miało nas wszystkich zmieść z powierzchni ziemi. Nie wierzą także w inne wyssane z palca ataki terrorystyczne organizowane przez agentury poszczególnych rządów zainteresowane wywołaniem paniki w celu pozyskania szerszej władzy nad przestraszonymi masami.

Urzędnicy zaczęli się więc zajmować się wyimaginowanym problem tuszy. Coś przecież robić chcą. Obywatele jednak, zanim się obejrzą, utracą kontrolę nad kolejnymi małymi fragmentami ich życia. Tym razem będzie się ich zachęcać do spotkań z pracownikami Opieki Społecznej. Ciekawe kiedy spotkania staną się przymusowe... oczywiście dla dobra i bezpieczeństwa obywateli obarczonych ryzykiem tego czy tamtego problemu wymyślonego przez urzędników?


Kolejna dzisiejsza historia, choć zawiera wiele wątków, dobrego postępowania oraz złego postępowania, zupełnie przy okazji pokazuje kolejną bzdurę utraty kontroli nad naszym życiem. "Naszym", w znaczeniu ludzi pod rządami biurokracji.
Historia opublikowana przez Arizona Central, opisuje sytuację 47 letniej kobiety z Avondale w USA, która z powodu kłopotów finansowych (w Ameryce banki naprawdę okradły zwykłych obywateli, którym coraz trudniej o pracę i dotychczasowe zarobki), postanowiła używać paneli słonecznych i akumulatorów dla zaspokojenia własnego zapotrzebowania na prąd elektryczny.

Kobieta dzięki "trosce" urzędników spędziła 11 dni w samochodzie, ponieważ miasto wywłaszczyło jej dom.

Władze miejskie oświadczyły, że Pani Christine Stevens pogwałciła przepisy budowlane, kwestie zdrowia i bezpieczeństwa, ponieważ od domów w Avondale wymaga się, by posiadały system ogrzewania i działającą lodówkę.

"Wyjaśniliśmy jej, że panele słoneczne nie są wystarczające do podtrzymania jakości życia na odpowiednim poziomie" powiedział Pam Altounian, odpowiedzialny za dostosowywanie  się mieszkańców do przepisów budowlanych w Avondale.


W tej historii pojawiają się motywy roszczeniowej postawy tej kobiety, niepłaconych rachunków za prąd, oskarżeń przez firmę dostarczającą prąd do jej domu o manipulacje przy liczniku, nieodpowiadanie na kolejne wezwania do urzędu itd., itp., ale kiedy się je pominie, z historii wyłania się ciekawy motyw.

Arizona Central opisuje, iż "Urzędnicy Avondale powiedzieli, że Pani Stevens pogwałciła prawo budowlane miasta. Miasto wymaga, by domy miały dostateczna ilośc prądu elektrycznego by zasilić lodówkę, schłodzić rezydencję do temperatury nie wyższej niż 31 stopni Celsiusza lub ogrzać dom do 20 stopni Celsiusza."

Stevens oznajmiła, że sześć paneli słonecznych i osiem akumulatorów zapewniało w domu światło oraz zasilało komputer lub telewizor w posesji z trzeba sypialniami. Steavens do przechowywania jedzenia używała czegoś co nazywa się "icebox" czyli izolowanej termicznie, schładzanej lodem szafki, gdzie lód poprzez cyrkulację powietrza ochładzał trzymane w niej jedzenie.

W letnich miesiącach, jej sąsiedzi pozwalali jej na pobieranie prądu za pomocą przedłużacza z ich domowego gniazdka.

Nie używała systemu klimatyzacji ani ogrzewania, dawała sobie bez nich radę, w lecie korzystając z basenu a w chłodniejszym okresie ubierając się cieplej niż zwykle po domu.

Naszą i zapewne Państwa uwagę zwróciło to, że to miasto nie pozwoliło jej na mieszkanie w sposób w jaki chciała (lub musiała z powodu kłopotów finansowych). Jak mówił jeden z cytatów: "Wyjaśniliśmy jej, że panele słoneczne nie są wystarczające do podtrzymania jakości życia na odpowiednim poziomie".

Urzędnicy w trosce o zdrowie i poziom komfortu życia tej kobiety nie pozwolili jej nie płacić za prąd z którego chciała zrezygnować z powodu niemożności opłacania rachunków. Nie pozwolili jej z tego prądu zrezygnować, mimo, iż chciała pozostać jedynie przy korzystaniu z paneli słonecznych i akumulatorów.

Jak dla nas kolejny przykład wtrącania się urzędników w ludzkie życie, poprzez wymyślanie głupich przepisów choćby na temat działającej w domu lodówki. A może ktoś nie chce mieć lodówki? W mieście Avondale w USA, dzięki urzędnikom, nie może nie chcieć.

Czego jeszcze urzędnicy nie zrobią dla dobra opłacających ich intratne posady obywateli?

Portal CBS42.com  z Birmingham, Alabama także w USA opisuje kolejny przykład tej troski.

Tamtejszy ratusz zarządził nowe prawo dotyczące parkowania pojazdów. Od dnia wejścia w życie przepisu, za parkowanie własnego samochodu nie na podjeździe będzie groził mandat.

I tu lokalny portal przedstawia relacje dwóch osób. "Nic już nie należy do nas. Jeśli miasto może wejść, urzędnik podejść i powiedzieć, 'nie mogę tego, nie mogę tamtego na mojej własnej ziemi, ponieważ to dopiero początek.'", powiedział John W. Ford.

Pan Ford wścieka się na nowe rozporządzenie, który zabrania mu parkować na jego własnej trawie.

Druga osoba mówi: "To obniża wartość posesji i nie chciałabym znaleźć się w dzielnicy, gdzie nic nie ma, tylko stoją zaparkowane samochody i nie ma trawy i nie ma rozwoju dzielnicy.". Taką opinię wyraziła pani Vivian Starks.

Pani Starks dodaje: "Mam nadzieje, że Birmingham po prostu będzie egzekwować postępowanie wg. tego przepisu. To wszystko. Jeśli wyegzekwują to, to wszystko będzie w porządku".

Wścibskość i chęć zarządzania cudzą własnością to domena urzędników na całym świecie.

W tego artykułu widać także, że urzędnik nie działa niestety w pojedynkę. I tak samo jak w Polsce znajdzie się gimnazjalista, która zachwycona jest pobieraniem od niej odcisków palców, tak samo w USA znalazła się Pani, która popiera działania urzędników, które dotyczą przecież cudzej własności.
Ktoś powie, ale ta kobieta chciała, żeby jej dzielnica była ładna. Co jest w tym złego, że chce zakazać sąsiadowi parkowania na jego własnym trawniku.

A co złego byłoby w tym, by przeprowadziła się ona do dzielnicy, w której podjazdy są większe i ludzie nie muszą parkować na własnym trawniku lub wszyscy stosują się dobrowolnie to tej reguły? Skoro nie podoba jej się dzielnica w której mieszka obecnie, powinna ją zmienić. Nic także nie stoi na przeszkodzie, by próbowała namówić sąsiadów do rezygnacji z niszczenia trawy.

No cóż, przez ostatnie 100 lat socjalizm wyrządził ogromne spustoszenie w świadomości ludzi na całym świecie. Prawo własności było kiedyś prawem świętym. Dziś, własności traktowana jest prawie jako zło konieczne i tak podlegające regulacyjnym widzimisię tych, którzy akurat dopchali się do żłoba, czy to lokalnego, czy też na szczeblu krajowym.

W Polsce oczywiście także nie można sobie bez pozwolenia urzędnika ściąć posadzonego własnoręcznie na własnej ziemi drzewa, zbudować garażu, dodatkowej przybudówki, wykopać dziury w ziemi i nadać do niej wody itd., itp., bez łaskawego pozwolenia urzędnika.

Niedługo nie będzie się można za przeproszeniem wysmarkać we własnym samochodzie. Tzn., już nie wszędzie ujdzie to na sucho.

Jak podał brytyjski The Daily Record,  Michael Mancini, stojąc w nieruchomym korku, wrzucił luz, zaciągnął dla bezpieczeństwa ręczny hamulec, sięgnął po chusteczkę i zaczął wydmuchiwać nos.

Tylko przelotnie i kątem oka zauważył czterech policjantów stojących na poboczu, co w tym momencie wydawało się nie mieć dla niego większego znaczenia. Jeszcze gdy trzymał w ręku chusteczkę, jeden z funkcjonariuszy podszedł do niego i oznajmił, że wlepia mu mandat za "utratę kontroli nad pojazdem".

Nie, to nie skecz Monty Python'a. To brytyjska rzeczywistość. Co gorsza, biznesmen starał się wyjaśnić z policjantem tę sprawę, jednak Policjant nie chciał go słuchać.

Nie chce nam się cytować całego artykułu. Dodamy jedynie, że ten sam funkcjonariusz wlepił wcześniej mandat w wysokości 50 funtów człowiekowi, który wychodząc ze sklepu, przypadkowo upuścił banknot o nominale 10 funtów.

A teraz proszę się zastanowić ilu baranów pokroju owego funkcjonariusza pracuje w policji, radach miejskich, gminnych, urzędach powiatowych, ZUS, ministerstwach lub zasiada w sejmie i senacie. Co gorsza, wiele wskazuje na to, że chory urzędnicy system, zamiast dokonywać naturalnej selekcji takich idiotów i wywalać ich z roboty, promuje ich.
Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że ludzi tego typu dosięga promocja i pną się oni w górę urzędniczej drabiny sukcesu.

A to już prawdziwy Koszmar z Ulicy Wiązów, na której samochody parkuje się tylko na podjazdach przed domami, w których musi działać lodówka i klimatyzacja, gdzie zagrożone otyłościa rodziny chodzą na pogadanki z pracownikami Opieki Społecznej, dzieci nie jedzą chipsów, a ich obecność na mszy sprawdza cyber-ksiądz za pomocą zgromadzonych w bazie danych odcisków palców, na co pozwala mu wymyślona na cmenatrzu podstawa prawna, wdrożona przez straszące wszystkich we śnie indywidua świata polityki.


Żródła informacji (w języku polskim i angielskim):
Gazeta Wyborcza - skanery sprawdzają listę obecności.
Gazeta Wyborcza - wypowiedź urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich.
The Daily Mail - pięciolatki wypytywane o szczegóły domowego życia.
Arizona Central - dom tylko z lodówką i klimatyzacją.
Wikipedia.org - co to jest icebox, pierwowzór lodówki.
CBS42.com - mandat za parkowanie własnego samochodu na własnej ziemi.
The Daily Record - utrata kontroli nad pojazdem... w korku, w czasie wydmuchiwania nosa.



Tagi: prawo, socjalizm, biurokracja

skomentuj (27)

Najwięcej witaminy miały polskie dziewczyny. 2010-01-18

Trzeba przyznać, że nowy, 2010 rok nie rozpoczął się dla nas szczególnie optymistycznie. Pisząc 'nas', mamy na myśli wszystkich ludzi, którzy szanują naturalną potrzebę prywatności i cenią sobie wolność wyboru.

Z upływem czasu potwierdza się bowiem coraz wyraźniej globalna tendencja (a może konkretny plan?) ukrócenia możliwości dokonywania wolnego wyboru oraz pomniejszanie prawa do godności i prywatności.

Co konkretnie mamy na myśli?
Ci z Państwa, którzy jeszcze pozostali nad Wisłą i pomagają kolejnemu nieudolnemu rządowi w opłacaniu zaciąganych i przejadanych bezmyślnie długów (choćby tylko tych na ZUS), powinni wiedzieć, że z wdzięczności, a może strachu przed rewoltą ludzi wycieńczonych ciężką, niewolniczą i nie przynoszącą korzyści pracą, dokładnie od pierwszego stycznia 2010 roku rząd zafundował im nowe rozporządzenie prawa telekomunikacyjnego.

Rozporządzenie to nakazuje operatorom komórkowym i dostawcom Internetu gromadzić i przechowywać dane o połączeniach użytkowników. Dane są przechowywane przez okres dwóch lat. Zasady te mają być wdrożone w przeciągu sześciu miesięcy. Gromadzone dane telekomunikacyjne zawierają wybierany numer telefonu, konkretny aparat telefoniczny, datę i godzinę połączenia, jego rodzaj i fizyczną lokalizację rozmówcy. W przypadku telefonów na kartę (tzw. pre-paid) zbierane będą dane dotyczące pierwszego logowania do sieci.

By być w zgodzie z nowym rozporządzeniem, operatorzy telekomunikacyjni "muszą także zbierać dane o połączeniach internetowych oraz poczcie elektronicznej. Będą archiwizowane nie tylko identyfikatory użytkownika, ale również data i godzina każdego połączenia i rozłączenia z Internetem, a także przydzielone dynamicznie i statycznie adresy IP wykorzystywane w czasie połączenia."

Do tych wszystkich danych "będą miały dostęp m.in. prokuratura i policja. Firmy telekomunikacyjne muszą też współpracować ze służbami specjalnymi, w tym Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Co istotne, nie jest do tego potrzebna zgoda sądu."

Szacuje się, że największych operatorów rozporządzenie będzie kosztowało od 1 do 2 mln Euro.

Kto za moment za to archiwizowanie zapłaci? Oczywiście zapłacimy my, klienci, na których firmy przerzucą koszta i tak już nieporównywalnie drogich usług.

Napiszemy więc bez ogródek, że jakiś koleś, tylko dlatego, że jest urzędnikiem państwowym pełniącym jakąś tam funkcję w służbach specjalnych, prokuraturze, policji, czy zapewne całkiem niedługo także Urzędzie Skarbowym, może sobie sprawdzać (bez pytania o zgodę sądu) z kim wymienia całymi dniami SMS'y urocza Pani Kowalska, do kogo regularnie dzwoni Pan Kowalski po 19:00 i czy to ich komputer loguje się do internetu po 21:00 z numerem IP, z którego na portalach informacyjnych, pozostawia się negatywne komentarze o poczynaniach obecnego rządu, w słowach pełnych wyrzutów, oskarżeń o manipulację, Irlandii XIX wieku, złudnych cudów, niewidzialnej obniżki podatków i anty-liberalizacji przepisów, które zaowocowały kolejną socjalistyczną podpuchą i kosztującą nas wszystkich grube pieniądze zadłużeniową klapą.

Część z Państwa zastanawia się zapewne jak mogło do tego dojść. Nikt nie oponował, nie krzyczał, nie debatował w mediach?  Nam bardzo podoba się zamieszczona pod tekstem Rzeczypospolitej opinia pracownicy pewnej kancelarii. Jej wypowiedź pośrednio wskazuje jak do tego doszło:

"Choć świadomość tego faktu wśród obywateli jest prawdopodobnie niewielka, rozporządzenie powoduje, że sięgając po telefon, będziemy udostępniać naszemu operatorowi dane (a ten będzie zmuszony je zatrzymać i przechować) nie tylko o naszym numerze i numerze, pod który dzwonimy, ale również o położeniu geograficznym rozmówców w czasie nawiązania połączenia. Powstaje wątpliwość, czy tak szeroko ujęty obowiązek zatrzymywania i przechowywania danych nie stanowi naruszenia prawa do prywatności. Z drugiej strony rozporządzenie daje organom ścigania cenny instrument w walce z przestępczością. Znów jednak rodzi się obawa, aby z prawa tego nie korzystano w sytuacjach nieuzasadnionych."

I wszystko staje się jasne. "Choć świadomość tego faktu wśród obywateli jest prawdopodobnie niewielka...". No cóż, "niewielką świadomość obywateli" należałoby nazwać raczej obywatelską nieświadomością.
Ludzie są zwyczajnie nieświadomi.
Więc trzeba ich jakoś uświadomić. Dlatego ważnej jest mówienie i pisanie o tym, by choć część ludzi wybudziła się z hipnotycznego transu serwowanej im w mediach codzienności. Niestety, przeciętny Kowalski nie ma pojęcia na jakim świecie żyje. Obchodzi go jedynie, by nie przegapić kolejnych odcinków coraz durniejszych programów, które osiągają właśnie szczyty oglądalności.

Kolejna wiadomość noworoczna, to wieść, że od początku roku (dokładnie od dnia Wigilii 2009) w Polsce obowiązują także nowe przepisy dotyczące uprawnień tzw. straży miejskiej i gminnej. Pracujący w straży przypadkowi ludzie z łapanki, często przyjezdni i nie znający kultury i obyczajów panujących w danym mieście lub gminie, mogą od dziś w zgodzie z prawem dokonywać rewizji (kiedyś rewidować mógł jedynie legitymujący się funkcjonariusz policji), a przy wykonywaniu czynności służbowych użyć paralizatorów elektrycznych.

Dotychczas straż miejska była zazwyczaj lewą ręką urzędów skarbowych oraz innych podejrzanych firm i instytucji okradających Polaków. W miastach zajmowała się np. wlepianiem mandatów osobom, które postanowiły zaparkować samochód bez płacenia za to haraczu, oraz egzekwujących od starszych kobiet sprzedających czosnek, pozwolenia na handel uliczny. Teraz przy wykonywaniu tych niezwykle ważnych czynności służbowych, dziewczęta i chłopcy ze straży miejskiej będą mogli opornego i sprzeciwiającego się jawnej niesprawiedliwości delikwenta, potraktować paralizatorem elektrycznym.

Oczywiście zapowiedziano, iż wszystkie te nowe przywileje władzy urzędnicy straży miejskiej i gminnej będą stosować tylko "w stosunku do osób podejrzanych o popełnienie czynu zabronionego pod groźbą kary oraz stwarzających zagrożenie dla zdrowia lub życia ludzkiego czy mienia." Na razie babci z czosnkiem to nie grozi, tak? Do niedawna zdrowy rozsądek podpowiadałby, że nie, ponieważ babcia z czosnkiem, nie stwarza zagrożenia dla zdrowia lub życia ludzkiego czy mienia. Po prostu stoi, nie nagabując nachalnego przechodniów. Ograbiona przez czołowych przedstawicieli klasy politycznej, dostatnio rządzących się w ciągu 20 latach trwania okrągłostołowej Rzeczypospolitej, stara się dorobić do głodowej emerytury.

Czasy jednak zmieniają się niezmiernie szybko, a wraz z nimi zmienia się i prawo. Osoby, które uparcie twierdzą, że kto nie robi niczego złego, nie ma się czym martwić, powinny coraz bardziej zastanowić się, czy ich odpowiedź nadal ma jeszcze jakiś sens. Piszemy o tym praktycznie od początku, że nadchodzą czasy, w których nikt nie powinien czuć się niewinny. Być może nawet babcia z czosnkiem. I to nie tylko dlatego, że nie ubiegała się w odpowiednich urzędach o pozwolenia na uliczny handel.

31 grudnia 2009 weszło w życie na terytorium Unii Europejskiej ROZPORZĄDZENIE KOMISJI (WE) NR 953/2009 z dnia 13 października 2009 r. w sprawie substancji, które mogą być dodawane w szczególnych celach odżywczych do środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego.
Warto przeczytać ten obowiązujący już w regionie Polska dokument w formacie pdf.

Mowa w nim o tym, które witaminy i minerały będą mogli Państwo kupić i spożyć na terytorium UE.

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, a jakieś sowicie opłacane z naszych podatków europejskie gremium mędrców od żywienia, które 40 lat temu skłonne byłoby zapewne popierać dodatki nikotynowe, dziś zgodnie z polityczną poprawnością, rekomenduje to co nadal nosi nazwę "mleko". Pewnie żebyśmy nie dostali niestrawności.

Zapis w dyrektywie określa jednak, że wszelkie formy witamin i minerałów, które są niezgodne z nową listą, są zabronione!
Nie wierzą Państwo? Część osób nie zgadzała się z nami już wówczas, gdy mówiliśmy lub pisaliśmy, że w nowym państwie UE będzie obowiązywać prawo kontynentalne, w którym "wielmoże" z brukselskich stołków mówić nam będą co jest dozwolone. Kiedyś mówiło się (także w Polsce), że wszystko co nie jest zabronione jest dozwolone. Stopniowo możemy jednak machać na pożegnanie takiemu anglosaskiemu podejściu do prawa, które jak widać także na przykładzie tej dyrektywy, będzie się nam krok po kroku odbierać. Wszystkie zrzeszone Państwa, do niedawna jeszcze niepodległe, będą musiały wprowadzać takie jak powyższa dyrektywy. W tych dyrektywach urzędnicy napiszą co jest dozwolone. Wszystko inne automatycznie będzie zabronione. Tak sformułowane są owe dyrektywy i rozporządzenia.

Wracając do listy tego co niezabronione, gdzie podziały się suplementy zawierające np. wanad lub srebro?  Nie jesteśmy z wykształcenia dietetykami ani chemikami, jednak po krótkich poszukiwaniach w dostępnej w internecie literaturze specjalistycznej można dowiedzieć się, że srebro, zanim wynaleziono antybiotyki, używane było jako środek przeciwzakaźny i przeciwdziałający infekcjom, dezynfekujący, stosowany przeciwko np. zakażeniom ran, zapaleniom zatok czy nawet popularnemu przeziębieniu.
Trzeba jednak zaznaczyć, że dziś zdanie na temat skuteczności srebra są podzielone. Jedni twierdzą, że ma ono rzeczywiście takie właściwości, inni, że ich nie ma.
Nie nam to oczywiście rozstrzygać. Warto przypomnieć, że dziś w wielu miejscach na świecie wraca się do dawnych, archaicznych praktyk, które okazują się jednak mieć właściwości lecznicze. Akupunktura, bańki, pijawki, zioła itp. Być może nie należy wyrzucać tego wszystkiego w ramach wszędobylskiego postępu i niszczących florę układu pokarmowego coraz mniej skutecznych antybiotyków?
 
Wanad natomiast opisywany jest jako pierwiastek, który współdziała z enzymami odpowiedzialni za metabolizm cukru, metabolizm lipidów i cholesterolu, rozwój kości i zębów, płodności, funkcjonowania tarczycy, produkcję hormonów i metabolizm neuroprzekaźników.
Do dziś nie opisano skutków niedoboru wanadu u człowieka, jednak opisano takie skutki u zwierząt. Bezpłodność, zmniejszone wytwarzanie czerwonych ciałek krwi prowadzące do anemii, defekty metabolizmu żelaza, osłabienie kości i zębów oraz formowania chrząstek. Wanad wydaje się być niezbędnym składnikiem diety ptaków (badano drób), u których jego niedobór wpływa na układ szkieletowy, upierzenie i krew. Nie da się wykluczyć, że niedobór u ludzi może prowadzić do podwyższonego poziomu cholesterolu i tłuszczów prostych oraz podwyższonej podatności na choroby serca i nowotwory złośliwe.

Oczywiście to co napisaliśmy powyżej, to jedynie informacje zebrane z różnych źródeł w internecie, których nie szukaliśmy jak Państwo widzą na portalach o magii, czy zielarstwie, starając się pozyskać dane ze stron dotyczących współczesnej medycyny.

Warto zwrócić uwagę, że omawiana dyrektywa wpływa nie tylko na produkty typowo żywnościowe, lecz także, a może przede wszystkim na specyfiki typu multiwitaminy, minerały i preparaty ziołowe, które do niedawna można było kupić nie tylko w aptekach, ale także w sklepach ze zdrową żywnością a nawet hipermarketach.

Prawdopodobnie także w tym rok mają wejść w życie ustalenia dotyczące zalecanych dziennych dawek spożycia dozwolonych minerałów i witamin. To co zaproponowano dotychczas w tym temacie, wywołało oburzenie w kręgach, które twierdzą, że współczesny człowiek funkcjonuje w stanie poważnych niedoborów witamin i minerałów, które niezbędne są dla zdrowego funkcjonowania organizmu, m.in. do skutecznego działania naszego układu immunologicznego. Po prostu współczesny człowiek je zbyt mało witaminy C, D itd., co powoduje, że częściej choruje i jego organizm nie działa w sposób w jaki powinien.
Sedno tkwi w tym, że określone ręką unijnego urzędnika dzienne zapotrzebowanie, przekładać się będzie na maksymalną ilość składnika jaką producenci będą mogli stosować w swoich produktach. Witamina C w produktach Unii Europejskiej? Oczywiście, ale nie więcej niż np. 1/20 potrzebnej człowiekowi dla zdrowia dawki.
Takimi ustaleniami, spożycie niezbędnego składnika obniży się jeszcze bardziej. Na razie prace nad ustaleniem tych wartości trwają.

Składników mineralnych i witamin, których ubyło z nasze diety w przeciągu ostatnich kilku lat naszego uczestnictwa w projekcie o nazwie Unia Europejska, jest o wiele więcej. To co obserwujemy teraz, to być może już końcowe stadia ograniczania legalnych jeszcze produktów na terenie Europy.

Od 2002 roku z listy dozwolonych suplementów zniknęły m.in.:
- wszelkie formy boru, składnika niezbędnego dla absorpcji wapnia;
- wszelkie formy krzemu, który w połączeniu z borem, wapniem i innymi minerałami wspomaga funkcjonowanie kości, układ krwionośnego, tkanki łącznej, włosów, skóry i paznokci.

Podobno (nie udało nam się tego potwierdzić ze względu na olbrzymią ilość dyrektyw i maksymalnie nieczytelnego zapisu całości biurokratycznych poczynań w ciągu wielu lat) z listy legalnych dodatków żywnościowych zniknęło już ponad 300 związków witaminowych i mineralnych, w tym 23 spożywcze formy występowania wapnia, 17 form występowania chromu, 30 form występowania magnezu, 21 form występowania potasu, 14 form występowania selenu i naturalnie występujące formy witaminy E.

Piszemy o tym tylko dlatego, ponieważ jesteśmy przekonani, że to ludzie powinni decydować na co wydają swoje pieniądze, a nie urzędnik, który uniemożliwia im (nie ważne jakimi intencjami się kierując) zakupienie takiego czy innego dodatku dietetycznego, żywieniowego, ziołowego, czy czegokolwiek innego.

Jeśli ktoś chce się najeść związków boru, selenu czy krzemu, bo wierzy, że będzie mieć po tym piękne włosy i paznokcie, to tylko i wyłącznie jego sprawa.

Kto i w jaki sposób skompletował listę elementów, które od 1-go stycznia są legalne, a za pomocą jakiego kryterium usunął inne, obecnie już nielegalne witaminy i minerały?
Otóż, jak wskazuje sam tytuł omawianej dyrektywy, dokonała tego Komisja Europejska zwana w dokumencie Komisją Wspólnot Europejskich. Ta sama o której pisaliśmy już wielokrotnie, jako o niedemokratycznie wybieranym ciele stojącym u steru władzy nowego Państwa, Unii Europejskiej, na wzór rady najwyższej ZSRR.

W dyrektywie czytamy (punkt 4), że: "Wyboru substancji powinno się dokonywać przede wszystkim na podstawie ich bezpieczeństwa".
Jak Państwo myślą, w jaki sposób ustala się owo bezpieczeństwo substancji?
Z treści dyrektywy (punkt 1) wynika, że zajmuje się tym Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności, czyli European Food Safety Authority (w skrócie - EFSA).
Za moment wejdziemy na stronę EFSA, jednak jeszcze na chwilę wróćmy do unijnej dyrektywy:
"Artykuł 3
Wymogi ogólne
1.  Stosowanie substancji dodawanych w szczególnych celach
odżywczych prowadzi do produkcji bezpiecznych produktów..."

Warto zwrócić uwagę, że dyrektywa dopuszcza produkty, których producent może przedstawić dowody, że są one bezpieczne. Co w tym dziwnego? Niby nic. Ot, urzędniczy język. Trzeba jednak zauważyć, że tylko dzięki temu zapisowi wyeliminowano całą masę produktów, których producenci nie posiadają wystarczających dowodów na ich bezpieczeństwo. Kluczem jest to, że produkt zostaje wyeliminowany nawet w przypadku, gdy nie ma kompletnie żadnych dowodów na to, że jest on w jakiekolwiek sposób niebezpieczny.

Dostrzegają Państwo tę manipulację? Produktem bezpiecznym nie nazywa się już produktu, który nikomu nie zaszkodził. Produktem bezpiecznym nazywa się ten produkt, którego producent wydał zbędne krocie na jakich urzędniczy certyfikat stwierdzający urzędniczym językiem, że produkt jest bezpieczny.
Nie musimy pisać do jakich patologii łapówkarskich może dojść z powody takiej manipulacji pojęciem bezpieczeństwa.
Czy wyjdzie to na dobre obywatelom i klientom kupującym te produkty? Historia uczy na wielokrotnie, że tam gdzie urzędnik decyduje co jest "bezpieczne" a co nie, tam będziemy mieć do czynienia  z naruszeniami i patologią.

Wiele do życzenia pozostawiają nawet metody określania co jest bezpieczne a co nie. Urzędnicy nalegają, by w stosunku do produktów żywnościowych stosować kryteria jakimi posługują się firmy farmaceutyczne w badaniu nowych medykamentów. Chodzi o RCT (randomised controlled trial), czyli serie przypadkowych prób kontrolowanych polegających na przypadkowym poddaniu obiektów badań działaniu różnych kuracji lub warunków. Jak jednak wykonać we właściwy sposób przypadkową kontrolowaną próbę na okoliczność działania pożywienia? Czy da się przewidzieć jak powinna zachować się "grupa kontrolna" pozbawiona pożywienia? Czym innym jest porównywanie działania leku z grupą otrzymującą placebo, a czym innym pożywienie, od którego zależy przecież przetrwanie organizmu.

Dość powiedzieć, o czym nie każdy wie, że z tego właśnie powodu dwie najlepiej znane relacje między zdrowiem a pożywieniem: zdrowie wynikające ze spożywania dużej ilości owoców i warzyw oraz ryzyko podwyższonego ciśnienia związane z nadmiernym spożyciem soli kuchennej, nie są poparte ani jednym dowodem wynikającym z kryteriów RCT. Relacje to zostały sformułowane na podstawie zwykłych obserwacji lub dowodów natury epidemiologicznej.

Pomimo tego EFSA niezmiennie twierdzi, że tego typu dowody są zbyt słabe i że należy się trzymać metod wyznaczonych przez duże firmy farmaceutyczne, czyli RCT. Aż chce się zapytać, któż może stać za tak obranym kierunkiem działania EFSA.

Wchodzimy na stronę EFSA i co czytamy? Jeśli poszukać trochę, to, po pierwsze:
urząd ten kosztuje nas rocznie (dane za rok 2008) 65.900.000 Euro. Tak, prawie 66 mln Euro. Niby to nie tak dużo pieniędzy, ale gdy weźmie się pod uwagę czym się tam urzędnicy zajmują, to można się trochę zdenerwować.

Zajęcia "drogocennego" Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności, przedstawione są już na pierwszej stronie serwisu EFSA. Ot, choćby zagadnienie stworzenia pierwszej kompletnej oceny substancji smakowych przypominających smak wędzonki. Jak czytamy EFSA stworzyła listę dopuszczonych do sprzedaży produktów, co tu dużo pisać, imitujących po prostu smak dymu w produktach żywnościowych. To "pierwsze takie podejście do stworzenia spisu oceny bezpieczeństwa produktów tego typu".

Mimo, że od razu część prawdziwych europejczyków powinna poczuć, że nareszcie może spać spokojnie, to jednak aż strach pomyśleć ile kosztować nas będzie każde kolejne podejście do tego niezwykle zajmującego zagadnienia, bo przecież nie wątpimy, że na pierwszym się nie skończy. Wyjdą nowe produkty przypominające w smaku wędzonkę. Trzeba będzie heroicznie oceniać czy są bezpieczne.

Próbując sobie wyobrazić corocznie usypywaną górkę złożoną z 65 milionów Euro, która trafia do rąk urzędników tego tylko jednego urzędu, zastanawiamy się, czy nie taniej byłoby, gdyby te boczki, sery, kiełbasy, ryby wędzić tak zwyczajnie, po ludzku, w wędzarni, w prawdziwym dymie. Tak jak robili to nasi ojcowie i jak robi się to nadal domowymi sposobami w wielu miejscach w Polsce. Ale pewnie jesteśmy krótkowzroczni. A tu chodzi o sprawy wielkie, by nie rzecz globalne, np. o emisję CO2. Ktoś przecież musi powstrzymać globalne ocieplenie, którego skutki mogą mieszkańcy Europy właśnie obserwować za oknem. Gdyby jednak wędzić w CO i CO2, a nie polewając środkiem chemicznym, to przynajmniej dałoby się w ogóle jeść to jedzenie, w odróżnieniu od wytworów kupowanych w hipermarketach, które przygotowywane są, a jakże, z użyciem substancji smakowych imitujących smak wędzonki, znajdujących się na skrupulatnie stworzonej przez EFSA liście dopuszczonych i bezpiecznych produktów. Problem w tym, że mało który pies ma ochotę to zjeść.

W innych wiadomościach na stronie EFSA czytamy, że urząd ów wydał kompletny przewodnik zbierania narodowych informacji o konsumpcji.  Poradnik dotyczy metod i procedur wg. których należy postępować w czasie pozyskiwania narodowych danych na temat konsumpcji żywności. "Dokument ten wniesie wkład w harmonizację zbierania danych na temat diety na poziomie Europejskim."

Chodzi oczywiście o to, by urzędnik w regionie Polska zbierał dane na temat diety lokalnej ludności w taki sam sposób w jaki robi to urzędnik w regionie Portugalia, czy urzędnik w regionie Niemcy.

Tylko, znów patrząc na corocznie wysypywaną górkę złożoną z 65 milionów Euro, zastanawiamy się, czy nie taniej dla nas wszystkich byłoby, gdyby urzędnicy nie interesowali się naszą dietą. Bowiem koszt ich niezdrowego zainteresowania powoduje, że niejednej ciężko pracującej rodziny nie stać na codzienny, ciepły, mięsny posiłek, o owocach cytrusowych (oczywiście tych o odpowiednim zakrzywieniu, kształcie i wymiarze) dla ich dzieci nie wspominając.

Wydłużyło nam się troszkę owo "po pierwsze", ale tak to bywa gdy znów musimy pisać o milionach wyrzuconych w błoto. Skala tego marnotrawstwa jest porażająca.

Po drugie, obecną szefową, dyrektorem wykonawczym EFSA od 2006 roku jest Catherine Geslain-Lanéelle. Od 2002 roku pełniła ona także rolę wiceprzewodniczącej zarządu EFSA.

Kim jest ta Pani? Oto prawdziwa gratka dla wszelkiej maści oszołomów zainteresowanych teoriami spiskowymi, gdyż w roku 2001 i 2002 pełniła rolę przewodniczącej Komisji Zasad Generalnych w Codex Alimentarius.

Jeśli jeszcze nie wiedzą Państwo czym jest Codex Alimentarius, to koniecznie muszą Państwo rzucić się w wir poszukiwania informacji na ten fascynujący temat.
My napiszemy tylko (za Wikipedią), że Komisja Codex Alimentarius powstała w 1963 roku przy ONZ oraz Światowej Organizacji Zdrowia, a jej celem miała być "ochrona zdrowia konsumentów i zapewnienie uczciwej praktyki w międzynarodowym handlu żywnością". Jak zwykle pięknie i szlachetnie. Mniej więcej tak samo jak heroiczna walka z niosącą "śmierć i zniszczenie" pandemią grypy świńskiej. Ów kodeks zasad dotyczących żywności, z którego co i rusz znikają jakieś ważne dla naszego życia substancje, staje się pomału obowiązującym standardem, co potwierdzić mogą Ci z czytelników, którzy kilkanaście lat temu nie mieli już mleka pod nosem i żywili się pokarmem stałym. Dzisiejsze "jedzenie" kupowane w sklepach, to na prawdę chemiczna breja, pełna odpadów z żywieniowego recyclingu, w porównaniu z tym jak smakowały jeszcze choćby 15 lat temu produkty żywnościowe wytwarzane w naszym kraju. Zresztą, kto nie próbował, niech sam zakupi w małej jatce lub u rolnika, z domowego uboju, ładny kawałek schabu, zamarynuje go na dwa dni a później samodzielnie upiecze. Porównanie zapachu, smaku i konsystencji z produktem, który sprzedaje się w popularnych sklepach z metką "schab pieczony", w zależności od miejsca zamieszkania, może być naprawdę porażające.

Wracając do tematu Kodeksu, warto wiedzieć, choćby przypominając co napisano w 2002 roku w brytyjskim The Guardian że "w roku 1996 niemiecka delegacja na spotkaniu Komisji Codex Alimentarius złożyła propozycję sponsorowaną przez trzy niemieckie firmy farmaceutyczne, że żadne zioło, witamina czy minerał nie powinny być sprzedawany w celach terapeutycznych i prewencyjnych, proponując jednocześnie, by suplementy mineralne sklasyfikować na nowo do grupy medykamentów, lekarstw i narkotyków. Propozycja została przyjęta i uzgodniona, jednak wstrzymano jej wykonanie ze względu na protesty jakie wywołała"

Zwróćmy uwagę, że propozycję przyjęto, lecz wstrzymano jej wykonanie... zapewne tylko na pewien czas.

W 2004 roku znów The Guardian (naprawdę warto śledzić tę gazetę) opublikował inny artykuł, w którym autorka, w ramach własnego dochodzenia opisuje niezwykłe podobieństwo między celami Codex Alimentarius, a wprowadzanym za pomocą dyrektyw Komisji Europejskiej prawem.

U nas w tym czasie nikt nie cytował The Guardian.  W Polsce roku 2004 Kwaśniewski w broszurce obiecywał, że będzie się wszystkim lepiej żyło: dobrobyt, pieniądze, praca, nieskrępowane podróże, wysokie wynagrodzenia i emerytury, poprawa stanu dróg, edukacji, opieki zdrowotnej. Ach, czego tam nie było. Z ulicznych bilbordów patrzyli na nas znani i lubiani przedstawiciele mediów, którzy z uśmiechem epatowali przekazami "Tak, jestem Europejczykiem". Pamiętają Państwo?

Hołowczyc jest Europejczykiem

Mamy już rok 2010. Rozumiemy, że europoseł Hołowczyc jako jeden z nielicznych skorzystał ciepłą posadką na akcesji Polski do Wspólnot Europejskich. Czy już nadszedł czas, by rozliczyć Pana Hołowczyca z widniejących na plakacie zmodernizowanych szlaków transportowych i autostrad? Każdy zresztą może sobie wejść na stronę Europosła i tam się pośmiać, choćby z liberalizacji przepisów (jak to miała czynić PO) za pomocą nakazu jazdy rowerzystów w kamizelkach odblaskowych.

Jak słusznie opisała G. Wyborcza kampanię z 2004 roku "Przez emocje do Unii" Niewielu wtedy mówiło, żeby jednak ruszyć głową, rozważyć za i przeciw, zastanowić się zanim się z emocji zmoczy majtki.

W 2004 roku The Guardian pisał o prawie, które dopiero było wprowadzane. Dziś, w 2010 roku jest to prawo, które nas obowiązuje. Przypadek, uwieńczony posadą Catherine Geslain-Lanéelle dyktującą Komisji Europejskiej co wykreślić, czego zabronić i na co łaskawie zezwolić w żywieniu ludzi? Trudno w to uwierzyć.
Dziwnym trafem próby wprowadzania podobnego prawa zaobserwowano także w innych miejscach świata. Czyżby kolejny zbieg okoliczności? Przypadkowa globalizacja poprzez jak oni to określają "harmonizację" przepisów?

O kontrowersjach dotyczących Codex Alimentarius przeczytają Państwo wiele w internecie. Jest to jeden z tych tematów, o których nie mówi się w telewizji, radiu, nie pisuje na pierwszej stronie gazety.
Czy jest to jedynie kolejna teoria spiskowa? Sami muszą Państwo ocenić. Nasz dzisiejszy wywód i tak już jest przydługi.

Taki to więc nastał nowy rok. Nie dość, że zapisują i mają wgląd w nasze połączenia komórkowe, SMS i połączenia z internetem; nie dość, że grupa nieprzeszkolonych urzędników otrzymała uprawienia i uzbrojenie, które dotychczas przysługiwały wyłącznie policji, to jeszcze może się i dostać babci sprzedającej czosnek, o której wspominaliśmy na początku.
Czy Państwo zdają sobie sprawę ile w takim ząbku czosnku zgromadziło się zabronionego wanadu, zakazanego srebra czy nielegalnych w UE naturalnych form witaminy E? Być może jeszcze nie w 2010 roku, bo na szczęście czosnek nie został sklasyfikowany jako dodatek żywieniowy, ale kto wie czy w przyszłości nie okaże się, że sprzedająca czosnek babina "stwarza zagrożenie dla zdrowia lub życia ludzkiego", sprzedając małe cebulki znanej z filmów o wampirach rośliny? A wtedy dzielna straż miejska i gminna, egzekwując społeczną sprawiedliwość, będzie wręcz zmuszona do użycia elektrycznych paralizatorów, by jak zapewniało podchwytliwe hasło wyborcze, bez znaczenia, czy z prounijnej broszurki Kwaśniewskiego, czy z plakatów PO, "żyło się lepiej... wszystkim.".


Źródła informacji (w języku angielskim i polskim):
Rzeczpospolita
- nowe rozporządzenie telekomunikacyjne.
TVP.info
- nowe uprawienia straży miejskiej i gminnej
Wydział Dermatologii Uniwersytetu Kalifornii
na temat srebra.
Wydział Nauk o Żywieniu, Uniwersytet Stanowy Oklahoma
na temat wanadu.
Wydział Nauk o Ptactwie, Uniwersytet Kalifornii
- na temat wpływu wanadu na rozwój drobiu. (dokument PDF).
Budżet EFSA
- w roku 2008 wynosił 65 mln Euro (dokument PDF).
EFSA
- bezpieczeństwo substancji smakowych o smaku wędzonki.
EFSA
- kompletny przewodnik zbierania narodowych danych o konsumpcji w UE.
Catherine Geslain-Lanéelle
- szefowa EFSA pracowała dla Komisji Codex Alimentarius.
Wikipedia
- Codex ALimentarius
The Guardian
- opisuje co w 1996 r. przedstawiła niemiecka delegacja na Komisji Codex Alimentarius.
The Guardian
- podobieństwo ustaleń Komisji Codex Alimentarius do wprowadzanego w UE prawa.
Gazeta Wyborcza
- kampania roku 2004 "tak w referendum", czyli przez emocje do Unii.



Tagi: prywatność, telekomunikacja, ue, inwigilacja, przemilczane fakty

skomentuj (16)

Noworoczne życzenia i forum do odwiedzenia. 2009-12-31

W duchu naszego ostatniego wpisu, w nadchodzącym Nowym Roku, wszystkim serdecznie życzymy mniejszej dawki telewizji i większej dawki optymizmu!

Jednocześnie informujemy, że pod adresem:

http://orwell.forumotion.com

powołano do życia forum, na którym wszyscy użytkownicy mogą umieszczać swoje treści.

Głównie ma ono służyć sprawniejszej dystrybucji dostarczanych przez Państwa informacji, do czego blog i shoutbox nie bardzo się jednak nadają, a rzeczywiście szkoda, co sugerowało kilka osób, by w niepamięć szły podesłane przez czytelników odnośniki lub ciekawe informacje.

Dziesięć ostatnio dodanych przez użytkowników na forum tematów, będzie wyświetlanych także po prawej stronie na naszym blogu.

Forum, to oczywiście eksperyment, który jeśli spełni swoje informacyjne zadanie, może wszystkim całkiem dobrze służyć.
Jeśli okaże się niewypałem, to zniknie tak szybko jak się pojawiło.

Jeśli chodzi o sprawy bezpieczeństwa korzystania z forum, to jest to forum jak każde inne z tym, że serwery znajdują się poza granicami Polski, w USA. W zgodzie z obecnym amerykańskim prawem, dostawca usługi zapewne rejestruje każdy odwiedzający forum adres ip i przechowuje te informacje przez pewien okres czasu.

Nie wiemy, czy firma do której należy Forumotion nie bombarduje reklamami adresów e-mail służących do rejestracji użytkowników, warto więc do celów rejestracji na forum założyć jakąś nową, inną od używanej na co dzień, skrzynkę pocztową.

I to już wszystko.

Do siego roku.

skomentuj (0)

Gdy mówią, że Unia pełna jest uroku, manipulacja zadziała dopiero po roku. 2009-12-29

Ponad miesiąc temu, amerykański magazyn naukowy Miller-McCune, który stara się wiązać tematykę obecnych badań akademickich z raportami na żywo, by jak napisano w internetowym jego wydaniu, poruszać istotne kwestie społeczne, opublikował artykuł na temat badań Londyńskiej Szkole Ekonomii i Nauk Politycznych (London School of Economics and Political Science).

Temat wydał nam się ciekawy, ponieważ dotyczy propagandy i Unii Europejskiej, a wyniki badań miały udzielić odpowiedzi na pytanie: czy stronnicze media mają efekt "bomby zegarowej"? Autorka opisuje temat w następujących słowach:

Nie ma nikogo bardziej cynicznego w stosunku do mediów, niż przeciętny Europejczyk.
Jak ujawniło w sondażach BBC, mediom ufa jedynie 12% europejczyków, w porównaniu do 15% mieszkańców Ameryki Północnej, 29% mieszkańców Azji i Pacyfiku, i aż 48% mieszkańców Afryki.

Mimo tego, najnowsze badanie Londyńskiej Szkoły Ekonomii i Nauk Politycznych (London School of Economics and Political Science) sugerują, że nawet najbardziej zatwardziali mieszkańcy Europy, mogą ulegać medialnej manipulacji i zmieniać swój polityczny punkt widzenia, jeśli tylko podda się ich odpowiednio długiemu bombardowaniu stronniczych wiadomości i informacji.

Na uczelni, Michael Bruter, starszy wykładowca Polityki Europejskiej, przez ponad dwa lata karmił 1200 obywateli sześciu krajów, wiadomościami o Europie i Unii Europejskiej - jednych tylko złymi wiadomościami, innych tylko dobrymi.

Po pewnym czasie Bruter zauważył, że bez jednego nawet wyjątku, wszyscy czytelnicy przyswoili sobie w różnym stopniu stronnicze informacje i zmienili swój punkt widzenia na temat Unii Europejskiej oraz ich samych jako Europejczyków, niektórzy nawet w sposób skrajny. Zadziwiające było to, że nie zarejestrowano żadnych zmian tuż po tym, kiedy zakończono rozsyłanie w ramach eksperymentu stronniczych wiadomości - nie zanotowano aż do upływu sześciu miesięcy, gdy zmniejszyła się ich czujność.

Bruter nazywa to efektem "bomby zegarowej" stronniczych informacji. Jego studium ukazuje nieostry obraz tego, w jaki sposób cynizm wcale nie uodparnia obywateli na polityczną perswazję, a jedynie opóźnia jej działanie.

"Wiemy, że zwiększający się odsetek obywateli przestaje ufać mediom oraz, że niektórzy z tych obywateli jasno i wyraźnie stwierdzają, iż pomijają i nie biorą pod uwagę stronniczych informacji, które odbierają. Jednakże, pokazujemy, że pomimo przyjęcia powściągliwej strategii czytania, efekt tych odebranych wiadomości odzywa się z czasem."

Bruter nie studiował mediów Amerykańskich, jednak jego badania sprowokowały pytania na temat efektów długotrwałego wystawienia na działanie spolaryzowanych informacji telewizyjnych w sieciach takich jak FOX czy MSNBC, które obecnie są na pierwszym i drugim miejscu w zestawieniu kanałów informacyjnych. Ostatnio, administracja Prezydenta Obamy nazwała kanał FOX News politycznym oponentem zamiast licencjonowaną organizacją informacyjną.

Według Bruter'a, efekt "bomby zegarowej" skłania do zadania pytania, czy cynizm współczesnych obywateli nie prowadzi do tego, że stają się oni nawet bardziej bezbronni wobec dziennikarskich źródeł, którym nie ufają i na które sądzą, że są uodpornieni.

Dlatego też, obywatele Brytyjscy, najbardziej cyniczni ze wszystkich, mogą być zaalarmowani wobec anty-Europejskiego przechyłu ich mediów, jednak badania sugerują, że mimo tego zostaną zmanipulowani, by w mniejszym stopniu czuć się europejczykami niż inni, twierdzi Bruter.

Jak mówi, media - a w szczególności brukowce - powinny zaprzestać wzajemnych oskarżeń o stronniczość, które pełne są zapewnień iż "ich odbiorcy są dojrzali i obyci, potrafią odbierać to co czytają z przymrużeniem oka.

Przeciwnie, moje badania sugerują, że nawet obyty odbiorca w rzeczy samej jest podatny na manipulację.  Dla mediów to duża lekcja, że spoczywa na nich odpowiedzialność."

Bruter'a zaintrygowało pytanie na temat mediów oraz identyfikacji po tym, gdy obywatele Francji i Niderlandów odrzucili w głosowaniu proponowaną konstytucję dla Unii Europejskiej w 2005 roku.
To niepowodzenie, mówi autor, stworzyło imperatyw, by stwierdzić, czy media wpływały na to "dlaczego jedni obywatele czuli się Europejczykami bardziej niż inni."

Bruter opracował dwuletni eksperyment, w którym dwa razy w tygodniu wysyłał biuletyn zawierający stronnicze informacje na temat Europy i Unii Europejskiej. Biuletyn otrzymywało do 200 osób z Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Belgii, Portugalii i Szwecji. Kraje te reprezentowały wielkich i małych, bogatych i biednych, pro europejskich i eurosceptycznych członków UE.

Każdy czterostronicowy biuletyn, stworzony z zebranych codziennych i tygodniowych dokumentów europejskich, zawierał dwie strony artykułów traktujących wyłącznie na temat Europy i UE, albo tylko pozytywnych, albo tylko negatywnych.

W ten sposób, np. jedna grupa uczestników czytała o tym, że przywódcy Europejscy osiągnęli porozumienie, by wspólnie walczyć z przemytem narkotyków, że Airbus przegonił Boeing'a jako pierwszy na świecie producent samolotów oraz, że wartość Euro pnie się w górę. W tym samym czasie druga grupa czytała o spadającej wartości Euro, Airbus'ie, który przegrał z Boeingiem duży kontrakt w Chinach oraz, że przywódcy Europy Wschodniej nie porozumieli się w sprawie walki z zorganizowaną przestępczością.

W dodatku, biuletyn "dobrej nowiny" zawierał trzy fotografię lub rysunki pro europejskich symboli, takich jak mapa europy i fotografie flagi UE, podczas gdy biuletyn "złej nowiny" placebo, fotografie ludzi lub krajobrazów.

Zanim wysłano pierwszy biuletyn, uczestnicy wypełnili kwestionariusze, które miały na celu dokonanie pomiaru ich cywilnej, kulturalnej i europejskiej tożsamości. Odpowiadali (w różnych językach), na pytania takie jak "czy ogólnie, popierasz, czy jesteś przeciwny wysiłkom ku zjednoczeniu Europy?", "Czy uważasz się za obywatela Europy?", "Czy czujesz się bliższy innym współobywatelom Europy niż np. Chińczykom, Australijczykom, czy ludziom z Ameryki?"

Uczestnicy byli także proszeni o opisanie reakcji, gdyby widzieli, że ktoś pali flagę Europejską i reakcji, gdyby widzieli, że ktoś pali flagę ich własnego kraju.

Na praktycznie takie same pytania zawarte w kwestionariuszach odpowiedzieli jeszcze dwukrotnie. Zaraz po zakończeniu dwuletniego okresu otrzymywania biuletynu, oraz jeszcze sześć miesięcy później.

Odkryto, że stronnicze informacje praktycznie nie wpływały na to, czy obywatel czuł się bardziej czy też mniej Europejczykiem lub bardziej lub mniej opowiadał się za Unią Europejską, zaraz po tym kiedy przestał on otrzymywać biuletyn. Jednak po sześciu miesiącach od tego momentu, rezultaty pokazały bez cienia wątpliwości, że biuletyn wywarł wyraźny wpływ.

W czasie badań odkryto, że stałe wystawienie na działanie symboli Europy i Unii Europejskiej - flag, map, wizerunku banknotów Euro, działało natychmiast, powodując, że ludzie czuli się bardziej Europejscy. Po sześciu miesiącach od zakończenia eksperymentu, uczestnicy, którzy regularnie byli wystawiani na działanie symboli, mieli w coraz większym stopniu ich świadomość w życiu codziennym. W rezultacie, zostali przygotowani do dostrzegania tych symboli poprzez biuletyn.

Jednak efekt "bomby zegarowej" stronniczych informacji był bardziej efektywny niż wystawienie na działanie widoku symboli, jeśli chodzi o manipulowanie członkami "w wielkim stopniu cynicznej opinii publicznej w Europie"- mówi Bruter.

"Ukazuje to, że nawet najbardziej niewiarygodna propaganda, może odnieść z czasem efekt i że najbardziej nieprawdopodobne, bezpodstawne plotki mogą w pewnym stopniu kształtować opinię."

Dziś Unia Europejska urosła do 27 krajów członkowskich, z sześciu pierwszych, które najpierw zaangażowały się w obopólną gospodarczą kooperacje w 1957 roku. Traktat Lizboński, zamiennik za odrzuconą w 2005 roku Konstytucję Europejską, gotów jest do wdrożenia w tym roku. 26 z 27 państw ratyfikowało go, włączając w to Francję i Niderlandy. Jedynie Czechy się wstrzymują. (miesiąc temu jeszcze tak było. Dziś wiemy, że Czechy także się poddały - przyp. tłum.)

Jednak niezależnie od działania rządów, to dlaczego i w jaki sposób obywatele różnych krajów w Europie zaczynają czuć się mniej Brytyjczykami, Duńczykami, czy Portugalczykami, a powiedzmy w sercu bardziej Europejczykami, nadal pozostaje otwartym pytaniem. Media, jak twierdzi Bruter, mogą hamować lub pobudzać to uczucie z biegiem czasu.

"Rezultat odbierania informacji ostatecznie i tak działa, więc wpływa na obywatelską identyfikację europejską z nadzwyczajną skutecznością w dłuższym okresie czasu" - mówi Bruter.

"Bomba Zegarowa? Dynamiczny Efekt Wiadomości i Symboli na Polityczną Identyfikację Europejskich Obywateli" (Time Bomb? The Dynamic Effect of News and Symbols on the Political Identity of European Citizens) pojawił się  na początku roku w publikacji Comparative Political Studies.


Przyznajemy, że nie pokusiliśmy się o samodzielne zapoznanie się z oryginalnym tekstem Michael'a Bruter'a, który dostępny jest jedynie w płatnej formie, jednak nie podejrzewamy, by amerykański magazyn miał jakieś powody do przekręcania wyników i wniosków płynących z brytyjskich badań.

Nam trochę śmieszne wydają się spostrzeżenia o biednych, zmanipulowanych Brytyjczykach, którzy zamiast w naturalny sposób pokochać Unię Europejską, z powodu ogromu antyunijnej nagonki w mediach, zdając sobie sprawę z tej nikczemnej i grubymi nićmi szytej manipulacji, podświadomie jednak ulegają jej wpływom po dłuższym czasie. Stąd ta niechęć.

Co w takim razie trzeba by napisać o ostatnich 10 latach w Polsce? Biorąc pod uwagę bezmiar medialnej euro-miłości, achów i ochów oraz politycznej klaki nad wszystkim na czym nalepiono niebieską flagę z żółtymi gwiazdkami, Polak powinien uważać się za najbardziej europejskiego przedstawiciela rasy europejskiej jakiego IV Rzeszy udało się ukształtować.

Przyznać jednak musimy, że mamy pewien problem z wynikami tych badań. Jeśliby były one prawdziwe, to jaki Państwa zdaniem powinien być współczesny Polak, który przestał czytać trzy lata temu Gazetę Wyborczą, bo jak wiemy poczytność Gazety zmalała w ostatnich latach bardzo drastycznie?  Polak ten zorientował się już dawno, że Gazeta nie ma nic wspólnego z rzeczową publicystyką lub rzetelnym przekazem informacji, jednak czytając z przymrużeniem oka, już po ponad 6 miesiącach od jej odstawienia, powinien zdradzać pewne szczególne objawy zmiany światopoglądu zgodne ze stronniczymi tekstami GW.

Po pierwsze powinien zionąć nienawiścią do braci Kaczyńskich, PiSu i każdej ich inicjatywy, miłować zaś wszystko co wyduma, stworzy i możną ręką powoła do życia obecny rząd.

Po drugie powinien potępiać w całej rozciągłości wszelkie działania oszołomów z IPN, współczuć zaś i bronić byłych przepracowanych działaczy PZPR, dzielnych oficerów prowadzących, ich podopiecznych i innych ludzi honoru.

Po trzecie powinien ochoczo promować alternatywne zachowania seksualne, by przeniknęły i stały się codziennością Polskich miast, miasteczek i wsi, o ulicach, skwerach, deptakach i szkołach, nie zapominając, gdzie najmłodszych nauczać powinno się poza hymnem Unii Europejskiej, także ważnego zagadnienia tolerowania w przestrzeni publicznej zachować seksualnych pederastów.

Po czwarte powinien kochać jak ojczyznę własną Państwo Żydowskie, spijać z ust naczelnego rabina Polski każde słowo mądrości i napomnienia i karnie robić wszystko, by tylko przypadkiem nie pogorszyć stosunków między Polską a przedstawicielami narodu żydowskiego - czyli czuć się winnym za zbrodnie jakie jego przodkowie popełniali pospołu z tzw. nazistami w polskich obozach koncentracyjnych.

Itd., itp.. Część z Państwa czyta lub czytała kiedyś Wyborczą, więc sami Państwo wiedzą co publikowano na jej łamach.

No i tu właśnie mamy problem. Bo generalnie nic się nie zgadza z konkluzjami jakie wyciągnął Michael Bruter ze swych ponad dwuletnich badan.

Jak choćby dziś czytamy na wp.pl, która donosi za Rzeczpospolitą:
"W 2009 r. poparcie tracili i premier i rząd", głosi pierwsze zdanie artykułu, w którego swoistym sondażowym podsumowaniu mijającego roku czytamy, że "PiS w styczniu miał 25% zwolenników i w grudniu ma ich dokładnie tyle samo."

Czyli ani PiS'owi nie spadło, ani się Polacy w cudotwórczym rządzie stopniowo nie zakochali, a wręcz przeciwnie.

W innym artykule czytamy wypowiedź środowisk, które zmuszone są organizować w Polsce parady równości, że "nietolerancja wciąż jest zjawiskiem powszechnym, dlatego nasze parady wciąż są potrzebna" a inny znany działacz na tym polu dodaje, że "gdybyśmy nie bali się ujawniać byłoby nas tu dzisiaj dwa miliony."... czyli ludność nadal okazuje obrzydzenie wobec zachowań pederastów.

O narastającym, rdzennym i wypitym z mlekiem matki-polski antysemityzmie już nawet nie wspominając, bo objawia się on ciągle, ostatnio choćby i w bulwersującej cały świat kradzieży napisu z bramy polskiego obozu zagłady żydowskiej.  Czyli antysemityzmu ciąg dalszy.

Czy to nie dziwne, że nijak nie można się dopatrzeć dziś efektu bomby zegarowej wśród byłych czytelników GW?

Wnioski jakie można wysnuć na podstawie rozbieżności między polska rzeczywistością a badaniami brytyjskiej uczelni, mogą być tylko dwa. Albo badania są do niczego, bo Polacy nijak się mają do reszty europejskich braci, którzy podświadomie ulegają nawet mało wyrafinowanej manipulacji już po 6 miesiącach od jej "odstawienia", albo... mylą się sondaże i paradujący w tęczowych pochodach działacze.  Co gorsza, mylili się i Izraelski wiceminister i minister ds. rozwoju regionalnego, który o kradzieży powiedział, iż "Ten gest świadczy po raz kolejny o wrogości i przemocy wobec Żydów", i jego koledzy: "izraelski minister informacji i diaspory Yuli Edelstein skomentował kradzież tablicy jako "największy błąd polskiej policji". Członek prawicowego Likudu wyraził również zaniepokojenie rosnącą liczbą antysemickich incydentów na całym świecie".

Czego by jednak nie mówić i niezależnie od tego, czy jako Polacy jesteśmy jakoś szczególnie uodpornieni na skutki przebywania w zasięgu manipulacji mediów, warto na pewno stosować się do starej zasady znanej w informatyki, która w oryginale brzmi: "garbage in, garbage out" co tłumaczy się jako "śmieci na wejściu dadzą śmieci na wyjściu", nawet jeśli wg. najnowszych badań zajmuje to trochę więcej czasu niż się ludziom wydaje.
Dlatego naszym zdaniem, o czym pisaliśmy wielokrotnie, ważne jest skąd i w jaki sposób pozyskujemy informacje. Dlatego też praktycznie od początku zachęcaliśmy czytelników do odstawienia telewizorów i pozyskiwania informacji we własnym zakresie, najlepiej szukając i porównując je u kilku źródeł.

Nie wolno też nie doceniać siły oddziaływania drobnych elementów, takich jak sporadycznie i niby przypadkowo pokazywane symbole, gesty, obrazy, bo one także wywierają na nas wpływ. Pod tym względem telewizja własnie ma największe pole działania, będąc strumieniem bezwolnie przyswajanych obrazów, bombardujących ludzkie umysły z prędkością 25 klatek na sekundę.



Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
Magazyn miller-mccune
- artykuł na temat efektu bomby zegarowej stronniczych mediów.
BBC
- sondaże na temat zaufania.
"Time Bomb? The Dynamic Effect of News and Symbols on the Political Identity of European Citizens"
- dokument w formacie PDF dostępny po rejestracji i dokonaniu opłaty.
wp.pl
- rząd i premier źle oceniani, poparcie dla PiS bez zmian.
wp.pl
- nietolerancja wobec homoseksualistów.
wp.pl
- kradzież bramy antysemickim incydentem i przemocą wobec Żydów.



Tagi: manipulacja, ue

skomentuj (9)

Zaklinanie zmian klimatu przy pomocy sofizmatów. 2009-12-21

Jak zapewne większość z Państwa wie, 7 grudnia 2009 w zasilanym energią wiatrową Bella Center w Kopenhadze, rozpoczął się szczyt klimatyczny Organizacji Narodów Zjednoczonych, który zakończył się przedwczoraj wieczorem.
"Uczestniczyli w nim politycy, około 16500 biurokratów, tysiące dziennikarzy, aktywistów, setki limuzyn, ponad 100 prywatnych samolotów odrzutowych, olbrzymia ilość energii została zużyta przez 30 tysięcy uczestników, z których wielu było jedynie agitatorami politycznego planu.
Australijski Premier miał w Kopenhadze możliwości zrobienia sobie zdjęcia w czasie krótkich odwiedzin, na które pozwolił mu odrzutowiec spalający więcej paliwa w czasie tej podróży, niż cały resort Arkaroola Wilderness zużyje w ciągu roku.

Brytyjskie Zrzeszenie Podatników (UK Taxpayers' Alliance) obliczyło, że koszt konferencji wynosił tyle ile GDP Republiki Malawi" - tak napisał na łamach http://www.abc.net.au na temat szczytu w Kopenhadze, Ian Plimer, profesor geologii górniczej na uniwersytecie w Adelaide, jednocześnie profesor w stanie spoczynku Nauk o Ziemie na Uniwersytecie w Melbourne, gdzie pełnił także funkcję dyrektora w latach 1991-2005.

Nie wiemy czy wydano aż tyle ile wynosi GDP Malawi, jednak całkiem imponująca wydaje się suma 54 mln. funtów brytyskich wydana w czasie szczytu tylko na pensje gromady delegatów i polityków.

Inne media Kopenhagę przedstawiły trochę odmiennie - jako niecodzienne wydarzenie, któremu w duńskim mieście towarzyszyły prezentacje techniczne, pokazy naukowe, koncerty oraz oczywiście demonstracje i zamieszki, a wszystko to miało pomóc w zmniejszeniu emisji trucicielskiego wyziewu, zanieczyszczenia zwanego naukowo dwutlenkiem węgla, którego chemiczny symbol i nazwa potoczna to CO2.

Spotkanie to miało być kolejnym krokiem ku uporządkowaniu światowej gospodarki, co miało wiązać się z transferami dóbr na kwoty powyżej trylionów dolarów. Miało także wiązać się z utratą miejsc pracy idącą w miliony, również milionami ludzi zyskującymi nową pracę, wprowadzaniem nowych podatków, relokacją przemysłu, nowymi taryfami i dotacjami, oraz skomplikowanymi opłatami na rzecz schematów walki z gazami cieplarnianymi, oraz podatkami za emisję dwutlenku węgla - a wszystko to pod nadzorem globalnej instytucji, globalnego organu.
Takie i inne rezultaty opisano w "nocie informacyjnej" Organizacji Narodów Zjednoczonych na temat potencjalnych konsekwencji kroków, które kraje uprzemysłowione miały podjąć, by wdrożyć w życie wytyczne z Kopenhagi, następcy Protokołu z Kioto.
Pisaliśmy na temat noty ONZ cytując artykuł Fox News w kwietniu tego roku pt.: "Formy życia i zanieczyszczenia oparte na węglu."

Z noty, która o ponad pół roku wyprzedzała szczyt w Kopenhadze, wyraźnie wynikało jakie nadzieje wiążą z nim ludzie stojący za ONZ i organizacją całego globalnego ruchu na rzecz klimatu.
W ogóle wydaje nam się, że bardzo często zapomina się, iż szczyt w Kopenhadze był spotkaniem ONZ, a nie jak mają zwyczaj to relacjonować media, jakimś heroicznym spotkaniem polityków zatroskanych tragicznym stanem ziemskiego klimatu.

Już pewnie planowano, że będzie tak sprawnie i ekologicznie i wszystko pójdzie jak po maśle, powstanie globalne ciało do zarządzania w czasie kryzysu spowodowanego niebezpieczeństwem wywoływanych przez człowieka globalnych zmian klimatycznych.
Nie wszystko poszło jednak w zgodzie z tym planem. Wprawdzie delegatów chętnych na wyżerkę i popijawę na koszt nieświadomych podatników pojawiło się wielu, jednak tuż przed konferencją, z niektórych mniej posłusznych mediów, jak na złość, zaczęła wylewać się na światło dzienne ciekawa informacja. Informację tę odkrył człowiek (w mediach nazywano go dla postrachu hackerem), któremu dobro innych widocznie nie było obojętnie.
Ujawnione materiały dotyczyły rzetelności badań jednego z najbardziej opiniotwórczych ośrodków w dziedzinie zmian klimatycznych, Uniwersytetu Wschodniej Anglii (UEA - University of East Anglia).

Przykra niespodzianka.

Przypomnijmy tym, którzy nie śledzili tych wydarzeń w często dziwnie milczących mediach krajowych, jak to się zaczęło i co ujawniono do tej pory.

Udało nam się ustalić, że 17 listopada 2009 roku na rosyjskim serwerze FTP pojawił się plik ZIP http://ftp.tomcity.ru/incoming/free/FOI2009.zip który zawierał 1079 listów poczty elektronicznej oraz 72 dokumenty. Plik ten zniknął już z serwera ftp na którym począkowo się pojawił, ale ponieważ w Internecie rzadko coś ginie, namierzyliśmy go na stronie megaupload, a także w odnośnikach The Pirate Bay oraz na specjalnie stworzonej stronie WWW, która zawiera wersję wszystkich listów umieszczonych w formie pozwalającej na ich czytanie i przeszukiwanie online.

Przez pierwsze trzy dni, wiadomość pojawiła się tylko na kilku blogach. Nikt nie wiedział, czy wszystko to przypadkiem nie jest jakimś okrutnym żartem. Wielu internautów nie wierzyło, że to prawda, wstrzymując się od wypowiedzi do momentu potwierdzenia lub zdyskredytowania tych informacji.
Maile owe rzekomo miały pochodzić z UEA i stanowić miały dowód nieoficjalnych rozmów, jakie prowadzą między sobą zatrudnione w tej instytucji autorytety naukowe. Ujawniona poczta obejmowała w sumie okres prawie 13 lat.
Trzeba zdawać sobie sprawę, że w przypadku UEA nie mówimy tutaj o jakiejś tam uczelni, która ma wpływu na niewiele więcej niż tylko oceny w indeksach swoich studentów. Mówimy tu o instytucji, "niewielkiej grupie naukowców, którzy przez lata, jak żadna inna tego typu grupa, mieli wpływ na kierowanie światowymi sygnałami alarmującymi na temat globalnego ocieplenia i to nie tylko z powodu roli jaką odgrywali oni w Międzyrządowym Panelu do spraw Zmian Klimatu ONZ (Intergovernmental Panel on Climate Change (IPCC))". Tak opisał grupę naukowców, tydzień po ujawnieniu tajemniczej poczty, brytyjski The Telegraph.

Z tego właśnie powodu większość dziennikarzy i internautów interesujących się tematem uważała, że treść ujawnionej korespondencji to jedynie głupi żart.
Po momencie niepewności, następne wydarzenia rozegrały się praktycznie w czasie kilku godzin. Bombardowany zapytaniami z całego świata dyrektor jednostki do badań klimatu UEA przyznał, że e-maile rzeczywiście pochodzą z ich wydziału badań nad klimatem.
Świat błyskawicznie obiegła ta wiadomość i o treści listów zaczęto pisać szerzej, zagłębiając się w ich lekturę i ujawniając coraz to nowe wątki.
A co takiego strasznego znajduje się w tej naukowej  korespondencji?
Z listów wynika, że najbardziej wpływowi naukowcy, których działania praktycznie stanowiły koło zamachowe teorii globalnego ocieplenia wywołanego działalnością człowieka, mogą być zamieszani w niemały skandal, być może jeden z największych w historii współczesnej nauki.
Zresztą warto poczytać samemu - wersja językowa oryginalna:
"
From: Phil Jones
To: ray bradley ,mann@XXXX, mhughes@XXXX
Subject: Diagram for WMO Statement
Date: Tue, 16 Nov 1999 13:31:15 +0000
Cc: k.briffa@XXX.osborn@XXXX

Dear Ray, Mike and Malcolm,

Once Tim’s got a diagram here we’ll send that either later today or first thing tomorrow.

I’ve just completed Mike’s Nature trick of adding in the real temps to each series for the last 20 years (ie from 1981 onwards) amd from 1961 for Keith’s to hide the decline. Mike’s series got the annual land and marine values while the other two got April-Sept for NH land N of 20N. The latter two are real for 1999, while the estimate for 1999 for NH combined is +0.44C wrt 61-90. The Global estimate for 1999 with data through Oct is +0.35C cf. 0.57 for 1998.

Thanks for the comments, Ray.

Cheers
Phil
"
Wytłuszone przez nas zdanie tłumaczy się następująco:
"Skończyłem właśnie trik Mike'a z Nature (magazynu naukowego Nature - przyp. tłum.), z dodawaniem w realnych temperaturach do każdej serii z ostatnich 20 lat (np. od 1981 i dalej) i od 1961 dla Keith'a, żeby ukryć spadek."

Gdzie indziej czytamy:

"From: Kevin Trenberth
To: Michael Mann
Subject: Re: BBC U-turn on climate
Date: Mon, 12 Oct 2009 08:57:37 -0600
Cc: Stephen H Schneider , Myles Allen , peter stott , “Philip D. Jones” , Benjamin Santer , Tom Wigley , Thomas R Karl , Gavin Schmidt , James Hansen , Michael Oppenheimer

Hi all

Well I have my own article on where the heck is global warming? We are asking that here in Boulder where we have broken records the past two days for the coldest days on record. We had 4 inches of snow. The high the last 2 days was below 30F and the normal is 69F, and it smashed the previous records for these days by 10F. The low was about 18F and also a record low, well below the previous record low.

This is January weather (see the Rockies baseball playoff game was canceled on saturday and then played last night in below freezing weather).

Trenberth, K. E., 2009: An imperative for climate change planning: tracking Earth’s global energy. Current Opinion in Environmental Sustainability, 1, 19-27, doi:10.1016/j.cosust.2009.06.001. [1][PDF] (A PDF of the published version can be obtained from the author.)


The fact is that we can’t account for the lack of warming at the moment and it is a travesty that we can’t. The CERES data published in the August BAMS 09 supplement on 2008 shows there should be even more warming: but the data are surely wrong. Our observing system is inadequate.
"

Wytłuszone przez nas zdania tłumaczą się następująco:

"No dobra, mam mój własny artykuł na temat gdzie u diabła podziało się globalne ocieplenie? Pytamy o to tutaj w Boulder, gdzie ustanowiliśmy rekord dwóch ostatnich dni jako najzimniejszych od czasu notowań. Mieliśmy 4 cale śniegu. Najwyższa temperatura w ciągu ostatnich dwóch dni wyniosła 30F a normalnie jest 69F, a to zmiata poprzednie rekordy z tych dni o 10F. Najniższa była około 18F i jest także rekordowo niska, znaczy poniżej poprzedniej rekordowo niskiej.
...
Faktem jest, że nie możemy zdać sprawozdania z braku ocieplenia w tym momencie i to w sumie parodia, że nie możemy. Dane CERES opublikowane w sierpniowym BAMS 09 dodatku w 2008 pokazują, że powinno być nawet zwiększone ocieplenie, ale dane są na pewno złe. Nasz system obserwacji jest niewłaściwy."

CERES to eksperymentalny program NASA dotyczący danych klimatologicznych, który ma na celu zrozumienie roli jaką odgrywają chmury oraz cykle energii w globalnych zmianach klimatu.

W innym liście czytamy:

"
    From: Phil Jones
    To: “Michael E. Mann”
    Subject: IPCC & FOI
    Date: Thu May 29 11:04:11 2008

    Mike,

    Can you delete any emails you may have had with Keith re AR4?

    Keith will do likewise. He’s not in at the moment – minor family crisis.

    Can you also email Gene and get him to do the same? I don’t have his new email address.

    We will be getting Caspar to do likewise.

    I see that CA claim they discovered the 1945 problem in the Nature paper!!

    Cheers

    Phil

    Prof. Phil Jones
    Climatic Research Unit
"

Tutaj Phil Jones prosi kolegów o pokasowanie korespondencji i przekazanie innym, żeby zrobili to samo. W wytłuszczonym przez nas zdaniu czytamy:
" Widzę, że CA twierdzi, że odkryli problem 1945 roku w papierach Nature (chodzi o naukowy magazyn Nature - przyp. tłum.)"

Nie mamy teraz zamiaru, ani pewnie Państwo cierpliwości, brnąć przez wszystkie ponad 1000 listów i ponad 70 dokumentów. Niektórzy jednak, po ujawnieniu tej korespondencji zadali sobie taki trud.
Generalnie potwierdzono dziś, że z informacji zawartych w listach wynika, iż utworzono rodzaj konspiracji, że istniała zmowa w wyolbrzymianiu danych świadczących o ociepleniu, że prawdopodobne niszczono kłopotliwe informacje, że naukowcy stawiali zorganizowany opór przed ujawnianiem danych, że dopuszczali się manipulacji danymi, na podstawie których udowadniano później apokalipsę globalnego ocieplenia spowodowanego działalnością człowieka, że celowo dodawano wyniki do ogłaszanych publiczne twierdzeń.
Jednym słowem afera, która powinna wstrząsnąć światem nauki, polityki i ekologii. W Internecie zaczęto używać określenia Climategate, wzorując się na nazwie amerykańskiej afery z lat 70-tych.
Znamiennym jest, że debata na ten temat toczy się głównie w Internecie. A w mediach nic. Praktycznie cisza, przerywana nielicznymi sygnałami prasy i kilku odważniejszych dziennikarzy. Większość głównych mediów starała się nie zauważać tematu, choć logicznie rzecz biorąc wszyscy ,od różnych TVN'ów, poprzez brukowe gazety, po poważne tytuły, powinni grzmieć na alarm, że w Kopenhadze, a wcześniej np. w parlamencie Państwa Europejskiego, robi się wszystkich nas w globalnego balona!

The Guardian wydawał się trzymać rękę na pulsie. W kilka godzin od ukazania się plików w internecie rozpoczął relację od artykułu zatytułowanego: "Sceptycy klimatyczni twierdzą, że ujawnione listy są dowodem panującej wśród naukowców zmowy", w którym opisał zarzuty stawiane naukowcom, oraz próby ich obrony.

"Zdajemy sobie sprawę, że informacje z serwera używanego do celów informacyjnych w jednym z wydziałów uniwersytetu zostały udostępnione na publicznej stronie internetowej." - oznajmił rzecznik prasowy uczelni.

Oczywiście naukowcy, występujący w głównych rolach listowej afery, nie chcieli potwierdzić, czy listy podpisywane ich nazwiskiem są prawdziwe.

"Nie będę komentował zawartości listów pozyskanych w sposób nielegalny. Powiem jedynie, że ich kradzież - i wierzę, że jakiekolwiek powielenie listów pozyskanych na publicznych stronach itd., stanowią poważną działalność kryminalną. Mam nadzieję, że sprawcy oraz ich pomocnicy, zostaną namierzeni i oskarżeni w całej mierze na jaką pozwala prawo." - tak odpowiadał jeden z głównych bohaterów korespondencji, profesor Michael Mann, dyrektor Centrum Nauki Systemu Ziemi przy Uniwersytecie Stanowym Pensylwanii (Pennsylvania State University's Earth System Science Centre).

Trzy dni po ujawnieniu listów i dokumentów, Uniwersytet Wschodniej Anglii zapowiedział wszczęcie własnego śledztwa w tej sprawie, choć niektórzy odradzali takie działanie, o czym ponownie poinformował czytelników brytyjski The Guardian opisując jednocześnie reakcje Michal'a Mann'a oraz jego przyjaciół. Wszyscy zgodnym chórem twierdza, że ich listowne wypowiedzi są "wyrywane z kontekstu i wydawać się mogą pogrążające", kiedy uważnie wybierają je dla własnych potrzeb przeciwnicy teorii zmian klimatu wywołanych przez działalność człowieka.
"Jeśli spojrzy się na e-maile, nie ma tam żadnych dowodów fałszowania danych, nie ma dowodów, że zmiany klimatu to ściema." - mówił rzecznik prasowy brytyjskiego rządowego  serwisu meteorologicznego (The Met Office).

29 listopada, The Times opublikował artykuł pt.: "Wielki naukowy skandal dotyczący zmian klimatu". W artykule czytamy m.in.:
"Phil Jones jest kluczowym graczem na naukowej scenie zajmującej się zmianami klimatu. Stworzona przez jego departament baza danych o zmianach temperatur i ich pomiarach, stała się najważniejszym elementem na którym buduje się sprawę globalnego ocieplenia.
Ujawnione listy sugerowały jednak, że Jones i niektórzy z jego kolegów, mogli tak bardzo przekonać się do swoich racji, że przekroczyli granicę między obiektywnymi badaniami a prowadzeniem aktywnej kampanii.
W jednym z listów, Jones przechwala się używaniem statystycznego triku, by ukryć jawiący się spadku globalnej temperatury. W jeszcze innym obstaje, by skasować dane, których udostępnienia domagali się sceptycy.
W trzecim liście proponował zorganizowany bojkot prac naukowych, które ośmieliły się opublikować badania, podkopujące przesłanie o globalnym ociepleniu."

The Times przypomina w artykule genezę całego problemu ze współczesną interpretacją wyników badań nad zmianami klimatu i opisuje dlaczego UEA jest placówką aż tak istotną :

"Hakerski skandal to nie odizolowany przypadek. Przeciwnie, jest to ostatnia runda trwającej od dawna batalii nad nauką o klimacie, której początki sięgają roku 1990.

To wtedy Międzyrządowy Panel do spraw Zmian Klimatu (IPCC) - grupa naukowców doradzająca rządom na całym świecie -opublikowała swój pierwszy zestaw ostrzegawczych raportów, że Ziemia stanęła naprzeciw śmiertelnego niebezpieczeństwa zmiany klimatu. Centralną częścią tego raportu był zestaw danych, ukazujący jak szybko rosła temperatura półkuli północnej.
Problem polegał na tym, że część wyników wskazywała, iż wszystko to już się kiedyś wydarzyło. Tzw. okres średniowiecznego ocieplenia, 1000 lat w czasie których Brytania pokryta była winnicami, a Wikingowie wypasali bydło na zielonej wówczas Grenlandii. Dla każdego dobrego naukowca był to powód do zadania pytania: czy obecne ocieplenie związane jest z obecną eksploatacją paliw kopalnych, czy może jest częścią naturalnego cyklu?

Naukowcy zasiedli do pracy i w 1999 roku grupa pod kierownictwem profesora Micheael'a Mann'a, klimatologa Uniwersytetu Pensylwanii, otrzymała inne wyniki, które pokazywały, iż średniowieczne ocieplenie nie miało tak naprawdę większego znaczenia.

Chodziło o to, iż niektóre fragmenty Atlantyku może i się ociepliły, lecz zapiski sugerują, że w tym samym czasie Pacyfik był raczej chłodny, więc średnio w zmianach temperatur była tylko niewielka różnica.
Na wykresie, dane profesora Mann'a przypominały znany "kij hokejowy". Ukazuje on temperatury północnej półkuli jako linię, która pozostaje płaska przez kilkaset lat, by ostro rosnąć od roku 1900 aż do dziś. Wnioskiem płynącym z tej prezentacji miało być stwierdzenie, że wzrost temperatury będzie postępował, niosąc ze sobą potencjalnie śmiertelne konsekwencje dla ludzkości.

Wizja kontynentów nawiedzanych przez huragany i powodzie w czasie gdy roztapia się Arktyka, przerodziła debatę naukową w wysoce emocjonalną i polityczną dyskusję. Język używany przez "ociepleniowców" tak samo jak i sceptyków, ulegał coraz większej polaryzacji.

George Monbiot, poważany pisarz zajmujący się tematyką ekologii, wszystkim wątpiącym w ocieplenie wywołane działalnością człowieka przylepił łatkę "climate deniers" (osoby zaprzeczające klimatowi), co jest zwrotem nieprzyjemnie bliskim określeniu "holocaust denial" (zaprzeczanie holokaustowi). Sceptycy, szczególnie w Ameryce, sugerowali, że naukowcy, którzy wierzą w zmiany klimatu, są częścią globalnej lewackiej konspiracji, chcącej wyciągnąć biliony dolarów na tzw. zielone technologie.

Bardziej przekonywującą krytyką jest istnienie oporu przed przyznaniem, że istnieją odmienne poglądy w kwestii nauki o klimacie. Al Gore, były wiceprezydent USA, który przekształcił się w zielonego działacza prowadzącego kampanię, określił wynik debaty na temat klimatu jako już ustalony. Krytycy powtarzają jednak, iż nauka ta nie została do końca sprawdzona. I właśnie dlatego Jednostka do spraw Badań Klimatu przy Uniwersytecie Wschodniej Anglii ma tak wielkie znaczenie.

Jej badania stworzyły zapisy zmian temperatur jakie dokonywały się przez tysiące lat. Być może najważniejsze są zapisy dotyczące temperatury lądów i mórz na świecie od połowy XIX wieku. To z tej właśnie bazy danych pochodzą wyniki ukazujące "niedwuznaczny" wzrost o 0,8C w czasie ostatnich 157 lat, na czym opiera się i od czego zależy wykres hokejowego kija Mann'a i wiele więcej innych zagadnień w nauce o klimacie.

Niektórzy z krytyków wierzą, że odkrycia Jednostki do spraw Badań Klimatu przy UEA powinny być traktowane z większą rozwagą, ponieważ wszystkie publikowane dane zostały "skorygwane" - co oznacza, że zostały zmienione, by rekompensować ewentualne anomalie w sposobie pozyskania danych. Zmiany tego rodzaju to rzecz normalna, kontrowersje pojawiają się wokół sposobu w jaki są dokonywane. Sprawę pogarsza jeszcze niechęć Jednostki do spraw Badań Klimatu do upowszechnienia oryginalnych danych w formie nieskorygowanej.

David Holland, inżynier z Northampton, jest jednym z wielu sceptyków, którzy przekonani są, iż naukowcy z jednostki przy UEA, całego tego procesu dokonali w sposób niewłaściwy. Gdy złożył on wniosek o udostępnienie mu tych danych w zgodzie z przepisami o wolności informacji (freedom of information laws), odmówiono mu stwierdzając, że "nie leżało to w publicznym interesie".

Inni którzy złożyli podobne wnioski o udostępnienie danych, zostali potraktowani odmownie, ponieważ nie pochodzili ze środowiska akademickiego.

Próbował także normalny akademik, Ross McKitrick, profesor ekonomii na Uniwersytecie Guelph w Kanadzie:
"Odmówiono mi podając zupełnie inny powód. Jednostka przy UEA oznajmiła, iż uzyskała te dane w ramach poufnych umów i w związku z tym nie może tych danych udostępniać. To dziwne, ponieważ niektóre z tych danych już udostępniali innym akademikom, jednak tylko tym, którzy opowiadali się po stronie idei zmian klimatu".

Cytowany obszerny fragment artykułu z the Times, wyjaśnia dość dokładnie czego dotyczy cały problem, o którym mówi się od wielu lat.

Dzień później, 1-go grudnia, The Guardian poinformował, że Phil Jones, szef jednostki do badań klimatycznych w UEA, jeden z głównych bohaterów czytanki listów i dokumentów ujawnionych w sieci, podał się do dymisji.

"Profesor Phil Jones, dyrektor CRU (Climat Research Unit) powiedział, że staje po stronie nauki wyprodukowanej przez jego zespół oraz, że sugerowanie konspiracji mającej jakoby na celu zmianę wyników na rzecz udowodnienia globalnego ocieplenia spowodowanego działalnością człowieka są "kompletną bzdurą". Jednak postanowił on ustąpić jako dyrektor, dopóki niezależne śledztwo w sprawie zhakowanych listów nie będzie zakończone.

Krytycy argumentu, że globalne ocieplenie spowodowane jest działalnością człowieka mówią, że listy wskazują na dowody zmowy naukowców. Niektórzy twierdzą, że zawartość listów sugeruje, iż naukowcy zapobiegali temu, by w czwartej podsumowującej ocenie Międzyrządowego Panelu na temat Zmian Klimatu (IPCC - Intergovernmental Panel on Climate Change), wydrukowanej w 2007 roku, nie miały szansy znaleźć się prace naukowe z którymi naukowcy z UEA nie zgadzali się.
Jednak wcześniej tego samego tygodnia, zasiadający w IPCC Rajendra Pachauri powiedział, że było to "wirtualnie niemożliwe", by kilku naukowców zajmujących się klimatem wpłynęło na rady jakie ONZ dawało rządom. Jego zdaniem, olbrzymia ilość współpracowników wnoszących wkład oraz przyjęty w IPCC rygorystyczny mechanizm dokonywania anonimowych recenzji, doprowadziłyby do tego, że stronniczość byłaby szybko wykryta.
Była to odpowiedź na konkretny e-mail z 2004 roku, w którym Phil Jones wspomina o dwóch pracach, które uważa za niewłaściwe, pisząc o nich w sposób następujący:
"I can't see either … being in the next [IPCC] report. Kevin [Trenberth] and I will keep them out somehow – even if we have to redefine what the peer-review literature is!"
"
Co można przetłumaczyć jako:
"Ja też nie widzę tego w przyszłym raporcie [IPCC]. Kevin [Trenberth] i ja jakoś je przytrzymamy, nawet jeśli musielibyśmy zdefiniować na nowo jaka literatura idzie do recenzji!"
...

The Guardian kończy: "Ekonomista Nick Stern powiedział, że punkt widzenia ludzi nie wątpiących w naukowy consensus, iż to człowiek powoduje globalne ocieplenie, jest "bezładny i nienaukowy".

Tu przestaniemy cytować gazety, które zaświadczają o biegu wydarzeń pod koniec listopada i na początku grudnia.
Komentując ostatni cytowany akapit, zastanowiło nas, czy z badaniami klimatu jest już tak źle, że w obronie własnych racji centra badawcze wystawiają ekonomistów zamiast klimatologów?

Zastanawia nas także, dlaczego były już szef Jednostki do spraw Badań Klimatycznych, gdy odnosi się do śledztwa w sprawie ujawnionych dokumentów i poczty elektronicznej, używa słowa "niezależne". Przecież śledztwo w gruncie rzeczy Uniwersytet prowadzi sobie sam. Co ujawni owo śledztwo? Tego możemy się jedynie domyślać, ale biorąc pod uwagę historie z naszego podwórka, to można przypuszczać, że powołają jakieś sądy, przeróżne komisje itp., które dziwnym trafem i większością głosów stwierdzą, że sprawa podlega umorzeniu, że sprawcy pozostają nieznani lub, że sprawy w ogóle nie było, bo przecież nic złego się nie stało, a listy to jedynie luźna korespondencja grupy genialnych naukowców, której głębokiej treści i znaczenia nikt poza nimi poznać nie jest w stanie.

Istniała kiedyś pewna mądra zasada, że nikt nie powinien być sędzia we własnej sprawie, lecz kto dziś by się przejmował dawnymi zasadami, a już szczególnie w dumnym i sponsorowanym szerokim strumieniem rządowych dotacji świecie odłamów nauki, nauczających w zgodzie z poprawnością polityczną i jakimś, nie do końca jeszcze znanym ogółowi, nadrzędnym planem światowej elity.

Wszystko co opisały nieliczne gazety wydarzyło się na dwa tygodnie przed wielkim szczytem, którego rozmowy opierały się w sumie w całości na metodach badawczych i danych dostarczanych przez naukowców będących w samym centrum, jakby nie patrzeć, klimatycznej afery.

Czy mają rację sceptycy, czy też rzeczywiście wydychany przez nas dwutlenek węgla, który jest podstawowym elementem biologicznej konstrukcji naszego świata, powoduje straszliwe i katastrofalne konsekwencje? Nie nam to w sumie oceniać, bo od tego powinni być naukowcy, jednak jeśli niektórzy z nich obstając przy swojej teorii uzurpują sobie prawo do bycia jedynie słuszną prawdą, jednocześnie utrudniając komukolwiek nawet rozmowę na ten temat, to ich zachowanie mało ma wspólnego z nauką w ogóle, a prawdy o świecie pozostaje ludziom odkrywać choćby i organoleptycznie. I nie mamy tu na myśli przytykania języka do metalowego masztu z flagą celem sprawdzenia, czy może globalna inicjatywa wprowadzenia limitów CO2 już działa i robi się chłodniej, jak zrobił to pewien student za Atlantykiem.

Naszym zdaniem wystarczy poszperać choćby i w internecie. Oczywiście nie należy za bardzo wierzyć w to co wypisują na portalach takich jak wp czy onet zatrudnieni tam często pseudo-dziennikarze, ale gdy wp.pl publikuje na swojej stronie sondę pt.: "Polska zima jest magiczna" i robi to w połowie kalendarzowej jesieni, to powinno to trochę dawać do myślenia.

Następnie  można sprawdzić tytuły artykułów i zauważyć te z połowy kalendarzowej jesieni, mówiące, iż "Zima nie odpuści przez najbliższe dni". Poprawniej byłoby napisać, że zima w jesieni nie odpuści, albo że jesienna zima...

Można także przejrzeć dokumentację z terenu, skrzętnie wysyłaną przez internautów podekscytowanych posiadaniem telefonów komórkowych z "aparatem fotograficznym" i możliwością dostarczenia za darmo nie tylko fotografii ale i własnego numeru telefonu (ujawnionego wszystkim oglądającym pod zdjęciem autora).

Czy nie odnoszą Państwo wrażenia, że takie informacje wydają się bardziej obiektywne, niż statystyczne wyliczanki, w których ktoś udowadnia średnią zmianę o 0,8 stopnia w okresie 200 lat? Przypomina to trochę badania nad gospodarką, konsekwencje czego obecnie oglądamy, których naukowcy od ekonomii próbowali dokonywać w arkuszach programów kalkulacyjnych, co niezależnie od zastosowanych algorytmów, zawsze kończyło się sięgnięciem do kieszeni podatnika.

Nauka miała dociekać odpowiedzi na postawione pytania, a z każdym nowym dowodem, przesłanką i odkryciem, miała korygować swoje wcześniejsze wyniki i tezy, dociekając prawdy. Tak było kiedyś. Dziś, przynajmniej w dziedzinie badań nad klimatem, część naukowców wydaje się próbować dopasowywać fakty i odkrycia do wcześniejszych założeń uzgodnionych w ramach jakiegoś politycznego planu, zmieniając tym samym dziedzinę swej nauki w podobne polityce bajoro.
 
Dlaczego to robią?

Część z nich zapewne robi to dla pieniędzy.
Jak to dla pieniędzy? Przecież to biedni naukowcy,  jedynie na marnej profesorskiej pensji, którzy heroicznie i wbrew niedoborom budżetowym walczą z katastrofalnymi skutkami nadchodzącego ocieplenia, tworząc bazy danych, symulacje, modele - odpowie czytelnik wchłaniający wiedzę z TVcośtam, GW, czy jakiejś innej, nie wiadomo już czyjej tuby propagandowej poprawności.
Dla czytelników, którzy walkę z globalnym ociepleniem kojarzą bardziej z pokazywanymi w mediach obrazami aktywistów i działaczy poubieranych w dziurawe płaszcze lub z naukowcami w rozciągniętych swetrach lub flanelowych koszulach, mamy niespodziankę.

Pamiętają pewnie państwo fragment, który gdzieś powyżej cytowaliśmy za The Guardian: "to "wirtualnie niemożliwe" - mówi Rajendra Pachauri, by kilku naukowców zajmujących się klimatem wpłynęło na rady jakie ONZ dawało rządom. Jego zdaniem, olbrzymia ilość współpracowników wnoszących wkład oraz przyjęty w IPCC rygorystyczny mechanizm dokonywania anonimowych recenzji, doprowadziłyby do tego, że stronniczość byłaby szybko wykryta."

Rajendra Pachauri, to jeden z pracowników zasiadający w IPCC, czyli ciele ONZ, doradzającym rządom w sprawach klimatu. Warto zapamiętać to nazwisko.

13 grudnia, w czasie trwania szczytu w Kopenhadze, Reuters relacjonuje kolejny dzień szczytowych obrad rozpisując się o 1000 zatrzymanych w czasie policyjnej akcji przeciwko protestującym, które okazało się największym masowym aresztowaniem w historii Danii. Cały czas w artykule cytuje się kolejne głosy przemawiające za tym, by w Kopenhadze uzgodnić jakiś kompromis, dojść do porozumienia i rozpocząć upragnioną przecież współpracę w celu zatrzymania zatrważającego kataklizmu, w którym wszyscy zginiemy z gorąca. Naszą uwagę zwrócił jednak fragment następujący:
"Przywódca Azjatyckiego Banku Rozwoju (Asian Development Bank), Haruhiko Kuroda, ostrzegł rządy, że jeśli w Kopenhadze nie uda się osiągnąć klimatycznego porozumienia, to może to prowadzić do załamania rynku węglowego (carbon market), co mogłoby uderzyć w wysiłki poradzenia sobie ze zmianami klimatycznymi."

Prosimy o wybaczenie, ale gdy czytamy, że przywódca azjatyckiego banku ponagla polityków, twierdząc, że jak się nie dogadają, to załamie się rynek węglowy, to jakoś nam się nie chce wierzyć, że chodzi tu o ochronę klimatu. Ów rynek węglowy, to oczywiście nie rynek sprzedaży np. węgla kamiennego, lecz rynek handlu emisjami dwutlenku tego pierwiastka.

Sprawdzmy co wspólnego mają ze sobą azjatycki bank, cytowany wyżej naukowiec - Rajendra Pachauri oraz bezinteresowna walka z ociepleniem?

Na internetowej stronie ADB (Asian Development Bank), dowiedzieliśmy się, że poza oczywiście zbawianiem świata, walką z głodem, bezrobociem itd., itp., bank zajął się także wyzwaniem jakim jest walka ze zmianami klimatu. W tegorocznym (2009) lipcowym wydaniu kwartalnika "News From Pakistan", newsletter'a wydawanego przez ADB, na stronie 7 znajduje się artykuł zatytułowany: "Wybitne Osoby Doradzą ADB na temat Zmian Klimatu". W artykule napisano:

"ADB ogłosiło stworzenie Grupy Doradczej składającej się z siedmiu wybitnych osób, które doradzą jak umocnić Bankowe programy, by sprostać globalnemu wyzwaniu zmiany klimatu.
Grupa Doradcza ds Zmian Klimatu i Podtrzymania Rozwoju (The Advisory Group on Climate Change Sustainable Development) będzie pomagać zarządowi ADB rozpatrywać nowatorskie sposoby pomocy rozwijającym się krajom członkowskim ADB, w przenoszeniu ich gospodarek na drogę rozwoju niskiej emisji węgla oraz w rozwiązaniu socjalnych wpływów zmiany klimatu.
Prezydent ADB, Haruhiko Kuroda ogłosił plany zwołania panelu w przemowie do dyrekcji zarządców w czasie otwarcia 42 dorocznego spotkania ADB, które odbyło się na Bali w Indonezji."

Najciekawszy naszym zdaniem fragment tego artykułu zaczyna się, gdy wymienione są osoby tworzące Grupę Doradczą ADB: "Grupie Doradczej przewodniczyć będzie Doktor Rajendra K. Pachauri, dyrektor generalny Instytutu Energii i Zasobów (The Energy and Resources Institute), a w jej składzie zasiądą Profesor Hironori Hamanaka, przewodniczący i w zarządzie Instytutu Globalnej Strategii Środowiskowych (Institute of Global Environmental Strategies); Pani Huguette Labelle, przewodnicząca Transparency International; Profesor Jeffrey D. Sachs, dyrektor Instytutu Ziemi przy Uniwersytecie Columbia; Doktor Emil Salim, doradca Prezydenta Indonezji ds środowiska i rozwoju; Doktor Klaus Toepfer, dyrektor założyciel Institute for Advanced Studies Climate, Earth System and Sustainability Sciences (nie tłumaczymy nazwy tego instytutu, bo pojawia się w niej nowomowa, która nie istnieje jeszcze w języku polskim. Nie ma czegoś takiego jak "nauki o Sustainability". Termin wymyślono po roku 2001 i głównie robił on karierę na konferencjach dotyczących zmian klimatycznych spowodowanych przez człowieka - przyp. tłum.,); oraz profesor Dadi Zhou, dyrektor generalny (w stanie spoczynku) Instytutu Badań nad Energią (Energy Research Institute)."

Rajendra K. Pachauri będący przewodniczącym Grupy Doradczej ADB, to oczywiście ten sam Rajendra Pachauri, który mówił, że niemożliwe jest żeby ktoś wpływał na decyzje podejmowane przez IPCC. Ten sam Pachauri, który w IPCC zasiada.
Czy pan Pachauri nie widzi pewnej sprzeczności interesów w zasiadaniu w IPCC, która doradza rządom, a pobieraniem wynagrodzenia od Azjatyckiego Banku? Czy przypadkiem nie sprzyja to powstaniu jakiejś patologicznej i korupcjogennej "zbieżności interesów"? W Polsce rozdawanie posad w radach nadzorczych oraz zamawianie usług doradczych od znajomych królika, to stały i niestety zgodny z prawem proceder załatwiania spraw po tzw. znajomości, oparty o wzajemne przysługi, w których rączka rączkę myje najczęściej budżetowymi pieniędzmi. Dlaczego podobne mechanizmy nie miałyby działać globalnie?

Ale nie oskarżajmy pochopnie, może Rajendra Pachauri to jedynie wyjątek. Sprawdźmy, czego dowiemy się o innych członkach, którym za doradztwo w sprawach zmian klimatu płaci Azjatycki Bank.

Hironori Hamanaka przewodniczący i zasiadający w zarządzie Instytutu Globalnej Strategii Środowiskowych (Institute for Global Environmental Strategies), w skrócie (IGES).
Czym zajmuje się IGES?
A np. bliską współpracą z TERI, czyli Instytutem Energii i zasobów (The Energy and Resources Institute), którego szefem jest nie kto inny jak wspominany już Rajendra Pachauri.
Ale może to kolejny wyjątek lub raczej przypadek.
Szukajmy więc dalej.

Pani Huguette Labelle nie tylko jest przewodniczącą Transparency International, co wydaje się już samo w sobie dość komiczne, rozpatrując jej udział w sponsorowanej przez Bank grupie doradczej, jest także członkiem zarządu inicjatywy Organizacji Narodów Zjednoczonych (na tej stronie WWW mogą Państwo przeczytać w ilu to radach nadzorczych Pani Labelle nie zasiadała w swojej politycznej karierze), która nosi nazwę Global Compact. Global Compact w ramach ONZ to, jak czytamy na ich stronie WWW, inicjatywa strategii politycznej dla biznesów, które angażują się w ujednolicanie ich działań i strategii z zaakceptowanymi dziesięcioma uniwersalnymi zasadami w dziedzinach praw człowieka, pracy, środowiska i walki z korupcją. Z ciekawości aż zajrzeliśmy do tych 10 zasad. Ostatnia 10 zasada mówi, że "Biznes powinien walczyć z korupcją w każdej postaci, włączając w to wymuszenia i przekupstwo".

Może Pani Labelle zasiada w Grupie Doradczej ADB, żeby patrzeć ADB i zatrudnionym naukowcom na ręce? Może pilnuje, by nie nastąpiły jakieś "wymuszenia i przekupstwo" między Bankiem, a panem Pachauri na ten przykład? Któż to wie? Ona jak widać także nie widzi sprzeczności między zasiadaniem w opłacanej przez Bank Grupie Doradczej, a pracą w ONZ, tej samej organizacji, która zatrudnia również pana Pachauri (w IPCC).
Sprawdzajmy dalej.

Profesor Jeffrey D. Sachs, z Instytutu Ziemi przy Uniwersytecie Columbia. Nie znaleźlibyśmy niczego podejrzanego, gdyby nie to, że to właśnie Instytut prowadzony przez Jeffrey'a Sachs'a założył Międzynarodowy Instytut Badań na rzecz Klimatu i Społeczeństwa, w którym... (już się Państwo domyślają?)... przewodniczącym zarządu jest nie kto inny jak Rajendra K. Pachauri. Niemożliwe? A jednak.
Instytut ten jak opisano, "pracuje by rozumieć, brać udział i zarządzać klimatycznym ryzykiem w celu poprawy ludzkiego dobrobytu...". Nie wiemy, czy Instytut dokona poprawy naszego lub Państwa dobrobytu, jesteśmy jednak całkowicie pewni, że dobrobyt przynajmniej poprawi się panu Pachauri.
Szukajmy dalej.

Doktor Emil Salim, doradca Prezydenta Indonezji ds środowiska i rozwoju. Pan Salim poza doradzaniem Prezydentowi Indonezji, jest także członkiem Forum na rzecz Środowiska i Rozwoju Azji-Pacyfiku The Asia-Pacific Forum for Environment and Development (APFED)). No tego pewnie Państwo się nie spodziewają, ale członkiem tego forum jest również Rajendra Pachauri, a wśród specjalnych doradców znajduje się Haruhiko Kuroda, dyrektor Azjatyckiego Banku, którego członków Grupy Doradczej właśnie sprawdzamy. Członkiem jest także omawiany wcześniej Hironori Hamanaka, prezes IGES, które jak się okazuje koordynuje i wspomaga całe to APFED, pewnie w czasie wolnym między ścisłą współpracą z TERI pana Pachauri.

Wszystko to się trochę komplikuje, lecz jeśli pomyśli się, że w sumie sprowadza się to do tego, że wszędzie przeplata się pan Pachauri, to daje się to jakoś ogarnąć.

Kolejny na liście wymienionych członków nowej Grupy Doradczej Azjatyckiego Banku jest Doktor Klaus Toepfer.
Sprawdzamy. Tak naprawdę, jak podaje choćby i Wikipedia, Klaus Töpfer, urodzony w Waldenburgu w Niemczech, obecnie Wałbrzych Polska, jest niemieckim politykiem z CDU oraz ekspertem od polityki ochrony środowiska. Z wykształcenia ekonomista, w latach 1998 do 2006 był dyrektorem wykonawczym Programu Środowiskowego Organizacji Narodów Zjednoczonych (UN Environment Programme (UNEP)). To właśnie UNEP wraz ze Światową Organizacją Meteorologiczną (World Meteorological Organization) poeołsły do życia IPCC, w którym pracuje zasiadający, jak wynika z naszego krótkiego poszukiwania, gdzie tylko się da, Pan Pachauri.
Funcję przewodniczącego IPCC - Międzyrządowego Panelu ds Zmiany Klimatu, Pachauri pełni od 2002 roku, czyli w czasie, gdy szefem UNEP był Klaus Töpfer.

Ostatni z listy, Dadi Zhou jest byłym dyrektorem generalnym Instytutu TERI, dla którego oczywiście pracuje nie kto inny niż Pachauri.

Nie wiemy jak Państwo, ale my mamy dość.
Czy to nasza wina, że pajęcza sieć powiązań wszystkich członków Bankowej Grupy Doradczej z przewodniczącym IPCC w naszych głowach rodzi następujące pytania:

Czy rzeczywiście nie jest możliwe, jak zapewniał w prasie Pan Pachauri, by naukowcy, politycy i biurokraci suto sponsorowani przez Banki naginali swoje "przekonania" na potrzeby interesów swoich sponsorów? Czy nie jest możliwe by sponsorowani przez Banki pracownicy ONZ wpływali na działania i decyzje ONZ-owskich przybudówek takich jak IPCC? Czy wszystko to nie sprawa wrażenia jednego wielkiego skoku na kasę, nie tylko Bankową, ale przede wszystkim na pieniądze podatników, które wpłacane do budżetów państw, wydawane są na sponsorowanie Instytutów, paneli i forów, które oczywiście wszystkie są albo organizacjami non-profit, albo bytami bezpośrednio i oficjalnie fundowanymi przez rządy zatroskanych zmianami klimatu państw?

Patrząc na powyższy stan rzeczy, nie można się dziwić, że zagadnienia klimatyczne, a szczególnie próby dociekania, czy teorie "ocieplenia klimatu z powodu człowieka" są błędne lub niesprawdzone, rozpaliły do czerwoności środowisko promujących je "naukowców".

Przecież gdybyśmy my np. w związku z popieraniem teorii, że krasnoludki istnieją, zasiadali w dziesięciu radach nadzorczych zajmujących się życiem skrzatów, z tytułu czego czerpalibyśmy niemałe przecież korzyści materialne, byli sponsorowani przez Banki i płynące różnymi strumieniami publiczne pieniądze, to pewnie bylibyśmy święcie przekonani, że udowodnienie istnienia małych, czerwonych ludzików w śmiesznych czapeczkach jest kluczowe dla dalszego istnienia ludzkiej cywilizacja.

By jednak wyjaśnić sprawę do końca, wnikliwi czytelnicy zapytają...

Co i w jaki sposób mają z tego banki i korporacje?

Dlaczego szef ADB ponaglał polityków, by podpisać jak najszybciej sprawę handlu CO2, bo inaczej "doprowadzi to do załamania rynku węglowego (carbon market), co mogłoby uderzyć w wysiłki poradzenia sobie ze zmianami klimatycznymi."? Tak bardzo przejął się klimatem?
Sprawa jest bardzo prosta. To oczywiście Banki będą transferować pieniądze z handlu CO2 i za ich pośrednictwem będzie się to odbywać. Banki nie robią tego za darmo, odliczając skrzętnie procenty od dokonanych transferów. Transferowane sumy to w przyszłości biliony dolarów/euro/funtów/jenów.

W wątku o pieniądzach, który zdominowany został prawie całkowicie przez pana Pachauri, warto chyba jeszcze wspomnieć, że ONZ-owskie IPCC, którego jest on przewodniczącym, współdzieliło nagrodę Nobla w 2007 roku razem z Al'em Gore'em.

Warto także dodać, co już całkowicie pogrąży hinduskiego naukowca, że jeśli sprawa rynku limitów zostanie uzgodniona i politycy dojdą do porozumienia w sprawie "rynku węglowego" (a tak się zapewne za jakiś czas stanie) to Pan Pachauri stanie się bardzo bogatym człowiekiem (o ile już nim nie jest). Jakim cudem?

Otóż firma TERI (The Energy and Resources Institute) z którą związany jest Pachauri, jak wszystkie te instytucje określa się mylnie organizacją nie przynoszące korzyści (non-profit), została zarejestrowana początkowo w 1974 roku jako TATA Energy Research Institute. W 2003 roku zmieniono jej nazwę na The Energy and Resources Institute. Pachauri stanowisko dyrektora objął w 1981, by w roku 2001 awansować na dyrektora generalnego tej firmy. Firmy, bo bo Tata Energy Research Institute powstał przy hinduskiej korporacji, która początkowo jako firma zajmowała się prawdopodobnie odsalaniem wody. Bardzo szybko poszerzała swoją działalność, stajać się w pewnym momencie jedną z największych firm w Indiach, należącą do jednego z najbogatszych Indyjskich rodów.
TATA dziś, to potężna międzynarodowa korporacja działająca od branży stalowej, po motoryzacyjną, technologie informatyczne, komunikację, energię, aż do branży spożywczej.

Można otwarcie stwierdzić, że firma TATA jest bezpośrednim fundatorem Rajendra K. Pachauri będącego dyrektorem generalnym założonego przez tę firmę Instytutu. Takie są fakty.
Tutaj wypada nam podziękować Christopher'owi Brooker'owi z brytyjskiego The Telegraph, który opisał całą sprawę, co prawda z punktu widzenia utraty pracy przez brytyjskich pracowników, jednak naświetlił mechanizmy jakie kryją się za handlem CO2.
"Jaki jest związek między Dr Rajendra Pachauri, inżynierem kolejnictwa z Indii, który wyraźnie udzielał się na Konferencji w Kopenhadze jako przewodniczący IPCC Organizacji Narodów Zjednoczonych, a decyzją Indyjskich firm z branży stalowej, by w przyszłym miesiącu zaprzestać produkcji w gigantycznej policentrycznej aglomeracji Teesside, co wyrwało serce miasta Redcar, pozostawiając 1700 osób bez pracy?

Tej skomplikowanej historii nie da się raczej usłyszeć w ponurych betonowych murach położonych pod Kopenhagą, gdy właśnie temperatury spadają ku zeru, a siedemnaście tysięcy premierów i ministrów, oficjeli i działaczy na rzecz klimatu całkiem na poważnie dyskutuje o tym, jak planeta rozgrzewa się w kierunku naszego wyginięcia. Pomaga jednak rzucić troszkę światła na kolosalny globalny geszeft, który owi delegaci pomagają promować, ponieważ historia ta kończy się tym, że my wszyscy będziemy płacić za przeniesienie tysięcy brytyjskich miejsc pracy do nowych hut w Indiach, bez najmniejszego nawet zysku w światowej redukcji emisji CO2.
..."

Dalej autor opisuje historię stalowego przemysłu w wielkiej Brytanii, którego większą część w 2003 roku przejął Indyjski koncern TATA (Tata Steel), kupując należącą do Duńczyków firmę Corus. I to właśnie TATA postanowiła teraz wstrzymać w jednej z większych fabryk całą produkcję stali. W następnych akapitach autor wyjaśnia na czym polega cały interes:

"Jednak prawdziwą korzyścią dla firmy Corus (której właścicielem jest TATA) z zaprzestania produkcji w mieście Redcar będą oszczędności, które poczyni na swoich rezerwach/ulgach przydzielonych przez Unię Europejską w ramach Handlu Emisjami Zanieczyszczeń (Emissions Trading Scheme (ETS)).
Poprzez wstrzymanie emisji potencjalnych sześciu milionów ton CO2 rocznie Corus skorzysta na rezerwach, które mogłyby niedługo, zgodnie z tym co przedstawiła Komisja Europejska, mieć wartość 600 milionów brytyjskich funtów w okresie 3 lat, zanim stracą ważność obecne schematy przydziałów.
Lecz to tylko połowa historii. W Indiach, właściciel firmy Corus, korporacja Tata, planuje w tym samym czasie zwiększenie produkcji stali z 53 mln ton do 124 mln ton. Poprzez zamianę niewydolnych starych hut na nowe, które emitują tylko "Europejskie poziomy" CO2, Tata może rościć sobie prawo do kolejnych 600 mln brytyjskich funtów zgodnie z umową o Mechanizmie Czystego Rozwoju (Clean Development Mechanism (CDM)) wprowadzonym przez Organizację Narodów Zjednoczonych, czym zajmuje się Ramowa Konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu (United Nations Framework Convention on Climate Change – UNFCCC lub FCCC), nie kto inny jak główny organizator konferencji w Kopenhadze.

Wygląda na to, że na koniec dnia, Redcar straci swego największego pracodawcę, a jedna z największych działających hut opuści Brytanię. Firma Tata, zyskawszy 1,2 biliona funtów z "kredytów CO2" dostanie swoje nowe huty, a ilość wyemitowanego w tym czasie CO2 nie zmieni się ani na jotę.
A powiązanie z Dr Pachauri? Bezpośrednio oczywiście nie ma żadnego. Jednak tak się jakoś złożyło, że drugim etatem Dr Pachauri, od przewodniczenia IPCC, jest bycie dyrektorem Tata Energy Research Institute stworzonego przez TATA w 1981 roku.

Osobiście może nie być on beneficjentem wykorzystania przez korporację Tata ustawień przeróżnych schematów handlu limitami CO2, które wdrożono w 1997 roku w protokole z Kyoto, jednak to IPCC dostarcza rekomendacji, będących motorem napędowym tych schematów. W zeszłym roku, oficjalne liczby mówiły, że kupowanie i sprzedawanie limitów CO2 warte jest globalnie 126 bilionów dolarów. Ten rynek, wzbogacający dziś wiele z naszych finansowych instytucji (nie wspominając Al'a Gore'a) rozrasta się tak szybko, że w przeciągu kilku lat przepowiada się wzrost jego wartości do trylionów, co robienie węgla wywinduje do pozycji jednego z najbardziej wartościowych towarów w handlu."

To naszym zdaniem w sposób prosty wyjaśnia o co chodzi.
Najlepsze podsumowanie tego wątku jakie udało nam się znaleźć, wygłosił brytyjski poseł do Parlamentu Europejskiego, w czasie debaty tego Parlamentu, która miała miejsce dwudziestego października 2009 w Strasburgu. "Zmiany klimatu i kraje rozwijające się w ramach konferencji ONZ w Kopenhadze, na temat zmian klimatu.", tak brzmiał temat owych rozmów, a Pan europoseł Godfrey Bloom przemówił w sposób następujący:


To przecież oczywiste, że na globalnym ociepleniu, czy jak kto woli na zmianach klimatu, zarabiają już nie tylko naukowcy, którzy od dziesiątków lat mają opłacane posady, na których produkują nieweryfikowalne dane, których nie chcą później udostępniać opinii publicznej. Zarabiają także politycy, których zapewne niejedna korporacja musi "przekonywać" pod tzw. stołem (lub polskim zwyczajem w czasie rozmów na cmentarzu), że warto lobbować za tym lub tamtym w dziedzinie zmian klimatu. Czasami jak widać korporacje zwyczajnie zatrudniają takich działaczy pracujących we wpływowych miejscach np. jakichś inicjatyw ONZ.
Na walce ze zmianami klimatu zarabiać mają też budżety państw, które z braku pieniędzy postanowiły nałożyć globalny podatek pod pretekstem walki z emisją CO2, na razie tylko pod postacią przymusu kupowania dodatkowych limitów emisji tego naturalnego gazu.

I tu właściwie można by zakończyć ten najdłuższy dotychczas w historii orwell.blog tekst, ale...

Czy chodzi tylko o pieniądze?

Dla korporacji i garstki zachłannych polityków i naukowców zapewne tak, bo indywidua te nigdy nie patrzyły dalej niż czubek ich własnych nosów. 

Część z Państwa zastanawiała się zapewne, dlaczego poświęcamy ponownie czas na tak obszerne pisanie o zmianach klimatu. Przecież nie mają one związku z Orwellizacją naszego świata, a blog ten nie miał opisywać politycznych afer i przekrętów w świecie nauki, tylko dokumentować różne aspekty zniewolenia naszego współczesnego życia.
I w tym momencie należy się Państwu odpowiedź.
Piszemy o aferze z pocztą elektroniczną, o szczycie w Kopenhadze, o zmianach klimatu i finansowo-personalnych powiązaniach świata nauki, polityki i biznesu, ponieważ wszystkie te sprawy mają drugie dno, o którym wiedza powoduje, że jawią się w innym świetle niż się większości wydaje.

Zmiany klimatu, których przyczyny z największym prawdopodobieństwem są całkowicie naturalne i nie mające wiele związku z działalnością człowieka, wydają się stanowić całkiem ważny, czysto polityczny i psychologiczny element w działaniach grupy ludzi, która za cel postawiła sobie prawdopodobnie panowanie nad światem, czyli panowanie nad wszystkimi ludźmi bez wyjątku. Owo panowanie nazywane jest Nowym Porządkiem Światowym, a osoby stojących za tym projektem nie mogą się już doczekać, by przystąpić do owego ogólnoświatowego "pozamiatania". Biorąc pod uwagę pośrednie i całkiem bezpośrednie wskazówki można stwierdzić, iż chodzi o pozamiatanie indywidualizmu, wolności, swobody, na rzecz wprowadzenia nowego "porządku", za którym kryją się kolektywizm, kontrola i odgórnie narzucana poprawności.

Czyżby autorzy orwell.blog znów rzucali bezpodstawne i nieprawdziwe złorzeczenia, tym razem na temat rzekomego i zapewne wyssanego z palca związku między nauką o klimacie a wprowadzaniem nowego światowego porządku?
To nie my. To Państwa nowy prezydent (oficjalnie określa się go mianem "Stałego Przewodniczącego Rady Europejskiej") pan Herman Van Rompuy. Jako nowo wybrana głowa naszego nowego państwa, Unii Europejskiej, Rompuy wygłosił następującą mowę:


I nie jest to nic nowego dla kogoś, kto czytywał wpisy na naszym blogu. Wszystko idzie zgodnie z wcześniejszym planem.
German van Rompuy zapewnił jedynie, że on jako głowa nowego państwa europejskiego podda się polityce, wyznaczonej gdzieś wyżej. Polityce, której przesłanki i wytyczne nakreślono kilka miesięcy wcześniej choćby i w w nocie ONZ, od wspomnienia której rozpoczęliśmy dzisiejszy tekst.

Nie wiemy, czy nie jest to nasz ostatni wpis przed Świętami Bożego Narodzenia. W związku z tym, wszystkim naszym czytelnikom, którzy je obchodzą oraz tym, którzy z jakichś powodów tego nie czynią, chcemy życzyć by był to dobry czas, dobre Święta.



Żródła informacji (w języku angielskim):
Brytyjskie Zrzeszenie Podatników o kosztach szczytu w Kopenhadze. (dokument w formacie PDF)
http://abc.net.au - Ian Plimer na temat szczytu w Kopenhadze
Nota ONZ na temat rezultatów wprowadzenia założeń Konferencji w Kopenhadze (dokument w formacie PDF)
Fox News
na temat noty ONZ.
Megaupload - ujawnione listy.
The Pirate Bay - ujawnione listy.
Zawartość listów University of East Anglia udostępniona online.
The Telegraph - opisuje sprawę na początku ujawnieniu afery.
The Guardian - "Sceptycy klimatyczni twierdzą, że ujawnione listy są dowodem panującej wśród naukowców zmowy".
The Guardian - informuje o decyzji w sprawie śledztwa.
The Times - 29 listopada "Wielki naukowy skandal dotyczący zmian klimatu".
The Guardian - 1 grudnia Phil Jones, szef Climat Research Unit, ustąpił ze stanowiska.
www.kgw.com - student z językiem przymarzniętym do masztu flagi w Vancouver.
wp.pl - sonda " Polska zima jest magiczna".
wp.pl - "Zima nie odpuści przez najbliższe dni".
wp.pl - Fotografie ataku zimy w czasie jesieni nadesłane przez internautów.
Reuters - 13 grudnia - relacja z Kopenhagi, m.in. wypowiedź Haruhiko Kuroda.
News From Pakistan - kwartalny biulety ADB (dokument w formacie PDF).
Hironori Hamanaka pracuje dla Institute for Global Environmental Strategies (IGES), które współpracuje ściśle z TERI.
Huguette Labelle także pracuje dla ONZ.
Global Compact w ramach ONZ.
Rajendra K. Pachauri przewodniczy Instytutowi założonemu przez Instytut prowadzony przez Jeffrey'a D. Sachs'a.
Wśród członków APFED Emil'a  Salim'a są Rajendra Pachauri, Hironori Hamanaka oraz szef banku ADB Haruhiko Kuroda.
Oficjalna strona Korporacji Tata.
The Telegraph - zwolnienia w firmie należącej do Tata, czyli jak się zarabia na limitach CO2.



Tagi: rząd światowy, zmiany klimatu, przemilczane fakty

skomentuj (11)

Nowinki z Google 2009-12-08

By rozkręcić się po dłuższej przerwie, dziś jedynie krótki, ale całkiem jeszcze ciepły temat.

Dotyczy niewielkiej nowości, którą przedwczoraj obdarowani zostali, czasami nie do końca świadomi użytkownicy wyszukiwarki firmy Google. Mamy na myśli personalizację wyszukiwania (Personalized Search) dostępną już teraz bez wyjątku dla każdego.

Jak można przeczytać na blogu internetowego molocha:
"Dziś, dzięki rozszerzeniu usługi osobistych zapytań, także wylogowanym użytkowników z całego świata pomagamy uzyskiwać lepsze odpowiedzi na zapytania zadane wyszukiwarce i to w ponad czterdziestu językach. Teraz, kiedy szukasz czegoś w Google, będziemy w stanie lepiej pokazać stosowne wyniki wyszukiwania.
Na przykład, ponieważ zawsze szukam przepisów kulinarnych i często klikam na przepisy ze strony epicurious.com, następnym razem Google może umieścić dla mnie tę stronę na wyższej niż normalnie pozycji w rankingu. Innym razem, kiedy szukam informacji o drużynach sportowych Cornell Universitcy, to szukam hasła "big red". Ponieważ często klikam na stronę uniwersytecką, to Google, może ją pokazać jako pierwszą, zamiast np. stron firmy produkującej napoje Big Red.

Dotychczas, taką personalizację wyszukiwania oferowaliśmy jedynie zalogowanym użytkownikom i tylko wtedy, gdy włączyli oni Historię Wyszukiwania (Web History) w pulpicie zarządzania kontem Google. To co wprowadzamy dziś, to rozszerzenie personalizacji szukania, by móc ją zapewnić także użytkownikom, którzy są wylogowani. Dodatek ten pozwala nam personalizować rezultaty wyszukiwania w oparciu o twoją aktywność w wyszukiwarce z ostatnich 180 dni, co wiąże się z anonimowym ciasteczkiem (cookie) w twojej przeglądarce internetowej. Dzieje się to oddzielnie od twojego konta Google oraz Historii Web (która dostępna jest jedynie dla zalogowanych użytkowników).
Kiedy personalizujemy wyniki wyszukiwania, będziesz o tym wiedział, ponieważ na górze strony z rezultatami wyszukiwania, po prawej, pojawi się odnośnik "Zobacz Ustawienia" (View customizations). Po kliknięciu na ten odnośnik pojawi się wynik ukazujący jakiej dokonaliśmy personalizacji. Będzie tam również można wyłączyć ten rodzaj personalizacji."

Taki tekst umieszczono na oficjalnym blogu Google.
Firma, jak zwykle robi to wszystko dla dobra użytkowników, a nie z jakichś innych powodów, np. testowania nowych mechanizmów wyszukiwania.
Każdy oczywiście może sobie o takich nowinkach myśleć co mu się podoba. My napiszemy jedynie, że być może obserwujemy właśnie wkopywanie kamienia węgielnego pod całkiem nowy system wyszukiwania. System, który będzie kierował się personalnymi przesłankami w dokonywaniu rankingu stron internetowych. Czy to źle? Być może nie. Jeśli użytkownik wyszukiwarki firmy Google nie jest w stanie zapamiętać samodzielnie adresu lub dodać do ulubionych zakładek często odwiedzanej strony z przepisami kulinarnymi, to zapewne będzie on szczęśliwy, że Google bezinteresownie, przez 180 dni śledzić będzie jego wszystkie zapytania, by w razie potrzeby podać mu jego ulubione strony w pierwszej kolejności. Trochę tak, jak maszyna udostępniająca małpie banana, z tym, że w tym przypadku, małpa nawet nie będzie musiała naciskać czerwonego przycisku.

Nie trudno wyobrazić sobie sytuację, gdy za kilka lub kilkanaście lat udoskonalony system "Personal Search" działać będzie już jedynie w oparciu o analizę preferencji personalnych. Mogłoby to oznaczać sytuację, w której Kowalski z każdym wyszukiwaniem coraz bardziej zawężałby obraz pokazywanego mu wirtualnego świata.
Na przykład ktoś nie wykazujący przez wiele lat zainteresowania polityką a szukający i czytający regularnie strony z dowcipami i humorem, wyszukując informacji na temat plotki, że politycy to w większości złodzieje i sprzedajne świnie, szukając tematu w wyszukiwarce, nie otrzyma rzetelnych i zastraszających informacji na temat ogromu korupcji wśród europolityków. Zostanie natomiast odesłany na strony, które będą udostępniać "śmieszne" zdjęcia europarlamentarzystów przyłapanych na dłubaniu w nosie w czasie posiedzenia eurobundestagu, rozprawiającego trzeci miesiąc nad procentem zawartości wanilii w laskach wanilii, dopuszczanych do limitowanej sprzedaży na wewnętrznym rynku Unii Europejskiej.

Takie personalnie, oparte o wcześniejszą analizę kształtowanie wyników wyszukiwania, oznaczałoby stopniowe zawężanie dostępu do informacji, stagnację, oraz utrwalanie poglądów i zachowań użytkownika, dokonywane pod pretekstem personalizacji i ułatwiania wyboru treści z nieograniczonego zbioru informacji jakim jest Internet.
Czy tak właśnie miałaby działać autocenzura Internetu przyszłości?


Żródła informacji (w języku angielskim oraz polskim):
Oficjalny blog Google na temat nowinki w wyszukiwarce.
Pomoc Google - podstawowe informacje na temat spersonalizowanych wyników wyszukiwania.
Pomoc Google - jak wyłączyć spersonalizowane wyniki wyszukiwania.



Tagi: internet, inwigilacja

skomentuj (6)

Przeciw cenzurze Internetu... w Chinach. 2009-11-08

Jak poinformowali nas czytelnicy "Apophis" i "leon", przedwczoraj portale internetowe donosiły za "Dziennik Gazeta Prawna" że:
"Dostęp do internetu ma być w Polsce limitowany. Przy okazji zdelegalizowania e-hazardu rząd chce stworzyć czarną listę domen, które będą musieli blokować dostawcy internetu - ustalił dziennik.
Pomysł nabrał realnych kształtów podczas serii spotkań ekspertów z policji i MSWiA w Ministerstwie Finansów, które pilotuje prace nad tym projektem - zaznacza gazeta. - Chcemy wprowadzenia nowego artykułu do prawa telekomunikacyjnego, roboczo to art. 170a - ujawnia "DGP" urzędnik z MSWiA.

Według tego przepisu, wszyscy dostawcy internetu mieliby obowiązek blokować strony z niebezpieczną zawartością. Czarną listą zarządzałby Urząd Komunikacji Elektronicznej. Konkretne adresy będą wskazywać UKE, policja, służby specjalne i Ministerstwo Finansów."


Ponieważ niemożliwym jest by liberalny rząd knuł jakiekolwiek prawa lub przepisy ograniczające wolność obywateli (bo wtedy nie byłby to przecież rząd liberalny), dlatego oczywiście nie dajemy wiary jakiejś tam gazecie prawnej.
Owa zapewne nieprawdziwa informacja wydaje się być kłamstwem także w świetle ratyfikacji Traktatu Konstytucyjnego zwanego Lizbońskim, który po wieloletniej drodze przez mękę demokratycznych referendów, rereferendów a nawet rerereferendów (mieszkańcy Europy długo uczyli się demokracji i mechanizmów państwa obywatelskiego, które działają aż do skutku), pierwszego grudnia tego roku mieszkańcy Polski staną się obywatelami państwa o nazwie Unia Europejska. W ratyfikowanej Konstytucji nowego państwa potwierdza się bowiem "przywiązanie do zasad wolności, demokracji, poszanowania praw człowieka i podstawowych wolności oraz państwa prawnego." Czytaliśmy także (w artykule 2 Traktatu Konstytucyjnego), że nowe państwo opierać się będzie na "wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji, tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i mężczyzn."

Jakim cudem w takim kraju-raju mogłaby istnieć cenzura? Pluralizm, niedyskryminacja, tolerancja, sprawiedliwość, a już na pewno wspomniane w tekście Konstytucji "poszanowanie wolności", wykluczają uniemożliwianie komuś dostępu do takich czy innych treści.

Dlatego nie zamierzamy wierzyć cytowanej gazecie prawnej i z całą surowością będziemy piętnować atak na liberalny przecież rząd Donalda Tuska.

W trakcie napawających dumą rozmyślań o enklawie wolności i liberalizmu, w jakiej przyszło żyć Polakom, naszły nas nagle  rozmyślania o niedemokratycznych Chinach, gdzie hasła równości, braterstwa i wolności realizowane są w sposób całkowicie niezadowalający.

Wiemy z prasy codziennej, która co jakiś czas pochyla się nad tematem przebrzydłej cenzury za wielkim murem, że gdzie jak gdzie, ale tam rzeczywiście istnieją jakieś czarne listy stron internetowych, których chiński internauta nie jest w stanie oglądać. Zupełnie jak opisuje to "Dziennik Gazeta Prawna" tyle tylko, że w Chinach zaimplementowano taki właśnie mechanizm. To dowód, że "Dziennik Gazeta Prawna" zwyczajnie sugerowała się opisami chińskich poczynań a nie liberalnymi reformami rządu fachowców Donalda Tuska. Bowiem w zniewolonych i niedemokratycznych Chinach wszyscy dostawcy internetu mają właśnie obowiązek blokować strony z niebezpieczną zawartością. Nie to co w wolnym państwie Europa i jego strefie nazywanej Polską. Biedni chińscy internauci.

Postanowiliśmy więc im pomóc.
Bracia Chińczycy. Ponieważ w waszym kraju cenzuruje się strony internetowe, a nie każdy z was posiada wiedzę techniczną, by sobie z tym ograniczeniem wolności poradzić, dlatego umieszczamy na naszym blogu ANTYCENZORA INTERNETOWEGO.
W prawej kolumnie, obok tekstu, na samej górze,  istnieje możliwość wpisania internetowego adresu ocenzurowanej strony. Po kliknięciu na przycisk "Precz z cenzurą", wasza przeglądarka zostanie przekierowana na stronę przypadkowego tzw. proxy, które przekierowuje ruch internetowy i pozwala ominąć wstrętną, Chińską cenzurę.
Używając antycenzora internetowego, każdy Chińczyk będzie mógł teraz i w przyszłości oglądać strony, których adresy, jego nieliberalny rząd, wprowadzi na czarną listę, zarządzaną przez chiński Urząd Komunikacji Elektronicznej, chińską policję, tamtejsze służby specjalne i zapewne szaleńczo walczące z chińskim hazardem Ministerstwo Finansów państwa środka.

日安


Żródła informacji:
Onet.pl cytuje "Dziennik Gazeta Prawna" na temat cenzury Internetu w Polsce, przy okazji prac Ministerstwa Finansów nad delegalizacją e-hazardu.



Tagi: internet, cenzura, biurokracja

skomentuj (11)










Proxy.org




Tagi





Wpisy















Free Hit Counter