Dziś
dość krótko i o sprawach raczej lokalnych, bo oto natknęliśmy się na
ciekawy wywiad, który powinni przeczytać wszyscy we wschodniej i
centralnej Europie, także Polacy. Nie często bowiem można znaleźć
słowa, które zdzierają woal roztoczony przed naszymi oczyma, ukazując
świat bez zbędnych kolorów.
Jednocześnie chcieliśmy zauważyć, że podobne zdania, wypowiadane przez
nielicznych ludzie w naszym kraju, spotykały się z tak wielkim oporem,
że głoszące je osoby zostawały zazwyczaj wykluczane z publicznej
dyskusji, oczerniane i wyśmiewane, a głoszone przez nie idee
przedstawiano jako całkowicie niedorzeczne.
Radiu Wolna Europa wywiadu udzielił Vytautas
Landsbergis, były przywódca Litwy, który od marca 1990 do listopada
1992 pełnił funkcję przewodniczącego Rady Najwyższej. Był oficjalnym
przywódcą kraju od czasu deklaracji niepodległości w dniu 11-go marca
1990, aż do wejścia w życie nowej Konstytucji, która dwa lata później
ustanowiła na Litwie urząd Prezydenta.
Radio Wolna Europa opisuje, że w 1990 roku Litwa stała się pierwszą
sowiecką republiką, która proklamowała niepodległość, przecierając
szlak, który doprowadził do upadku Związku Radzieckiego. Jednakże
dwadzieścia lat później ten bałtycki kraj nadal zmaga się ze swym
komunistycznym dziedzictwem.
Pierwszy postkomunistyczny przywódca państwa, Vytautas Landsbergis
twierdzi, że w Europie centralnej i wschodniej istnieje niewielka zgoda
na zajęcie się tematem zbrodni sowieckiej ery. Landsbergis, który
obecnie jest członkiem Europejskiego Parlamentu, opowiada Claire Bigg z
radia Wolna Europa o ubocznych tematach praskiej konferencji
poświęconej zbrodniom komunizmu.
Radio Wolna Europa (RWE): Jak wiele byłych krajów komunistycznych, Litwa przyjęła politykę
lustracyjną we wczesnych latach 90-tych, wykluczając wpływowych, byłych
komunistów z urzędów publicznych. Jako Prezydent Litwy, jaką rolę
pełnił Pan w opracowaniu i wprowadzeniu lustracji w Pana kraju?
Vytautas Landsbergis (Landsbergis):
Kiedy byłem Prezydentem reformy dopiero się zaczynały. Próbowaliśmy
wdrożyć prawo lustracyjne podobne do tego, jakie wprowadziła
Czechosłowacja. Wzięliśmy ten model i ruszyliśmy niejako z prądem.
Lecz wtedy napotkaliśmy na opór ze strony lewego skrzydła. Bardzo silny
opór, który przeciągał na swą stronę parlamentarzystów reprezentujących
centrum sceny politycznej. Ostatecznie osiągnęli oni sejmową większość
i proces lustracji został zatrzymany. Fakt, że byłem wtedy u władzy
niczego nie zmienił. Parlament republiki może być manipulowany poprzez
przekupstwo parlamentarzystów i tworzenie nowych większości
parlamentarnych.
RWE: Kto wręczał te łapówki?
Landsbergis: Siły przeszłości,
były reżim.
RWE: Więc twierdzi Pan, że
nawet dziś nie ma na Litwie jedności na temat tego w jaki sposób uporać
się z przestępstwami popełnionymi przez komunistyczny reżim?
Landsbergis: Nie, nie ma. W
państwie obarczonym komunistycznym dziedzictwem nie może być takiej
jedności. Nawet teraz istnieje podział, głęboki rozłam.
RWE: Gdzie dziś są politycy ery
komunizmu, prokuratorzy, członkowie tajnych służb? Czy nadal pełnią
jakieś role w litewskim życiu publicznym, czy może zostali odsunięci na
boczny tor?
Landsbergis: Wprowadziliśmy dla
nich pewne ograniczenia, jednak istnieją luki, które umożliwiają im
obchodzenie tych ograniczeń.
RWE: Jak Pan sądzi, dlaczego
przeciwko komunistycznym przywódcom nie było żadnych wielkich procesów
podobnych do tych w Norymberdze, które wytoczono przywódcom nazistów po
wojnie?
Landsbergis: Dlatego, ponieważ
komunizm w krajach komunistycznych nigdy nie został pokonany. Oni nie
mieli życzenia oczyszczenia się z brudów przeszłości.
RWE: Wydaje się Panu, że takie
procesy pomogłyby Litwie i innym krajom w regionie pogodzić się ze swym
komunistycznym dziedzictwem?
Landsbergis: Tu nie chodzi o
nas, lecz o sprawiedliwość. Jeśli nie ma sprawiedliwości, to ludzie
przestają wierzyć w sprawiedliwość w ogóle. Są niezadowoleni z
demokracji, z polityki kraju, ponieważ widzą tych samych ludzi u władzy
lub dzierżących wielkie wpływy.
RWE: Jeśli mógłby Pan wrócić
czas do wczesnych dni postkomunistycznej Litwy, czy jest coś, co
zrobiłby Pan jako Prezydent inaczej?
Landsbergis: Byłbym bardziej
ostrożny wobec wymyślnych form politycznej korupcji. Wierzyłem, być
może nadmiernie, w ogólnie dobrą wolę ludzi. A nie wszyscy na takie
zaufanie zasłużyli.
Tylko tyle powiedział radiu Wolna Europa były przewodniczącego Rady
Najwyższej Litwy, a może aż tyle, bo choć wywiad jest krótki, to jakże
treściwy.
Wieloletni czytelnicy Gazety Wyborczej zapewne szeroko otworzyli oczy.
Bo oto treści, które przeciętny czytelnik GW lub widz TVN kojarzy
jedynie ze środowiskiem tzw. oszołomów - polskim zaściankiem,
ciemnogrodem lub radiem Maryja "chcącym polować na czarownice", "mścić
się", z "frustracji" "pałać nienawiścią", co ogólnie nazywano "polskim
piekłem" - wypowiada zupełnie poważny człowiek, wieloletni członek
antysowieckiej opozycji na Litwie, któremu przynależności do rodziny
Radia Maryja wypomnieć raczej nie sposób.
Człowiek ten powiedział w kilku zdaniach o rzeczach, o których jeszcze
do niedawna w Polsce odwagę mówić głośno mieli jedynie nieliczni,
skazani na praktyczny niebyt felietoniści, którzy nawet dziś największe
triumfy święcą dzięki otwartości internetu, a nie mediów tradycyjnych.
Dlaczego? Dlatego, że podczas filtrowania przez środowisko Gazety
Wyborczej informacji dla Polski i Polaków, miejsca dla takich
wypowiedzi być nie mogło, no i nie było. Ponieważ ukazywałyby one całe
kłamstwo w jakim od dwudziestu lat przyszło żyć Polakom w ich własnym
kraju. W jakże innym świetle tych kilka słów udzielonego wywiadu stawia
cały patos okrągłego stołu, Michnika, Wałęsy, Kwaśniewskich, Millerów i
innych Cimoszewiczów?
Oczywiście, dopiero niedawno sztucznie zaczęto takie tematy kojarzyć
także z Kaczyńskimi, którzy czego by im nie zarzucić, przynajmniej o
istniejącym tzw. "układzie" mówili. Inna sprawa, że trochę szkoda, że
tylko mówili, choć kto wie, czy nie chodziło o to, by ideę "układu"
jedynie ośmieszyć i sprowadzić do absurdu.
Warto zwrócić uwagę, że na Litwie ktoś jednak w roku 1990 podjął trud
wprowadzenia czechosłowackiego modelu lustracji.
W Czechosłowacji rozprawiono się z komunistami szybko i dość sprawnie.
Najsprawniej chyba w całym bloku wschodnim, odcinając ich od możliwości
wpływania na dalsze losy Państwa. I słusznie, bo przecież mieli już oni
okazję "nawpływać się" na politykę, biznes i media.
Próbę dokonania takiej lustracji w Polsce zatrzymano. Mamy na myśli
zamach stanu, któremu polskojęzyczne media wtórowały, bijąc w bębny do
dziś sprawdzonych sloganów o "polowaniu na czarownice" i "nienawiści",
którą zwolennicy lustracji jakoby pałali przeciwko tzw. ludziom honoru,
jak określił ich redaktor Michnik, który kształtował niegdyś olbrzymią
część opinii publicznej w kraju nad Wisłą.
Lustracji więc praktycznie w Polsce nie przeprowadzono, a już na pewno
nie wg. modelu czechosłowackiego.
Więc skoro na Litwie przeprowadzono lustrację, która jedynie na pewnym
etapie została zwichnięta z powodu korupcji, a były Przewodniczący i
tak z rozgoryczeniem mówi o braku sprawiedliwości, przekupstwie
parlamentarzystów, nie pokonaniu w postkomunistycznych krajach
komunizmu, wspominając o sfrustrowanych obywatelach widzących te same
twarze u władzy, to po przeczytaniu wywiadu nasuwa się pytanie: jak z
takiej perspektywy wygląda współczesna sytuacja w Polsce?
Odpowiadając szczerze, trzeba stwierdzić, że Polska z takiej
perspektywy, podobnie zresztą jak Rosja, to po prostu komuszy raj. Raj,
w którym czerwone gagatki otrzymały upragnionych 40 dziewic, ich
skronie przyozdobiono liściem lauru, a z czerwonych tyłków wyrosły im
anielskie skrzydła, które pozwalały wzbijać się w karierze,
jednocześnie omijając w locie wiele "niedogodności", np. prawo.
Nie mając częstego dostępu do takich wywiadów, Polacy do dziś
zastanawiają się, dlaczego nadal prześladują ich wyciągane przez IPN
widma i strachy, których wyciąganie zresztą stale spotyka się z ostrymi
atakami wielu niezwykle wpływowych środowisk. Środowiska te od początku
potępiały pomysły ujawniania jakichkolwiek informacji, nawet tych tylko
z lekka ocierających się o lustracyjny temat.
Najgorsze jest jednak to, że dziś środowiska te coraz częściej, dzięki
swoim wpływom, stają się częścią większej i nadrzędnej całości, jaką
reprezentuje obecnie państwo Unia Europejska. Państwo, które od 1-go
grudnia 2009, po wejściu w życie Traktatu Konstytucyjnego, nazwanego
dla niepoznaki Lizbońskim, sprawuje nad nami rządy lub jak kto woli,
uzyskało monopol na stosowanie wobec nas przemocy.
Tym środowiskom i Unii Europejskiej musi być po drodze i pewnie dlatego
od czasu do czasu czytamy o dawnych flirtach z komunizmem sporej
grupy urzędników UE, którzy de facto sprawują tu rządy.
Ale, zapyta ktoś, co to ma do rzeczy i jaki ma to związek z
orwellizacją naszego życia?
Od czasu do czasu, warto dowiedzieć się kto ów orwellowski "luksus" za
nasze pieniądze nam funduje.
Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
Radio Wolna Europa - wywiad z Vytautas'em
Landsbergis'em.
Polska Times - komuniści w Unii Europejskiej.
Na
początku marca w niemieckim stanie Zjednoczonej Europy odbyły się
największe na świecie targi techniki, CeBIT 2010.
Na targach tych jak zwykle firmy prezentowały technologiczne nowinki,
prototypy urządzeń, programów i różnego rodzaju gadżetów.
Prawdopodobnie, w wznieconym tymi wydarzeniami duchu zwiększonego
zainteresowania technologią, tuż przed targami, jedna z niemieckich
firm branży informatycznej przeprowadziła sondę.
Napisano o tym w wydawanym w brytyjskim Stanie Europejskim "The Independent":
Brzmi to jak z filmu sci-fi, lecz jak pokazał poniedziałkowy sondaż,
jeden na czterech Niemców, jeśli tylko osiągnąłby z tego powodu
konkretne korzyści, byłby szczęśliwy mając wszczepiony pod skórę
mikrochip.
Sondaż przeprowadzony przez BITKOM, grupę lobbującą w dziedzinie IT,
pokazał w jaki sposób coraz bardziej zaciera się różnica między światem
wirtualnym, a życiem, co ma być jednym z głównych tematów
rozpoczynających się we wtorek targów CeBIT 2010.
Ogółem rzeczy, 23% z około tysiąca osób biorących udział w sondażu
odpowiedziało, że byliby przygotowani na umieszczenie chipa w ciele
"dla pewnych korzyści".
Co szósty zapytany (16%) powiedział, że nosiłby implant gdyby pozwoliło
to służbie zdrowia i ratownikom na szybsze udzielenie pomocy w
przypadku pożaru lub wypadku.
5% odpowiedziało, że skłonnych byłoby przyjąć implant, gdyby sprawiło
to, że ich zakupy w sklepie odbywałyby się sprawniej.
Jednak 72% odpowiedziało, że nie dałoby sobie wszczepić elektroniki w
ciało "pod żadnym pozorem".
Wyniki sondy wydają się zaskakiwać nawet sektor najnowszych technologii.
"To oczywiście skrajny przykład, jak
bardzo wydaje się ludziom, że sieci się rozwinęły", powiedział
szef BITKOM August-Wilhelm Scheer.
...
Artykuł kończy się informacją, która przypomina echa PRL'owskich opisów
czytywanych niegdyś w Trybunie Ludu, że Targi otworzą przemówieniem
niemiecka kanclerz Angela Merkel i premier Hiszpanii Jose Luis
Rodrigues Zapatero.
Jak można dowiedzieć się z pobieżnych poszukiwań w sieci, BITKOM, to
czołowy niemiecki lobbysta branży IT reprezentujący 1300 firm, o
którego działalności i postawie można przeczytać przy wielu okazjach,
takich jak np. światowy szczyt poświęcony tematowi społeczeństwa
informatycznego (World Summit on Information Society (WSIS)). Grupa ta
m.in. promuje technologię RFID (mikrochipy) w Europie w
ramach CE RFID.
Na stronie CE RFID czytamy, że: "RFID to wspaniała kluczowa technologia dla
Europy. Od roku 2006 do 2008 europejscy użytkownicy i sprzedawcy RFID
współpracują w ramach inicjatywy "Koordynowania Europejskimi Próbami
Promocji Europejskiego Łańcucha Wartości RFID" (Coordinating European
Efforts for Promoting the European RFID Value Chain), by polepszyć
warunki konkurencji dla technologii RFID i jej dalszego rozwoju w
Europie oraz wzmocnienia politycznego środowiska RFID na poziomie
europejskim."
Otóż informacje z CE RFID to stek okrągłych, urzędniczych zdań napisany
niestrawnym językiem z którego wiadomo tylko tyle, że niejaka Komisja
Europejska zajmuje się promowaniem i wciskaniem nam RFID.
Kiedy w Europie próbują Państwo przejść przez bramkę sklepu z legalnie
kupionym i właśnie zapłaconym towarem, a nagle rozlega się buczenie
bramki przy wyjściu, to za każdym razem powinni Państwo pomyśleć z
wdzięcznością o Komisji Europejskiej, która za nasze i Państwa
pieniądze "promuje i wzmocnia
polityczne środowiska na poziomie europejskim" wciskanego
obecnie gdzie tylko się da dziadostwa zwanego RFID.
Oczywiście w samej technologii nie ma niczego złego i można ją
wykorzystać w wielu dziedzinach w sposób naprawdę pomocny człowiekowi,
jednak obecne, główne wykorzystanie mikrochipów, czyli wykorzystanie
ich do śledzenia kupowanych przez nas produktów (oraz śledzenia obiegu
pieniędzy), już nawet w zacofanej Polsce zaczyna przyjmować chore
rozmiary, uruchamiając co chwilę sklepowe alarmy, zupełnie jakby
zamiarem tej technologii było nie śledzenie produktu, lecz dydaktyczne
przypominanie klientowi, iż nieustannie jest śledzony.
Wracając jednak do rzeczy, grupa BITKOM, której wyraźnie na sercu leży
zajmowanie się m.in. promowaniem chipów RFID, pozwoliła sobie zrobić
sondaż na temat trochę bliższego ludzkiej skórze zastosowania tych
małych i niegroźnie wyglądających układów elektronicznych.
Nie wiemy, czy można wierzyć jej sondażom, w których po
podliczeniu procentów wychodzi, że odpowiadało w sumie 116%
ankietowanych, jednak nie mając w ręku konkretnych pytań i wyników, nie
chcielibyśmy o niczym przesądzać. Być może jest to wynik konstrukcji
samego sondażu i nie dość dokładnego jej omówieniu w artykule.
Załóżmy więc zachowawczo, że trochę powyżej 1/4 respondentów jest
skłonna wszczepić sobie pod skórę chip. Czy to dużo, czy mało?
Pamiętając, że przyszło nam wszystkim żyć w ustroju, w którym sterowana
za pośrednictwem mediów większość narzuca wszystko co chce będącej w
opozycji mniejszości, wydaje się, że to niepokojąco dużo.
Dość przypomnieć wszystkim, że za obecny stan polityki każdego państwa
odpowiedzialny jest w pewnym sensie wcale nie większy procent dorosłych
obywateli.
Ugrupowania polityczne i głowy państw, biorąc pod uwagę frekwencję
wyborczą, mandat pełnienia władzy dostają z rąk podobnej części
obywateli.
Gdyby nagle postanowiono zrobić referendum, w którym wyborcy mieliby
się wypowiedzieć na temat mikrochipów, to nie jest niemożliwe, że
zmobilizowana 1/4 obywateli zwyciężyłaby na korzyść decyzji
wszczepiania elektronicznych implantów.
Nie wykluczone jest, że szalę zwycięstwa przechyliłaby grupa totalnych
idiotów, owo 5% dla których własne zdrowie i prywatność liczą się
mniej niż popychany przed sobą wózek wypchany hipermarketowymi
"specjałami".
Oczywiście w każdej grupie kontrolnej znajdzie się pewien margines
idiotów. Osób, które dały sobie wmówić, że np. wejście do Unii
Europejskiej jest dobre, bo będą się mogli uczyć języków i podróżować
lub jak w omawianym przypadku, iż swędzący chip pod skórą jest
potrzebny, bo szybciej robi się z nim zakupy.
Takie przypadki będą zawsze i wszędzie i choć nie przypuszczalibyśmy,
że będzie to aż 5%, co świadczyć może o nie do końca prawdziwych
wynikach sondażu, albo wskazywać, że sąsiedzi z za Odry w
zastraszającym tempie głupieją, to mimowszystko grupą tą powinniśmy się
przejmować chyba najmniej.
Dla nas, najbardziej niepokojąca jest ten procent społeczeństwa, który
skłonny jest rezygnować z prywatności na rzecz uzyskania poczucia
własnego bezpieczeństwa.
Jak napisał cytowany już przez nas wielokrotnie Benjamin Franklin
"ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa rezygnują z podstawowej
wolności, nie zasługują ani na bezpieczeństwo, ani na wolność."
I może owych 16% rzeczywiście nie zasługuje na wolność, jednak w
specyficznym układzie panującej demokracji, gdzie większość ludzie
wybory nie interesują (bo niczego nie zmieniają), 16% może skazać na
utratę wolności nie tylko siebie ale i całą resztę.
By jednak nikt nie posądzał nas o przesadny pesymizm, chcemy
podkreślić, że generalna większość, ponad 2/3 jest jeszcze chipom pod
skórą przeciwna. I całe szczeście.
Napisaliśmy "jeszcze", bo obecny wynik nie znaczy, że procent ten nie
będzie się zmniejszał. Wraz ze zmianami demograficznymi, nadejściem
pokoleń przyzwyczajanych od dziecka do elektronicznych "ułatwień" i
gadżetów oraz coraz intensywniejszą reklamą nowszych i "lepszych"
zastosowań RFID użytecznych w walce z do niedawana nieistniejącymi
jeszcze problemami, ludzie mogą zostać zmanipulowani do ochoczego
przyjęcia pod skórę tego, zapewne niezbędnego już wówczas, rozwiązania.
O takiej przyszłości mogą świadczyć choćby i dzisiejsze przesłanki, np.
drobny fakt, że informacji o sondażu grupy BITKOM "The Independent" nie
zamieścił w dziale traktującym o technice, lecz w dziale zawierającym
teksty o stylu życia, nowościach na temat zdrowia i rodziny.
Opuśćmy na moment stary kontynent, udajmy się na brytyjską wyspę, by
zobaczyć, jak warunkuje się społeczeństwo do większej akceptacji
omawianych właśnie chipów RFID.
The Guardian, 3 dni po zakończeniu targów CeBIT w
Hanowerze, napisał o planach jakie brytyjski rząd ma wobec
chipowania... na razie tylko psów:
"Wszystkie psy zostaną obowiązkowo
zachipowane, więc ich właścicieli będzie można łatwo namierzyć..."
W artykule czytamy o tym, jak to psy gryzą i w ogóle są niebezpieczne i
że minister spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii Alan Johnson (Partia
Pracy) powiedział:
"Olbrzymia większość właścicieli psów
to ludzie odpowiedzialni, jednak nie ulega wątpliwości, że niektórzy
hodują i trzymają psy jedynie by innych zastraszać, by używać psów jak
broni".
The Guardian opisuje, że rząd:
"planuje wstrzykiwać psom pod skórę
między łopatkami mikrochipy wielkości ziarna ryżu. Chipy te zawierają
unikalny numer kodowy, imię psa, wiek, rasę i stan zdrowia jak również
imię i nazwisko właściciela, jego adres i numer telefonu. Kiedy chip
jest odczytywany za pomocą ręcznego skanera, numer kodowy jest
ujawniany, a szczegóły sprawdzane w krajowej bazie danych."
Pan minister, który jak to w polityce bywa, w garniturze od Armaniego
dzielnie walczy o prawa ludzi pracy, powiedział także:
"Brytania jest narodem miłośników
zwierząt, jednak ludzie mają fundamentalne prawo by czuć się
bezpiecznie na ulicach i w ich domach".
Tak oto, świadomie lub nie, urzędnik państwowy łączy wszczepianie
chipów RFID z bezpieczeństwem, które jego zdaniem ma się bezpośrednio
wiązać z gromadzeniem pod skórą adresów, kontaktów, telefonów oraz
informacji o zdrowiu, wieku i przynależności rasowej.
I mogą Państwo nam wierzyć, że gdy powtórzą tę brednię 1000 razy, to
wiele matek zaprowadzi własne dziecko do zachipowania tylko dlatego by
mieć poczucie, że dziecko będzie bezpieczne. W ich umysłach podskórny
chip będzie kojarzył się z bezpieczeństwem.
Tak właśnie warunkuje się ludzkie postępowanie i myślenie.
Powróćmy ponownie na stary kontynent.
Ponieważ niemieccy politycy i lobbyści technologii IT wiedzą już, że w
społeczeństwie nie ma jeszcze pełnego przyzwolenia na wszczepianie
ludziom mikrochipów, nie mogąc pójść jeszcze na całość, posługują się
metodą małych kroczków.
Na stronie serwisu Fox News znajdują się zdjęcia z CeBIT. Oczywiście
nie zabrakło na nich pokazania niemieckiej Kanclerz w czasie, gdy z lubością
wodzi palcem po prezentowanym przez firmę Microsoft urządzeniu
"Surface", doglądając jednocześnie wystawę niczym Edward Gierek
wizytujący kolejny "zakład pracy", w którym nowo odmalowaną fasadę
eksponowano z daleka, by ukryć brudny i spękany mur walącej się pod
długami komuny. Jednak nie to zdjęcie zwraca największą uwagę.
Najciekawsze jest zdjęcie prawie uśmiechniętego Niemca, który w
rękach trzyma coś, co przypomina wydawane obecnie także przez Polskie
władze tzw. dowody osobiste, służące jak wielokrotnie udowadnialiśmy,
jedynie rozwiązywaniu problemów nieznanych w normalnym ustroju i
normalnym Państwie.
Obok tego zdjęcia zamieszczono następujący opis:
"Nowa elektroniczna karta
identyfikacyjna zostanie wprowadzona w Niemczech od 1-go listopada
2010. Ten ogólnie złożony system zarządzania obowiązkową kartą i jej
bezstykowym chipem znalazł się na wystawie CeBIT 2010. Karta posiada
trzy funkcje: 1. biometryczna wersyfikacja tożsamości, 2. elektroniczna
wersyfikacja tożsamości, 3. autoryzowany podpis elektroniczny."
Metodą małych kroków Niemcy wprowadzają biometrię i weryfikację
tożsamości. Na razie za pomocą karty, która przypomina karty już
istniejące. Z punktu widzenia większości Niemców właściwie nic się nie
zmieni. Skoro posiadali podobne karty już wcześniej, to co złego będzie
w dodaniu do nich jeszcze kilku informacji w trochę nowocześniejszej
formie? Na takim sposobie myślenia opiera się cały proces wprowadzania
rozwiązań, które dla obywatela wcale nie muszą być korzystne, a do
których władza stara się obywatela coraz wymyśłniej przekonać. Z
naszego punktu widzenia skandalem jest oczywiście to, że władza w ogóle
obywatela do czegoś przekonuje, bo przecież czyni to za jego własne
pieniądze, na co obywatel może nie mieć w ogóle ochoty myśląc, że jego
pieniądze wydawane są raczej na utrzymanie wojska i policji.
Na zakończenie przypomnimy tylko, że sytuacja Niemców to nie wyjątek.
W 2009 roku mogliśmy przeczytać o planach dla kraju nad Wisłą. Tu i tu.
Warto zwrócić uwagę w jak manipulatorski sposób TVN24 opisał wówczas
informacje o zmianie dowodów przygotowywanej nam wówczas przez rząd
Donalda Tuska.
"Co będzie w nowym dowodzie? Mniej
informacji niż obecnie. Zostaną imię, nazwisko, imiona rodziców, numer
PESEL, obywatelstwo, płeć oraz data i miejsce urodzenia. Zniknie za to
bardzo uciążliwy meldunek, bo to z jego powodu po każdej zmianie
miejsca zamieszkania trzeba wymieniać dowód. Znikną też znaki
szczególne: wzrost, kolor oczu.
Nie będą potrzebne, bo zidentyfikuje
nas komputer. Dane zapisane na okładce plastiku będą także w formie
elektronicznej - podobnie jak zdjęcie. Nowością jest dopuszczenie
fotografii z przyciemnianymi okularami (jeśli są one zdrowotne) i
nakryciami głowy (jeśli ich noszenie wynika z religijnego obrządku)."
"Mniej, znaczy więcej" czasami sprawdza się w sztuce, jednak gdy
urzędnik próbuje nas przekonać, iż w dowodzie będzie mniej informacji
niż obecnie, bo "zidentyfikuje nas
komputer", to tylko naiwni nie zapytają na jakiej podstawie i za
pomocą jakich cech biometrycznych owa identyfikacja będzie przebiegała.
Jak można było przeczytać w tym samym czasie na portalu Wirtualnej Polski, nie jest jeszcze
przesądzone, jakie dane biometryczne będą zawierać karty
identyfikacyjne w Polsce.
"Kontrowersje budzi głównie zakres
danych biometrycznych, które znajdą się w nowym dokumencie. Chodzi o
informacje o fizycznych cechach człowieka (np. linie papilarne,
tęczówka oka, kształt twarzy itp.), które pozwalają na identyfikację
jego tożsamości. Nie jest ponadto przesądzona sprawa ewentualnej
darmowej wymiany dowodu osobistego."
I to wszystko może, więc pewnie będzie, "za darmo". A darowanemu
koniowi nie zagląda się w zęby ani do... więc niewiele osób będzie
wiedzieć co ów trojańskim koń zawierać może w swoim wnętrzu.
Nikt więc nie krzyczy, nikt nie protestuje. Kiedyś zapewne spróbują
zmienić karty-dowody na dowody-implanty tłumacząc, że chodzi o to, by
"dokumenty" nie były gubione zbyt często, a przecież ręki lub czoła z
implantem nikt tak łatwo nie zgubi.
Żeby jednak nie zakończyć dzisiejszego wpisu tak pesymistycznie, raz
jeszcze zajrzymy do Niemiec, gdzie ogłoszono bardzo istotną, a co
najważniejsze pozytywną wiadomość.
Jak podała Electronic Frontier Foundation niemiecki Trybunał
Konstytucyjny wydał bardzo oczekiwaną decyzję, która uderzyła w prawo
do przechowywania danych, uznawszy, że jest ona pogwałceniem prawa
człowieka. Jest to ważne zwycięstwo europejskiego ruchu "Freedom Not
Fear" (Wolność Nie Strach), który powstał w opozycji do dyrektywy
unijnej dotyczącej przechwytywania i archiwizowania danych.
...
Niemiecki Trybunał podtrzymał decyzje, że unijna dyrektywa stanowi
pogwałcenie artykułu 10 niemieckiej Konstytucji, która gwarantuje
podstawowe prawo do prywatności życia i korespondencji.
...
Także Rumuński Trybunał Konstytucyjny w październiku 2009 roku ogłosił,
że unijna dyrektywa stoi w sposób podstawowy w sprzeczności z artykułem
Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, która gwarantuje prawo do
respektowania życia prywatnego i korespondencji. Przechwytywanie danych
samo w sobie Trybunał określił jako "prawdopodobnie
obalające założenie niewinności i przekształcające a priori wszystkich
użytkowników usług komunikacji elektronicznej lub sieci publicznej
komunikacji w ludzi podejrzewanych o popełnianie przestępstw terroryzmu
lub innych poważnych przestępstw."
W rezultacie, wszyscy obywatele staliby się "permanentnymi podmiotami owego
wtargnięcia w doświadczanie ich osobistego prawa do korespondencji i
wolności wypowiedzi."
Wyroki w Rumunii, a teraz w Niemczech dają podwalinę dla nadchodzącej
serii decyzji na temat stanu prawa dotyczącego narodowego
przechwytywania danych w całej Europie.
My przypominy tylko, że w Polsce takie prawo po cichu przepchnięto i jak to bywa w
krajach rządzonych przez specjalne służby, żaden Trybunał łamania praw
człowieka nie stwierdził, a od 1 stycznia tego roku, służby w najlepsze
przeglądają sobie kto z kim i kiedy rozmawia.
Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
The Independent - jeden na czterech Niemców chce
mieć chip pod skórą.
RC RFID - BITKOM promuje RFID w Europie.
RC RFID
- RFID to kluczowa technologia dla Europy.
The Guardian - brytyjski rząd chce chipować psy
dla bezpieczeństwa ludzi.
FoxNews - niemiecka Kanclerz na targach CeBIT 2010.
FoxNews - niemiec prezentuje kartę
identyfikacyjną, obowiązkową od 1 listopada 2010 roku.
Wirtualna Polska - MSWiA szykuje rewolucję w
dowodach osobistych.
TVN24.pl - rewolucja w dowodach osobistych. Więcej
informacji w dowodach znaczy "mniej".
Wirtualna Polska - jeszcze nie zdecydowano jakie
dane biometryczne będzie zawierał dowód osobisty.
Electronic Frontier Foundation - niemiecki
Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przechwytywanie i archiwizowanie
danych o komunikacji jest sprzeczne z niemiecką Konstytucją.
Rzeczpospolita - Służby w Polsce, od 1 stycznia
sprawdzają skąd i dokąd dzwonimy.
Dzisiejszy
tekst zamieszczamy z miesięcznym opóźnieniem, by jak mówi przysłowie,
lepiej późno niż wcale mogli Państwo zapoznać się z informacjami
dotyczącymi tematu może nie do końca związanego z orwellizacją, bo
skierowanego raczej do miłośników tak wyśmiewanych "spiskowych teorii".
Dwa miesiące temu świat obiegła wiadomość o tragicznym w skutkach
trzęsieniu ziemi na Haiti. Pisano o setkach tysięcy ofiar, zaginionych,
ludzi bez dachu nad głową.
Dziś, jak można się domyślać, temat ten praktycznie zniknął już z
pierwszych stron gazet, ofiary trzęsienia ziemi nie stanowią już
medialnej atrakcji.
Nie, nie będziemy dziś poruszać humanitarnych aspektów tragedii, która
dotknęła mieszkańców nawiedzonego trzęsieniem ziemi regionu, czy też
szybkości przemijania dziennikarskich sensacji. Nie będziemy też
rozwodzić się nad okresem czasu po jakim współczesny widz nudzi się
pokazywanymi na ekranie obrazkami.
Zastanowił nas trochę inny aspekt wydarzeń sprzed dwóch miesięcy.
Zapewne i do Państwa dotarła wiadomość o tym co napisały po trzęsieniu
ziemi media w Wenezueli. Tym, którzy nie interesowali się tematem
przypomnimy w skrócie o co chodzi.
2010-01-22 Wprost.pl powołując się na Gazetę Wyborczą umieściło w
dziale informacji ze świata następującą notkę:
"Prezydent Wenezueli Hugo Chavez
uważa, że amerykańska armia testująca nowe rodzaje broni jest
odpowiedzialna za trzęsienie ziemi na Haiti. Chavez oskarża Pentagon
również za wywoływanie susz, powodzi i obarcza go odpowiedzialnością za
globalne ocieplenie."
Sięgając do źródła tej informacji w Polsce, dowiadujemy się dalej, iż w
Wenezueli:
"Dziennikarze i zapraszani do
telewizyjnych studiów eksperci za każdym razem powołują się na bliżej
niesprecyzowane "raporty Północnej Floty Federacji Rosyjskiej", które
Wenezuela jako bratni kraj otrzymała niedawno w największym zaufaniu.
Wynikać ma z nich jednoznacznie, że
tragiczne trzęsienie ziemi na Haiti zostało szczegółowo zaplanowane
przez USA w ramach rozpoczętych już w latach 70. badań nad tzw. bronią
sejsmiczną. Ma to być część tajnego programu HAARP, który poza bronią
sejsmiczną - twierdzą media populistycznego prezydenta Hugo Chaveza
publicznie mówiącego o swej nienawiści do Ameryki - obejmuje też
wywoływanie anomalii klimatycznych na całym globie."
Naszą uwagę zwrócił niesamowicie przenikliwy komentarz pod tekstem na
stronie wprost.pl, który brzmiał następująco:
"Spiskowa teoria a'la kacza banda
~wyborca 1968 r. 2010-01-22 12:37 z
IP 169.142.127.*"
Tak właśnie polski wyborca skomentował ten artykuł. Poza
przesłankami: pierwszą, która dobitnie ukazuje przyczynę poziomu
politycznego idiotyzmu jaki panoszy się obecnie w państwach
demokratycznych opartych na powszechnych wyborach; drugą, która
bezpośrednio potwierdza, że wiek niekoniecznie musi iść w parze z
mądrością; komentarz ten zmotywował nas do dalszych poszukiwań na temat
"spiskowej" strony tego co wydarzyło się na Haiti.
Nauczeni lekcją historii, że nie powinno się wierzyć wszelkiej maści
prezydentom Kwaśniewskim, premierom Millerom, posłom Kaliszom,
posłankom Senyszyn oraz innym wyznawcom zbrodniczej doktryny socjalizmu
(podobno około 100 milionów ofiar na całym świecie i wciąż zabija), nie
uwierzylibyśmy na słowo także prezydentowi Hugo Chavez'owi. Tacy jak On
lubią straszyć imperialistycznym wrogiem, który zwyczajowo czai się
wszędzie. W odróżnieniu od krajów "demokratycznych", Hugo Chavez nie
może straszyć obywateli terroryzmem, wysadzać budynków za pomocą
samolotów, detonować bomb w metrze itd., bo pokazywałoby to, że
wspaniały socjalistyczny rząd utracił kontrolę nad Państwem, co
oczywiście mogłoby dać niektórym do myślenia i zachęcić do próby zmiany
cudownego ustroju dążącego nieustannie do równej i powszechnej
szczęśliwości, na jakiś inny i gorszy, do czego władza dopuścić nie
może dla dobra narodu oczywiście.
Socjalistyczna władza przedstawia więc wroga w pozycji zewnętrznej.
Wróg nie jest w stanie znacznie zagrozić bezdyskusyjnej nadrzędności
socjalizmu, jedynie od czasu do czas mącąc, niszcząc i plugawiąc
czerwone wartości, opóźnia nadejście ogólnej i równej szczęśliwości, co
przy okazji usprawiedliwić ma powszechne niedostatki i ogólnie panujące
dziadostwo i nędzę.
Pisząc w skrócie, tacy jak Chavez straszyli kiedyś ciemny lud stonką
ziemniaczaną zrzucaną przez Amerykanów. Nie zdziwilibyśmy się więc, że
dziś straszą techniką wojenną wywołującą trzęsienia ziemi na
zawołanie.
Ponieważ Chavez powoływał się na: "niesprecyzowane
raporty Północnej Floty Federacji Rosyjskiej", dlatego
poszukiwania rozpoczęliśmy od portali rosyjskich.
I rzeczywiście, w anglojęzycznej wersji strony rosyjskiej "Prawdy"
znajduje się artykuł zatytułowany: "Amerykanie wywołali trzęsienie ziemi na Haiti?"
Czytamy w nim, że "Rosyjska Flota
Północna wskazuje, iż oczywistym jest, że trzęsienie ziemi, które
zdewastowało Haiti, było rezultatem testu jakiego za pomocą broni
wywołującej trzęsienia ziemi dokonała marynarka wojenna USA. Dodatkowo
przedstawiono diagram bezpośredniego następstwa w związku z
doniesieniami o innych trzęsieniach ziemi w Wenezueli i Hondurasie,
których epicentrum miały miejsce na takiej samej głębokości."
Artykuł opisuje również, iż: "Do
końca lat 70-tych zeszłego stulecia, amerykanie dokonali sporych
postępów w dziedzinie broni wywołującej trzęsienia ziemi i, wg. owych
raportów, obecnie używają sprzętu wykorzystującego techniki impulsu,
plazmy i techniki elektromagnetycznej Tesli, oraz technologii
dźwiękowej w połączeniu z "falą uderzeniową bomb".
Raport porównuje także wyniki
stosowania obu tych broni. Gdy test broni na Pacyfiku spowodował
trzęsienie ziemi o sile 6.5 w skali Richtera w okolicach miasta Eureka
w Kalifornii nie powodując żadnych ofiar w ludziach, to test na
Karaibach spowodował śmierć co najmniej 140 tysięcy ludzi.
Wg. raportu jest bardziej niż
prawdopodobne, że marynarka wojenna USA posiadała pełną wiedzę na temat
katastrofalnych zniszczeń jakie ów test mógł wywołać na Haiti, w
związku z czym wcześniej umieściły na wyspie dowódcę Południowych Siły
(USSOUTHCOM), generała broni P.K. Keen'a, by jeśli zajdzie taka
potrzeba, nadzorował działania związane z udzielanie pomocy.
Odnoście ostatecznych wyników testu
tych broni, raport ostrzega, że USA planuje zniszczyć Iran za pomocą
serii trzęsień ziemi, zaprojektowanych tak, by odsunąć od władzy obecny
islamski reżim. Według raportu, system testowany przez USA (projekt
HAARP) może także wywoływać anomalie klimatu powodujące powodzie, susze
i huragany.
Według innego raportu istnieją
dowody, które wskazują, iż trzęsienie ziemi w Sichuan w Chinach, które
miało miejsce 12 maja 2008 roku i miało siłę 7.8 w skali Richtera,
także zostało wywołane przez radiowe częstotliwości HAARP. Można
zaobserwować, iż istnieje związek pomiędzy aktywnością sejsmiczną oraz
jonosferą, poprzez kontrolę radiowych częstotliwości wywołanych polem
siły, które wytwarza HAARP.
...
Niedługo po trzęsieniu ziemi,
Pentagon oznajmił, iż pływający szpital, USS Comfort, który przebywał w
doku w Baltimore, wypłynął na Haiti, pomimo faktu, iż dotrze tam
dopiero po upływie kilku dni. Admirał marynarki wojennej USA, Mike
Mullen z dowództwa oznajmił, że siły zbrojne USA przygotowywały
działania w sytuacji kryzysowej na terenie objętym klęską.
Generał Douglas Fraser, dowódca
USSSOUTHCOM powiedział, że jednostki Straży Przybrzeżnej i Marynarki
Wojennej z regionu zostały wysłane by zaoferować pomoc nawet jeśli
posiadały ograniczone środki i helikoptery."
Tyle napisano w rosyjskiej "Prawdzie". Czy można wierzyć tym
informacjom?
Na pierwszy rzut oka trochę naciągane wydają nam się owe bliżej
nieokreślone "techniki impulsu, plazmy i techniki elektromagnetyczne
Tesli", które brzmią jak fragment dialogu z filmu science fiction
klasy B, ale już wywołanie fali uderzeniowej za pomocą fali akustycznej
lub detonacji bomby jest całkowicie realne. Wydaje nam się jednak, że
aby w taki sposób wywołać na zamówienie trzęsienie ziemi, które
potrafiłoby zrównać z ziemią miasto, wymagana byłaby naprawdę ogromna
ilość energii.
Z drugiej jednak strony wiemy, bo istnieją na to dowody, że w krajach
takich jak USA, gdzie olbrzymia część budżetu trafia w ręce armii, to
co cywilom wydaje się nadal jedynie rozważaniem w sferze teoretycznej,
w wojskowych laboratoriach nabiera całkiem realnych kształtów. Armia zaś ma to do siebie, że muszą upłynąć dziesiątki lat, zanim
panowie w mundurach przestaną zaprzeczać istnieniu swoich nowatorskich
"zabawek".
Czy więc możliwe jest, że istnieje dziś technika pozwalająca na
działania, jakie opisała rosyjska gazeta?
Wydaje nam się, iż wychodząc nawet z założenia, że w artykule tym
napisano naukowe bzdury odnośnie techniki (przynajmniej częściowo) za
pomocą której Amerykanie zdalnie trzęśliby ziemią, to nie da się
wykluczać, iż poziom współczesnej technologii pozwala na
przeprowadzanie pewnych testów o których mowa w artykule.
Skąd takie przekonanie?
Oto kilka cytatów z pracy
badawczej opublikowanej w 1996 roku przez siedmiu całkiem poważnych
wojskowych naukowców, których raczej trudno będzie zaliczyć do
oszołomów.
Strona VII:
"Obecne technologie, które dojrzeją w
przeciągu następnych 30 lat, każdemu posiadającemu odpowiednie środki,
będą oferować możliwość modyfikacji wzorców pogodowych i efektów im
towarzyszących co najmniej na lokalną skalę."
...
"W Stanach Zjednoczonych modyfikacje
pogody najprawdopodobniej staną się częścią polityki narodowego
bezpieczeństwa o zastosowaniu wewnętrznym jak i międzynarodowym."
Autorzy pracy opisują wymyślony scenariusz wydarzeń z roku 2025, w
którym siły zbrojne USA walczą z południowoamerykańskim kartelem
narkotykowym. Jak na prawdziwy kartel przystało, jest doskonale
wyposażony w rosyjskie i chińskie myśliwce i posiadając liczebną
przewagę w regionie udaremnia wszelkie ataki na należącą do niego
produkcyjną infrastrukturę.
Co więc robią siły amerykańskie? Tworzą chmury, z których rozpętują
burzę zdecydowanie osłabiającą obronne zdolności myśliwców wroga,
eliminując jego przewagę w szybkim rozpoznawaniu celów za pomocą
radarów i systemów namierzania poprzez podgrzewanie mikrofalami. W tym
samym czasie w innym regionie automatycznie, bezzałogowe sondy latające
rozpylają środki chmurotwórcze, które powodują powstanie tarczy z chmur
pierzastych, w rezultacie czego uniemożliwia się wrogie rozpoznanie
wizualne i w podczerwieni. Wszystko to monitorowane jest w czasie
rzeczywistym.
Autorzy scenariusza kończą go następującym zdaniem.
"Taki scenariusz może wydawać się
bardzo naciągany, jednak do roku 2025 jest w zasięgu naszych
możliwości."
Przypomnijmy, że pracę, która znajduje się do dziś w bibliotece
należącego do Uniwersytetu AIR, będącego "Intelektualnym i przewodnim centrum
Powietrznych Sił Zbrojnych" opublikowano w roku 1996. Znaleźć ją
można wśród papierów o programie wojen gwiezdnych, systemie obronnych
rakiet balistycznych dla Europy, papierów na temat systemów wczesnego
ostrzegania itp., całkiem poważnych tematów.
Praca z 96 roku zawiera kilka zapewne bliżej nieznanych opinii
publicznej faktów historycznych.
"W roku 1957 prezydencka Komisja
Doradcza ds. Kontroli Pogody (tak, zgadza się, już w 1957), bardzo
wyraźnie zwraca uwagę na potencjał zawarty w modyfikacji pogody
ostrzegając jednocześnie w swym raporcie, że mógłby się on stać bronią
ważniejszą niż bomba atomowa.
Jednakże od roku 1947 kontrowersje
powstałe w związku z możliwymi konsekwencjami prawnymi, jakie wynikłyby
z zamierzonych zmian dokonany na systemach wielkich wichur oznaczały,
że tylko niewielkie przyszłe eksperymenty mogłyby być prowadzone na
sztormach zdolnych dotrzeć do lądów. W roku 1977 Zgromadzenie
Organizacji Narodów Zjednoczonych przyjęło uchwałę zabraniającą
wrogiego użycia technik modyfikujących środowisko. Powstała "Convention
on the
Prohibition of Military or Any Other Hostile Use of Environmental
Modification Technique (ENMOD)” (Uchwała o Zakazie Militarnego oraz
Wszelkiego Innego Wrogiego Użycia Technik Modyfikacji Środowiska) zobowiązywała sygnotariuszy do
powstrzymywania się od wszelkich militarnych lub innych wrogich
zastosowań modyfikacji pogody, które mogłyby powodować szerokie,
długotrwałe lub dotkliwe efekty. O ile nie wstrzymało to całkowicie
badań nad modyfikacją pogody, jednak znacznie zahamowało tempo rozwoju
związanych z tym technologii, powodując skupienie się badaczy na
działalności ograniczającej zamiast na działaniach intensyfikujących."
Poczuliśmy prawdziwą ulgę, że dzięki uchwale ONZ naukowcy nie pracują
nad stworzeniem burzy, która zmiotłaby życie z całego kontynentu.
Zamiast tego opracowują pewnie małe sztormy zmiatające jedynie małe
miasteczka i wsie pełne terrorystów. I całe szczęście.
No, ale gdzie tu mowa a trzęsieniach ziemi? W cytowanej pracy
stworzonej na Uniwersytecie Sił Powietrznych USA nikt o nich nie
wspomina. Chcieliśmy jedynie przedstawić dowód na to, że sprawy, które
większość mieszkańców globu potraktowałaby jako filmowe wymysły, kilka
lub kilkanaście lat temu były całkiem na serio przedmiotem
zainteresowania wojska.
Wróćmy więc do trzęsień ziemi.
Na stronie internetowej Amerykańskiej Federacji Naukowców
(The Federation of American Scientists (FAS)), która została założona w
1945 roku przez naukowców pracujących nad projektem Manhattan
(stworzenie pierwszej bomby atomowej), można znaleźć zapis z pewnej
konferencji, która odbyła się 28 kwietnia 1997 roku i dotyczyła
terroryzmu, broni masowego rażenia oraz amerykańskiej strategii.
Oto w jaki sposób na temat przygotowania władz na wydarzenia takie jak
seria fałszywych alarmów bombowych z 97 roku, która sparaliżowała przez
tydzień biznes w Washingtonie, o czym możemy dowiedzieć się dziś z archiwów The Washington Post, odpowiedział
Sekretarz obrony Stanów Zjednoczonych William Sebastian Cohen pełniący
tę funkcję za czasów kadencji Billa Clintona:
"Wskazuje to na naturę zagrożenia.
Okazało się, że w zaistniałych okolicznościach były to fałszywe alarmy.
Jednak, jak nauczyliśmy się w środowisku wywiadowczym, mieliśmy do
czynienia z czymś nazywanym... i mamy tu James'a Woolsey'a, który być
może nawet wypowie się w kwestii urujonych szpiegów. Zwykły strach, że
istnieje taki szpieg w agencji, może wyzwolić łańcuch reakcji i
polowanie, które może sparaliżować agencję na całe tygodnie, miesiące a
nawet lata. To samo jest prawdą w odniesieniu do fałszywego strachu
przed niebezpieczeństwami użycia jakiegoś rodzaju broni chemicznej lub
biologicznej. Istnieją na przykład raporty, że niektóre kraje próbują
konstruować coś jak wirus Ebola i to byłby co najmniej bardzo groźnym
fenomen. Alvin Toeffler napisał o tym, że niektórzy naukowcy w ich
laboratoriach próbują wynaleźć typy patogenów, które są specyficzne dla
konkretnych grup etnicznych, więc mogłyby wyeliminować jedynie
konkretne etniczne grupy lub rasy; inni projektują jakiś rodzaj
inżynierii, jakiś rodzaj insektów, które niszczyłyby konkretny rodzaj
zbóż. Jeszcze inni zaangażowani są nawet w rodzaj eko-terroryzmu,
dzięki któremu mogą zmieniać klimat, wywoływać trzęsienia ziemi,
zdalnie powodować wybuchy wulkanów dzięki zastosowaniu fal
elektromagnetycznych.
Więc, gdzieś tam jest wiele
błyskotliwych umysłów, które pracują szukając sposobów w jaki mogą siać
spustoszenie wśród narodów. To jest naprawdę i z tego właśnie powodu
musimy wzmóc nasze starania i dlatego jest to aż tak ważne."
Oto i oczekiwane trzęsienia ziemi. Rok 1997, a panu Sekretarzowi Obrony
przy okazji odpowiedzi na mało istotne pytanie wymsknęło się to i owo.
Jeśli w 97 roku należało zintensyfikować wysiłki w opisywanych
dziedzinach, a Sekretarz obrony stwierdził, że inni pracują i mogą
dokonywać ataków tego typu (Cohen użył czasu teraźniejszego), to jak
bardzo zaawansowane są działania 13 lat później, po wydarzeniach 9/11,
zamachach bombowych w Londynie, wojnie z terrorem w Iraku i kilku
innych miejscach na ziemi, zdalnych atakach w Pakistanie dokonywanych
za pomocą bezzałogowych sond latających? Jak Państwo myślą? Jak
zaawansowanie musiałyby być badania nad takimi technologiami w czasie,
kiedy oficjele mocarstwa wydającego krocie na zbrojenia i wynalazki
militarne zaczęli przyznawać się publicznie do istnienia tematu?
Można oczywiście przyjąć, że Sekretarz Obrony miał na myśli
nieogolonych facetów w turbanach, którzy mieszkając w jaskiniach
powodują globalne alteracje klimatu, śmiertelnie amerykańskiemu
społeczeństwu zagrażając cieplarnianym metanem emitowanym przez
wypasione na pustynnych trawkach i korzonkach kozy. W telewizji pewnie
by przeszło i widzowie pokiwaliby tylko w uznaniu głowami. My nie
dajemy wiary takim interpretacjom.
Każdy rozsądnie myślący człowiek przyzna jednak, że to nawet zabawne,
iż z jednej strony Amerykanie przyznawaliby, że technologie wywoływania
zmian pogodowych, trzęsień ziemi itp., posiadają tzw. terroryści, a z
drugiej strony zaprzeczaliby jakoby sami mieli do nich dostęp.
Czy istnieją jakieś przesłanki, że z tragedią na Haiti mieli cokolwiek
wspólnego Amerykanie?
Jeśli w tym momencie oczekują Państwo od nas podania odnośnika do
podpisanego ręką Obamy dokumentu, w którym będzie napisane, że wydaje
on rozkaz użycia broni sejsmicznej, czy jak by ją tam nazywać, w celu
zniszczenia stolicy Haiti, to poważnie przeceniają Państwo nasze
możliwości. Jednak czytelnicy odwiedzający nas od dłuższego czasu
pamiętają być może teksty na temat ataków terrorystycznych i jak
zwykliśmy to nazywać "niezwykłego zbiegania się okoliczności" często
towarzyszących takim incydentom.
A to nie działające kamery izraelskich firm ochroniarskich, które
akurat przypadkiem nie zarejestrowały zamachowców na stacjach metra w
Londynie. A to całkiem przypadkiem w dokładnie tym czasie, gdy miały
miejsce londyńskie zamachy prowadzono "ćwiczenia", których scenariuszem
były ataki bomowe na dokładnie tych samych stacjach na których wybuchły
prawdziwe bomby.
Ćwiczenia przeprowadzano 11 września 2001 roku (kto nie słyszał, niech
poszuka informacji o ćwiczeniach "Vigilant Guardian"), w których
scenariuszu był atak terrorystyczny poprzez porwanie samolotu
pasażerskiego.
Takie właśnie cudowne zbieganie się okoliczności mamy na myśli. Że niby
tam gdzie coś porabia, symuluje lub ćwiczy armia, policja czy
firmy powiązane z Mosadem, tam przebiegli, wypasający śmiercionośne
kozy terroryści z pustynnych jaskiń podkładają bombę, kontrolowanie
wyburzając budynki, metro czy dokonując innego aktu znanego nam z
telewizji terroryzmu.
Nie bardzo wiemy z czego wynikają takie potknięcia projektantów
"terroryzmu". Najbardziej jednak prawdopodobne jest to, że tzw. władza
(ta prawdziwa, a nie animowane marionetki jak np. prezydent Obama)
dobrze zdaje sobie sprawę, że większości ludzi wszystko to zwyczajnie
mało obchodzi. Że mając do wyboru albo tysięczny odcinek kolejnej
wariacji "M jak Mdłości", albo szukanie przesłanek i "łamanie głowy",
że coś jest nie tak z okolicznościami towarzyszącymi trzęsieniu ziemi w
jakimś odległym kraiku, wybiorą to pierwsze.
Co wydarzyło się tym razem?
Oto co udało nam się znaleźć i bardzo byśmy chcieli, by ktoś
racjonalnie wyjaśni zbieżność dających nam do myślenia przypadków.
Internetowe wydanie magazynu skierowanego do urzędników państwowych
zatrudnionych w przeróżnych agencjach USA, Government Executive z 15 stycznia 2010 informuje
o tym, że Agencja Obronnych Systemów Informacyjnych (Defense
Information Systems Agency - DISA), należąca do Departamentu Obrony USA
(United States Department of Defense), jedna z agencji wspomagania
walki, której celem jest zapewnienie komunikacji w czasie rzeczywistym
oraz niezbędnej technologii informacyjnej Prezydentowi, Vice
Prezydentowi, Sekretarzowi Obrony, służbie wojskowej i dowództwu na
polu walki, użyła swoich systemów online do koordynacji pomocy na Haiti.
Govornment Executive powołuje się na inny portal tego typu, NEXTGov.com, który "w niezwykły sposób udostępnia z pierwszej
ręki managerom federalnym najnowsze informacje na temat najlepszych
praktyk rządu i rozwiązań branżowych."
Czytamy tam, że:
"W poniedziałek (trzęsienie
ziemi miało miejsce we wtorek - przyp tłumacza.) Jean Demay, pracujący w DISA manager
techniczny odpowiedzialny za projekt Międzynarodowej Współpracy przy
Wymianie Informacji (Transnational Information Sharing Cooperation
project), akurat był w kwaterze
głównej Południowych Siły (USSOUTHCOM) w Miami na Florydzie, gdzie przygotowywał system do testu wg.
scenariusza, który zakładał nadzór pomocy na Haiti po przejściu huraganu.
Po trzęsieniu ziemi, które nastąpiło we wtorek, Demay powiedział, że
SOUTHCOM zdecydował na przejście do prawdziwej akcji na żywo. We środę,
dla każdej organizacji chcącej wspomóc Haiti, DISA uruchomiła "All Partners Access
Network", wspomaganą przez
projekt "Transnational Information Sharing Cooperation".
Projekt wymiany informacji rozwijany
był z poparciem SOUTHCOM oraz Departamentu Obrony Sił Europejskich,
przez okres ostatnich trzech lat. System został zaprojektowany, by
ułatwiać wielostronną kolaborację pomiędzy federalnymi i nierządowymi
agencjami."
...
Jon Anderson, rzecznik prasowy DISA,
oświadczył, że agencja zapewnia 10 megabitów przepustowości dla
zaangażowanych w operacje na Haiti jednostek marynarki wojennej,
piechoty morskiej oraz sił powietrznych.
...
Należący do Dowództwa Połączonych
Sił Joint Communications Support Element (Element
Wpomagania Połączonej Komunikacji), rozmieścił dwie grupy zaopatrzone w
systemy satelitarne i telefony VoIP (telefonia internetowa - przyp.
tłumacza), by wspomagać SOUTCOM w Port-au-Prince później we środę.
Pełne funkcjonowanie systemów było "kwestią godzin", powiedział Szef
JCSE, Chris Wilson.
...
Wilson oznajmił także, iż JCSE była w stanie dostarczyć swój sprzęt
na Haiti szybko, ponieważ systemy były już załadowane na paletach
transportowych w Miami na Florydzie, przygotowane do ćwiczeń, które
zostały przerwane.
...
Federalna Administracja Lotnicza ostrzegła w
oświadczeniu z 15 stycznia 2010, że "z powodu ograniczonej dostępności
przestrzeni wyładunkowej w porcie lotniczym w Port-au-Prince,
Haitańczycy nie przyjmą żadnych samolotów w ich przestrzeni
powietrznej. Przypomina się także operatorom lotniczym, że na lotnisku
nie ma paliwa."
Pogrubioną czcionką podkreśliliśmy "niebywałe zbieganie się
okoliczności", ale na tym nie koniec.
Wzruszającą historię zamieścił AirForceTimes, "internetowe źródło
wszystkiego o siłach powietrznych USA", który "zapewnia członkom armii
amerykańskiej i ich rodzinom niezależnie, wysokiej klasy
dziennikarstwo, które wpływa na ich życie". Czyli wojskowi piszą dla
wojskowych. A zatem mamy przed sobą informacje z pierwszej ręki.
Artykuł opisuje smutną sytuację rodziny, której mąż i ojciec, Major Ken
Bourland uwięziony został pod zgliszczami hotelu Montana w
Port-au-Prince, który w czasie trzęsienia został praktycznie zrównany z
ziemią:
"Bourland, pilot wojskowego
transportowego helikoptera UH-1, pełnił służbę w biurze SOUTCOM w Miami.
Na Haiti przyleciał z Republiki Dominikany
rano, w dzień trzęsienia ziemi
(trzęsienie ziemi miało miejsce o godzinie 17:00 - przyp. tłum.), razem z generałem broni Ken'em Keen,
dyrektorem SOUTCOM.
...
Bourland był na drugim piętrze
hotelu. Przygotowywał się do wyjścia na obiad w ambasadzie USA, w
momencie kiedy nastąpiło trzęsienie, mówi Peggy Bourland. Powiedziano
jej, że inny pilot, który podróżował z generałem Keen'em poszedł do
pokoju jej męża, by pożyczyć marynarkę do wyjścia na obiad.
Pilot, którego imienia Peggy Bourland
nie pamiętała, był jednym z pięciu innym członków SOUTCOM,
podróżujących z Keen'em and Bourland'em. Całej piątce, która także
zatrzymała się w hotelu, udało się uciec. Keen, który w czasie trzęsienia znajdował się poza
hotelem, obecnie zajmuje się
nadzorem amerykańskiej pomocy wojskowej, jako dowódca Joint Task
Force Haiti (Sił Sprzymierzonych Haiti)."
A to jeszcze nie wszystko w temacie niesamowitego zbiegania się
zadziwiających okoliczności.
Kilka tygodni przed trzęsieniem ziemi Królewska Marynarka Wojenna
Wielkiej Brytanii opuściła te wody, czego zazwyczaj nie robiła.
Zazwyczaj, tzn., nie robiła tego od XVII wieku!
Jak czytamy w The Times z 20 stycznia 2010: "Wg. źródeł powiązanych z marynarką
wojenną, nieopublikowane cięcia budżetowe bez wątpienia ujawniły się
tym, że po raz pierwszy od XVII wieku
Królewska Marynarka miała znaczącą przerwę w zabezpieczaniu Karaibów.
Siły na które zazwyczaj składają się
rozmieszczony na wodach Karaibów statek pomocniczy Królewskiej
Marynarki oraz fregata, mają na celu wspomaganie zamorskich terytoriów
Brytyjskich. Szczególnie od maja do grudnia, w czasie występowania
huraganów oraz w celu pomocy brytyjskiej antynarkotykowej roli w
regionie.
...
Brytyjskie Ministerstwo Obrony
wystosowało następujące oświadczenie: "Królewska Marynarka Wojenna
nadal utrzymuje swą obecność na morzu w regionie karaibskim, by
wzmocnić zamorskie terytoria. Zadanie to jest obowiązkowe w czasie
sezonu huraganowego, kiedy nasze zasoby mogą być najbardziej potrzebne,
tzn. od 1 czerwca do 30 listopada.
W tym roku, z powodu pakietu działań
oszczędnościowych, by umożliwić Ministerstwu Obrony pozostanie w ramach
wyznaczonego budżetu, ochrona poza okresem występowania huraganów została chwilowo odwołana."
Na tym zbiegu okoliczności sprawa przedziwnych przypadków i tak się nie
kończy. Zauważyło to również kilka innych osób, m.in. francuski
minister. Wiadomo jak bardzo Francja "kocha się" z USA, więc czasami
dzięki tej "miłości" można się z reakcji Francuzów dowiedzieć
nieco więcej na różne tematy.
18 stycznia The Telegraph: "Narody Zjednoczone muszą przeprowadzić
śledztwo i wyjaśnić dominującą rolę USA w spustoszonym trzęsieniem
ziemi Haiti, powiedział w poniedziałek francuski minister twierdząc, że
międzynarodowe wysiłki powinny dotyczyć pomocy Haiti a nie jego
okupacji.
Siły zbrojne USA w zeszłym tygodniu
zawróciły francuski samolot, na pokładzie którego znajdował się szpital
polowy. Wywołało skargę francuskiego Ministra do spraw Współpracy
Alain'a Joyandet'a.
Francuski Minister Spraw
Zagranicznych Bernard Kouchner ostrzegał rządy i grupy pomocy, by nie
kłóciły się w czasie prób udzielania pomocy Haiti.
"ludzie zawsze chcą, by to ich
samolot... wylądował, powiedział Kouchner w poniedziałek. "(Ale)
przecież ważny jest los Haitańczyków"
Jednak Joyandet nalegał.
"Tu chodzi o pomoc Haiti, nie o
okupację Haiti" mówił Joyandet w Brukseli na spotkaniu UE w sprawie
Haiti"
...
"Armia USA kontroluje lotnisko
Port-au-Prince i jedyny funkcjonujący pas startowy za pomocą którego
odbywają się operacje dostarczania pomocy.
Amerykańska Sekretarz Stanu Hillary
Clinton powiedziała w niedzielę, że rząd amerykański nie miał intencji
przejęcia władzy na Haiti. "Pracujemy by ich wspomóc nie by ich
zastąpić, stwierdziła."
Na stronie organizacji "Lekarze bez Granic"
(Medicins Sans Frontieres) w oświadczeniu prasowym z dnia 19 stycznia
możemy przeczytać, że w rzeczywistości: "Od 14 stycznia 5 samolotów transportowych
organizacji "Lekarzy Bez Granic" nie dostało pozwolenia na lądowanie i
musiało lądować w Republice Dominikany. Samoloty te przewoziły na
pokładzie 85 ton lekarstw i sprzętu medycznego."
Z oświadczenia dowiadujemy się także, iż kolejne dwa samoloty wiozące
26 pracowników organizacji "Lekarze bez Granic" zostało zawróconych na
Dominikanę. Organizacji zezwolono na lądowanie pięciu samolotów, które
w sumie dostarczyły 135 ton potrzebnego sprzętu. Potrzeba kolejnych 195
ton dostaw medycznych by organizacja mogła kontynuować niesienie pomocy
w zniszczonej stoli Haiti.
Warto zwrócić uwagę na cytowaną w oświadczeniu wypowiedź koordynator
medycznej dla szpitala Choscal Rosy Crestini:
"To jak pracować w czasie wojny. Nie
mamy więcej morfiny by kontrolować ból pacjentów. Nie możemy
zaakceptować tego, by zawracano samoloty z ratującymi życie dostawami
medycznymi i medycznym sprzętem gdy nasi pacjenci umierają. Priorytet
musi być dany dostawom medycznym..."
Skoro w rejonie ogarniętym klęską żywiołową priorytetu w dostawach nie
mają lekarze ani sprzęt medyczny, to ciekawi nas oczywiście co taki
priorytet ma. Czego innego Haitańczycy potrzebują bardziej niż
ratujących życie lekarzy, medykamentów i sprzętu?
Udało nam się znaleźć kilka dodatkowych informacji z
najwiarygodniejszych z możliwych źródeł. Może one rzucą nieco światła
na to co miała na myśli Rosa Crestini.
Serwis prasowy Amerykańskich Sił Zbrojnych
(American Forces Press Service), 14 stycznia 2010 wspomina, że
jednostka Marines przygotowuje się na działanie na Haiti:
"Około 2000 piechoty morskiej
przygotowuje się do rozmieszczenia, by zapewnić pomoc w zniszczonym
trzęsieniem ziemi Haiti.
Piechota zacznie załadunek sprzętu na trzy statki USS Bataan, USS
Carter Hall oraz USS Fort McHenry."
A więc Haitańczycy potrzebują więcej ludzi w amerykańskich mundurach i
z karabinami. Idąc tym tropem, wg. oficjalnych informacji jakie udało
nam się znaleźć, na Haiti pojawiły się:
- USS
Bataan - okręt desantowy;
- 2000 piechoty z 22
Jednostki Sił Ekspedycyjnych Piechoty Morskiej;
- żołnierze 82
lotniczej dywizji Amii USA (ponad 900 żołnierzy);
- lotniskowiec USS
Carl Vinson i uzupełniające statki pomocnicze;
- pływajacy szpital USNS Comfort;
- kilka statków oraz helikopterów straży przybrzeżnej USA;
- USS Normandy - krążownik wyposażony w naprowadzane
pociski odrzutowe;
- fregata rakietowa USS
Underwood
Na odprawie Departamentu Obrony USA, która miała miejsce 13 stycznia
2010 Generał Fraser z Pentagonu nakreślił na czym ma polegać operacja
ratownicza na Haiti. Generał powiedział m.in.: "Skupiamy się na ustanowieniu dowództwa,
kontroli i komunikacji, byśmy naprawdę lepiej zrozumieli co się tam
dzieje."
...
"Kierujemy tam przeróżne statki,
które mamy w regionie - małe statki, kutry straży przybrzeżnej,
niszczyciele - w tamtym kierunku, by zapewnić jakąkolwiek
natychmiastową pomoc na ziemi."
...
"Także ostatecznie mamy załogę, która
ruszyła na lotnisko. Z tego co rozumiem, ponieważ przypadkiem zdarzyło
się, że akurat mój drugi komandor porucznik jest właśnie na Haiti, w
czasie wcześniej zaplanowanej wizyty, właśnie gdy wydarzyła się ta
sytuacja ."
...
"Mamy też grupę skierowaną na
lotnisko, by upewnić się, że możemy pozyskać i zabezpieczyć lotnisko i
prowadzić stamtąd operacje."
Tego samego dnia, narodowy instytut polityczny o nazwie The Heritage
Foundation, który "formułuje i
promuje konserwatywną politykę publiczną opartą na zasadach
nieskrępowanej przedsiębiorczości, ograniczonego rządu, indywidualnych
wolności, tradycyjnych amerykańskich wolności i silnej obrony narodowej"
zamieścił na stronie internetowej tekst pt. "American Leadership Necessary to Assist Haiti After
Devastating Earthquake" (Amerykańskie Przywództwo Niezbędne by
Wspierać Haiti po Niszczącym Trzęsieniu Ziemi".
W tekście naszą uwagę zwraca szczególnie zdanie: "Trzęsienie ziemi ma dwa następstwa,
humanitarne i związane z narodowym bezpieczeństwem USA."
16 stycznia 2010 roku strona internetowa flightglobal.com powołując się
na źródło Air Transport Intelligence (jeden z przewodnich serwisów
rozpoznania online wiadomości z branży lotniczej), opublikowała
artykuł, w którym czytamy m.in.:
"załoga FAA pracuje z wojskowymi
kontrolerami lotów z Departamentu Obrony USA, by usprawnić ruch
lotniczy na lotnisku.
Siły powietrzne USA otworzyły
ponownie lotnisko 14 stycznia a 15-go ich grupa operacyjna otrzymała
zwierzchnią władzę nad lotniskiem.
Przejęcie władzy na lotnisku pozwala
Siłom Powietrznym na określenie priorytetów, rozplanowanie i kontrolę
nad przestrzenią powietrzną na lotnisku."
Tym, którzy nie widzą niczego nadzwyczajnego w rozmieszczaniu
amerykańskiej piechoty morskiej na Haiti dedykujemy cytat z przytaczanego już tekstu wypowiedzianego
ustami sierżanta Michael'a J. Carden'a: "Żołnierze piechoty morskiej są przede
wszystkim wojownikami i to z tego są na świecie znani... jednak na
równi potrafimy współczuć kiedy musimy i to jest rola, którą
chcielibyśmy pokazać, współczujących wojowników, wyciągających pomocną
dłoń do tych, którzy jej potrzebują. Jesteśmy tym naprawdę
podekscytowani"
My także jesteśmy podekscytowani, szczególnie starając się podsumować
wszystko co wyszukaliśmy dotychczas:
1. w ciągu kilku dni USA przemieściły w ten rejon około 10.000 wojska i
niemało sprzętu;
2. przestrzeń powietrzna stolicy kraju została poddana pod kontrolę sił
powietrznych USA;
3. akcja ratownicza prowadzona jest przez amerykański Departament
Obrony czyli Armię USA, a nie przez cywilne, rządowe i stworzone na
tego typu okoliczności agencje jak np. FEMA - Federal Emergency
Management Agency (Federalna Agencja Zarządzania w Sytuacjach
Kryzysowych). Wojsko oficjalnie przyznaje, że skupia się na uzyskaniu
lub odzyskaniu dowództwa i kontroli;
4. francuski minister głośno artykułuje niezadowolenie, używając słowa
"okupacja";
5. Królewska Marynarka Wojenna Wielkiej Brytanii po raz pierwszy od
XVII wieku wycofała się z karaibskich wód. Dokonała tego przypadkiem na
kilka tygodni przed katastrofą;
6. przypadkiem zdarzyło się, że akurat na Haiti przebywał wysoki rangą
wojskowy z United States Southern Command (amerykańskie dowództwo
odpowiedzialne za region południowej ameryki), który w czasie
trzęsienia ziemi akurat nie przebywał w hotelu, ani żadnym innym
budynku. Ów oficer praktycznie z epicentrum rejonu nawiedzonego klęską
od razu zaczął wykonywać swoje obowiązki nadzorowania akcji;
7. dzień wcześniej należące do armii amerykańskiej agencje i projekty
(DISA i JCSE), rozpoczęły w siedzibie United States Southern Command
ćwiczenia udzielania pomocy po klęsce żywiołowej właśnie Haiti,
jednocześnie gromadząc i przygotowując sprzęt do transportu;
8. w 1997 roku Sekretarz obrony USA opowiadał o istnieniu w rękach
terrorystów technologii (lub co najmniej prac nad takową), która
pozwalałaby zmieniać klimat, wywoływać trzęsienia ziemi lub zdalnie
powodować erupcje wulkanów;
9. w 1977 roku ONZ wystosowało Uchwała o Zakazie Militarnego oraz
Wszelkiego Innego Wrogiego Użycia Technik Modyfikacji Środowiska, którą
nawet w PRL ktoś w roku 1977 podpisał, a rok później ratyfikował;
10. już w 1957 komisja doradcza w sprawie kontroli pogody zwracała
uwagę Prezydentowi Eisenhower'owi na potencjał dokonywania modyfikacji
pogody, ostrzegając jednocześnie, że jego waga przewyższałaby potencjał
broni atomowej.
I mimo, że Haiti znajduje się w rejonie często nawiedzanym trzęsieniami
ziemi, to powyższe 10 punktów nie pozwala nam świadomie wykluczyć, że
USA dysponują obecnie technologią pozwalającą wyzwalać sejsmiczne lub
pogodowe zjawiska.
Jak dla nas wszystko to zawiera trochę zbyt wiele zbiegających się
przypadków, by nie móc spojrzeć na tragedię jaka wydarzyła się na Haiti
z trochę innej perspektywy niż jedynie ta, którą prezentowały główne
media.
Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
Wprost.pl - sensacyjna wiadomość na temat reakcji
Wenezueli.
Pravda.ru - Amerykanie wywołali trzęsienie ziemi
na Haiti?
Uniwersytet AIR - Wojskowa praca badawcza na temat
kontroli pogody (format PDF).
Uchwała ONZ - o zakazie militarnego oraz
wszelkiego onnego wrogiego użycia technik modyfikacji środowiska.
The Federation of American Scientists - zapis
konferencji, wypowiedź Sekretarza obrony Stanów Zjednoczonych William'a
Sebastiana Cohen'a.
The Washington Post - seria fałszywych alarmów
bombowych z 97 roku.
Government Executive - Defense Information Systems
Agency - DISA, użyła jej systemów na Haiti.
NEXTGov.com - ćwiczenia DISA na dzień przed
trzęsieniem, wg. scenariusza zakładającego kataklizm na Haiti.
All Partners Access
Network - uruchomione przez DISA już w kilka godzin po
trzęsieniu.
Joint
Communications Support Element - wspomagał
SOUTCOM w Port-au-Prince już w kilka godzin po trzęsieniu, ponieważ
dzień przed trzęsieniem systemy były już załadowane na paletach
transportowych.
Federalna Administracja Lotnicza - Haitańczycy nie
przyjmą żadnych samolotów w
ich przestrzeni powietrznej.
AirForceTimes - jeden z wysokich rangą oficerów
SOUTCOM przybył na Haiti w dniu tragedii i natychmiast zajął się
nadzorem amerykańskiej pomocy wojskowej, jako dowódca Joint Task Force
Haiti. W czasie trzęsienia nie przebywał w hotelu, który uległ
zniszczeniu.
The Times - po raz pierwszy od XVII wieku
Królewska Marynarka miała znaczącą przerwę w zabezpieczaniu Karaibów.
The Telegraph - Francja krytykuje amerykańską
okupację na Haiti.
Medicins Sans Frontieres - na temat sytuacji na
Haiti i zawracanych samolotów z lekarzami i lekarstwami.
American Forces Press Service - o prawdziwych
priorytetach na Haiti?
USS
Bataan - okręt desantowy wysłany na Haiti
22 Jednostki Sił
Ekspedycyjnych Piechoty Morskiej - 2000 piechoty wysłanych na Haiti.
82 lotnicza
dywizja Amii USA - ponad 900 żołnierzy wysłany na Haiti.
USS Carl Vinson
- lotniskowiec i uzupełniające statki pomocnicze wysłany na Haiti.
USNS Comfort - pływajacy szpital wysłany na Haiti.
USS Normandy - krążownik wyposażony w naprowadzane
pociski odrzutowe wysłany na Haiti.
USS
Underwood - fregata rakietowa wysłany na Haiti.
Pentagon - akcja ratownicza polegać ma na "ustanowieniu dowództwa, kontroli i
komunikacji".
The Heritage Foundation - następstwo trzęsienia
ziemi związane z narodowym bezpieczeństwem USA.
flightglobal.com - siły powietrzne USA Przejęły
władzę na lotnisku w Port-au-Prince.
Generał Fraser z Pentagonu - żołnierze piechoty
morskiej są przede wszystkim wojownikami.
Cały
czas zastanawia nas krótkowzroczność ludzi, którzy wszędobylską
inwigilację i rozszerzaną kontrolę rządów nad obywatelami kwitują
stwierdzeniem: "nie ma się czego obawiać, jeśli nie ma niczego na
sumieniu."
Być może kiedyś zdanie to rzeczywiście było prawdziwe i ludzie o
nieskazitelnym prowadzeniu się nie mieli się czego obawiać. Dziś jednak
nie ma czegoś takiego jak czyste sumienie. Nie w biurokracji.
Przedstawiami kolejną garść dowodów wskazujących na to, iż
bezpieczeństwo i nietykalność prawna należą do przeszłości, czyli
kolejny wpis traktujący o idiotyzmach biurokratycznej współczesności.
Zaczniemy jednak od Polski, gdzie wrocławska Wyborcza opisała przykład
indoktrynowania dzieci w zupełnie nieoczekiwany (przynajmniej dla nas)
sposób.
Oczywiście w publikacji nie pada ani razu termin "indoktrynacja",
jednak z naszego punktu widzenia, sprawa dotyczy korzystania z
czytników odcisków palców i przyzwyczajania do nich dzieciaków,
zupełnie jakby były czymś normalnym i naturalnym.
Nie, nie jesteśmy anty-technicznymi oszołomami, którzy czytniki
odcisków palców uważają za manifestację zła wcielonego. Z tego co
wiemy, techniki te nie zdają za dobrze egzaminu w przypadku ochrony
danych, sprzętu lub mienia oraz są zawodne w identyfikacji osób, więc
jeśli ktoś chce je wykorzystywać do takich celów, to jego problem.
Jesteśmy jednak całkowicie przeciwni stosowaniu tej technologii w życiu
codziennym do identyfikacji niewinnych ludzi z całkowicie prozaicznych
powodów, takich jak np. sprawdzanie listy obecności... nie zgadną
Państwo... kandydatów do bierzmowania!
Na pomysł instalacji czytników linii papilarnych wpadł miejscowy
ksiądz. Cytując Gazetę Wyborczą: "System
od początku roku obowiązuje w parafii św. Jadwigi. W zakrystii kościoła
zamontowano czytnik, do którego gimnazjaliści przykładają palce przed i
po mszy. To pomysł wikariusza ks. Grzegorza Sowy. Tłumaczył nam, że to
pomysł dobry, bo bezpieczny i nie łamie prawa..."
Po oglądaniu retransmisji z obrad sejmowych wiemy, że głupota nie
przestrzega przynależności partyjnej. Po oglądaniu wiadomości ze
świata, wiemy że nie przestrzega różnic rasowych. Dlaczego więc miałaby
przestrzegać granic wyznaniowych? Dlatego nie mamy żadnych szczególnych
pretensji do księdza. Nie każdy rodzi się bowiem człowiekiem, który
potrafi przewidzieć najprostsze konsekwencje swoich czynów lub decyzji.
O co w ogóle chodzi?
"Młodzież, która przygotowuje się do
bierzmowania, palce w czytniku ma odciskać przez trzy lata. Powinni
uczestniczyć w mszach świętych w niedziele i pierwsze piątki miesiąca
oraz w nabożeństwach różańcowych i roratach. Jeśli w tym czasie zaliczą
200 obecności, są zwolnione z egzaminu przed bierzmowaniem".
Niby wszystko sprawnie, szybko i nowocześnie, jednak jak wypowiadali
się niektórzy rodzice dzieci z tego liceum:
"Pani Jarosława, matka drugoklasisty
Grzegorza, zabroniła mu przykładać palec do czytnika. Tłumaczy: - Taka
forma sprawdzania obecności mi się nie podoba. Sami prowadzimy zeszyt,
gdzie wpisujemy, kiedy był na mszy, co było na kazaniu i który ksiądz
odprawiał mszę.
Matkę Grzegorza oburzył też sposób
wprowadzenia czytnika: - Przed wakacjami od części dzieci pobrano
odciski bez naszej wiedzy. Syn wrócił do domu blady i przestraszony.
Jak tak można?
Matce gimnazjalistki Kasi nie bardzo
podobało się, w jaki sposób przeprowadzono głosowanie w sprawie
zamontowania czytnika: - Ksiądz na zebraniu w szkole opowiedział nam o
nowym systemie. Potem spytał, kto jest za, a kto przeciw. To było
kłopotliwe, bo trudno się w takiej sytuacji wyłamać. Jak większość
podniosłam więc rękę za czytnikiem, bo nie chciałam się wyróżniać. Ale
pomysł też mi się nie podoba. Kościół to nie posterunek policji."
Choć część rodziców zachowała jeszcze odrobinę zdrowego rozsądku. Przy
okazji mama Kasi opisała przykład manipulacji. Kobieta nie
chciała się wychylać i przeciwstawiać decyzji grupy. Można napisać, że
poddan pewnemu mechanizmowi znanemu z psychologii społecznej, uległa
presji grupy. Uległa demokracji. Zapewne tej samej presji ulega przy
urnie wyborczej.
Niepokojem powinno jednak napawać czytanie wypowiedzi jednej z
uczestniczek tegoż "eksperymentu", Gimnazjalistki z Gryfowa:
"- Jest wygodniej. Nie musimy już
stać w kolejce do księdza, żeby dał nam podpis w książeczce do
bierzmowania. I nie będzie oszukiwania - tłumaczy Karolina z drugiej
klasy gryfowskiego gimnazjum. - Cały ten hałas o odciski jest bez
sensu, bo przecież robimy to dobrowolnie."
O sprawie napisaliśmy z dwóch względów. Po pierwsze, aby pokazać typowy
wytwór hodowli obywateli, którzy w niedalekiej przyszłości przyjmą
wszystko, cokolwiek jakaś "władza" czy inny wątpliwy "autorytet"
podsunie im pod nos. Chodzi oczywiście o gimnazjalistkę Karolinę. W
przyszłości zapewne zgodzi się na wszystko, byle tylko wydawało jej
się, że jest wygodniej i "sprawiedliwiej społecznie". Ciekawe ile czasu
dziennie spędzała i spędza przed telewizorem?
Drugi powód jest jednak ważniejszy i dotyczy wypowiedzi urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich:
"- Przechowywanie takich informacji
to duża odpowiedzialność, która wiąże się z koniecznością zapewnienia
bezpieczeństwa danych. - mówi Mirosław Wróblewski z biura rzecznika
praw obywatelskich. - Dobrowolność oddawania odcisków niczego tutaj nie
zmienia. Ksiądz jest nauczycielem religii w szkole, dlatego zobowiązany
jest do przestrzegania przepisów o ochronie danych osobowych. Nie
istnieje podstawa prawna do pobierania odcisków linii papilarnych od
uczniów w takiej sytuacji. Takiej zaś ustawowej podstawy prawnej do
zbierania informacji o każdej osobie przez instytucje publiczne i osoby
w nich zatrudnione wymaga konstytucja."
Czytelnicy zauważą, że przecież rzecznik powiedział, iż to nielegalne,
więc wszystko chyba dobrze się skończyło.
Naszym zdaniem nie, a przynajmniej nie do końca. Warto bowiem zwrócić
uwagę na zdanie:"Nie istnieje podstawa prawna do pobierania odcisków
linii papilarnych od uczniów w takiej sytuacji."
Oznacza to, że gdyby taka podstawa prawna została stworzona lub
dotyczyła innej sytuacji, to wszystko byłoby w jak najlepszym porządku.
Czy pamiętają Państwo kto tworzy owe podstawy prawne? Wiemy, że dziś
może to przyprawić o ból głowy, gdy ktoś uczył się o trójpodziale
władzy i innych, zapomnianych już błahostkach. Dziś podstawy prawne
tworzą m.in. jakże dyspozycyjny i czcigodni posłowie, ministrowie
spotykający się na cmentarzach oraz inne indywidua ciągnące w cieniu
gabinetów za sznurki, sznureczki i teczki. Owe sznurki to motywatory i
demotywatory dla podstawionych mężyków stanu, którzy odpowiednio
pokierowani przez oligarchów krajowych lub zagranicznych, skłonni są
zmienić zdanie o 180 stopni, a nawet zrezygnować z najwyższych
stanowisk państwowych, także tych do objęcia których przygotowywali się
medialne od kilku lat.
Rzecznik cytowany przez Gazetę Wyborczą zdradził w cytowanym powyżej
zdaniu, że pobieranie odcisków zależy tylko i wyłącznie od widzimisię
urzędnika. Mało tego. Nawet jeśli grupa obywateli, sama dla siebie i za
własna zgodą, zdecydowałaby się na korzystanie z dobrodziejstw techniki
skanowania odcisków, to dopóki urzędnik państwowy nie wyda na to zgody,
będzie to działanie niezgodne z prawem.
Takie podejście do materii stwarza nieograniczone możliwości do
pojawienia się bzdur, o których się filozofom nie śniło, a przynajmniej
nie tym, którzy nie zajmowali się filozoficznym usprawiedliwianiem
kradzieży popularnie zwanej socjalizmem.
Nam nie podoba się oczywiście, że jakiś urzędnik decyduje, kiedy
pobieranie od nas odcisków palców jest dobre, a kiedy nie jest dobre.
Oznacza to bowiem, że w każdej chwili Państwo może potraktować całe
grupy społeczne jak przestępców i stanie się tak tylko dlatego, że
Grzecho, Miro i Rychu, przy cmentarnej krypcie, uzgodnią sobie coś na
ten temat.
Kolejna historia, którą dziś chcemy Państwu przybliżyć, opisana została
przez Daily Mail i traktuje o "życiu domowym", o które wypytuje się w Wielkiej Brytanii nawet pięcioletnie
dzieci.
Tak, dzieci nawet w wieku lat pięciu proszone są o wypełnianie
specjalnych ankiet, w których pytane są o intymne szczegóły życia w ich
domach.
Pytania, które zaatakowano jako nadużycie, dotyczą jedzenia w miejscach
typu McDonald's, przyzwyczajeń oglądania telewizji, czasu spędzanego z
rodziną, a nawet innych dzieci.
Wyniki tych ankiet składowane są w bazie danych. Pozwala to pracownikom
opieki społecznej rozpatrywać sytuację rodziny, które uzna się za
obarczone pewnym "ryzykiem".
Dzieci proszone są o zaznaczanie kolorami odpowiedzi np. na pytania
dotyczące ilości spożywanych każdego dnia owoców i warzyw w stosunku do
chipsów i napojów gazowanych.
Przeprowadzono setki takich "quizów" na temat stylu życia, za czym
kryje się brytyjskie Ministerstw Zdrowia, a co było próbą stworzenia
obrazu stanu zdrowia poszczególnych domostw.
Alex Deane, z organizacji "Big Brother Watch" (podglądanie wielkiego
brata) opisał to jako "niewiarygodne
wtargnięcie w sferę prywatnego życia."
Dodał, iż "to nie Państwo wychowuje
dzieci, lecz rodzice. Istnieje ważna różnica między nauczanie,
matkowanie i wymuszaniem, a te kroki przekraczają tę granice."
Quizy tego rodzaju pilotażowo rozpoczęto w Erewash w Derbyshire, gdzie
dzieci, pod obecność rodziców, wypełniały formularze w czasie zajęć
pozaszkolnych - tzw. klubach "zdrowego stylu życia". Mimo iż
wypełnianie ankiet nie było obowiązkowe, to dzieci były bardzo
zachęcane do ich wypełnienia.
Formularze te mają obecnie zostać rozesłane do dwustu szkół w całym
kraju, co dokładnie monitorowane jest przez miejskich urzędników.
Daniella Yeo, z rady miejskiej Erewash powiedziała, iż zajęcia
pozaszkolne cieszą się dużym powodzeniem, a pytania są zgodne z
wytycznymi ustanowionymi przez ciało regulujące National Institute for
Health and Clinical Excellence (Narodowy Instytut Zdrowia i Klinicznej
Doskonałości), czyli National Health Service (Narodowy Serwis Zdrowia).
Dodała ona, iż "Pomoże to wskazać
rodziny z ryzykiem otyłości. Wtedy będziemy mogli zachęcić rodziców do
uczęszczania na sesje z pracownikami opieki społecznej lub lekarzem
rodzinnym."
Inne z pytań dla pięciolatków dotyczą jedzenia śniadania, ilości
spożytej wody i sposobu dojazdu do szkoły. Pięcioletnie dzieci pytane
są także o samopoczucie: "jak bardzo
się lubisz?". Są także proszone o pokolorowanie któregoś z
piktogramów przedstawiających kciuk do góry lub kciuk w dół.
Siedmiolatki wypełniają ankiety bardziej szczegółowe. Pytane są ile
dokładnie godzin spędzają z rodziną, oglądając telewizji czy grając w
gry komputerowe.
Josie Appleton z Manifesto Club, działacz na rzecz wolności
obywatelskich mówi: "Rady miejskie i
szkoły powinny skoncentrować się na zapewnieniu każdemu dobrego
wykształcenia. Nie powinny wtykać nosów w torebki na drugie śniadanie i
powinny trzymać się z dala od tego co znajduje się na stole w czasie
obiadu."
Część czytelników zapewne pomyśli, że to dobrze iż przynajmniej w
Wielkiej Brytanii urzędnicy robią coś dla dobra dzieci. Będą to
czytelnicy karmiący się zbyt intensywnie ideologią płynącą z portali
takich jak Onet czy wirtualna Polska.
Naszym zdaniem to oczywiście totalna porażka. Urzędnik ponownie wtrąca
się w ludzkie życie.
Obrzydliwe jest to, że dzieci przesłuchuje się w sposób kojarzony z
zabawą. Poprzez kolorowanki.
Tak wygląda przetłumaczony przez nas fragment quizu:

W sumie dziewczynki i chłopcy powinni od wczesnego dzieciństwa
wiedzieć, że donoszenie urzędnikowi na własną rodzinę, choćby i
obarczoną ryzykiem otyłości, to świetna zabawa, prawda?
Zdajemy sobie sprawę, że urzędnicy pasożytujący na społeczeństwie w
czasie rządów socjalizmu zajmowali się i zajmują różnymi durnotami.
Kiedyś walczyli z wrogiem narodu, przypominali o ochronie tajemnicy
państwowej, noszeniu plonu tow. Bierutowi lub te z plakatów pozdrawiali kobiety pracujące dla pokoju
i rozkwitu ojczyzny. Nawet w epoce głębokiego PRL nie zajmowali się
jednak tym, co ludzie mają na talerzu. Być może dlatego, że w powstałym
z tego socjalizmu "dobrobycie", na talerzach i tak wiele być nie mogło,
no chyba, że było urzędnikiem owej ludowej władzy.
Dziś, może dlatego, że ludzie nie dają sobie wmawiać bzdur o walce z
wyimaginowanym wrogiem np. świńską grypą, coraz częściej też nie wierzą
w powodowane działalnością człowieka ocieplenie klimatu, które miało
nas wszystkich zmieść z powierzchni ziemi. Nie wierzą także w inne
wyssane z palca ataki terrorystyczne organizowane przez agentury
poszczególnych rządów zainteresowane wywołaniem paniki w celu
pozyskania szerszej władzy nad przestraszonymi masami.
Urzędnicy zaczęli się więc zajmować się wyimaginowanym problem tuszy.
Coś przecież robić chcą. Obywatele jednak, zanim się obejrzą, utracą
kontrolę nad kolejnymi małymi fragmentami ich życia. Tym razem będzie
się ich zachęcać do spotkań z pracownikami Opieki Społecznej. Ciekawe
kiedy spotkania staną się przymusowe... oczywiście dla dobra i
bezpieczeństwa obywateli obarczonych ryzykiem tego czy tamtego problemu
wymyślonego przez urzędników?
Kolejna dzisiejsza historia, choć zawiera wiele wątków, dobrego
postępowania oraz złego postępowania, zupełnie przy okazji pokazuje
kolejną bzdurę utraty kontroli nad naszym życiem. "Naszym", w znaczeniu
ludzi pod rządami biurokracji.
Historia opublikowana przez Arizona Central,
opisuje sytuację 47 letniej kobiety z Avondale w USA, która z powodu
kłopotów finansowych (w Ameryce banki naprawdę okradły zwykłych
obywateli, którym coraz trudniej o pracę i dotychczasowe zarobki),
postanowiła używać paneli słonecznych i akumulatorów dla zaspokojenia
własnego zapotrzebowania na prąd elektryczny.
Kobieta dzięki "trosce" urzędników spędziła 11 dni w samochodzie,
ponieważ miasto wywłaszczyło jej dom.
Władze miejskie oświadczyły, że Pani Christine Stevens pogwałciła
przepisy budowlane, kwestie zdrowia i bezpieczeństwa, ponieważ od domów
w Avondale wymaga się, by posiadały system ogrzewania i działającą
lodówkę.
"Wyjaśniliśmy jej, że panele
słoneczne nie są wystarczające do podtrzymania jakości życia na
odpowiednim poziomie" powiedział Pam Altounian, odpowiedzialny
za dostosowywanie się mieszkańców do przepisów budowlanych w
Avondale.
W tej historii pojawiają się motywy roszczeniowej postawy tej kobiety,
niepłaconych rachunków za prąd, oskarżeń przez firmę dostarczającą prąd
do jej domu o manipulacje przy liczniku, nieodpowiadanie na kolejne
wezwania do urzędu itd., itp., ale kiedy się je pominie, z historii
wyłania się ciekawy motyw.
Arizona Central opisuje, iż "Urzędnicy
Avondale powiedzieli, że Pani Stevens pogwałciła prawo budowlane
miasta. Miasto wymaga, by domy miały dostateczna ilośc prądu
elektrycznego by zasilić lodówkę, schłodzić rezydencję do temperatury
nie wyższej niż 31 stopni Celsiusza lub ogrzać dom do 20 stopni
Celsiusza."
Stevens oznajmiła, że sześć paneli słonecznych i osiem akumulatorów
zapewniało w domu światło oraz zasilało komputer lub telewizor w
posesji z trzeba sypialniami. Steavens do przechowywania jedzenia
używała czegoś co nazywa się "icebox"
czyli izolowanej termicznie, schładzanej lodem szafki, gdzie lód
poprzez cyrkulację powietrza ochładzał trzymane w niej jedzenie.
W letnich miesiącach, jej sąsiedzi pozwalali jej na pobieranie prądu za
pomocą przedłużacza z ich domowego gniazdka.
Nie używała systemu klimatyzacji ani ogrzewania, dawała sobie bez nich
radę, w lecie korzystając z basenu a w chłodniejszym okresie ubierając
się cieplej niż zwykle po domu.
Naszą i zapewne Państwa uwagę zwróciło to, że to miasto nie pozwoliło
jej na mieszkanie w sposób w jaki chciała (lub musiała z powodu
kłopotów finansowych). Jak mówił jeden z cytatów: "Wyjaśniliśmy jej, że panele słoneczne nie
są wystarczające do podtrzymania jakości życia na odpowiednim poziomie".
Urzędnicy w trosce o zdrowie i poziom komfortu życia tej kobiety nie
pozwolili jej nie płacić za prąd z którego chciała zrezygnować z powodu
niemożności opłacania rachunków. Nie pozwolili jej z tego prądu
zrezygnować, mimo, iż chciała pozostać jedynie przy korzystaniu z
paneli słonecznych i akumulatorów.
Jak dla nas kolejny przykład wtrącania się urzędników w ludzkie życie,
poprzez wymyślanie głupich przepisów choćby na temat działającej w domu
lodówki. A może ktoś nie chce mieć lodówki? W mieście Avondale w USA,
dzięki urzędnikom, nie może nie chcieć.
Czego jeszcze urzędnicy nie zrobią dla dobra opłacających ich intratne
posady obywateli?
Portal CBS42.com z Birmingham, Alabama także w USA
opisuje kolejny przykład tej troski.
Tamtejszy ratusz zarządził nowe prawo dotyczące parkowania pojazdów. Od
dnia wejścia w życie przepisu, za parkowanie własnego samochodu nie na
podjeździe będzie groził mandat.
I tu lokalny portal przedstawia relacje dwóch osób. "Nic już nie należy do nas. Jeśli miasto
może wejść, urzędnik podejść i powiedzieć, 'nie mogę tego, nie mogę
tamtego na mojej własnej ziemi, ponieważ to dopiero początek.'",
powiedział John W. Ford.
Pan Ford wścieka się na nowe rozporządzenie, który zabrania mu parkować
na jego własnej trawie.
Druga osoba mówi: "To obniża wartość
posesji i nie chciałabym znaleźć się w dzielnicy, gdzie nic nie ma,
tylko stoją zaparkowane samochody i nie ma trawy i nie ma rozwoju
dzielnicy.". Taką opinię wyraziła pani Vivian Starks.
Pani Starks dodaje: "Mam nadzieje,
że Birmingham po prostu będzie egzekwować postępowanie wg. tego
przepisu. To wszystko. Jeśli wyegzekwują to, to wszystko będzie w
porządku".
Wścibskość i chęć zarządzania cudzą własnością to domena urzędników na
całym świecie.
W tego artykułu widać także, że urzędnik nie działa niestety w
pojedynkę. I tak samo jak w Polsce znajdzie się gimnazjalista, która
zachwycona jest pobieraniem od niej odcisków palców, tak samo w USA
znalazła się Pani, która popiera działania urzędników, które dotyczą
przecież cudzej własności.
Ktoś powie, ale ta kobieta chciała, żeby jej dzielnica była ładna. Co
jest w tym złego, że chce zakazać sąsiadowi parkowania na jego własnym
trawniku.
A co złego byłoby w tym, by przeprowadziła się ona do dzielnicy, w
której podjazdy są większe i ludzie nie muszą parkować na własnym
trawniku lub wszyscy stosują się dobrowolnie to tej reguły? Skoro nie
podoba jej się dzielnica w której mieszka obecnie, powinna ją zmienić.
Nic także nie stoi na przeszkodzie, by próbowała namówić sąsiadów do
rezygnacji z niszczenia trawy.
No cóż, przez ostatnie 100 lat socjalizm wyrządził ogromne spustoszenie
w świadomości ludzi na całym świecie. Prawo własności było kiedyś
prawem świętym. Dziś, własności traktowana jest prawie jako zło
konieczne i tak podlegające regulacyjnym widzimisię tych, którzy akurat
dopchali się do żłoba, czy to lokalnego, czy też na szczeblu krajowym.
W Polsce oczywiście także nie można sobie bez pozwolenia urzędnika
ściąć posadzonego własnoręcznie na własnej ziemi drzewa, zbudować
garażu, dodatkowej przybudówki, wykopać dziury w ziemi i nadać do niej
wody itd., itp., bez łaskawego pozwolenia urzędnika.
Niedługo nie będzie się można za przeproszeniem wysmarkać we własnym
samochodzie. Tzn., już nie wszędzie ujdzie to na sucho.
Jak podał brytyjski The Daily Record, Michael Mancini,
stojąc w nieruchomym korku, wrzucił luz, zaciągnął dla bezpieczeństwa
ręczny hamulec, sięgnął po chusteczkę i zaczął wydmuchiwać nos.
Tylko przelotnie i kątem oka zauważył czterech policjantów stojących na
poboczu, co w tym momencie wydawało się nie mieć dla niego większego
znaczenia. Jeszcze gdy trzymał w ręku chusteczkę, jeden z
funkcjonariuszy podszedł do niego i oznajmił, że wlepia mu mandat za "utratę kontroli nad pojazdem".
Nie, to nie skecz Monty Python'a. To brytyjska rzeczywistość. Co
gorsza, biznesmen starał się wyjaśnić z policjantem tę sprawę, jednak
Policjant nie chciał go słuchać.
Nie chce nam się cytować całego artykułu. Dodamy jedynie, że ten sam
funkcjonariusz wlepił wcześniej mandat w wysokości 50 funtów
człowiekowi, który wychodząc ze sklepu, przypadkowo upuścił banknot o
nominale 10 funtów.
A teraz proszę się zastanowić ilu baranów pokroju owego funkcjonariusza
pracuje w policji, radach miejskich, gminnych, urzędach powiatowych,
ZUS, ministerstwach lub zasiada w sejmie i senacie. Co gorsza, wiele
wskazuje na to, że chory urzędnicy system, zamiast dokonywać naturalnej
selekcji takich idiotów i wywalać ich z roboty, promuje ich.
Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że ludzi tego typu dosięga
promocja i pną się oni w górę urzędniczej drabiny sukcesu.
A to już prawdziwy Koszmar z Ulicy Wiązów, na której samochody parkuje
się tylko na podjazdach przed domami, w których musi działać lodówka i
klimatyzacja, gdzie zagrożone otyłościa rodziny chodzą na pogadanki z
pracownikami Opieki Społecznej, dzieci nie jedzą chipsów, a ich
obecność na mszy sprawdza cyber-ksiądz za pomocą zgromadzonych w bazie
danych odcisków palców, na co pozwala mu wymyślona na cmenatrzu
podstawa prawna, wdrożona przez straszące wszystkich we śnie indywidua
świata polityki.
Żródła informacji (w języku polskim i angielskim):
Gazeta Wyborcza - skanery sprawdzają listę
obecności.
Gazeta Wyborcza - wypowiedź urzędu Rzecznika Praw
Obywatelskich.
The Daily Mail - pięciolatki wypytywane o
szczegóły domowego życia.
Arizona Central - dom tylko z lodówką i
klimatyzacją.
Wikipedia.org
- co to jest icebox, pierwowzór lodówki.
CBS42.com - mandat za parkowanie własnego
samochodu na własnej ziemi.
The Daily Record - utrata kontroli nad pojazdem...
w korku, w czasie wydmuchiwania nosa.
Trzeba
przyznać, że nowy, 2010 rok nie rozpoczął się dla nas szczególnie
optymistycznie. Pisząc 'nas', mamy na myśli wszystkich ludzi, którzy
szanują naturalną potrzebę prywatności i cenią sobie wolność wyboru.
Z upływem czasu potwierdza się bowiem coraz wyraźniej globalna
tendencja (a może konkretny plan?) ukrócenia możliwości dokonywania
wolnego wyboru oraz pomniejszanie prawa do godności i prywatności.
Co konkretnie mamy na myśli?
Ci z Państwa, którzy jeszcze pozostali nad Wisłą i pomagają kolejnemu
nieudolnemu rządowi w opłacaniu zaciąganych i przejadanych bezmyślnie
długów (choćby tylko tych na ZUS), powinni wiedzieć, że z wdzięczności,
a może strachu przed rewoltą ludzi wycieńczonych ciężką, niewolniczą i
nie przynoszącą korzyści pracą, dokładnie od pierwszego stycznia 2010
roku rząd zafundował im nowe rozporządzenie prawa telekomunikacyjnego.
Rozporządzenie to nakazuje operatorom komórkowym i dostawcom Internetu
gromadzić i przechowywać dane o połączeniach użytkowników. Dane są
przechowywane przez okres dwóch lat. Zasady te mają być wdrożone w
przeciągu sześciu miesięcy. Gromadzone dane telekomunikacyjne zawierają
wybierany numer telefonu, konkretny aparat telefoniczny, datę i godzinę
połączenia, jego rodzaj i fizyczną lokalizację rozmówcy. W przypadku
telefonów na kartę (tzw. pre-paid) zbierane będą dane dotyczące
pierwszego logowania do sieci.
By być w zgodzie z nowym rozporządzeniem, operatorzy telekomunikacyjni "muszą także zbierać dane o połączeniach
internetowych oraz poczcie elektronicznej. Będą archiwizowane nie tylko
identyfikatory użytkownika, ale również data i godzina każdego
połączenia i rozłączenia z Internetem, a także przydzielone dynamicznie
i statycznie adresy IP wykorzystywane w czasie połączenia."
Do tych wszystkich danych "będą
miały dostęp m.in. prokuratura i policja. Firmy telekomunikacyjne muszą
też współpracować ze służbami specjalnymi, w tym Agencją Bezpieczeństwa
Wewnętrznego. Co istotne, nie jest do tego potrzebna zgoda sądu."
Szacuje się, że największych operatorów rozporządzenie będzie
kosztowało od 1 do 2 mln Euro.
Kto za moment za to archiwizowanie zapłaci? Oczywiście zapłacimy my,
klienci, na których firmy przerzucą koszta i tak już nieporównywalnie
drogich usług.
Napiszemy więc bez ogródek, że jakiś koleś, tylko dlatego, że jest
urzędnikiem państwowym pełniącym jakąś tam funkcję w służbach
specjalnych, prokuraturze, policji, czy zapewne całkiem niedługo także
Urzędzie Skarbowym, może sobie sprawdzać (bez pytania o zgodę sądu) z
kim wymienia całymi dniami SMS'y urocza Pani Kowalska, do kogo
regularnie dzwoni Pan Kowalski po 19:00 i czy to ich komputer loguje
się do internetu po 21:00 z numerem IP, z którego na portalach
informacyjnych, pozostawia się negatywne komentarze o poczynaniach
obecnego
rządu, w słowach pełnych wyrzutów, oskarżeń o manipulację, Irlandii XIX
wieku, złudnych cudów, niewidzialnej obniżki podatków i
anty-liberalizacji przepisów, które zaowocowały kolejną socjalistyczną
podpuchą i kosztującą nas wszystkich grube pieniądze zadłużeniową klapą.
Część z Państwa zastanawia się zapewne jak mogło do tego dojść. Nikt
nie oponował, nie krzyczał, nie debatował w mediach? Nam bardzo
podoba się zamieszczona pod tekstem Rzeczypospolitej opinia
pracownicy pewnej kancelarii. Jej wypowiedź pośrednio wskazuje jak do
tego doszło:
"Choć świadomość tego faktu wśród
obywateli jest prawdopodobnie niewielka, rozporządzenie powoduje, że
sięgając po telefon, będziemy udostępniać naszemu operatorowi dane (a
ten będzie zmuszony je zatrzymać i przechować) nie tylko o naszym
numerze i numerze, pod który dzwonimy, ale również o położeniu
geograficznym rozmówców w czasie nawiązania połączenia. Powstaje
wątpliwość, czy tak szeroko ujęty obowiązek zatrzymywania i
przechowywania danych nie stanowi naruszenia prawa do prywatności. Z
drugiej strony rozporządzenie daje organom ścigania cenny instrument w
walce z przestępczością. Znów jednak rodzi się obawa, aby z prawa tego
nie korzystano w sytuacjach nieuzasadnionych."
I wszystko staje się jasne. "Choć
świadomość tego faktu wśród obywateli jest prawdopodobnie niewielka...".
No cóż, "niewielką świadomość
obywateli" należałoby nazwać raczej obywatelską nieświadomością.
Ludzie są zwyczajnie nieświadomi.
Więc trzeba ich jakoś uświadomić. Dlatego ważnej jest mówienie i
pisanie o tym, by choć część ludzi wybudziła się z hipnotycznego transu
serwowanej im w mediach codzienności. Niestety, przeciętny Kowalski nie
ma pojęcia na jakim świecie żyje.
Obchodzi go jedynie, by nie przegapić kolejnych odcinków coraz
durniejszych programów, które osiągają właśnie szczyty oglądalności.
Kolejna wiadomość noworoczna, to wieść, że od początku roku (dokładnie
od dnia Wigilii 2009) w Polsce obowiązują także nowe przepisy dotyczące
uprawnień tzw. straży miejskiej i gminnej.
Pracujący w straży przypadkowi ludzie z łapanki, często przyjezdni i
nie znający kultury i obyczajów panujących w danym mieście lub gminie,
mogą od dziś w zgodzie z prawem dokonywać rewizji (kiedyś rewidować
mógł jedynie legitymujący się funkcjonariusz policji), a przy
wykonywaniu czynności służbowych użyć paralizatorów elektrycznych.
Dotychczas straż miejska była zazwyczaj lewą ręką urzędów skarbowych
oraz innych podejrzanych firm i instytucji okradających Polaków. W
miastach zajmowała się np. wlepianiem mandatów osobom, które
postanowiły zaparkować samochód bez płacenia za to haraczu, oraz
egzekwujących od starszych kobiet sprzedających czosnek, pozwolenia na
handel uliczny. Teraz przy wykonywaniu tych niezwykle ważnych czynności
służbowych, dziewczęta i chłopcy ze straży miejskiej będą mogli
opornego i sprzeciwiającego się jawnej niesprawiedliwości delikwenta,
potraktować paralizatorem elektrycznym.
Oczywiście zapowiedziano, iż wszystkie te nowe przywileje władzy
urzędnicy straży miejskiej i gminnej będą stosować tylko "w stosunku do osób podejrzanych o
popełnienie czynu zabronionego pod groźbą kary oraz stwarzających
zagrożenie dla zdrowia lub życia ludzkiego czy mienia." Na razie
babci z czosnkiem to nie grozi, tak? Do niedawna zdrowy rozsądek
podpowiadałby, że nie, ponieważ babcia z czosnkiem, nie stwarza
zagrożenia dla zdrowia lub życia ludzkiego czy mienia. Po prostu stoi,
nie nagabując nachalnego przechodniów. Ograbiona przez czołowych
przedstawicieli klasy politycznej, dostatnio rządzących się w ciągu 20
latach trwania okrągłostołowej Rzeczypospolitej, stara się dorobić do
głodowej emerytury.
Czasy jednak zmieniają się niezmiernie szybko, a wraz z nimi zmienia
się i prawo. Osoby, które uparcie twierdzą, że kto nie robi niczego
złego, nie ma się czym martwić, powinny coraz bardziej zastanowić się,
czy ich odpowiedź nadal ma jeszcze jakiś sens. Piszemy o tym
praktycznie od początku, że nadchodzą czasy, w których nikt nie
powinien czuć się niewinny. Być może nawet babcia z czosnkiem. I to nie
tylko dlatego, że nie ubiegała się w odpowiednich urzędach o pozwolenia
na uliczny handel.
31 grudnia 2009 weszło w życie na terytorium Unii Europejskiej ROZPORZĄDZENIE KOMISJI (WE) NR 953/2009 z dnia 13
października 2009 r. w sprawie substancji, które mogą być dodawane w
szczególnych celach odżywczych do środków spożywczych specjalnego
przeznaczenia żywieniowego.
Warto przeczytać ten obowiązujący już w regionie Polska dokument w
formacie pdf.
Mowa w nim o tym, które witaminy i minerały będą mogli Państwo kupić i
spożyć na terytorium UE.
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że wszystko jest w jak
najlepszym porządku, a jakieś sowicie opłacane z naszych podatków
europejskie gremium mędrców od żywienia, które 40 lat temu skłonne
byłoby zapewne popierać dodatki nikotynowe, dziś zgodnie z polityczną
poprawnością, rekomenduje to co nadal nosi nazwę "mleko". Pewnie
żebyśmy
nie dostali niestrawności.
Zapis w dyrektywie określa jednak, że wszelkie formy witamin i
minerałów, które są niezgodne z nową listą, są zabronione!
Nie wierzą Państwo? Część osób nie zgadzała się z nami już wówczas, gdy
mówiliśmy lub pisaliśmy, że w nowym państwie UE będzie obowiązywać
prawo kontynentalne, w którym "wielmoże" z brukselskich stołków mówić
nam będą co jest dozwolone. Kiedyś mówiło się (także w Polsce), że
wszystko co nie jest zabronione jest dozwolone. Stopniowo możemy jednak
machać na pożegnanie takiemu anglosaskiemu podejściu do prawa, które
jak widać także na przykładzie tej dyrektywy, będzie się nam krok po
kroku odbierać. Wszystkie zrzeszone Państwa, do niedawna jeszcze
niepodległe, będą musiały wprowadzać takie jak powyższa dyrektywy. W
tych dyrektywach urzędnicy napiszą co jest dozwolone. Wszystko inne
automatycznie będzie zabronione. Tak sformułowane są owe dyrektywy i
rozporządzenia.
Wracając do listy tego co niezabronione, gdzie podziały się suplementy
zawierające np. wanad lub srebro? Nie jesteśmy z wykształcenia
dietetykami ani chemikami, jednak po krótkich poszukiwaniach w
dostępnej w internecie literaturze specjalistycznej można dowiedzieć
się, że srebro, zanim wynaleziono antybiotyki, używane
było jako środek przeciwzakaźny i przeciwdziałający infekcjom,
dezynfekujący, stosowany przeciwko np. zakażeniom ran, zapaleniom zatok
czy nawet popularnemu przeziębieniu.
Trzeba jednak zaznaczyć, że dziś zdanie na temat skuteczności srebra są
podzielone. Jedni twierdzą, że ma ono rzeczywiście takie właściwości,
inni, że ich nie ma.
Nie nam to oczywiście rozstrzygać. Warto przypomnieć, że dziś w
wielu miejscach na świecie wraca się do dawnych, archaicznych praktyk,
które okazują się jednak mieć właściwości lecznicze. Akupunktura,
bańki, pijawki, zioła itp. Być może nie należy wyrzucać tego
wszystkiego w ramach wszędobylskiego postępu i niszczących florę układu
pokarmowego coraz mniej skutecznych antybiotyków?
Wanad natomiast opisywany jest jako pierwiastek, który współdziała z
enzymami odpowiedzialni za metabolizm cukru, metabolizm lipidów i
cholesterolu, rozwój kości i zębów, płodności, funkcjonowania tarczycy,
produkcję hormonów i metabolizm neuroprzekaźników.
Do dziś nie opisano skutków niedoboru wanadu u człowieka, jednak
opisano takie skutki u zwierząt. Bezpłodność, zmniejszone wytwarzanie
czerwonych ciałek krwi prowadzące do anemii, defekty metabolizmu
żelaza, osłabienie kości i zębów oraz formowania chrząstek. Wanad
wydaje się być niezbędnym składnikiem diety ptaków (badano drób), u których jego niedobór wpływa na
układ szkieletowy, upierzenie i krew. Nie da się wykluczyć, że niedobór
u ludzi może prowadzić do podwyższonego poziomu cholesterolu i
tłuszczów prostych oraz podwyższonej podatności na choroby serca i
nowotwory złośliwe.
Oczywiście to co napisaliśmy powyżej, to jedynie informacje zebrane z
różnych źródeł w internecie, których nie szukaliśmy jak Państwo widzą
na portalach o magii, czy zielarstwie, starając się pozyskać dane ze
stron dotyczących współczesnej medycyny.
Warto zwrócić uwagę, że omawiana dyrektywa wpływa nie tylko na produkty
typowo żywnościowe, lecz także, a może przede wszystkim na specyfiki
typu multiwitaminy, minerały i preparaty ziołowe, które do niedawna
można było kupić nie tylko w aptekach, ale także w sklepach ze zdrową
żywnością a nawet hipermarketach.
Prawdopodobnie także w tym rok mają wejść w życie ustalenia dotyczące
zalecanych dziennych dawek spożycia dozwolonych minerałów i witamin. To
co zaproponowano dotychczas w tym temacie, wywołało oburzenie w
kręgach, które twierdzą, że współczesny człowiek funkcjonuje
w stanie poważnych niedoborów witamin i minerałów, które niezbędne są
dla zdrowego funkcjonowania organizmu, m.in. do skutecznego działania
naszego układu immunologicznego. Po prostu współczesny człowiek je zbyt
mało witaminy C, D itd., co powoduje, że częściej choruje i jego
organizm nie działa w sposób w jaki powinien.
Sedno tkwi w tym, że określone ręką unijnego urzędnika dzienne
zapotrzebowanie, przekładać się będzie na maksymalną ilość składnika
jaką producenci będą mogli stosować w swoich produktach. Witamina C w
produktach Unii Europejskiej? Oczywiście, ale nie więcej niż np. 1/20
potrzebnej człowiekowi dla zdrowia dawki.
Takimi ustaleniami, spożycie niezbędnego składnika
obniży się jeszcze bardziej. Na razie prace nad ustaleniem tych
wartości trwają.
Składników mineralnych i witamin, których ubyło z nasze diety w
przeciągu ostatnich kilku lat naszego uczestnictwa w projekcie o nazwie
Unia Europejska, jest o wiele więcej. To co obserwujemy teraz, to być
może już końcowe stadia ograniczania legalnych jeszcze produktów na
terenie Europy.
Od 2002 roku z listy dozwolonych suplementów zniknęły m.in.:
- wszelkie formy boru, składnika niezbędnego dla absorpcji wapnia;
- wszelkie formy krzemu, który w połączeniu z borem, wapniem i innymi
minerałami wspomaga funkcjonowanie kości, układ krwionośnego, tkanki
łącznej, włosów, skóry i paznokci.
Podobno (nie udało nam się tego potwierdzić ze względu na olbrzymią
ilość dyrektyw i maksymalnie nieczytelnego zapisu całości
biurokratycznych poczynań w ciągu wielu lat) z listy legalnych dodatków
żywnościowych zniknęło już ponad 300 związków witaminowych i
mineralnych, w tym 23 spożywcze formy występowania wapnia, 17 form
występowania chromu, 30 form występowania magnezu, 21 form występowania
potasu, 14 form występowania selenu i naturalnie występujące formy
witaminy E.
Piszemy o tym tylko dlatego, ponieważ jesteśmy przekonani, że to ludzie
powinni decydować na co wydają swoje pieniądze, a nie urzędnik, który
uniemożliwia im (nie ważne jakimi intencjami się kierując) zakupienie
takiego czy innego dodatku dietetycznego, żywieniowego, ziołowego, czy
czegokolwiek innego.
Jeśli ktoś chce się najeść związków boru, selenu czy krzemu, bo
wierzy, że będzie mieć po tym piękne włosy i paznokcie, to tylko i
wyłącznie jego sprawa.
Kto i w jaki sposób skompletował listę
elementów, które od 1-go stycznia są legalne, a za pomocą jakiego
kryterium usunął inne, obecnie już nielegalne witaminy i minerały?
Otóż, jak wskazuje sam tytuł omawianej dyrektywy, dokonała tego Komisja
Europejska zwana w dokumencie Komisją Wspólnot Europejskich. Ta sama o
której pisaliśmy już wielokrotnie, jako o niedemokratycznie wybieranym
ciele stojącym u steru władzy nowego Państwa, Unii Europejskiej, na
wzór rady najwyższej ZSRR.
W dyrektywie czytamy (punkt 4), że: "Wyboru
substancji powinno się dokonywać przede wszystkim na podstawie ich
bezpieczeństwa".
Jak Państwo myślą, w jaki sposób ustala się owo bezpieczeństwo
substancji?
Z treści dyrektywy (punkt 1) wynika, że zajmuje się tym Europejski
Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności, czyli European
Food Safety Authority (w skrócie - EFSA).
Za moment wejdziemy na stronę EFSA, jednak jeszcze na chwilę wróćmy do
unijnej dyrektywy:
"Artykuł 3
Wymogi ogólne
1. Stosowanie substancji
dodawanych w szczególnych celach
odżywczych prowadzi do produkcji
bezpiecznych produktów..."
Warto zwrócić uwagę, że dyrektywa dopuszcza produkty, których producent
może przedstawić dowody, że są one bezpieczne. Co w tym dziwnego? Niby
nic. Ot, urzędniczy język. Trzeba jednak zauważyć, że tylko dzięki temu
zapisowi wyeliminowano całą masę produktów, których producenci nie
posiadają wystarczających dowodów na ich bezpieczeństwo. Kluczem jest
to, że produkt zostaje wyeliminowany nawet w przypadku, gdy nie ma
kompletnie żadnych dowodów na to, że jest on w jakiekolwiek sposób
niebezpieczny.
Dostrzegają Państwo tę manipulację? Produktem bezpiecznym nie nazywa
się już produktu, który nikomu nie zaszkodził. Produktem bezpiecznym
nazywa się ten produkt, którego producent wydał zbędne krocie na jakich
urzędniczy certyfikat stwierdzający urzędniczym językiem, że produkt
jest bezpieczny.
Nie musimy pisać do jakich patologii łapówkarskich może dojść z powody
takiej manipulacji pojęciem bezpieczeństwa.
Czy wyjdzie to na dobre obywatelom i klientom kupującym te produkty?
Historia uczy na wielokrotnie, że tam gdzie urzędnik decyduje co jest
"bezpieczne" a co nie, tam będziemy mieć do czynienia z
naruszeniami i patologią.
Wiele do życzenia pozostawiają nawet metody określania co jest
bezpieczne a co nie. Urzędnicy nalegają, by w stosunku do produktów
żywnościowych stosować kryteria jakimi posługują się firmy
farmaceutyczne w badaniu nowych medykamentów. Chodzi o RCT (randomised
controlled trial), czyli serie przypadkowych prób kontrolowanych
polegających na przypadkowym poddaniu obiektów badań działaniu różnych
kuracji lub warunków. Jak jednak wykonać we właściwy sposób przypadkową
kontrolowaną próbę na okoliczność działania pożywienia? Czy da się
przewidzieć jak powinna zachować się "grupa kontrolna" pozbawiona
pożywienia? Czym innym jest porównywanie działania leku z grupą
otrzymującą placebo, a czym innym pożywienie, od którego zależy
przecież przetrwanie organizmu.
Dość powiedzieć, o czym nie każdy wie, że z tego właśnie powodu dwie
najlepiej znane relacje między zdrowiem a pożywieniem: zdrowie
wynikające ze spożywania dużej ilości owoców i warzyw oraz ryzyko
podwyższonego ciśnienia związane z nadmiernym spożyciem soli kuchennej,
nie są poparte ani jednym dowodem wynikającym z kryteriów RCT. Relacje
to zostały sformułowane na podstawie zwykłych obserwacji lub dowodów
natury epidemiologicznej.
Pomimo tego EFSA niezmiennie twierdzi, że tego typu dowody są zbyt
słabe i że należy się trzymać metod wyznaczonych przez duże firmy
farmaceutyczne, czyli RCT. Aż chce się zapytać, któż może stać za tak
obranym kierunkiem działania EFSA.
Wchodzimy na stronę EFSA i co czytamy? Jeśli poszukać trochę, to, po
pierwsze:
urząd ten kosztuje nas rocznie (dane za rok 2008)
65.900.000 Euro. Tak, prawie 66 mln Euro. Niby to nie tak dużo
pieniędzy, ale gdy weźmie się pod uwagę czym się tam urzędnicy zajmują,
to można się trochę zdenerwować.
Zajęcia "drogocennego" Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa
Żywności, przedstawione są już na pierwszej stronie serwisu EFSA.
Ot, choćby zagadnienie stworzenia
pierwszej kompletnej oceny substancji smakowych przypominających smak
wędzonki. Jak czytamy EFSA stworzyła listę dopuszczonych do
sprzedaży produktów, co tu dużo pisać, imitujących po prostu smak dymu
w produktach żywnościowych. To "pierwsze
takie podejście do stworzenia spisu oceny bezpieczeństwa produktów tego
typu".
Mimo, że od razu część prawdziwych europejczyków powinna poczuć, że
nareszcie może spać spokojnie, to jednak aż strach pomyśleć ile
kosztować nas będzie każde kolejne podejście do tego niezwykle
zajmującego zagadnienia, bo przecież nie wątpimy, że na pierwszym się
nie skończy. Wyjdą nowe produkty przypominające w smaku wędzonkę.
Trzeba będzie heroicznie oceniać czy są bezpieczne.
Próbując sobie wyobrazić corocznie usypywaną górkę złożoną z 65
milionów Euro, która trafia do rąk urzędników tego tylko jednego
urzędu, zastanawiamy się, czy nie taniej byłoby, gdyby te boczki, sery,
kiełbasy, ryby wędzić tak zwyczajnie, po ludzku, w wędzarni, w
prawdziwym dymie. Tak jak robili to nasi ojcowie i jak robi się to
nadal domowymi sposobami w wielu miejscach w Polsce. Ale pewnie
jesteśmy krótkowzroczni. A tu chodzi o sprawy wielkie, by nie rzecz
globalne, np. o emisję CO2. Ktoś przecież musi powstrzymać globalne
ocieplenie, którego skutki mogą mieszkańcy Europy właśnie obserwować za
oknem. Gdyby jednak wędzić w CO i CO2, a nie polewając środkiem
chemicznym, to przynajmniej dałoby się w ogóle jeść to jedzenie, w
odróżnieniu od wytworów kupowanych w hipermarketach, które
przygotowywane są, a jakże, z użyciem substancji smakowych imitujących
smak wędzonki, znajdujących się na skrupulatnie stworzonej przez EFSA
liście dopuszczonych i bezpiecznych produktów. Problem w tym, że mało
który pies ma ochotę to zjeść.
W innych wiadomościach na stronie EFSA czytamy, że urząd ów wydał kompletny przewodnik zbierania
narodowych informacji o konsumpcji. Poradnik dotyczy metod i
procedur wg. których należy postępować w czasie pozyskiwania narodowych
danych na temat konsumpcji żywności. "Dokument
ten wniesie wkład w harmonizację zbierania danych na temat diety na
poziomie Europejskim."
Chodzi oczywiście o to, by urzędnik w regionie Polska zbierał dane na
temat diety lokalnej ludności w taki sam sposób w jaki robi to urzędnik
w regionie Portugalia, czy urzędnik w regionie Niemcy.
Tylko, znów patrząc na corocznie wysypywaną górkę złożoną z 65 milionów
Euro, zastanawiamy się, czy nie taniej dla nas wszystkich byłoby, gdyby
urzędnicy nie interesowali się naszą dietą. Bowiem koszt ich
niezdrowego zainteresowania powoduje, że niejednej ciężko pracującej
rodziny nie stać na codzienny, ciepły, mięsny posiłek, o owocach
cytrusowych (oczywiście tych o odpowiednim zakrzywieniu, kształcie i
wymiarze) dla ich dzieci nie wspominając.
Wydłużyło nam się troszkę owo "po pierwsze", ale tak to bywa gdy znów
musimy pisać o milionach wyrzuconych w błoto. Skala tego marnotrawstwa
jest porażająca.
Po drugie, obecną szefową, dyrektorem
wykonawczym EFSA od 2006 roku jest Catherine Geslain-Lanéelle. Od
2002 roku pełniła ona także rolę wiceprzewodniczącej zarządu EFSA.
Kim jest ta Pani? Oto prawdziwa gratka dla wszelkiej maści oszołomów
zainteresowanych teoriami spiskowymi, gdyż w roku 2001 i 2002 pełniła
rolę przewodniczącej Komisji Zasad Generalnych w Codex Alimentarius.
Jeśli jeszcze nie wiedzą Państwo czym jest Codex Alimentarius, to
koniecznie muszą Państwo rzucić się w wir poszukiwania informacji na
ten fascynujący temat.
My napiszemy tylko (za Wikipedią),
że Komisja Codex Alimentarius powstała w 1963 roku przy ONZ oraz
Światowej Organizacji Zdrowia, a jej celem miała być "ochrona zdrowia konsumentów i zapewnienie
uczciwej praktyki w międzynarodowym handlu żywnością". Jak
zwykle pięknie i szlachetnie. Mniej więcej tak samo jak heroiczna walka
z niosącą "śmierć i zniszczenie" pandemią grypy świńskiej. Ów kodeks
zasad dotyczących żywności, z którego co i rusz znikają jakieś ważne
dla naszego życia substancje, staje się pomału obowiązującym
standardem, co potwierdzić mogą Ci z czytelników, którzy kilkanaście
lat temu nie mieli już mleka pod nosem i żywili się pokarmem stałym.
Dzisiejsze "jedzenie" kupowane w sklepach, to na prawdę chemiczna
breja, pełna odpadów z żywieniowego recyclingu, w porównaniu z tym jak
smakowały jeszcze choćby 15 lat temu produkty żywnościowe wytwarzane w
naszym kraju. Zresztą, kto nie próbował, niech sam zakupi w małej jatce
lub u rolnika, z domowego uboju, ładny kawałek schabu, zamarynuje go na
dwa dni a później samodzielnie upiecze. Porównanie zapachu, smaku i
konsystencji z produktem, który sprzedaje się w popularnych sklepach z
metką "schab pieczony", w zależności od miejsca zamieszkania, może być
naprawdę porażające.
Wracając do tematu Kodeksu, warto wiedzieć, choćby przypominając co
napisano w 2002 roku w brytyjskim The Guardian że "w roku 1996 niemiecka delegacja na
spotkaniu Komisji Codex Alimentarius złożyła propozycję sponsorowaną
przez trzy niemieckie firmy farmaceutyczne, że żadne zioło, witamina
czy minerał nie powinny być sprzedawany w celach terapeutycznych i
prewencyjnych, proponując jednocześnie, by suplementy mineralne
sklasyfikować na nowo do grupy medykamentów, lekarstw i narkotyków.
Propozycja została przyjęta i uzgodniona, jednak wstrzymano jej
wykonanie ze względu na protesty jakie wywołała"
Zwróćmy uwagę, że propozycję przyjęto, lecz wstrzymano jej wykonanie...
zapewne tylko na pewien czas.
W 2004 roku znów The Guardian (naprawdę warto śledzić tę gazetę) opublikował inny artykuł, w którym autorka, w
ramach własnego dochodzenia opisuje niezwykłe podobieństwo między
celami Codex Alimentarius, a wprowadzanym za pomocą dyrektyw Komisji
Europejskiej prawem.
U nas w tym czasie nikt nie cytował The Guardian. W Polsce roku
2004 Kwaśniewski w broszurce obiecywał, że będzie się wszystkim lepiej
żyło: dobrobyt, pieniądze, praca, nieskrępowane podróże, wysokie
wynagrodzenia i emerytury, poprawa stanu dróg, edukacji, opieki
zdrowotnej. Ach, czego tam nie było. Z ulicznych bilbordów patrzyli na
nas znani i lubiani przedstawiciele mediów, którzy z uśmiechem
epatowali przekazami "Tak, jestem
Europejczykiem". Pamiętają Państwo?

Mamy już rok 2010. Rozumiemy, że europoseł Hołowczyc jako jeden z
nielicznych skorzystał ciepłą posadką na akcesji Polski do Wspólnot
Europejskich. Czy już nadszedł czas, by rozliczyć Pana Hołowczyca z
widniejących na plakacie zmodernizowanych szlaków transportowych i
autostrad? Każdy zresztą może sobie wejść na stronę Europosła i tam się
pośmiać, choćby z liberalizacji przepisów (jak to miała czynić PO) za
pomocą nakazu jazdy rowerzystów w kamizelkach odblaskowych.
Jak słusznie opisała G. Wyborcza kampanię z 2004 roku "Przez
emocje do Unii" Niewielu
wtedy mówiło, żeby jednak ruszyć głową, rozważyć za i przeciw,
zastanowić się zanim się z emocji zmoczy majtki.
W 2004 roku The Guardian pisał o prawie, które dopiero było
wprowadzane. Dziś, w 2010 roku jest to prawo, które nas obowiązuje.
Przypadek, uwieńczony posadą Catherine Geslain-Lanéelle dyktującą
Komisji Europejskiej co wykreślić, czego zabronić i na co łaskawie
zezwolić w żywieniu ludzi? Trudno w to uwierzyć.
Dziwnym trafem próby wprowadzania podobnego prawa zaobserwowano także w
innych miejscach świata. Czyżby kolejny zbieg okoliczności? Przypadkowa
globalizacja poprzez jak oni to określają "harmonizację" przepisów?
O kontrowersjach dotyczących Codex Alimentarius przeczytają Państwo
wiele w internecie. Jest to jeden z tych tematów, o których nie mówi
się w telewizji, radiu, nie pisuje na pierwszej stronie gazety.
Czy jest to jedynie kolejna teoria spiskowa? Sami muszą Państwo ocenić.
Nasz dzisiejszy wywód i tak już jest przydługi.
Taki to więc nastał nowy rok. Nie dość, że zapisują i mają wgląd w
nasze połączenia komórkowe, SMS i połączenia z internetem; nie dość, że
grupa nieprzeszkolonych urzędników otrzymała uprawienia i uzbrojenie,
które dotychczas przysługiwały wyłącznie policji, to jeszcze może się i
dostać babci sprzedającej czosnek, o której wspominaliśmy na początku.
Czy Państwo zdają sobie sprawę ile w takim ząbku czosnku zgromadziło
się zabronionego wanadu, zakazanego srebra czy nielegalnych w UE
naturalnych form witaminy E? Być może jeszcze nie w 2010 roku, bo na
szczęście czosnek nie został sklasyfikowany jako dodatek
żywieniowy, ale kto wie czy w przyszłości nie okaże się, że sprzedająca
czosnek babina "stwarza zagrożenie
dla zdrowia lub życia ludzkiego", sprzedając małe cebulki znanej
z filmów o wampirach rośliny? A wtedy dzielna straż miejska i gminna,
egzekwując społeczną sprawiedliwość, będzie wręcz zmuszona do użycia
elektrycznych paralizatorów, by jak zapewniało podchwytliwe hasło
wyborcze, bez znaczenia, czy z prounijnej broszurki Kwaśniewskiego, czy
z plakatów PO, "żyło się lepiej... wszystkim.".
Źródła informacji (w języku angielskim i polskim):
Rzeczpospolita - nowe rozporządzenie telekomunikacyjne.
TVP.info - nowe uprawienia straży miejskiej i gminnej
Wydział Dermatologii Uniwersytetu Kalifornii na temat srebra.
Wydział Nauk o Żywieniu, Uniwersytet Stanowy Oklahoma na temat
wanadu.
Wydział Nauk o Ptactwie, Uniwersytet Kalifornii - na temat wpływu
wanadu na rozwój drobiu. (dokument PDF).
Budżet EFSA - w roku 2008 wynosił 65 mln Euro (dokument PDF).
EFSA - bezpieczeństwo substancji smakowych o smaku wędzonki.
EFSA - kompletny przewodnik zbierania narodowych danych o
konsumpcji w UE.
Catherine Geslain-Lanéelle - szefowa EFSA pracowała dla Komisji
Codex Alimentarius.
Wikipedia - Codex ALimentarius
The Guardian - opisuje co w 1996 r. przedstawiła niemiecka
delegacja na Komisji Codex Alimentarius.
The Guardian - podobieństwo ustaleń Komisji Codex Alimentarius do
wprowadzanego w UE prawa.
Gazeta Wyborcza - kampania roku 2004 "tak w referendum", czyli
przez emocje do Unii.
W
duchu naszego ostatniego wpisu, w nadchodzącym Nowym Roku, wszystkim
serdecznie życzymy mniejszej dawki telewizji i większej dawki optymizmu!
Jednocześnie informujemy, że pod adresem:
http://orwell.forumotion.com
powołano do życia forum, na którym wszyscy użytkownicy mogą umieszczać
swoje treści.
Głównie ma ono służyć sprawniejszej dystrybucji dostarczanych przez
Państwa informacji, do czego blog i shoutbox nie bardzo się jednak
nadają, a rzeczywiście szkoda, co sugerowało kilka osób, by w niepamięć
szły podesłane przez czytelników odnośniki lub ciekawe informacje.
Dziesięć ostatnio dodanych przez użytkowników na forum tematów, będzie
wyświetlanych także po prawej stronie na naszym blogu.
Forum, to oczywiście eksperyment, który jeśli spełni swoje informacyjne
zadanie, może wszystkim całkiem dobrze służyć.
Jeśli okaże się niewypałem, to zniknie tak szybko jak się pojawiło.
Jeśli chodzi o sprawy bezpieczeństwa korzystania z forum, to jest to
forum jak każde inne z tym, że serwery znajdują się poza granicami
Polski, w USA. W zgodzie z obecnym amerykańskim prawem, dostawca usługi
zapewne rejestruje każdy odwiedzający forum adres ip i przechowuje te
informacje przez pewien okres czasu.
Nie wiemy, czy firma do której należy Forumotion nie bombarduje
reklamami adresów e-mail służących do rejestracji użytkowników, warto
więc do celów rejestracji na forum założyć jakąś nową, inną od używanej
na co dzień, skrzynkę pocztową.
I to już wszystko.
Do siego roku.
Ponad
miesiąc temu, amerykański magazyn naukowy Miller-McCune, który
stara się wiązać tematykę obecnych badań akademickich z raportami na
żywo, by jak napisano w internetowym jego wydaniu, poruszać istotne
kwestie społeczne, opublikował artykuł na temat badań Londyńskiej
Szkole Ekonomii i Nauk Politycznych (London School of
Economics and Political Science).
Temat wydał nam się ciekawy, ponieważ dotyczy propagandy i Unii
Europejskiej, a wyniki badań miały udzielić odpowiedzi na pytanie: czy
stronnicze media mają efekt "bomby zegarowej"? Autorka opisuje temat w
następujących słowach:
Nie ma nikogo bardziej cynicznego w stosunku do mediów, niż przeciętny
Europejczyk.
Jak ujawniło w sondażach BBC, mediom ufa jedynie 12%
europejczyków, w porównaniu do 15% mieszkańców
Ameryki Północnej, 29% mieszkańców Azji i Pacyfiku, i aż 48%
mieszkańców Afryki.
Mimo tego, najnowsze badanie Londyńskiej Szkoły Ekonomii i Nauk
Politycznych (London School of Economics and Political Science)
sugerują, że nawet najbardziej zatwardziali mieszkańcy Europy, mogą
ulegać medialnej manipulacji i zmieniać swój polityczny punkt widzenia,
jeśli tylko podda się ich odpowiednio długiemu bombardowaniu
stronniczych wiadomości i informacji.
Na uczelni, Michael Bruter, starszy wykładowca Polityki Europejskiej,
przez ponad dwa lata karmił 1200 obywateli sześciu krajów,
wiadomościami o Europie i Unii Europejskiej - jednych tylko złymi
wiadomościami, innych tylko dobrymi.
Po pewnym czasie Bruter zauważył, że bez jednego nawet wyjątku, wszyscy
czytelnicy przyswoili sobie w różnym stopniu stronnicze informacje i
zmienili swój punkt widzenia na temat Unii Europejskiej oraz ich samych
jako Europejczyków, niektórzy nawet w sposób skrajny. Zadziwiające było
to, że nie zarejestrowano żadnych zmian tuż po tym, kiedy zakończono
rozsyłanie w ramach eksperymentu stronniczych wiadomości - nie
zanotowano aż do upływu sześciu miesięcy, gdy zmniejszyła się ich
czujność.
Bruter nazywa to efektem "bomby zegarowej" stronniczych informacji.
Jego studium ukazuje nieostry obraz tego, w jaki sposób cynizm wcale
nie uodparnia obywateli na polityczną perswazję, a jedynie opóźnia jej
działanie.
"Wiemy, że zwiększający się odsetek
obywateli przestaje ufać mediom
oraz, że niektórzy z tych obywateli jasno i wyraźnie stwierdzają, iż
pomijają i nie biorą pod uwagę stronniczych informacji, które
odbierają. Jednakże, pokazujemy, że pomimo przyjęcia powściągliwej
strategii czytania, efekt tych odebranych wiadomości odzywa się z
czasem."
Bruter nie studiował mediów Amerykańskich, jednak jego badania
sprowokowały pytania na temat efektów długotrwałego wystawienia na
działanie spolaryzowanych informacji telewizyjnych w sieciach takich
jak FOX czy MSNBC, które obecnie są na pierwszym i drugim miejscu w
zestawieniu kanałów informacyjnych. Ostatnio, administracja Prezydenta
Obamy nazwała kanał FOX News politycznym oponentem zamiast
licencjonowaną organizacją informacyjną.
Według Bruter'a, efekt "bomby zegarowej" skłania do zadania pytania,
czy cynizm współczesnych obywateli nie prowadzi do tego, że stają się
oni nawet bardziej bezbronni wobec dziennikarskich źródeł, którym nie
ufają i na które sądzą, że są uodpornieni.
Dlatego też, obywatele Brytyjscy, najbardziej cyniczni ze wszystkich,
mogą być zaalarmowani wobec anty-Europejskiego przechyłu ich mediów,
jednak badania sugerują, że mimo tego zostaną zmanipulowani, by w
mniejszym stopniu czuć się europejczykami niż inni, twierdzi Bruter.
Jak mówi, media - a w szczególności brukowce - powinny zaprzestać
wzajemnych oskarżeń o stronniczość, które pełne są zapewnień iż "ich
odbiorcy są dojrzali i obyci, potrafią odbierać to co czytają z
przymrużeniem oka.
Przeciwnie, moje badania sugerują, że
nawet obyty odbiorca w rzeczy samej jest podatny na manipulację.
Dla mediów to duża lekcja, że spoczywa na nich odpowiedzialność."
Bruter'a zaintrygowało pytanie na temat mediów oraz identyfikacji po
tym, gdy obywatele Francji i Niderlandów odrzucili w głosowaniu
proponowaną konstytucję dla Unii Europejskiej w 2005 roku.
To niepowodzenie, mówi autor, stworzyło imperatyw, by stwierdzić, czy
media wpływały na to "dlaczego jedni
obywatele czuli się Europejczykami
bardziej niż inni."
Bruter opracował dwuletni eksperyment, w którym dwa razy w tygodniu
wysyłał biuletyn zawierający stronnicze informacje na temat Europy i
Unii Europejskiej. Biuletyn otrzymywało do 200 osób z Wielkiej
Brytanii, Francji, Niemiec, Belgii, Portugalii i Szwecji. Kraje te
reprezentowały wielkich i małych, bogatych i biednych, pro europejskich
i eurosceptycznych członków UE.
Każdy czterostronicowy biuletyn, stworzony z zebranych codziennych i
tygodniowych dokumentów europejskich, zawierał dwie strony artykułów
traktujących wyłącznie na temat Europy i UE, albo tylko pozytywnych,
albo tylko negatywnych.
W ten sposób, np. jedna grupa uczestników czytała o tym, że przywódcy
Europejscy osiągnęli porozumienie, by wspólnie walczyć z przemytem
narkotyków, że Airbus przegonił Boeing'a jako pierwszy na świecie
producent samolotów oraz, że wartość Euro pnie się w górę. W tym samym
czasie druga grupa czytała o spadającej wartości Euro, Airbus'ie, który
przegrał z Boeingiem duży kontrakt w Chinach oraz, że przywódcy Europy
Wschodniej nie porozumieli się w sprawie walki z zorganizowaną
przestępczością.
W dodatku, biuletyn "dobrej nowiny" zawierał trzy fotografię lub
rysunki pro europejskich symboli, takich jak mapa europy i fotografie
flagi UE, podczas gdy biuletyn "złej nowiny" placebo, fotografie ludzi
lub krajobrazów.
Zanim wysłano pierwszy biuletyn, uczestnicy wypełnili kwestionariusze,
które miały na celu dokonanie pomiaru ich cywilnej, kulturalnej i
europejskiej tożsamości. Odpowiadali (w różnych językach), na pytania
takie jak "czy ogólnie, popierasz, czy jesteś przeciwny wysiłkom ku
zjednoczeniu Europy?", "Czy uważasz się za obywatela Europy?", "Czy
czujesz się bliższy innym współobywatelom Europy niż np. Chińczykom,
Australijczykom, czy ludziom z Ameryki?"
Uczestnicy byli także proszeni o opisanie reakcji, gdyby widzieli, że
ktoś pali flagę Europejską i reakcji, gdyby widzieli, że ktoś pali
flagę ich własnego kraju.
Na praktycznie takie same pytania zawarte w kwestionariuszach
odpowiedzieli jeszcze dwukrotnie. Zaraz po zakończeniu dwuletniego
okresu otrzymywania biuletynu, oraz jeszcze sześć miesięcy później.
Odkryto, że stronnicze informacje praktycznie nie wpływały na to, czy
obywatel czuł się bardziej czy też mniej Europejczykiem lub bardziej
lub mniej opowiadał się za Unią Europejską, zaraz po tym kiedy przestał
on otrzymywać biuletyn. Jednak po sześciu miesiącach od tego momentu,
rezultaty pokazały bez cienia wątpliwości, że biuletyn wywarł wyraźny
wpływ.
W czasie badań odkryto, że stałe wystawienie na działanie symboli
Europy i Unii Europejskiej - flag, map, wizerunku banknotów Euro,
działało natychmiast, powodując, że ludzie czuli się bardziej
Europejscy. Po sześciu miesiącach od zakończenia eksperymentu,
uczestnicy, którzy regularnie byli wystawiani na działanie symboli,
mieli w coraz większym stopniu ich świadomość w życiu codziennym. W
rezultacie, zostali przygotowani do dostrzegania tych symboli poprzez
biuletyn.
Jednak efekt "bomby zegarowej" stronniczych informacji był bardziej
efektywny niż wystawienie na działanie widoku symboli, jeśli chodzi o
manipulowanie członkami "w wielkim
stopniu cynicznej opinii publicznej
w Europie"- mówi Bruter.
"Ukazuje to, że nawet najbardziej
niewiarygodna propaganda, może odnieść
z czasem efekt i że najbardziej nieprawdopodobne, bezpodstawne plotki
mogą w pewnym stopniu kształtować opinię."
Dziś Unia Europejska urosła do 27 krajów członkowskich, z sześciu
pierwszych, które najpierw zaangażowały się w obopólną gospodarczą
kooperacje w 1957 roku. Traktat Lizboński, zamiennik za odrzuconą w
2005 roku Konstytucję Europejską, gotów jest do wdrożenia w tym roku.
26 z 27 państw ratyfikowało go, włączając w to Francję i Niderlandy.
Jedynie Czechy się wstrzymują. (miesiąc temu jeszcze tak było. Dziś
wiemy, że Czechy także się poddały - przyp. tłum.)
Jednak niezależnie od działania rządów, to dlaczego i w jaki sposób
obywatele różnych krajów w Europie zaczynają czuć się mniej
Brytyjczykami, Duńczykami, czy Portugalczykami, a powiedzmy w sercu
bardziej Europejczykami, nadal pozostaje otwartym pytaniem. Media, jak
twierdzi Bruter, mogą hamować lub pobudzać to uczucie z biegiem czasu.
"Rezultat odbierania informacji
ostatecznie i tak działa, więc
wpływa na obywatelską identyfikację europejską z nadzwyczajną
skutecznością w dłuższym okresie czasu" - mówi Bruter.
"Bomba Zegarowa? Dynamiczny Efekt Wiadomości i Symboli na Polityczną
Identyfikację Europejskich Obywateli" (Time Bomb? The Dynamic Effect of
News and Symbols on the Political Identity of European Citizens)
pojawił się na początku roku w publikacji Comparative
Political Studies.
Przyznajemy, że nie pokusiliśmy się o samodzielne zapoznanie się z
oryginalnym tekstem Michael'a Bruter'a, który dostępny jest jedynie w
płatnej formie, jednak nie podejrzewamy, by amerykański magazyn miał
jakieś powody do przekręcania wyników i wniosków płynących z
brytyjskich badań.
Nam trochę śmieszne wydają się spostrzeżenia o biednych,
zmanipulowanych Brytyjczykach, którzy zamiast w naturalny sposób
pokochać Unię Europejską, z powodu ogromu antyunijnej nagonki w
mediach, zdając sobie sprawę z tej nikczemnej i grubymi nićmi szytej
manipulacji, podświadomie jednak ulegają jej wpływom po dłuższym
czasie. Stąd ta niechęć.
Co w takim razie trzeba by napisać o ostatnich 10 latach w Polsce?
Biorąc pod uwagę bezmiar medialnej euro-miłości, achów i ochów oraz
politycznej klaki nad wszystkim na czym nalepiono niebieską flagę z
żółtymi gwiazdkami, Polak powinien uważać się za najbardziej
europejskiego przedstawiciela rasy europejskiej jakiego IV Rzeszy udało
się ukształtować.
Przyznać jednak musimy, że mamy pewien problem z wynikami tych badań.
Jeśliby były one prawdziwe, to jaki Państwa zdaniem powinien być
współczesny Polak, który przestał czytać trzy lata temu Gazetę
Wyborczą, bo jak wiemy poczytność Gazety zmalała w ostatnich latach
bardzo drastycznie? Polak ten zorientował się już dawno, że
Gazeta nie
ma nic wspólnego z rzeczową publicystyką lub rzetelnym przekazem
informacji, jednak czytając z przymrużeniem oka, już po ponad 6
miesiącach od jej odstawienia, powinien zdradzać pewne szczególne
objawy zmiany światopoglądu zgodne ze stronniczymi tekstami GW.
Po pierwsze powinien zionąć nienawiścią do braci Kaczyńskich, PiSu i
każdej ich inicjatywy, miłować zaś wszystko co wyduma, stworzy i możną
ręką powoła do życia obecny rząd.
Po drugie powinien potępiać w całej rozciągłości wszelkie działania
oszołomów z IPN, współczuć zaś i bronić byłych przepracowanych
działaczy PZPR, dzielnych oficerów prowadzących, ich podopiecznych i
innych ludzi honoru.
Po trzecie powinien ochoczo promować alternatywne zachowania seksualne,
by przeniknęły i stały się codziennością Polskich miast, miasteczek i
wsi, o ulicach, skwerach, deptakach i szkołach, nie zapominając, gdzie
najmłodszych nauczać powinno się poza hymnem Unii Europejskiej, także
ważnego zagadnienia tolerowania w przestrzeni publicznej zachować
seksualnych pederastów.
Po czwarte powinien kochać jak ojczyznę własną Państwo Żydowskie,
spijać z ust naczelnego rabina Polski każde słowo mądrości i
napomnienia i karnie robić wszystko, by tylko przypadkiem nie pogorszyć
stosunków między Polską a przedstawicielami narodu żydowskiego - czyli
czuć się winnym za zbrodnie jakie jego przodkowie popełniali pospołu z
tzw. nazistami w polskich obozach koncentracyjnych.
Itd., itp.. Część z Państwa czyta lub czytała kiedyś Wyborczą, więc
sami Państwo wiedzą co publikowano na jej łamach.
No i tu właśnie mamy problem. Bo generalnie nic się nie zgadza z
konkluzjami jakie wyciągnął Michael Bruter ze swych ponad dwuletnich
badan.
Jak choćby dziś czytamy na wp.pl, która donosi za
Rzeczpospolitą:
"W 2009 r. poparcie tracili i premier
i rząd", głosi pierwsze zdanie
artykułu, w którego swoistym sondażowym podsumowaniu mijającego roku
czytamy, że "PiS w styczniu miał 25%
zwolenników i w grudniu ma ich
dokładnie tyle samo."
Czyli ani PiS'owi nie spadło, ani się Polacy w cudotwórczym rządzie
stopniowo nie zakochali, a wręcz przeciwnie.
W innym artykule czytamy wypowiedź środowisk, które
zmuszone są
organizować w Polsce parady równości, że "nietolerancja wciąż jest
zjawiskiem powszechnym, dlatego nasze parady wciąż są potrzebna"
a inny
znany działacz na tym polu dodaje, że "gdybyśmy
nie bali się ujawniać
byłoby nas tu dzisiaj dwa miliony."... czyli ludność nadal
okazuje
obrzydzenie wobec zachowań pederastów.
O narastającym, rdzennym i wypitym z mlekiem matki-polski
antysemityzmie już nawet nie wspominając, bo objawia się on ciągle,
ostatnio choćby i w bulwersującej cały świat kradzieży napisu z bramy
polskiego obozu zagłady żydowskiej. Czyli antysemityzmu ciąg
dalszy.
Czy to nie dziwne, że nijak nie można się dopatrzeć dziś efektu bomby
zegarowej wśród byłych czytelników GW?
Wnioski jakie można wysnuć na podstawie rozbieżności między polska
rzeczywistością a badaniami brytyjskiej uczelni, mogą być tylko dwa.
Albo badania są do niczego, bo Polacy nijak się mają do reszty
europejskich braci, którzy podświadomie ulegają nawet mało
wyrafinowanej manipulacji już po 6 miesiącach od jej "odstawienia",
albo... mylą się sondaże i paradujący w tęczowych pochodach
działacze.
Co gorsza, mylili się i Izraelski wiceminister i minister ds. rozwoju
regionalnego, który o kradzieży powiedział, iż "Ten gest świadczy po
raz kolejny o wrogości i przemocy wobec Żydów", i jego koledzy:
"izraelski minister informacji i
diaspory Yuli Edelstein skomentował
kradzież tablicy jako "największy błąd polskiej policji". Członek
prawicowego Likudu wyraził również zaniepokojenie rosnącą liczbą
antysemickich incydentów na całym świecie".
Czego by jednak nie mówić i niezależnie od tego, czy jako Polacy
jesteśmy jakoś szczególnie uodpornieni na skutki przebywania w zasięgu
manipulacji mediów, warto na pewno stosować się do starej zasady znanej
w informatyki, która w oryginale brzmi: "garbage in, garbage out" co
tłumaczy się jako "śmieci na wejściu dadzą śmieci na wyjściu", nawet
jeśli wg. najnowszych badań zajmuje to trochę więcej czasu niż się
ludziom wydaje.
Dlatego naszym zdaniem, o czym pisaliśmy wielokrotnie, ważne jest skąd
i w jaki sposób pozyskujemy informacje. Dlatego też praktycznie od
początku zachęcaliśmy czytelników do odstawienia telewizorów i
pozyskiwania informacji we własnym zakresie, najlepiej szukając i
porównując je u kilku źródeł.
Nie wolno też nie doceniać siły oddziaływania drobnych elementów,
takich jak sporadycznie i niby przypadkowo pokazywane symbole, gesty,
obrazy, bo one także wywierają na nas wpływ. Pod tym względem telewizja
własnie ma największe pole działania, będąc strumieniem bezwolnie
przyswajanych obrazów, bombardujących ludzkie umysły z prędkością 25
klatek na sekundę.
Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
Magazyn miller-mccune - artykuł na temat efektu bomby zegarowej
stronniczych mediów.
BBC - sondaże na temat zaufania.
"Time Bomb? The Dynamic Effect of News and Symbols on the Political
Identity of European Citizens" - dokument w formacie PDF dostępny
po rejestracji i dokonaniu opłaty.
wp.pl - rząd i premier źle oceniani, poparcie dla PiS bez zmian.
wp.pl - nietolerancja wobec homoseksualistów.
wp.pl - kradzież bramy antysemickim incydentem i przemocą wobec
Żydów.
Jak
zapewne większość z Państwa wie, 7 grudnia 2009 w zasilanym energią
wiatrową Bella Center w Kopenhadze, rozpoczął się szczyt klimatyczny
Organizacji Narodów Zjednoczonych, który zakończył się przedwczoraj
wieczorem.
"Uczestniczyli w nim politycy, około
16500 biurokratów, tysiące dziennikarzy, aktywistów, setki limuzyn,
ponad 100 prywatnych samolotów odrzutowych, olbrzymia ilość energii
została zużyta przez 30 tysięcy uczestników, z których wielu było
jedynie agitatorami politycznego planu.
Australijski Premier miał w
Kopenhadze możliwości zrobienia sobie zdjęcia w czasie krótkich
odwiedzin, na które pozwolił mu odrzutowiec spalający więcej paliwa w
czasie tej podróży, niż cały resort Arkaroola Wilderness zużyje w ciągu
roku.
Brytyjskie Zrzeszenie Podatników (UK
Taxpayers' Alliance) obliczyło, że
koszt konferencji wynosił tyle ile GDP Republiki Malawi" - tak
napisał na łamach http://www.abc.net.au na temat szczytu w
Kopenhadze, Ian Plimer, profesor geologii górniczej na uniwersytecie w
Adelaide, jednocześnie profesor w stanie spoczynku Nauk o Ziemie na
Uniwersytecie w Melbourne, gdzie pełnił także funkcję dyrektora w
latach 1991-2005.
Nie wiemy czy wydano aż tyle ile wynosi GDP Malawi, jednak całkiem
imponująca wydaje się suma 54 mln. funtów brytyskich wydana w czasie
szczytu tylko na pensje gromady delegatów i polityków.
Inne media Kopenhagę przedstawiły trochę odmiennie - jako niecodzienne
wydarzenie, któremu w duńskim mieście towarzyszyły prezentacje
techniczne, pokazy naukowe, koncerty oraz oczywiście demonstracje i
zamieszki, a wszystko to miało pomóc w zmniejszeniu emisji
trucicielskiego wyziewu, zanieczyszczenia zwanego naukowo dwutlenkiem
węgla, którego chemiczny symbol i nazwa potoczna to CO2.
Spotkanie to miało być kolejnym krokiem ku uporządkowaniu światowej
gospodarki, co miało wiązać się z transferami dóbr na kwoty powyżej
trylionów dolarów. Miało także wiązać się z utratą miejsc pracy idącą w
miliony, również milionami ludzi zyskującymi nową pracę, wprowadzaniem
nowych podatków, relokacją przemysłu, nowymi taryfami i dotacjami, oraz
skomplikowanymi opłatami na rzecz schematów walki z gazami
cieplarnianymi, oraz podatkami za emisję dwutlenku węgla - a wszystko
to pod nadzorem globalnej instytucji, globalnego organu.
Takie i inne rezultaty opisano w "nocie informacyjnej" Organizacji
Narodów Zjednoczonych na temat potencjalnych konsekwencji kroków, które
kraje uprzemysłowione miały podjąć, by wdrożyć w życie wytyczne z
Kopenhagi, następcy Protokołu z Kioto.
Pisaliśmy na temat noty ONZ cytując artykuł Fox News w kwietniu tego roku pt.: "Formy życia i zanieczyszczenia oparte na węglu."
Z noty, która o ponad pół roku wyprzedzała szczyt w Kopenhadze,
wyraźnie wynikało jakie nadzieje wiążą z nim ludzie stojący za ONZ i
organizacją całego globalnego ruchu na rzecz klimatu.
W ogóle wydaje nam się, że bardzo często zapomina się, iż szczyt w
Kopenhadze był spotkaniem ONZ, a nie jak mają zwyczaj to relacjonować
media, jakimś heroicznym spotkaniem polityków zatroskanych tragicznym
stanem ziemskiego klimatu.
Już pewnie planowano, że będzie tak sprawnie i ekologicznie i wszystko
pójdzie jak po maśle, powstanie globalne ciało do zarządzania w czasie
kryzysu spowodowanego niebezpieczeństwem wywoływanych przez człowieka
globalnych zmian klimatycznych.
Nie wszystko poszło jednak w zgodzie z tym planem. Wprawdzie delegatów
chętnych na wyżerkę i popijawę na koszt nieświadomych podatników
pojawiło się wielu, jednak tuż przed konferencją, z niektórych mniej
posłusznych mediów, jak na złość, zaczęła wylewać się na światło
dzienne ciekawa informacja. Informację tę odkrył człowiek (w mediach
nazywano go dla postrachu hackerem), któremu dobro innych widocznie nie
było obojętnie.
Ujawnione materiały dotyczyły rzetelności badań jednego z najbardziej
opiniotwórczych ośrodków w dziedzinie zmian klimatycznych, Uniwersytetu
Wschodniej Anglii (UEA - University of East Anglia).
Przykra niespodzianka.
Przypomnijmy tym, którzy nie śledzili tych wydarzeń w często dziwnie
milczących mediach krajowych, jak to się zaczęło i co ujawniono do tej
pory.
Udało nam się ustalić, że 17 listopada 2009 roku na rosyjskim serwerze
FTP pojawił się plik ZIP
http://ftp.tomcity.ru/incoming/free/FOI2009.zip który zawierał 1079
listów poczty elektronicznej oraz 72 dokumenty. Plik ten zniknął już z
serwera ftp na którym począkowo się pojawił, ale ponieważ w Internecie
rzadko coś ginie, namierzyliśmy go na stronie megaupload,
a także w odnośnikach The Pirate Bay oraz na specjalnie
stworzonej stronie WWW, która zawiera wersję wszystkich listów
umieszczonych w formie pozwalającej na ich czytanie i przeszukiwanie
online.
Przez pierwsze trzy dni, wiadomość pojawiła się tylko na kilku blogach.
Nikt nie wiedział, czy wszystko to przypadkiem nie jest jakimś okrutnym
żartem. Wielu internautów nie wierzyło, że to prawda, wstrzymując się
od wypowiedzi do momentu potwierdzenia lub zdyskredytowania tych
informacji.
Maile owe rzekomo miały pochodzić z UEA i stanowić miały dowód
nieoficjalnych rozmów, jakie prowadzą między sobą zatrudnione w tej
instytucji autorytety naukowe. Ujawniona poczta obejmowała w sumie
okres prawie 13 lat.
Trzeba zdawać sobie sprawę, że w przypadku UEA nie mówimy tutaj o
jakiejś tam uczelni, która ma wpływu na niewiele więcej niż tylko oceny
w indeksach swoich studentów. Mówimy tu o instytucji, "niewielkiej grupie naukowców, którzy przez
lata, jak żadna inna tego typu grupa, mieli wpływ na kierowanie
światowymi sygnałami alarmującymi na temat globalnego ocieplenia i to
nie tylko z powodu roli jaką odgrywali oni w Międzyrządowym Panelu do
spraw Zmian Klimatu ONZ (Intergovernmental Panel on Climate Change
(IPCC))". Tak opisał grupę naukowców, tydzień po ujawnieniu
tajemniczej poczty, brytyjski The Telegraph.
Z tego właśnie powodu większość dziennikarzy i internautów
interesujących się tematem uważała, że treść ujawnionej korespondencji
to jedynie głupi żart.
Po momencie niepewności, następne wydarzenia rozegrały się praktycznie
w czasie kilku godzin. Bombardowany zapytaniami z całego świata
dyrektor jednostki do badań klimatu UEA przyznał, że e-maile
rzeczywiście pochodzą z ich wydziału badań nad klimatem.
Świat błyskawicznie obiegła ta wiadomość i o treści listów zaczęto
pisać szerzej, zagłębiając się w ich lekturę i ujawniając coraz to nowe
wątki.
A co takiego strasznego znajduje się w tej naukowej
korespondencji?
Z listów wynika, że najbardziej wpływowi naukowcy, których działania
praktycznie stanowiły koło zamachowe teorii globalnego ocieplenia
wywołanego działalnością człowieka, mogą być zamieszani w niemały
skandal, być może jeden z największych w historii współczesnej nauki.
Zresztą warto poczytać samemu - wersja językowa oryginalna:
"
From: Phil Jones
To: ray bradley ,mann@XXXX,
mhughes@XXXX
Subject: Diagram for WMO Statement
Date: Tue, 16 Nov 1999 13:31:15 +0000
Cc: k.briffa@XXX.osborn@XXXX
Dear Ray, Mike and Malcolm,
Once Tim’s got a diagram here we’ll
send that either later today or first thing tomorrow.
I’ve
just completed Mike’s Nature trick of adding in the real temps to each
series for the last 20 years (ie from 1981 onwards) amd from 1961 for
Keith’s to hide the decline. Mike’s series got the annual land
and marine values while the other two got April-Sept for NH land N of
20N. The latter two are real for 1999, while the estimate for 1999 for
NH combined is +0.44C wrt 61-90. The Global estimate for 1999 with data
through Oct is +0.35C cf. 0.57 for 1998.
Thanks for the comments, Ray.
Cheers
Phil
"
Wytłuszone przez nas zdanie tłumaczy się następująco:
"Skończyłem właśnie trik Mike'a z
Nature (magazynu naukowego Nature - przyp. tłum.), z dodawaniem w
realnych temperaturach do każdej serii z ostatnich 20 lat (np. od 1981
i dalej) i od 1961 dla Keith'a, żeby ukryć spadek."
Gdzie indziej czytamy:
"From: Kevin Trenberth
To: Michael Mann
Subject: Re: BBC U-turn on climate
Date: Mon, 12 Oct 2009 08:57:37 -0600
Cc: Stephen H Schneider , Myles Allen
, peter stott , “Philip D. Jones” , Benjamin Santer , Tom Wigley ,
Thomas R Karl , Gavin Schmidt , James Hansen , Michael Oppenheimer
Hi all
Well I have my own
article on where the heck is global warming? We are asking that here in
Boulder where we have broken records the past two days for the coldest
days on record. We had 4 inches of snow. The high the last 2 days was
below 30F and the normal is 69F, and it smashed the previous records
for these days by 10F. The low was about 18F and also a record low,
well below the previous record low.
This is January weather (see the
Rockies baseball playoff game was canceled on saturday and then played
last night in below freezing weather).
Trenberth, K. E., 2009: An imperative
for climate change planning: tracking Earth’s global energy. Current
Opinion in Environmental Sustainability, 1, 19-27,
doi:10.1016/j.cosust.2009.06.001. [1][PDF] (A PDF of the published
version can be obtained from the author.)
The fact is that
we can’t account for the lack of warming at the moment and it is a
travesty that we can’t. The CERES data published in the August BAMS 09
supplement on 2008 shows there should be even more warming: but the
data are surely wrong. Our observing system is inadequate.
"
Wytłuszone przez nas zdania tłumaczą się następująco:
"No dobra, mam mój własny artykuł na
temat gdzie u diabła podziało się globalne ocieplenie? Pytamy o to
tutaj w Boulder, gdzie ustanowiliśmy rekord dwóch ostatnich dni jako
najzimniejszych od czasu notowań. Mieliśmy 4 cale śniegu. Najwyższa
temperatura w ciągu ostatnich dwóch dni wyniosła 30F a normalnie jest
69F, a to zmiata poprzednie rekordy z tych dni o 10F. Najniższa była
około 18F i jest także rekordowo niska, znaczy poniżej poprzedniej
rekordowo niskiej.
...
Faktem jest, że nie możemy zdać
sprawozdania z braku ocieplenia w tym momencie i to w sumie parodia, że
nie możemy. Dane CERES opublikowane w sierpniowym BAMS 09 dodatku w
2008 pokazują, że powinno być nawet zwiększone ocieplenie, ale dane są
na pewno złe. Nasz system obserwacji jest niewłaściwy."
CERES to eksperymentalny program NASA dotyczący danych
klimatologicznych, który ma na celu zrozumienie roli jaką odgrywają
chmury oraz cykle energii w globalnych zmianach klimatu.
W innym liście czytamy:
"
From: Phil Jones
To: “Michael E.
Mann”
Subject: IPCC
& FOI
Date: Thu May 29
11:04:11 2008
Mike,
Can you delete any
emails you may have had with Keith re AR4?
Keith will do
likewise. He’s not in at the moment – minor family crisis.
Can you also email
Gene and get him to do the same? I don’t have his new email address.
We will be getting
Caspar to do likewise.
I see that CA
claim they discovered the 1945 problem in the Nature paper!!
Cheers
Phil
Prof. Phil Jones
Climatic Research
Unit
"
Tutaj Phil Jones prosi kolegów o pokasowanie korespondencji i
przekazanie innym, żeby zrobili to samo. W wytłuszczonym przez nas
zdaniu czytamy:
" Widzę, że CA twierdzi, że odkryli
problem 1945 roku w papierach Nature (chodzi o naukowy magazyn Nature -
przyp. tłum.)"
Nie mamy teraz zamiaru, ani pewnie Państwo cierpliwości, brnąć przez
wszystkie ponad 1000 listów i ponad 70 dokumentów. Niektórzy jednak, po
ujawnieniu tej korespondencji zadali sobie taki trud.
Generalnie potwierdzono dziś, że z informacji zawartych w listach
wynika, iż utworzono rodzaj konspiracji, że istniała zmowa w
wyolbrzymianiu danych świadczących o ociepleniu, że prawdopodobne
niszczono kłopotliwe informacje, że naukowcy stawiali zorganizowany
opór przed ujawnianiem danych, że dopuszczali się manipulacji danymi,
na podstawie których udowadniano później apokalipsę globalnego
ocieplenia spowodowanego działalnością człowieka, że celowo dodawano
wyniki do ogłaszanych publiczne twierdzeń.
Jednym słowem afera, która powinna wstrząsnąć światem nauki, polityki i
ekologii. W Internecie zaczęto używać określenia Climategate, wzorując
się na nazwie amerykańskiej afery z lat 70-tych.
Znamiennym jest, że debata na ten temat toczy się głównie w Internecie.
A w mediach nic. Praktycznie cisza, przerywana nielicznymi sygnałami
prasy i kilku odważniejszych dziennikarzy. Większość głównych mediów
starała się nie zauważać tematu, choć logicznie rzecz biorąc wszyscy
,od różnych TVN'ów, poprzez brukowe gazety, po poważne tytuły, powinni
grzmieć na alarm, że w Kopenhadze, a wcześniej np. w parlamencie
Państwa Europejskiego, robi się wszystkich nas w globalnego balona!
The Guardian wydawał się trzymać rękę na pulsie. W kilka godzin od
ukazania się plików w internecie rozpoczął relację od artykułu
zatytułowanego: "Sceptycy klimatyczni twierdzą, że ujawnione listy są
dowodem panującej wśród naukowców zmowy", w którym opisał zarzuty stawiane
naukowcom, oraz próby ich obrony.
"Zdajemy sobie sprawę, że informacje
z serwera używanego do celów informacyjnych w jednym z wydziałów
uniwersytetu zostały udostępnione na publicznej stronie internetowej."
- oznajmił rzecznik prasowy uczelni.
Oczywiście naukowcy, występujący w głównych rolach listowej afery, nie
chcieli potwierdzić, czy listy podpisywane ich nazwiskiem są prawdziwe.
"Nie będę komentował zawartości
listów pozyskanych w sposób nielegalny. Powiem jedynie, że ich kradzież
- i wierzę, że jakiekolwiek powielenie listów pozyskanych na
publicznych stronach itd., stanowią poważną działalność kryminalną. Mam
nadzieję, że sprawcy oraz ich pomocnicy, zostaną namierzeni i oskarżeni
w całej mierze na jaką pozwala prawo." - tak odpowiadał jeden z
głównych bohaterów korespondencji, profesor Michael Mann, dyrektor
Centrum Nauki Systemu Ziemi przy Uniwersytecie Stanowym Pensylwanii
(Pennsylvania State University's Earth System Science Centre).
Trzy dni po ujawnieniu listów i dokumentów, Uniwersytet Wschodniej
Anglii zapowiedział wszczęcie własnego śledztwa w tej sprawie, choć
niektórzy odradzali takie działanie, o czym ponownie poinformował
czytelników brytyjski The Guardian opisując jednocześnie
reakcje Michal'a Mann'a oraz jego przyjaciół. Wszyscy zgodnym chórem
twierdza, że ich listowne wypowiedzi są "wyrywane z kontekstu i wydawać się mogą
pogrążające", kiedy uważnie wybierają je dla własnych potrzeb
przeciwnicy teorii zmian klimatu wywołanych przez działalność człowieka.
"Jeśli spojrzy się na e-maile, nie ma
tam żadnych dowodów fałszowania danych, nie ma dowodów, że zmiany
klimatu to ściema." - mówił rzecznik prasowy brytyjskiego
rządowego serwisu meteorologicznego (The Met Office).
29 listopada, The Times opublikował artykuł pt.: "Wielki naukowy skandal dotyczący zmian klimatu". W
artykule czytamy m.in.:
"Phil Jones jest kluczowym graczem na
naukowej scenie zajmującej się zmianami klimatu. Stworzona przez jego
departament baza danych o zmianach temperatur i ich pomiarach, stała
się najważniejszym elementem na którym buduje się sprawę globalnego
ocieplenia.
Ujawnione listy sugerowały jednak, że
Jones i niektórzy z jego kolegów, mogli tak bardzo przekonać się do
swoich racji, że przekroczyli granicę między obiektywnymi badaniami a
prowadzeniem aktywnej kampanii.
W jednym z listów, Jones przechwala
się używaniem statystycznego triku, by ukryć jawiący się spadku
globalnej temperatury. W jeszcze innym obstaje, by skasować dane,
których udostępnienia domagali się sceptycy.
W trzecim liście proponował
zorganizowany bojkot prac naukowych, które ośmieliły się opublikować
badania, podkopujące przesłanie o globalnym ociepleniu."
The Times przypomina w artykule genezę całego problemu ze współczesną
interpretacją wyników badań nad zmianami klimatu i opisuje dlaczego UEA
jest placówką aż tak istotną :
"Hakerski skandal to nie odizolowany
przypadek. Przeciwnie, jest to ostatnia runda trwającej od dawna
batalii nad nauką o klimacie, której początki sięgają roku 1990.
To wtedy Międzyrządowy Panel do spraw
Zmian Klimatu (IPCC) - grupa naukowców doradzająca rządom na całym
świecie -opublikowała swój pierwszy zestaw ostrzegawczych raportów, że
Ziemia stanęła naprzeciw śmiertelnego niebezpieczeństwa zmiany klimatu.
Centralną częścią tego raportu był zestaw danych, ukazujący jak szybko
rosła temperatura półkuli północnej.
Problem polegał na tym, że część
wyników wskazywała, iż wszystko to już się kiedyś wydarzyło. Tzw. okres
średniowiecznego ocieplenia, 1000 lat w czasie których Brytania pokryta
była winnicami, a Wikingowie wypasali bydło na zielonej wówczas
Grenlandii. Dla każdego dobrego naukowca był to powód do zadania
pytania: czy obecne ocieplenie związane jest z obecną eksploatacją
paliw kopalnych, czy może jest częścią naturalnego cyklu?
Naukowcy zasiedli do pracy i w 1999
roku grupa pod kierownictwem profesora Micheael'a Mann'a, klimatologa
Uniwersytetu Pensylwanii, otrzymała inne wyniki, które pokazywały, iż
średniowieczne ocieplenie nie miało tak naprawdę większego znaczenia.
Chodziło o to, iż niektóre fragmenty
Atlantyku może i się ociepliły, lecz zapiski sugerują, że w tym samym
czasie Pacyfik był raczej chłodny, więc średnio w zmianach temperatur
była tylko niewielka różnica.
Na wykresie, dane profesora Mann'a
przypominały znany "kij hokejowy". Ukazuje on temperatury północnej
półkuli jako linię, która pozostaje płaska przez kilkaset lat, by ostro
rosnąć od roku 1900 aż do dziś. Wnioskiem płynącym z tej prezentacji
miało być stwierdzenie, że wzrost temperatury będzie postępował, niosąc
ze sobą potencjalnie śmiertelne konsekwencje dla ludzkości.
Wizja kontynentów nawiedzanych przez
huragany i powodzie w czasie gdy roztapia się Arktyka, przerodziła
debatę naukową w wysoce emocjonalną i polityczną dyskusję. Język
używany przez "ociepleniowców" tak samo jak i sceptyków, ulegał coraz
większej polaryzacji.
George Monbiot, poważany pisarz
zajmujący się tematyką ekologii, wszystkim wątpiącym w ocieplenie
wywołane działalnością człowieka przylepił łatkę "climate deniers"
(osoby zaprzeczające klimatowi), co jest zwrotem nieprzyjemnie bliskim
określeniu "holocaust denial" (zaprzeczanie holokaustowi). Sceptycy,
szczególnie w Ameryce, sugerowali, że naukowcy, którzy wierzą w zmiany
klimatu, są częścią globalnej lewackiej konspiracji, chcącej wyciągnąć
biliony dolarów na tzw. zielone technologie.
Bardziej przekonywującą krytyką jest
istnienie oporu przed przyznaniem, że istnieją odmienne poglądy w
kwestii nauki o klimacie. Al Gore, były wiceprezydent USA, który
przekształcił się w zielonego działacza prowadzącego kampanię, określił
wynik debaty na temat klimatu jako już ustalony. Krytycy powtarzają
jednak, iż nauka ta nie została do końca sprawdzona. I właśnie dlatego
Jednostka do spraw Badań Klimatu przy Uniwersytecie Wschodniej Anglii
ma tak wielkie znaczenie.
Jej badania stworzyły zapisy zmian
temperatur jakie dokonywały się przez tysiące lat. Być może
najważniejsze są zapisy dotyczące temperatury lądów i mórz na świecie
od połowy XIX wieku. To z tej właśnie bazy danych pochodzą wyniki
ukazujące "niedwuznaczny" wzrost o 0,8C w czasie ostatnich 157 lat, na
czym opiera się i od czego zależy wykres hokejowego kija Mann'a i wiele
więcej innych zagadnień w nauce o klimacie.
Niektórzy z krytyków wierzą, że
odkrycia Jednostki do spraw Badań Klimatu przy UEA powinny być
traktowane z większą rozwagą, ponieważ wszystkie publikowane dane
zostały "skorygwane" - co oznacza, że zostały zmienione, by
rekompensować ewentualne anomalie w sposobie pozyskania danych. Zmiany
tego rodzaju to rzecz normalna, kontrowersje pojawiają się wokół
sposobu w jaki są dokonywane. Sprawę pogarsza jeszcze niechęć Jednostki
do spraw Badań Klimatu do upowszechnienia oryginalnych danych w formie
nieskorygowanej.
David Holland, inżynier z
Northampton, jest jednym z wielu sceptyków, którzy przekonani są, iż
naukowcy z jednostki przy UEA, całego tego procesu dokonali w sposób
niewłaściwy. Gdy złożył on wniosek o udostępnienie mu tych danych w
zgodzie z przepisami o wolności informacji (freedom of information
laws), odmówiono mu stwierdzając, że "nie leżało to w publicznym
interesie".
Inni którzy złożyli podobne wnioski o
udostępnienie danych, zostali potraktowani odmownie, ponieważ nie
pochodzili ze środowiska akademickiego.
Próbował także normalny akademik,
Ross McKitrick, profesor ekonomii na Uniwersytecie Guelph w Kanadzie:
"Odmówiono mi podając zupełnie inny
powód. Jednostka przy UEA oznajmiła, iż uzyskała te dane w ramach
poufnych umów i w związku z tym nie może tych danych udostępniać. To
dziwne, ponieważ niektóre z tych danych już udostępniali innym
akademikom, jednak tylko tym, którzy opowiadali się po stronie idei
zmian klimatu".
Cytowany obszerny fragment artykułu z the Times, wyjaśnia dość
dokładnie czego dotyczy cały problem, o którym mówi się od wielu lat.
Dzień później, 1-go grudnia, The Guardian poinformował, że Phil Jones, szef
jednostki do badań klimatycznych w UEA, jeden z głównych bohaterów
czytanki listów i dokumentów ujawnionych w sieci, podał się do dymisji.
"Profesor Phil Jones, dyrektor CRU
(Climat Research Unit) powiedział, że staje po stronie nauki
wyprodukowanej przez jego zespół oraz, że sugerowanie konspiracji
mającej jakoby na celu zmianę wyników na rzecz udowodnienia globalnego
ocieplenia spowodowanego działalnością człowieka są "kompletną bzdurą".
Jednak postanowił on ustąpić jako dyrektor, dopóki niezależne śledztwo
w sprawie zhakowanych listów nie będzie zakończone.
Krytycy argumentu, że globalne
ocieplenie spowodowane jest działalnością człowieka mówią, że listy
wskazują na dowody zmowy naukowców. Niektórzy twierdzą, że zawartość
listów sugeruje, iż naukowcy zapobiegali temu, by w czwartej
podsumowującej ocenie Międzyrządowego Panelu na temat Zmian Klimatu
(IPCC - Intergovernmental Panel on Climate Change), wydrukowanej w 2007
roku, nie miały szansy znaleźć się prace naukowe z którymi naukowcy z
UEA nie zgadzali się.
Jednak wcześniej tego samego
tygodnia, zasiadający w IPCC Rajendra Pachauri powiedział, że było to
"wirtualnie niemożliwe", by kilku naukowców zajmujących się klimatem
wpłynęło na rady jakie ONZ dawało rządom. Jego zdaniem, olbrzymia ilość
współpracowników wnoszących wkład oraz przyjęty w IPCC rygorystyczny
mechanizm dokonywania anonimowych recenzji, doprowadziłyby do tego, że
stronniczość byłaby szybko wykryta.
Była to odpowiedź na konkretny e-mail
z 2004 roku, w którym Phil Jones wspomina o dwóch pracach, które uważa
za niewłaściwe, pisząc o nich w sposób następujący:
"I can't see either … being in the
next [IPCC] report. Kevin [Trenberth] and I will keep them out somehow
– even if we have to redefine what the peer-review literature is!"
"
Co można przetłumaczyć jako:
"Ja też nie widzę tego w przyszłym
raporcie [IPCC]. Kevin [Trenberth] i ja jakoś je przytrzymamy, nawet
jeśli musielibyśmy zdefiniować na nowo jaka literatura idzie do
recenzji!"
...
The Guardian kończy: "Ekonomista
Nick Stern powiedział, że punkt widzenia ludzi nie wątpiących w naukowy
consensus, iż to człowiek powoduje globalne ocieplenie, jest "bezładny
i nienaukowy".
Tu przestaniemy cytować gazety, które zaświadczają o biegu wydarzeń pod
koniec listopada i na początku grudnia.
Komentując ostatni cytowany akapit, zastanowiło nas, czy z badaniami
klimatu jest już tak źle, że w obronie własnych racji centra badawcze
wystawiają ekonomistów zamiast klimatologów?
Zastanawia nas także, dlaczego były już szef Jednostki do spraw Badań
Klimatycznych, gdy odnosi się do śledztwa w sprawie ujawnionych
dokumentów i poczty elektronicznej, używa słowa "niezależne". Przecież
śledztwo w gruncie rzeczy Uniwersytet prowadzi sobie sam. Co ujawni owo
śledztwo? Tego możemy się jedynie domyślać, ale biorąc pod uwagę
historie z naszego podwórka, to można przypuszczać, że powołają jakieś
sądy, przeróżne komisje itp., które dziwnym trafem i większością głosów
stwierdzą, że sprawa podlega umorzeniu, że sprawcy pozostają nieznani
lub, że sprawy w ogóle nie było, bo przecież nic złego się nie stało, a
listy to jedynie luźna korespondencja grupy genialnych naukowców,
której głębokiej treści i znaczenia nikt poza nimi poznać nie jest w
stanie.
Istniała kiedyś pewna mądra zasada, że nikt nie powinien być sędzia we
własnej sprawie, lecz kto dziś by się przejmował dawnymi zasadami, a
już szczególnie w dumnym i sponsorowanym szerokim strumieniem rządowych
dotacji świecie odłamów nauki, nauczających w zgodzie z poprawnością
polityczną i jakimś, nie do końca jeszcze znanym ogółowi, nadrzędnym
planem światowej elity.
Wszystko co opisały nieliczne gazety wydarzyło się na dwa tygodnie
przed wielkim szczytem, którego rozmowy opierały się w sumie w całości
na metodach badawczych i danych dostarczanych przez naukowców będących
w samym centrum, jakby nie patrzeć, klimatycznej afery.
Czy mają rację sceptycy, czy też rzeczywiście wydychany przez nas
dwutlenek węgla, który jest podstawowym elementem biologicznej
konstrukcji naszego świata, powoduje straszliwe i katastrofalne
konsekwencje? Nie nam to w sumie oceniać, bo od tego powinni być
naukowcy, jednak jeśli niektórzy z nich obstając przy swojej teorii
uzurpują sobie prawo do bycia jedynie słuszną prawdą, jednocześnie
utrudniając komukolwiek nawet rozmowę na ten temat, to ich zachowanie
mało ma wspólnego z nauką w ogóle, a prawdy o świecie pozostaje ludziom
odkrywać choćby i organoleptycznie. I nie mamy tu na myśli przytykania
języka do metalowego masztu z flagą celem sprawdzenia, czy może
globalna inicjatywa wprowadzenia limitów CO2 już działa i robi się
chłodniej, jak zrobił to pewien student za Atlantykiem.
Naszym zdaniem wystarczy poszperać choćby i w internecie. Oczywiście
nie należy za bardzo wierzyć w to co wypisują na portalach takich jak
wp czy onet zatrudnieni tam często pseudo-dziennikarze, ale gdy wp.pl
publikuje na swojej stronie sondę pt.: "Polska zima jest magiczna" i robi to w połowie
kalendarzowej jesieni, to powinno to trochę dawać do myślenia.
Następnie można sprawdzić tytuły artykułów i zauważyć te z połowy
kalendarzowej jesieni, mówiące, iż "Zima nie odpuści przez najbliższe dni". Poprawniej
byłoby napisać, że zima w jesieni nie odpuści, albo że jesienna zima...
Można także przejrzeć dokumentację z terenu, skrzętnie wysyłaną przez
internautów podekscytowanych posiadaniem telefonów komórkowych z
"aparatem fotograficznym" i możliwością dostarczenia za darmo nie tylko
fotografii ale i własnego numeru telefonu (ujawnionego wszystkim
oglądającym pod zdjęciem autora).
Czy nie odnoszą Państwo wrażenia, że takie informacje wydają się
bardziej obiektywne, niż statystyczne wyliczanki, w których ktoś
udowadnia średnią zmianę o 0,8 stopnia w okresie 200 lat? Przypomina to
trochę badania nad gospodarką, konsekwencje czego obecnie oglądamy,
których naukowcy od ekonomii próbowali dokonywać w arkuszach programów
kalkulacyjnych, co niezależnie od zastosowanych algorytmów, zawsze
kończyło się sięgnięciem do kieszeni podatnika.
Nauka miała dociekać odpowiedzi na postawione pytania, a z każdym nowym
dowodem, przesłanką i odkryciem, miała korygować swoje wcześniejsze
wyniki i tezy, dociekając prawdy. Tak było kiedyś. Dziś, przynajmniej w
dziedzinie badań nad klimatem, część naukowców wydaje się próbować
dopasowywać fakty i odkrycia do wcześniejszych założeń uzgodnionych w
ramach jakiegoś politycznego planu, zmieniając tym samym dziedzinę swej
nauki w podobne polityce bajoro.
Dlaczego to robią?
Część z nich zapewne robi to dla pieniędzy.
Jak to dla pieniędzy? Przecież to biedni naukowcy, jedynie na
marnej profesorskiej pensji, którzy heroicznie i wbrew niedoborom
budżetowym walczą z katastrofalnymi skutkami nadchodzącego ocieplenia,
tworząc bazy danych, symulacje, modele - odpowie czytelnik wchłaniający
wiedzę z TVcośtam, GW, czy jakiejś innej, nie wiadomo już czyjej tuby
propagandowej poprawności.
Dla czytelników, którzy walkę z globalnym ociepleniem kojarzą bardziej
z pokazywanymi w mediach obrazami aktywistów i działaczy poubieranych w
dziurawe płaszcze lub z naukowcami w rozciągniętych swetrach lub
flanelowych koszulach, mamy niespodziankę.
Pamiętają pewnie państwo fragment, który gdzieś powyżej cytowaliśmy za
The Guardian: "to "wirtualnie
niemożliwe" - mówi Rajendra Pachauri, by kilku naukowców zajmujących
się klimatem wpłynęło na rady jakie ONZ dawało rządom. Jego zdaniem,
olbrzymia ilość współpracowników wnoszących wkład oraz przyjęty w IPCC
rygorystyczny mechanizm dokonywania anonimowych recenzji,
doprowadziłyby do tego, że stronniczość byłaby szybko wykryta."
Rajendra Pachauri, to jeden z pracowników zasiadający w IPCC, czyli
ciele ONZ, doradzającym rządom w sprawach klimatu. Warto zapamiętać to
nazwisko.
13 grudnia, w czasie trwania szczytu w Kopenhadze, Reuters relacjonuje kolejny dzień szczytowych
obrad rozpisując się o 1000 zatrzymanych w czasie policyjnej akcji
przeciwko protestującym, które okazało się największym masowym
aresztowaniem w historii Danii. Cały czas w artykule cytuje się kolejne
głosy przemawiające za tym, by w Kopenhadze uzgodnić jakiś kompromis,
dojść do porozumienia i rozpocząć upragnioną przecież współpracę w celu
zatrzymania zatrważającego kataklizmu, w którym wszyscy zginiemy z
gorąca. Naszą uwagę zwrócił jednak fragment następujący:
"Przywódca Azjatyckiego Banku Rozwoju
(Asian Development Bank), Haruhiko Kuroda, ostrzegł rządy, że jeśli w
Kopenhadze nie uda się osiągnąć klimatycznego porozumienia, to może to
prowadzić do załamania rynku węglowego (carbon market), co mogłoby
uderzyć w wysiłki poradzenia sobie ze zmianami klimatycznymi."
Prosimy o wybaczenie, ale gdy czytamy, że przywódca azjatyckiego banku
ponagla polityków, twierdząc, że jak się nie dogadają, to załamie się
rynek węglowy, to jakoś nam się nie chce wierzyć, że chodzi tu o
ochronę klimatu. Ów rynek węglowy, to oczywiście nie rynek sprzedaży
np. węgla kamiennego, lecz rynek handlu emisjami dwutlenku tego
pierwiastka.
Sprawdzmy co wspólnego mają ze sobą azjatycki bank, cytowany wyżej
naukowiec - Rajendra Pachauri oraz bezinteresowna walka z ociepleniem?
Na internetowej stronie ADB (Asian Development Bank), dowiedzieliśmy
się, że poza oczywiście zbawianiem świata, walką z głodem, bezrobociem
itd., itp., bank zajął się także wyzwaniem jakim jest walka ze zmianami
klimatu. W tegorocznym (2009) lipcowym wydaniu kwartalnika "News From Pakistan", newsletter'a wydawanego przez
ADB, na stronie 7 znajduje się artykuł zatytułowany: "Wybitne Osoby
Doradzą ADB na temat Zmian Klimatu". W artykule napisano:
"ADB ogłosiło stworzenie Grupy
Doradczej składającej się z siedmiu wybitnych osób, które doradzą jak
umocnić Bankowe programy, by sprostać globalnemu wyzwaniu zmiany
klimatu.
Grupa Doradcza ds Zmian Klimatu i
Podtrzymania Rozwoju (The Advisory Group on Climate Change Sustainable
Development) będzie pomagać zarządowi ADB rozpatrywać nowatorskie
sposoby pomocy rozwijającym się krajom członkowskim ADB, w przenoszeniu
ich gospodarek na drogę rozwoju niskiej emisji węgla oraz w rozwiązaniu
socjalnych wpływów zmiany klimatu.
Prezydent ADB, Haruhiko Kuroda
ogłosił plany zwołania panelu w przemowie do dyrekcji zarządców w
czasie otwarcia 42 dorocznego spotkania ADB, które odbyło się na Bali w
Indonezji."
Najciekawszy naszym zdaniem fragment tego artykułu zaczyna się, gdy
wymienione są osoby tworzące Grupę Doradczą ADB: "Grupie Doradczej przewodniczyć będzie
Doktor Rajendra K. Pachauri, dyrektor generalny Instytutu Energii i
Zasobów (The Energy and Resources Institute), a w jej składzie zasiądą
Profesor Hironori Hamanaka, przewodniczący i w zarządzie Instytutu
Globalnej Strategii Środowiskowych (Institute of Global Environmental
Strategies); Pani Huguette Labelle, przewodnicząca Transparency
International; Profesor Jeffrey D. Sachs, dyrektor Instytutu Ziemi przy
Uniwersytecie Columbia; Doktor Emil Salim, doradca Prezydenta Indonezji
ds środowiska i rozwoju; Doktor Klaus Toepfer, dyrektor założyciel
Institute for Advanced Studies Climate, Earth System and Sustainability
Sciences (nie tłumaczymy nazwy tego instytutu, bo pojawia się w niej
nowomowa, która nie istnieje jeszcze w języku polskim. Nie ma czegoś
takiego jak "nauki o Sustainability". Termin wymyślono po roku 2001 i
głównie robił on karierę na konferencjach dotyczących zmian
klimatycznych spowodowanych przez człowieka - przyp. tłum.,); oraz
profesor Dadi Zhou, dyrektor generalny (w stanie spoczynku) Instytutu
Badań nad Energią (Energy Research Institute)."
Rajendra K. Pachauri będący przewodniczącym Grupy Doradczej ADB, to
oczywiście ten sam Rajendra Pachauri, który mówił, że niemożliwe jest
żeby ktoś wpływał na decyzje podejmowane przez IPCC. Ten sam Pachauri,
który w IPCC zasiada.
Czy pan Pachauri nie widzi pewnej sprzeczności interesów w zasiadaniu w
IPCC, która doradza rządom, a pobieraniem wynagrodzenia od Azjatyckiego
Banku? Czy przypadkiem nie sprzyja to powstaniu jakiejś patologicznej i
korupcjogennej "zbieżności interesów"? W Polsce rozdawanie posad w
radach nadzorczych oraz zamawianie usług doradczych od znajomych
królika, to stały i niestety zgodny z prawem proceder załatwiania spraw
po tzw. znajomości, oparty o wzajemne przysługi, w których rączka
rączkę myje najczęściej budżetowymi pieniędzmi. Dlaczego podobne
mechanizmy nie miałyby działać globalnie?
Ale nie oskarżajmy pochopnie, może Rajendra Pachauri to jedynie
wyjątek. Sprawdźmy, czego dowiemy się o innych członkach, którym za
doradztwo w sprawach zmian klimatu płaci Azjatycki Bank.
Hironori Hamanaka przewodniczący i zasiadający w zarządzie Instytutu
Globalnej Strategii Środowiskowych (Institute for Global Environmental
Strategies), w skrócie (IGES).
Czym zajmuje się IGES?
A np. bliską współpracą z TERI, czyli Instytutem Energii
i zasobów (The Energy and Resources Institute), którego szefem jest nie
kto inny jak wspominany już Rajendra Pachauri.
Ale może to kolejny wyjątek lub raczej przypadek.
Szukajmy więc dalej.
Pani Huguette Labelle nie tylko jest przewodniczącą Transparency
International, co wydaje się już samo w sobie dość komiczne,
rozpatrując jej udział w sponsorowanej przez Bank grupie doradczej,
jest także członkiem zarządu inicjatywy Organizacji Narodów
Zjednoczonych (na tej stronie WWW mogą Państwo przeczytać w ilu
to radach nadzorczych Pani Labelle nie zasiadała w swojej politycznej
karierze), która nosi nazwę Global Compact. Global Compact w ramach ONZ
to, jak czytamy na ich stronie
WWW, inicjatywa strategii politycznej dla biznesów, które angażują
się w ujednolicanie ich działań i strategii z zaakceptowanymi
dziesięcioma uniwersalnymi zasadami w dziedzinach praw człowieka,
pracy, środowiska i walki z korupcją. Z ciekawości aż zajrzeliśmy do
tych 10 zasad. Ostatnia 10 zasada mówi, że "Biznes powinien walczyć z korupcją w
każdej postaci, włączając w to wymuszenia i przekupstwo".
Może Pani Labelle zasiada w Grupie Doradczej ADB, żeby patrzeć ADB i
zatrudnionym naukowcom na ręce? Może pilnuje, by nie nastąpiły jakieś
"wymuszenia i przekupstwo" między Bankiem, a panem Pachauri na ten
przykład? Któż to wie? Ona jak widać także nie widzi sprzeczności
między zasiadaniem w opłacanej przez Bank Grupie Doradczej, a pracą w
ONZ, tej samej organizacji, która zatrudnia również pana Pachauri (w
IPCC).
Sprawdzajmy dalej.
Profesor Jeffrey D. Sachs, z Instytutu Ziemi przy Uniwersytecie
Columbia. Nie znaleźlibyśmy niczego podejrzanego, gdyby nie to, że to
właśnie Instytut prowadzony przez Jeffrey'a Sachs'a założył
Międzynarodowy Instytut Badań na rzecz Klimatu i Społeczeństwa, w
którym... (już się Państwo domyślają?)... przewodniczącym zarządu jest nie kto inny jak
Rajendra K. Pachauri. Niemożliwe? A jednak.
Instytut ten jak opisano, "pracuje
by rozumieć, brać udział i zarządzać klimatycznym ryzykiem w celu
poprawy ludzkiego dobrobytu...". Nie wiemy, czy Instytut dokona
poprawy naszego lub Państwa dobrobytu, jesteśmy jednak całkowicie
pewni, że dobrobyt przynajmniej poprawi się panu Pachauri.
Szukajmy dalej.
Doktor Emil Salim, doradca Prezydenta Indonezji ds środowiska i
rozwoju. Pan Salim poza doradzaniem Prezydentowi Indonezji, jest także
członkiem Forum na rzecz Środowiska i Rozwoju Azji-Pacyfiku The
Asia-Pacific Forum for Environment and Development (APFED)). No tego
pewnie Państwo się nie spodziewają, ale członkiem
tego forum jest również Rajendra Pachauri, a wśród specjalnych
doradców znajduje się Haruhiko Kuroda, dyrektor Azjatyckiego Banku,
którego członków Grupy Doradczej właśnie sprawdzamy. Członkiem jest
także omawiany wcześniej Hironori Hamanaka, prezes IGES, które jak się
okazuje koordynuje i wspomaga całe to APFED, pewnie w czasie wolnym
między ścisłą współpracą z TERI pana Pachauri.
Wszystko to się trochę komplikuje, lecz jeśli pomyśli się, że w sumie
sprowadza się to do tego, że wszędzie przeplata się pan Pachauri, to
daje się to jakoś ogarnąć.
Kolejny na liście wymienionych członków nowej Grupy Doradczej
Azjatyckiego Banku jest Doktor Klaus Toepfer.
Sprawdzamy. Tak naprawdę, jak podaje choćby i Wikipedia, Klaus Töpfer,
urodzony w Waldenburgu w Niemczech, obecnie Wałbrzych Polska, jest
niemieckim politykiem z CDU oraz ekspertem od polityki ochrony
środowiska. Z wykształcenia ekonomista, w latach 1998 do 2006 był
dyrektorem wykonawczym Programu Środowiskowego Organizacji Narodów
Zjednoczonych (UN Environment Programme (UNEP)). To właśnie UNEP wraz
ze Światową Organizacją Meteorologiczną (World Meteorological
Organization) poeołsły do życia IPCC, w którym pracuje zasiadający, jak
wynika z naszego krótkiego poszukiwania, gdzie tylko się da, Pan
Pachauri.
Funcję przewodniczącego IPCC - Międzyrządowego Panelu ds Zmiany
Klimatu, Pachauri pełni od 2002 roku, czyli w czasie, gdy szefem UNEP
był Klaus Töpfer.
Ostatni z listy, Dadi Zhou jest byłym dyrektorem generalnym Instytutu
TERI, dla którego oczywiście pracuje nie kto inny niż Pachauri.
Nie wiemy jak Państwo, ale my mamy dość.
Czy to nasza wina, że pajęcza sieć powiązań wszystkich członków
Bankowej Grupy Doradczej z przewodniczącym IPCC w naszych głowach rodzi
następujące pytania:
Czy rzeczywiście nie jest możliwe, jak zapewniał w prasie Pan Pachauri,
by naukowcy, politycy i biurokraci suto sponsorowani przez Banki
naginali swoje "przekonania" na potrzeby interesów swoich sponsorów?
Czy nie jest możliwe by sponsorowani przez Banki pracownicy ONZ
wpływali na działania i decyzje ONZ-owskich przybudówek takich jak
IPCC? Czy wszystko to nie sprawa wrażenia jednego wielkiego skoku na
kasę, nie tylko Bankową, ale przede wszystkim na pieniądze podatników,
które wpłacane do budżetów państw, wydawane są na sponsorowanie
Instytutów, paneli i forów, które oczywiście wszystkie są albo
organizacjami non-profit, albo bytami bezpośrednio i oficjalnie
fundowanymi przez rządy zatroskanych zmianami klimatu państw?
Patrząc na powyższy stan rzeczy, nie można się dziwić, że zagadnienia
klimatyczne, a szczególnie próby dociekania, czy teorie "ocieplenia
klimatu z powodu człowieka" są błędne lub niesprawdzone, rozpaliły do
czerwoności środowisko promujących je "naukowców".
Przecież gdybyśmy my np. w związku z popieraniem teorii, że krasnoludki
istnieją, zasiadali w dziesięciu radach nadzorczych zajmujących się
życiem skrzatów, z tytułu czego czerpalibyśmy niemałe przecież korzyści
materialne, byli sponsorowani przez Banki i płynące różnymi
strumieniami publiczne pieniądze, to pewnie bylibyśmy święcie
przekonani, że udowodnienie istnienia małych, czerwonych ludzików w
śmiesznych czapeczkach jest kluczowe dla dalszego istnienia ludzkiej
cywilizacja.
By jednak wyjaśnić sprawę do końca, wnikliwi czytelnicy zapytają...
Co i w jaki sposób mają z tego banki i
korporacje?
Dlaczego szef ADB ponaglał polityków, by podpisać jak najszybciej
sprawę handlu CO2, bo inaczej "doprowadzi
to do załamania rynku węglowego (carbon market), co mogłoby uderzyć w
wysiłki poradzenia sobie ze zmianami klimatycznymi."? Tak bardzo
przejął się klimatem?
Sprawa jest bardzo prosta. To oczywiście Banki będą transferować
pieniądze z handlu CO2 i za ich pośrednictwem będzie się to odbywać.
Banki nie robią tego za darmo, odliczając skrzętnie procenty od
dokonanych transferów. Transferowane sumy to w przyszłości biliony
dolarów/euro/funtów/jenów.
W wątku o pieniądzach, który zdominowany został prawie całkowicie przez
pana Pachauri, warto chyba jeszcze wspomnieć, że ONZ-owskie IPCC,
którego jest on przewodniczącym, współdzieliło nagrodę Nobla w 2007
roku razem z Al'em Gore'em.
Warto także dodać, co już całkowicie pogrąży hinduskiego naukowca, że
jeśli sprawa rynku limitów zostanie uzgodniona i politycy dojdą do
porozumienia w sprawie "rynku węglowego" (a tak się zapewne za jakiś
czas stanie) to Pan Pachauri stanie się bardzo bogatym człowiekiem (o
ile już nim nie jest). Jakim cudem?
Otóż firma TERI (The Energy and Resources Institute) z którą związany
jest Pachauri, jak wszystkie te instytucje określa się mylnie
organizacją nie przynoszące korzyści (non-profit), została
zarejestrowana początkowo w 1974 roku jako TATA Energy Research
Institute. W 2003 roku zmieniono jej nazwę na The Energy and Resources
Institute. Pachauri stanowisko dyrektora objął w 1981, by w roku 2001
awansować na dyrektora generalnego tej firmy. Firmy, bo bo Tata Energy
Research Institute powstał przy hinduskiej korporacji, która początkowo
jako firma zajmowała się prawdopodobnie odsalaniem wody. Bardzo szybko
poszerzała swoją działalność, stajać się w pewnym momencie jedną z
największych firm w Indiach, należącą do jednego z najbogatszych
Indyjskich rodów.
TATA dziś, to potężna
międzynarodowa korporacja działająca od branży stalowej, po
motoryzacyjną, technologie informatyczne, komunikację, energię, aż do
branży spożywczej.
Można otwarcie stwierdzić, że firma TATA jest bezpośrednim fundatorem
Rajendra K. Pachauri będącego dyrektorem generalnym założonego przez tę
firmę Instytutu. Takie są fakty.
Tutaj wypada nam podziękować Christopher'owi Brooker'owi z brytyjskiego
The Telegraph, który opisał całą sprawę, co prawda z punktu widzenia
utraty pracy przez brytyjskich pracowników, jednak naświetlił
mechanizmy jakie kryją się za handlem CO2.
"Jaki jest związek między Dr Rajendra
Pachauri, inżynierem kolejnictwa z Indii, który wyraźnie udzielał się
na Konferencji w Kopenhadze jako przewodniczący IPCC Organizacji
Narodów Zjednoczonych, a decyzją Indyjskich firm z branży stalowej, by
w przyszłym miesiącu zaprzestać produkcji w gigantycznej
policentrycznej aglomeracji Teesside, co wyrwało serce miasta Redcar,
pozostawiając 1700 osób bez pracy?
Tej skomplikowanej historii nie da
się raczej usłyszeć w ponurych betonowych murach położonych pod
Kopenhagą, gdy właśnie temperatury spadają ku zeru, a siedemnaście
tysięcy premierów i ministrów, oficjeli i działaczy na rzecz klimatu
całkiem na poważnie dyskutuje o tym, jak planeta rozgrzewa się w
kierunku naszego wyginięcia. Pomaga jednak rzucić troszkę światła na
kolosalny globalny geszeft, który owi delegaci pomagają promować,
ponieważ historia ta kończy się tym, że my wszyscy będziemy płacić za
przeniesienie tysięcy brytyjskich miejsc pracy do nowych hut w Indiach,
bez najmniejszego nawet zysku w światowej redukcji emisji CO2.
..."
Dalej autor opisuje historię stalowego przemysłu w wielkiej Brytanii,
którego większą część w 2003 roku przejął Indyjski koncern TATA (Tata
Steel), kupując należącą do Duńczyków firmę Corus. I to właśnie TATA
postanowiła teraz wstrzymać w jednej z większych fabryk całą produkcję
stali. W następnych akapitach autor wyjaśnia na czym polega cały
interes:
"Jednak prawdziwą korzyścią dla firmy
Corus (której właścicielem jest TATA) z zaprzestania produkcji w
mieście Redcar będą oszczędności, które poczyni na swoich
rezerwach/ulgach przydzielonych przez Unię Europejską w ramach Handlu
Emisjami Zanieczyszczeń (Emissions Trading Scheme (ETS)).
Poprzez wstrzymanie emisji
potencjalnych sześciu milionów ton CO2 rocznie Corus skorzysta na
rezerwach, które mogłyby niedługo, zgodnie z tym co przedstawiła
Komisja Europejska, mieć wartość 600 milionów brytyjskich funtów w
okresie 3 lat, zanim stracą ważność obecne schematy przydziałów.
Lecz to tylko połowa historii. W
Indiach, właściciel firmy Corus, korporacja Tata, planuje w tym samym
czasie zwiększenie produkcji stali z 53 mln ton do 124 mln ton. Poprzez
zamianę niewydolnych starych hut na nowe, które emitują tylko
"Europejskie poziomy" CO2, Tata może rościć sobie prawo do kolejnych
600 mln brytyjskich funtów zgodnie z umową o Mechanizmie Czystego
Rozwoju (Clean Development Mechanism (CDM)) wprowadzonym przez
Organizację Narodów Zjednoczonych, czym zajmuje się Ramowa Konwencja
Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu (United Nations Framework
Convention on Climate Change – UNFCCC lub FCCC), nie kto inny jak
główny organizator konferencji w Kopenhadze.
Wygląda na to, że na koniec dnia,
Redcar straci swego największego pracodawcę, a jedna z największych
działających hut opuści Brytanię. Firma Tata, zyskawszy 1,2 biliona
funtów z "kredytów CO2" dostanie swoje nowe huty, a ilość wyemitowanego
w tym czasie CO2 nie zmieni się ani na jotę.
A powiązanie z Dr Pachauri?
Bezpośrednio oczywiście nie ma żadnego. Jednak tak się jakoś złożyło,
że drugim etatem Dr Pachauri, od przewodniczenia IPCC, jest bycie
dyrektorem Tata Energy Research Institute stworzonego przez TATA w 1981
roku.
Osobiście może nie być on
beneficjentem wykorzystania przez korporację Tata ustawień przeróżnych
schematów handlu limitami CO2, które wdrożono w 1997 roku w protokole z
Kyoto, jednak to IPCC dostarcza rekomendacji, będących motorem
napędowym tych schematów. W zeszłym roku, oficjalne liczby mówiły, że
kupowanie i sprzedawanie limitów CO2 warte jest globalnie 126 bilionów
dolarów. Ten rynek, wzbogacający dziś wiele z naszych finansowych
instytucji (nie wspominając Al'a Gore'a) rozrasta się tak szybko, że w
przeciągu kilku lat przepowiada się wzrost jego wartości do trylionów,
co robienie węgla wywinduje do pozycji jednego z najbardziej
wartościowych towarów w handlu."
To naszym zdaniem w sposób prosty wyjaśnia o co chodzi.
Najlepsze podsumowanie tego wątku jakie udało nam się znaleźć, wygłosił
brytyjski poseł do Parlamentu Europejskiego, w czasie debaty tego
Parlamentu, która miała miejsce dwudziestego października 2009 w
Strasburgu. "Zmiany klimatu i kraje rozwijające się w ramach
konferencji ONZ w Kopenhadze, na temat zmian klimatu.", tak brzmiał
temat owych rozmów, a Pan europoseł Godfrey Bloom przemówił w sposób
następujący:
To przecież oczywiste, że na globalnym ociepleniu, czy jak kto woli na
zmianach klimatu, zarabiają już nie tylko naukowcy, którzy od
dziesiątków lat mają opłacane posady, na których produkują
nieweryfikowalne dane, których nie chcą później udostępniać opinii
publicznej. Zarabiają także politycy, których zapewne niejedna
korporacja musi "przekonywać" pod tzw. stołem (lub polskim zwyczajem w
czasie rozmów na cmentarzu), że warto lobbować za tym lub tamtym w
dziedzinie zmian klimatu. Czasami jak widać korporacje zwyczajnie
zatrudniają takich działaczy pracujących we wpływowych miejscach np.
jakichś inicjatyw ONZ.
Na walce ze zmianami klimatu zarabiać mają też budżety państw, które z
braku pieniędzy postanowiły nałożyć globalny podatek pod pretekstem
walki z emisją CO2, na razie tylko pod postacią przymusu kupowania
dodatkowych limitów emisji tego naturalnego gazu.
I tu właściwie można by zakończyć ten najdłuższy dotychczas w historii
orwell.blog tekst, ale...
Czy chodzi tylko o pieniądze?
Dla korporacji i garstki zachłannych polityków i naukowców zapewne tak,
bo indywidua te nigdy nie patrzyły dalej niż czubek ich własnych
nosów.
Część z Państwa zastanawiała się zapewne, dlaczego poświęcamy ponownie
czas na tak obszerne pisanie o zmianach klimatu. Przecież nie mają one
związku z Orwellizacją naszego świata, a blog ten nie miał opisywać
politycznych afer i przekrętów w świecie nauki, tylko dokumentować
różne aspekty zniewolenia naszego współczesnego życia.
I w tym momencie należy się Państwu odpowiedź.
Piszemy o aferze z pocztą elektroniczną, o szczycie w Kopenhadze, o
zmianach klimatu i finansowo-personalnych powiązaniach świata nauki,
polityki i biznesu, ponieważ wszystkie te sprawy mają drugie dno, o
którym wiedza powoduje, że jawią się w innym świetle niż się większości
wydaje.
Zmiany klimatu, których przyczyny z największym prawdopodobieństwem są
całkowicie naturalne i nie mające wiele związku z działalnością
człowieka, wydają się stanowić całkiem ważny, czysto polityczny i
psychologiczny element w działaniach grupy ludzi, która za cel
postawiła sobie prawdopodobnie panowanie nad światem, czyli panowanie
nad wszystkimi ludźmi bez wyjątku. Owo panowanie nazywane jest Nowym
Porządkiem Światowym, a osoby stojących za tym projektem nie mogą się
już doczekać, by przystąpić do owego ogólnoświatowego "pozamiatania".
Biorąc pod uwagę pośrednie i całkiem bezpośrednie wskazówki można
stwierdzić, iż chodzi o pozamiatanie indywidualizmu, wolności, swobody,
na rzecz wprowadzenia nowego "porządku", za którym kryją się
kolektywizm, kontrola i odgórnie narzucana poprawności.
Czyżby autorzy orwell.blog znów rzucali bezpodstawne i nieprawdziwe
złorzeczenia, tym razem na temat rzekomego i zapewne wyssanego z palca
związku między nauką o klimacie a wprowadzaniem nowego światowego
porządku?
To nie my. To Państwa nowy prezydent (oficjalnie określa się go mianem
"Stałego Przewodniczącego Rady Europejskiej") pan Herman Van Rompuy.
Jako nowo wybrana głowa naszego nowego państwa, Unii Europejskiej,
Rompuy wygłosił następującą mowę:
I nie jest to nic nowego dla kogoś, kto czytywał wpisy na naszym blogu.
Wszystko idzie zgodnie z wcześniejszym planem.
German van Rompuy zapewnił jedynie, że on jako głowa nowego państwa
europejskiego podda się polityce, wyznaczonej gdzieś wyżej. Polityce,
której przesłanki i wytyczne nakreślono kilka miesięcy wcześniej choćby
i w w nocie ONZ, od wspomnienia której rozpoczęliśmy dzisiejszy tekst.
Nie wiemy, czy nie jest to nasz ostatni wpis przed Świętami Bożego
Narodzenia. W związku z tym, wszystkim naszym czytelnikom, którzy je
obchodzą oraz tym, którzy z jakichś powodów tego nie czynią, chcemy
życzyć by był to dobry czas, dobre Święta.
Żródła informacji (w języku angielskim):
Brytyjskie Zrzeszenie Podatników o kosztach
szczytu w Kopenhadze. (dokument w formacie PDF)
http://abc.net.au - Ian Plimer na temat szczytu w
Kopenhadze
Nota ONZ na temat rezultatów wprowadzenia założeń
Konferencji w Kopenhadze (dokument w formacie PDF)
Fox News na temat noty ONZ.
Megaupload
- ujawnione listy.
The Pirate Bay - ujawnione listy.
Zawartość
listów University of East Anglia udostępniona online.
The Telegraph - opisuje sprawę na początku
ujawnieniu afery.
The Guardian - "Sceptycy klimatyczni twierdzą, że
ujawnione listy są dowodem panującej wśród naukowców zmowy".
The Guardian - informuje o decyzji w sprawie
śledztwa.
The Times - 29 listopada "Wielki naukowy skandal
dotyczący zmian klimatu".
The Guardian - 1 grudnia Phil Jones, szef Climat
Research Unit, ustąpił ze stanowiska.
www.kgw.com - student z językiem przymarzniętym do
masztu flagi w Vancouver.
wp.pl - sonda " Polska zima jest magiczna".
wp.pl - "Zima nie odpuści przez najbliższe dni".
wp.pl - Fotografie ataku zimy w czasie jesieni
nadesłane przez internautów.
Reuters - 13 grudnia - relacja z Kopenhagi, m.in.
wypowiedź Haruhiko Kuroda.
News From Pakistan - kwartalny biulety ADB
(dokument w formacie PDF).
Hironori Hamanaka pracuje dla Institute for Global
Environmental Strategies (IGES), które współpracuje ściśle z TERI.
Huguette Labelle także pracuje dla ONZ.
Global
Compact w ramach ONZ.
Rajendra K. Pachauri przewodniczy Instytutowi
założonemu przez Instytut prowadzony przez Jeffrey'a D. Sachs'a.
Wśród
członków APFED Emil'a Salim'a są Rajendra Pachauri, Hironori
Hamanaka oraz szef banku ADB Haruhiko Kuroda.
Oficjalna strona
Korporacji Tata.
The Telegraph - zwolnienia w firmie należącej do
Tata, czyli jak się zarabia na limitach CO2.
By
rozkręcić się po dłuższej przerwie, dziś jedynie krótki, ale całkiem
jeszcze ciepły temat.
Dotyczy niewielkiej nowości, którą przedwczoraj obdarowani zostali,
czasami nie do końca świadomi użytkownicy wyszukiwarki firmy Google.
Mamy na myśli
personalizację wyszukiwania (Personalized Search) dostępną już teraz
bez wyjątku dla każdego.
Jak można przeczytać na blogu internetowego molocha:
"Dziś, dzięki rozszerzeniu usługi
osobistych zapytań, także wylogowanym użytkowników z całego świata
pomagamy uzyskiwać lepsze odpowiedzi na zapytania zadane wyszukiwarce
i to w ponad czterdziestu językach. Teraz, kiedy szukasz czegoś w
Google, będziemy w stanie lepiej pokazać stosowne wyniki wyszukiwania.
Na przykład, ponieważ zawsze szukam
przepisów kulinarnych i często klikam na przepisy ze strony
epicurious.com, następnym razem Google może umieścić dla mnie tę stronę
na wyższej niż normalnie pozycji w rankingu. Innym razem, kiedy szukam
informacji o drużynach sportowych Cornell Universitcy, to szukam hasła
"big red". Ponieważ często klikam na stronę uniwersytecką, to Google,
może ją pokazać jako pierwszą, zamiast np. stron firmy produkującej
napoje Big Red.
Dotychczas, taką personalizację
wyszukiwania oferowaliśmy jedynie zalogowanym użytkownikom i tylko
wtedy, gdy włączyli oni Historię Wyszukiwania (Web History) w pulpicie
zarządzania kontem Google. To co wprowadzamy dziś, to rozszerzenie
personalizacji szukania, by móc ją zapewnić także użytkownikom, którzy
są wylogowani. Dodatek ten pozwala nam personalizować rezultaty
wyszukiwania w oparciu o twoją aktywność w wyszukiwarce z ostatnich 180
dni, co wiąże się z anonimowym ciasteczkiem (cookie) w twojej
przeglądarce internetowej. Dzieje się to oddzielnie od twojego konta
Google oraz Historii Web (która dostępna jest jedynie dla zalogowanych
użytkowników).
Kiedy personalizujemy wyniki
wyszukiwania, będziesz o tym wiedział, ponieważ na górze strony z
rezultatami wyszukiwania, po prawej, pojawi się odnośnik "Zobacz
Ustawienia" (View customizations). Po kliknięciu na ten odnośnik pojawi
się wynik ukazujący jakiej dokonaliśmy personalizacji. Będzie tam
również można wyłączyć ten rodzaj personalizacji."
Taki tekst umieszczono na oficjalnym blogu Google.
Firma, jak zwykle robi to wszystko dla dobra użytkowników, a nie z
jakichś innych powodów, np. testowania nowych mechanizmów wyszukiwania.
Każdy oczywiście może sobie o takich nowinkach myśleć co mu się podoba.
My napiszemy jedynie, że być może obserwujemy właśnie wkopywanie
kamienia węgielnego pod całkiem nowy system wyszukiwania. System, który
będzie kierował się personalnymi przesłankami w dokonywaniu rankingu
stron internetowych. Czy to źle? Być może nie. Jeśli użytkownik
wyszukiwarki firmy Google nie jest w stanie zapamiętać samodzielnie
adresu lub dodać do
ulubionych zakładek często odwiedzanej strony z przepisami kulinarnymi,
to zapewne będzie on szczęśliwy, że Google bezinteresownie, przez 180
dni śledzić będzie jego wszystkie zapytania, by w razie potrzeby podać
mu jego ulubione strony w pierwszej kolejności. Trochę tak, jak maszyna
udostępniająca małpie banana, z tym, że w tym przypadku, małpa nawet
nie będzie musiała naciskać czerwonego przycisku.
Nie trudno wyobrazić sobie sytuację, gdy za kilka lub kilkanaście lat
udoskonalony system "Personal Search" działać będzie już jedynie w
oparciu o analizę preferencji personalnych. Mogłoby to oznaczać
sytuację, w której Kowalski z każdym wyszukiwaniem coraz bardziej
zawężałby obraz pokazywanego mu wirtualnego świata.
Na przykład ktoś nie wykazujący przez wiele lat zainteresowania
polityką a szukający i czytający regularnie strony z dowcipami i
humorem, wyszukując
informacji na temat plotki, że politycy to w większości złodzieje i
sprzedajne świnie, szukając tematu w wyszukiwarce, nie otrzyma
rzetelnych i zastraszających informacji na temat ogromu korupcji wśród
europolityków. Zostanie natomiast odesłany na strony, które będą
udostępniać "śmieszne" zdjęcia europarlamentarzystów przyłapanych na
dłubaniu w nosie w czasie posiedzenia eurobundestagu, rozprawiającego
trzeci miesiąc nad procentem zawartości wanilii w laskach wanilii,
dopuszczanych do limitowanej sprzedaży na wewnętrznym rynku Unii
Europejskiej.
Takie personalnie, oparte o wcześniejszą analizę kształtowanie wyników
wyszukiwania, oznaczałoby stopniowe zawężanie dostępu do informacji,
stagnację, oraz utrwalanie poglądów i zachowań użytkownika, dokonywane
pod pretekstem personalizacji i ułatwiania wyboru treści z
nieograniczonego zbioru informacji jakim jest Internet.
Czy tak właśnie miałaby działać autocenzura Internetu przyszłości?
Żródła informacji (w języku angielskim oraz polskim):
Oficjalny blog Google na temat nowinki w
wyszukiwarce.
Pomoc Google - podstawowe informacje na temat
spersonalizowanych wyników wyszukiwania.
Pomoc Google - jak wyłączyć spersonalizowane
wyniki wyszukiwania.
Jak
poinformowali nas czytelnicy "Apophis" i "leon", przedwczoraj portale
internetowe donosiły za "Dziennik
Gazeta Prawna" że:
"Dostęp do internetu ma być w Polsce
limitowany. Przy okazji zdelegalizowania e-hazardu rząd chce stworzyć
czarną listę domen, które będą musieli blokować dostawcy internetu -
ustalił dziennik.
Pomysł nabrał realnych kształtów
podczas serii spotkań ekspertów z policji i MSWiA w Ministerstwie
Finansów, które pilotuje prace nad tym projektem - zaznacza gazeta. -
Chcemy wprowadzenia nowego artykułu do prawa telekomunikacyjnego,
roboczo to art. 170a - ujawnia "DGP" urzędnik z MSWiA.
Według tego przepisu, wszyscy
dostawcy internetu mieliby obowiązek blokować strony z niebezpieczną
zawartością. Czarną listą zarządzałby Urząd Komunikacji Elektronicznej.
Konkretne adresy będą wskazywać UKE, policja, służby specjalne i
Ministerstwo Finansów."
Ponieważ niemożliwym jest by liberalny rząd knuł jakiekolwiek prawa lub
przepisy ograniczające wolność obywateli (bo wtedy nie byłby to
przecież rząd liberalny), dlatego oczywiście nie dajemy wiary jakiejś
tam gazecie prawnej.
Owa zapewne nieprawdziwa informacja wydaje się być kłamstwem także w
świetle ratyfikacji Traktatu Konstytucyjnego zwanego Lizbońskim, który
po wieloletniej drodze przez mękę demokratycznych referendów,
rereferendów a nawet rerereferendów (mieszkańcy Europy długo uczyli się
demokracji i mechanizmów państwa obywatelskiego, które działają aż do
skutku), pierwszego grudnia tego roku mieszkańcy Polski staną się
obywatelami państwa o nazwie Unia Europejska. W ratyfikowanej
Konstytucji nowego państwa potwierdza się bowiem "przywiązanie do zasad wolności,
demokracji, poszanowania praw człowieka i podstawowych wolności oraz
państwa prawnego." Czytaliśmy także (w artykule 2 Traktatu
Konstytucyjnego), że nowe państwo opierać się będzie na "wartościach
poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości,
państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw
osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom
Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji,
tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i
mężczyzn."
Jakim cudem w takim kraju-raju mogłaby istnieć cenzura? Pluralizm,
niedyskryminacja, tolerancja, sprawiedliwość, a już na pewno wspomniane
w tekście Konstytucji "poszanowanie wolności", wykluczają
uniemożliwianie komuś dostępu do takich czy innych treści.
Dlatego nie zamierzamy wierzyć cytowanej gazecie prawnej i z całą
surowością będziemy piętnować atak na liberalny przecież rząd Donalda
Tuska.
W trakcie napawających dumą rozmyślań o enklawie wolności i
liberalizmu, w jakiej przyszło żyć Polakom, naszły nas nagle
rozmyślania o niedemokratycznych Chinach, gdzie hasła równości,
braterstwa i wolności realizowane są w sposób całkowicie
niezadowalający.
Wiemy z prasy codziennej, która co jakiś czas pochyla się nad tematem
przebrzydłej cenzury za wielkim murem, że gdzie jak gdzie, ale tam
rzeczywiście istnieją jakieś czarne listy stron internetowych, których
chiński internauta nie jest w stanie oglądać. Zupełnie jak opisuje to
"Dziennik Gazeta Prawna" tyle tylko, że w Chinach zaimplementowano
taki właśnie mechanizm. To dowód, że "Dziennik Gazeta Prawna"
zwyczajnie sugerowała się opisami chińskich poczynań a nie liberalnymi
reformami rządu fachowców Donalda Tuska. Bowiem w zniewolonych i
niedemokratycznych Chinach wszyscy dostawcy internetu mają właśnie
obowiązek blokować strony z niebezpieczną zawartością. Nie to co w
wolnym państwie Europa i jego strefie nazywanej Polską. Biedni chińscy
internauci.
Postanowiliśmy więc im pomóc.
Bracia Chińczycy. Ponieważ w waszym kraju cenzuruje się strony
internetowe, a nie każdy z was posiada wiedzę techniczną, by sobie z
tym ograniczeniem wolności poradzić, dlatego umieszczamy na naszym
blogu ANTYCENZORA INTERNETOWEGO.
W prawej kolumnie, obok tekstu, na samej górze, istnieje
możliwość
wpisania internetowego adresu ocenzurowanej strony. Po kliknięciu na
przycisk "Precz z cenzurą", wasza przeglądarka zostanie przekierowana
na stronę przypadkowego tzw. proxy, które przekierowuje ruch
internetowy i pozwala ominąć wstrętną, Chińską cenzurę.
Używając antycenzora internetowego, każdy Chińczyk będzie mógł teraz i
w przyszłości oglądać strony, których adresy, jego nieliberalny rząd,
wprowadzi na czarną listę, zarządzaną przez chiński Urząd Komunikacji
Elektronicznej, chińską policję, tamtejsze służby specjalne i zapewne
szaleńczo walczące z chińskim hazardem Ministerstwo Finansów państwa
środka.
日安
Żródła informacji:
Onet.pl
cytuje "Dziennik Gazeta Prawna" na temat cenzury Internetu w Polsce,
przy okazji prac Ministerstwa Finansów nad delegalizacją e-hazardu.
