Przeciw cenzurze Internetu... w Chinach. 2009-11-08

Jak poinformowali nas czytelnicy "Apophis" i "leon", przedwczoraj portale internetowe donosiły za "Dziennik Gazeta Prawna" że:
"Dostęp do internetu ma być w Polsce limitowany. Przy okazji zdelegalizowania e-hazardu rząd chce stworzyć czarną listę domen, które będą musieli blokować dostawcy internetu - ustalił dziennik.
Pomysł nabrał realnych kształtów podczas serii spotkań ekspertów z policji i MSWiA w Ministerstwie Finansów, które pilotuje prace nad tym projektem - zaznacza gazeta. - Chcemy wprowadzenia nowego artykułu do prawa telekomunikacyjnego, roboczo to art. 170a - ujawnia "DGP" urzędnik z MSWiA.

Według tego przepisu, wszyscy dostawcy internetu mieliby obowiązek blokować strony z niebezpieczną zawartością. Czarną listą zarządzałby Urząd Komunikacji Elektronicznej. Konkretne adresy będą wskazywać UKE, policja, służby specjalne i Ministerstwo Finansów."


Ponieważ niemożliwym jest by liberalny rząd knuł jakiekolwiek prawa lub przepisy ograniczające wolność obywateli (bo wtedy nie byłby to przecież rząd liberalny), dlatego oczywiście nie dajemy wiary jakiejś tam gazecie prawnej.
Owa zapewne nieprawdziwa informacja wydaje się być kłamstwem także w świetle ratyfikacji Traktatu Konstytucyjnego zwanego Lizbońskim, który po wieloletniej drodze przez mękę demokratycznych referendów, rereferendów a nawet rerereferendów (mieszkańcy Europy długo uczyli się demokracji i mechanizmów państwa obywatelskiego, które działają aż do skutku), pierwszego grudnia tego roku mieszkańcy Polski staną się obywatelami państwa o nazwie Unia Europejska. W ratyfikowanej Konstytucji nowego państwa potwierdza się bowiem "przywiązanie do zasad wolności, demokracji, poszanowania praw człowieka i podstawowych wolności oraz państwa prawnego." Czytaliśmy także (w artykule 2 Traktatu Konstytucyjnego), że nowe państwo opierać się będzie na "wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji, tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i mężczyzn."

Jakim cudem w takim kraju-raju mogłaby istnieć cenzura? Pluralizm, niedyskryminacja, tolerancja, sprawiedliwość, a już na pewno wspomniane w tekście Konstytucji "poszanowanie wolności", wykluczają uniemożliwianie komuś dostępu do takich czy innych treści.

Dlatego nie zamierzamy wierzyć cytowanej gazecie prawnej i z całą surowością będziemy piętnować atak na liberalny przecież rząd Donalda Tuska.

W trakcie napawających dumą rozmyślań o enklawie wolności i liberalizmu, w jakiej przyszło żyć Polakom, naszły nas nagle  rozmyślania o niedemokratycznych Chinach, gdzie hasła równości, braterstwa i wolności realizowane są w sposób całkowicie niezadowalający.

Wiemy z prasy codziennej, która co jakiś czas pochyla się nad tematem przebrzydłej cenzury za wielkim murem, że gdzie jak gdzie, ale tam rzeczywiście istnieją jakieś czarne listy stron internetowych, których chiński internauta nie jest w stanie oglądać. Zupełnie jak opisuje to "Dziennik Gazeta Prawna" tyle tylko, że w Chinach zaimplementowano taki właśnie mechanizm. To dowód, że "Dziennik Gazeta Prawna" zwyczajnie sugerowała się opisami chińskich poczynań a nie liberalnymi reformami rządu fachowców Donalda Tuska. Bowiem w zniewolonych i niedemokratycznych Chinach wszyscy dostawcy internetu mają właśnie obowiązek blokować strony z niebezpieczną zawartością. Nie to co w wolnym państwie Europa i jego strefie nazywanej Polską. Biedni chińscy internauci.

Postanowiliśmy więc im pomóc.
Bracia Chińczycy. Ponieważ w waszym kraju cenzuruje się strony internetowe, a nie każdy z was posiada wiedzę techniczną, by sobie z tym ograniczeniem wolności poradzić, dlatego umieszczamy na naszym blogu ANTYCENZORA INTERNETOWEGO.
W prawej kolumnie, obok tekstu, na samej górze,  istnieje możliwość wpisania internetowego adresu ocenzurowanej strony. Po kliknięciu na przycisk "Precz z cenzurą", wasza przeglądarka zostanie przekierowana na stronę przypadkowego tzw. proxy, które przekierowuje ruch internetowy i pozwala ominąć wstrętną, Chińską cenzurę.
Używając antycenzora internetowego, każdy Chińczyk będzie mógł teraz i w przyszłości oglądać strony, których adresy, jego nieliberalny rząd, wprowadzi na czarną listę, zarządzaną przez chiński Urząd Komunikacji Elektronicznej, chińską policję, tamtejsze służby specjalne i zapewne szaleńczo walczące z chińskim hazardem Ministerstwo Finansów państwa środka.

日安


Żródła informacji:
Onet.pl cytuje "Dziennik Gazeta Prawna" na temat cenzury Internetu w Polsce, przy okazji prac Ministerstwa Finansów nad delegalizacją e-hazardu.



Tagi: internet, cenzura, biurokracja

skomentuj (8)

"Zadowolenie urzędnika obowiązkiem podatnika?" ciąg dalszy. 2009-11-03

Pamiętają Państwo opisaną przez Daily Mail sprawę młodego narzeczeństwa, któremu pracownicy pomocy społecznej wraz z innymi urzędnikami zabronili się pobrać? Historia wywołała ponadnormatywną ilość komentarzy na naszym blogu.
Kilka dni temu The Telegraph, a nie jak poprzednio Daily Mail, który u części czytelników wywołał niedowierzanie wobec  całej historii (Daily Mail ma opinię gazety brukowej, podobnie jak w Polsce np. gazeta "Fakt"), wrócił do sprawy i opisał jej ciąg dalszy.

Kerry Robertson, siedemnastolatce, z jak to określono, niewielkimi problemami w uczeniu się oznajmiono, że nie pozwoli się jej wychować jej własnego dziecka, któremu już nawet zdążyła nadać imię Ben.

Miesiąc temu pannie Robertson zabroniono pobrać się z jej narzeczonym, 25 letnim Markiem McDougall'em, po tym gdy urzędnicy urzędu miejskiego stwierdzili, iż: "nie rozumie ona następstw wynikających z zawarcia małżeństwa".

Teraz została ostrzeżona, że będzie jej wolno widzieć się z dzieckiem tylko kilka przez godzin, zanim zostanie ono zabrane do zastępczej opieki.

Panna Robertson z Dunfermline w Fife, która była w 26 tygodniu ciąży mówi: "Nie mogłam w to uwierzyć. Bardzo się denerwuję, nie mogę przestać płakać."

Pan McDougall, artysta, oznajmił, że chce wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za syna, twierdzi jednak, iż jest bezsilny, ponieważ nie jest mężem panny Robertson.

"Pomoc Społeczna rujnuje nasze życie. Ponieważ nie jesteśmy małżeństwem - ponieważ pracownicy pomocy społecznej nie pozwolili nam się pobrać - wygląda na to, że jako ojciec nie mam w ogóle żadnych praw.

Babcia Kerry próbuje wystąpić o przyznanie jej opieki nad Benem, lecz pomoc społeczna od razu powiedziała nam, że jest mało prawdopodobne by ją jej przyznano. Czujemy bezsilność."

Ta nadzwyczajna sprawa ujrzała światło dzienne miesiąc temu, gdy na 48 godzin przed ślubem panny Robertson, ceremonia została wstrzymana.

Zgodnie ze szkockim prawem, urząd stanu cywilnego może nie udzielić ślubu parze, jeśli wierzy, że jedno z przyszłych małżonków lub oboje, nie posiadają ogólnych zdolności umysłowych pozwalających pojąć czym jest instytucja małżeńska.

W bardzo niecodzienny sposób Urząd Stanu Cywilnego w Dunfermline odmówił usankcjonowania małżeństwa po tym, gdy Rada Fife napisała sprzeciw w tej sprawie.

Panna Robertson wychowała się pod opieką babci, korzystając z pomocy społecznej, odkąd miała 9 miesięcy, a jej rodzice nie byli w stanie się nią opiekować.
W styczniu tego roku, poznała Pana McDougall'a z Arbroath . Kiedy panna Robertson zaszła w ciążę, para zaczęła planować ślub.

Dwa dni przed ceremonią, złożyło im wizytę dwoje pracowników pomocy społecznej zapowiadając, że małżeństwo było nielegalne, ponieważ Kerry ma trudności z uczeniem się.

Ślub i wesele dla 20 gości musiało zostać odwołane, mimo, że para zakupiła już suknię ślubną i obrączki.

Panna Robertson mówiła wtedy: "Wiem czym jest małżeństwo. To dwoje ludzi chcących spędzić ze sobą resztę życia. Kocham Marka i chcę go poślubić".

Pan McDougall dodaje:"Pomimo argumentów, że się wzajemnie kochamy i nie chcemy by nasze dziecko narodziło się jako nieślubne, urzędnicy byli nieustępliwi. To jakiś koszmar."

Twierdzi on, że urzędnicy pomocy społecznej wyolbrzymili zakres trudności uczeniu się panny Robertson, że ma ona nadzieje iść na uczelnię, by nadrobić szkolne zaległości.

Rada miejsca powiedziała, że nie komentują spraw indywidualnych. Jednak Stephen Moore, dyrektor wykonawczy rady pomocy społecznej powiedział:"Wiele pracy którą wykonujemy to rządowe przepisy. Złożone decyzje podejmuje się balansując między ryzykiem a czyimś dobrem udzielając pomocy ludziom w czasie gdy mają potrzeby osobiste lub rodzinne. Zawsze będziemy pracować z ludźmi, ku najlepszemu rozwiązaniu dla wszystkich zaangażowanych."

W maju ujawniono, że innej kobiecie, 24 letniej Rachel Pullen, pracownicy pomocy społecznej, odebrali wówczas 6 miesięczną, teraz już trzyletnia córeczkę, po tym, gdy urzędnicy Rady Miasta Nottingham uznali ją za byt głupią do opieki nad dzieckiem.

To cytaty z artykułu w The Telegraph.
Dla ścisłości dodamy jedynie, że córeczka Rachel Pullen, o której mowa pod koniec, urodziła się jako wcześniak, którym zajęto się w szpitalu, odmawiając matce możliwości zajmowania się dzieckiem, które jak twierdzono ma znaczne problemy z oddychaniem, co naszym zdaniem może wydawać się oczywiste.
Nie da się jednak racjonalnie wyjaśnić tego, iż później władze posunęły się o krok dalej i uzyskały przychylne rozpatrzenie przez sąd rodzinny wniosku, by małą Laurę, bo takie imię matka nadała dziewczynce, oddać do adopcji.

Ostatnio, wiadomość o udaremnieniu przez urzędników zawarcia małżeństwa przez opisaną w artykule parę, spotkała się z falą komentarzy. Część komentujących pisała, że to bardzo dobrze, bo nie będą utrzymywać darmozjadów na koszt państwa. Zupełnie jakby samotna matka z dzieckiem nie pozostawała na państwowym garnuszku? Gdyby dziecko miało ojca, a kobieta męża, to może on mógłby, jeśli państwo nie zgnębiłoby go wysokimi podatkami, zarobić na swoją rodzinę.
Inni pisali, że to świństwo, z czym się zgadzamy w całej rozciągłości. Jeszcze ktoś zarzucał nam, że nie mamy pojęcia o czym piszemy, bo używamy sformułowania "opieka społeczna" zamiast "pomoc społeczna", jakby to w ogóle w jakimś stopniu zmieniało postać rzeczy. Dziś użyliśmy sformułowania "pomoc społeczna" a nie "opieka społeczna", choć dla nas oznaczałoby to i tak tego samego pasożyta, którego prawdziwa nazwa powinna brzmieć raczej "choroba społeczna", bo pisanie, że pracownicy choroby społecznej odebrali komuś dziecko, przynajmniej nie mąciłoby w głowach mniej rozgarniętej części społeczeństwa. Przyznają Państwo, że nazywanie tego procederu "pomocą" to kpina. Jest to bowiem instytucjonalny pasożyt, który nie dość, że obciąża szkodliwymi wydatkami normalne społeczeństwo (bo zabieranie pieniędzy w podatkach i dawanie komuś innemu, często niezasłużonych pieniędzy jest szkodliwe),  to jeszcze od jakiegoś czasu szczególnie aktywnie zajął się włażeniem w ludzkie życie w urzędniczych buciorach.
Czy nam się wydaje, czy to przypadek, ale jakoś przed rokim 2004 nie słyszeliśmy o takich przypadkach, ani w UK, ani w Polsce. Czyżby działo się to za sprawą "harmonizacji" praw lokalnych z unijnymi dyrektywami? Nie mamy pojęcia, dlatego pytamy, może ktoś zna odpowiedź i podzieli się spostrzeżeniami w komentarzach.

Trudno jest pisać o tej sprawie bez emocji. Czy Państwo też mieliby ochotę zagonić tych urzędasów do uczciwej pracy? Ot tak, żeby może po raz pierwszy w życiu zrobili coś przydatnego dla społeczeństwa. Np. składali długopisy, albo sklejali koperty. Te mogą się przydać wielu ludziom. Natomiast rozdawanie pieniędzy, zabranianie kto i kiedy może wziąć ślub, lub kto ma prawo wychować swoje własne dziecko, to działanie na szkodę społeczeństwa i na szkodę kraju. Kiedyś byłoby to przestępstwem, ale teraz jest "postępowo". Teraz jest za to pewnie nawet jakaś premia.

Opisana w Telegraph historia potwierdza, jak wiele innych podobnych tej historii wydarzeń, że dzieci nie należą dziś do rodziców, lecz są państwowe.
Część z czytelników pomyśli w tym momencie, że jest to stwierdzenie nieprawdziwe, bo budowane na obyczajowej skrajności. Nie da się jednak zaprzeczyć, że to nie kto inny, lecz urzędnik państwowy decyduje o czyimś życiu, a osoby których to dotyczy nie mają nic do gadania w swojej własnej sprawie. To urzędnicze postanowienie dotyka czyjegoś dziecka, zarządza jego przyszłością, miejscem jego przebywania, czasem w jakim rodzice mogą lub nie mają prawa widzieć się z dzieckiem itd..

Poszliśmy w tym rozumowaniu dalej. Można bowiem zadać pytanie: kiedy, w jakim wieku przebiega granica, gdy dziecko przestaje być państwowe a zaczyna być rodziców, lub staje się samodzielne?
Część czytelników odpowie, że wtedy, gdy staje się pełnoletnie. Jednak w świetle informacji publikowanych przez Telegraph, a wcześniej przez gazetę Daily Mail, to nie prawda. Bohaterka dzisiejszych informacji, panna Robertson ma lat 17 i w świetle prawa jest pełnoletnia, bo w Szkocji granica pełnoletności to wiek lat 16.
Jeśli więc nie pełnoletność to kiedy?
A może logiczną konsekwencją tego, że urzędnik decyduje o dziecku jest to, że dorośli również należą do państwa a nie sami do siebie?

Jesteśmy własnością państwa, tak jak krowa jest własnością chłopa, który wyprowadza ją na postronku, by popasła się na kawałku trawy. Skąd taka analogia? Stąd, że cielak nie należy do krowy i mimo, że chłop pozwoli czasami, by cielak i krowa były razem, to w każdej chwili może z cielakiem zrobić co chce. Nie da się zaprzeczyć, że tak samo państwo postępuje z dziećmi. Bo jeśli państwo ma w ogóle prawo odebrać dziecko rodzicom (nieważne z jak ważnego i wydawałoby się słusznego powodu), samotnej matce, ojcu lub najbliższej rodzinie, np. babci, to analogia z krową i cielakiem jest właściwa.
Normalnie, gdy ludzie są wolni, tzn. swobodnie i wg. własnego uznania decydują o życiu swoim i swoich dzieci, państwo nie ma prawa dokonać czegoś takiego jak odebranie dziecka opisane w przetłumaczonym artykule.
Jeszcze nie tak dawno dzieci trafiały do sierocińców wtedy, gdy zostały tam oddane przez rodzinę, lub gdy nie miał się nimi kto opiekować, bo rodzice zmarli, a rodziny dalszej także zabrakło. Dziś nikt o zgodę rodziców nie pyta, traktując ich często jak niedorosłych, którzy nie potrafią za siebie odpowiadać, a decyzje w sprawie ich dzieci podejmuje urzędnik.

Część czytelników powie, że przecież te dzieci żyją czasami w strasznych warunkach i jeśli ktoś się tym nie zajmie, to może stać się tragedia.; że opisywana w artykule para to ludzie młodzi, niezaradni, a bohaterka jest upośledzona umysłowo i tylko dlatego i jedynie z takich powodów, prawi urzędnicy reagują i podejmują opisywane działania. A wszystko to dla dobra dzieci.

Tak rozumujących czytelników prosimy o wyjaśnienie sprawy, o której informowała w zeszłym roku CBC - (Canadian Broadcasting Corporation).
W Winnipeg, urzędnicy odebrali kobiecie dwójkę dzieci, 7 letnia córkę i 2 letniego syna dlatego, że idąca do szkoły dziewczynka miała na ramieniu narysowany symbol swastyki. Nauczycielka w szkole własnoręcznie starła dziewczynce ten znak. Po powrocie do domu, matka dziewczynki, na jej prośbe, pomogła jej ponownie ten znak narysować.
Gdy dziewczynka pojawiła się następnego dnia w szkole i nauczycielka znów zauważyła rysunek swastyki, zawiadomiła odpowiednie władze.

W domu matki znaleziono flagę z napisem "white power" - "biała siła", a na szyi wisiorek z symbole swastyki. Na stawiane pytania, kobieta odpowiadała, że nie jest ani neonazistką, ani nie utożsamia się z supremacją białej rasy, jednak skoro czarnoskórzy w jej kraju mają prawo nosić ubrania i flagi z napisem "black power" lub "black pride" - "czarna siła" lub "czarna duma", a jednocześnie zarzucać rasizm, nietolerancję i neonazizm ludziom, którzy napiszą "white power", to ona się temu przeciwstawia, jako przejawowi największej hipokryzji.
Z ust matki padają ciekawe słowa, które zwracają uwagę na sedno sprawy. Matka z Winnipeg mówi: "Będę tańczyła tak jak mi każą. Jeśli chcą bym wyparła się tego w co wierzę, to powiem co mi każą, ale przecież, nie jestem zdrajcą moich poglądów politycznych, tego w co wierzę. Chcę tylko, żeby oddali mi moje dzieci."

W tekście CBC cytowana jest także wypowiedź profesora Helmuta Harry Loewen'a, eksperta od tzw. "hate groups" (grup nienawiści), który mówi, że choć nie zgadza się z ideologią wyznawaną przez matkę, to jednak obawia się, że odebranie dzieci z powodu przekonań to drakońska metoda: "Jeśli dzieci odbiera się rodzicom na podstawie politycznych lub religijnych przekonań, to otwiera się drogę do spraw stojących na bardzo śliskim gruncie".

Czy ktoś z obrońców urzędników walczących o "dobro" dzieci potrafi wyjaśnić, dlaczego próbowano odebrać maluchy w tym przypadku? Nie było okruszków na stole i dywanie, matka nie miała trudności w uczeniu się, a dzieci były zadbane. I co?
W tym miejscu od razu napiszemy, że guzik obchodzi nas czy matka pomogła dziecku poprawić zatarty rysunek swastyki, sierpa z młotem, ying yang, literek EU, półksiężyca, krzyża, piramidy z okiem, czy np. napisu "prezydent dupa" i nie powinno to tez obchodzić urzędnika, a tym bardziej umożliwiać mu (jak i z każdego innego powodu) odebrania jej dzieci!

Pomijamy fakt, że kraj, w którym  z powodu przekonań politycznych można odebrać dzieci matce, stawia się na równi z totalitarnymi systemami, których symboliki i ideologii właśnie zakazuje, samemu stosując ideologię socjalistycznej kontroli państwa nad obywatelami.
Dlatego nie wolno pozwalać, by ktokolwiek poza rodzicami decydował o losie ich dzieci.

Ci, do których nawet powyższe fakty nie docierają, może zechcą spojrzeć na sprawę wtrącania się urzędników w ludzie życie z innej strony, np. strony www jakże niepotrzebnego w gospodarce wolnorynkowej, a niezbędnego w socjalizmie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, która oferuje statystyki dotyczące działania "pomocy społecznej".

Z zamieszczonych statystyk można wyczytać ciekawe rzeczy, np.: "ZATRUDNIENIE W JEDNOSTKACH ORGANIZACYJNYCH POMOCY SPOŁECZNEJ".

Porównaliśmy dane z lat 2001-2008 (bo tylko te są dostępne) z liczbą ludności Polski w tym samym okresie (dane z http://www.stat.gov.pl/demografia/index.html oraz z publikacji (format PDF) "Podstawowe informacje o rozwoju demograficznym Polski do 2008 roku" ).
Wygląda to tak:
wykres
Generalnie, liczba Polaków do roku 2007 malała, za to ilość osób zatrudnianych w Pomocy Społecznej stale rośnie. W roku 2008 obywatele Polski, którzy zarobkowo robią coś pożytecznego, zafundowali z własnych kieszeni miejsca zatrudnienia, pensje, komputery, długopisy, ołówki, kawę, herbatę i słone paluszki 123592 pracownikom Pomocy Społecznej.
Dla porównania, w tym samym czasie Ministerstwo Obrony Narodowej opublikowało dane: "Stan ewidencyjny żołnierzy w Siłach Zbrojnych RP na dzień 30 września 2008 roku liczy około 124 800."

Na terenie RP przebywają więc dwie armie! Niestety, ta druga jest armią wrogą naszej ojczyźnie. W 2008 roku obie amie były prawie takiej samej wielkości. W roku 2009 armia pasożytów zapewne przewyższy liczebnie armię żołnierzy broniących kraju. MON we wrześniu opublikowało, że w tym roku stan ewidencyjny żołnierzy w Siłach Zbrojnych RP liczy około 95360. Ministerstwo Pracy nie opublikowało jeszcze danych za ten rok, ale i tak widać, jaka jest tendencja zatrudnienia w ludowej armii Pomocy Społecznej.
Zwalniamy żołnierzy, zatrudniamy "pracowników" społecznych. Ciekawe czy podobnie jest w Anglii?
Gdyby w Polsce taki przyrost zatrudnienia utrzymać w przyszłości, to za ileś lat Polska byłaby krajem, w którym wszyscy obywatele zostaliby zatrudnieni w jednostkach organizacyjnych Pomocy Społecznej. Tylko kto pracowałby jeszcze na to wszystko?

Już czas skończyć z modelem państwa, którego urzędnicy,z niewiadomych przyczyn, wbrew logice i demografii, za grubą kasę udają niańki.
Ludzie potrafią o sobie decydować, nawet jeśli ich decyzje komuś się nie podobają, lub są jak to się dziś mówi niepoprawne politycznie, czyli odmienne od drogi "jedynie słusznej" i wytyczonej przez tzw. władzę.


Żródła informacji (w języku angielskim oraz polskim):
fThe Telegraph - dalszy ciąg historii szkockiego narzeczeństwa.
CBC - odebranie dzieci z powodu przekonań politycznych.
Statystyki Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.
Demografia w Polsce.
 Publikacja "Podstawowe informacje o rozwoju demograficznym Polski do 2008 roku" (format PDF).
Stan ewidencyjny w Siłach Zbrojnych RP w roku 2009 wg. MON.



Tagi: socjalizm, biurokracja, przemilczane fakty

skomentuj (24)

Systemem Identyfikacji Nowej Generacji. 2009-10-20

W zeszłym miesiącu Computerworld informował, że FBI tworzy system, przy którym obecny, zautomatyzowany system sprawdzania odcisków palców to niewinna zabawka.

FBI planuje przeniesienia bazy systemu automatycznej identyfikacji odcisków palców (IAFIS - Integrated Automated Fingerprint Identification System), do nowego systemu, który zawierać będzie dane o DNA, dane trójwymiarowego kształtu twarzy, odciski całych dłoni, oraz próbki głosu.

Połączenie wszystkich tych danych znane będzie pod nazwą "biometrii multi-modalnej".

"FBI ogłosiła szybką inicjatywę w sprawie DNA", powiedział w czasie odbywającej się na Florydzie konferencji na temat biometrii, Louis Grever, asystent dyrektora FBI oddziału nauki i technologii.
FBI planuje przechodzenie z bazy danych systemu automatycznej identyfikacji odcisków palców IAFIS, która powstała w 1990 roku by gromadzić olbrzymie ilości informacji o odciskach, do systemu nowej generacji, którego prototyp pojawi się na początku przyszłego roku.
Multi-modalny Systemem Identyfikacji Nowej Generacji (w skrócie NGI - Next Generation Identification) biometrycznej bazy danych, będzie gromadził próbki DNA i nie tylko.

Grever twierdzi, że odciski palców i próbki DNA, okazują się być najbardziej zaawansowanymi i pozwalającymi na najlepsze wyszukiwanie metodami biometrycznymi, jednak FBI pracuje także nad włączeniem do bazy obrazu siatkówki oka oraz innych metod biometrycznych, w celu identyfikacji przestępców i terrorystów.

Planuje się także udostępnianie tych danych autoryzowanym amerykańskim i międzynarodowym partnerom, tak samo jak ma to miejsce i dziś.

Dzisiejszy system IAFIS to prawdziwy koń pociągowy. Przetwarza około 200 tyś. operacji dziennie porównując 370 mln. odcisków 10 palców, niedawno przekraczając 250 mln. operacji.

Baza danych FBI nowej generacji tworzona jest przez firmę MorphoTrak i należy się po niej spodziewać składowania informacji o próbkach DNA, obrazów siatkówki oka, zaawansowanych trójwymiarowych obrazów twarzy oraz próbek głosu, między innymi multi-modalnymi technikami biometrycznymi. Planuje się zmniejszenie czasu oczekiwania na otrzymanie wyników z bazy. Za cel postawiono sobie obniżenie czasu odpowiedzi z blisko 2 godzin dzisiejszego systemu IAFIS, do czasu poniżej 10 minut.

FBI zaznacza jednak, że nadal trwają intensywne badania i wiele trzeba jeszcze dokonać, by osiągnąć cel postawiony przed NGI. Jednym z celów jest stworzenie metod szybkiej analizy DNA, która dostarczałaby wyników po czasie krótszym niż godzina, w odróżnieniu od dzisiejszego badania, które daje wynik po kilkunastu godzinach, a nawet kilku dniach. FBI wraz z Departamentem Obrony, który ma podobne cele, wspólnie finansują badania na tym polu.

Kevin Reid, szef sekcji obsługi biometrii w FBI powiedział, że agencja chce również utworzyć architekturę zorientowaną na usługi wobec systemu NGI, by świadczyć usługi związane z udostępnianiem biometrycznych informacji, jednak nie jest jeszcze jasne, kiedy taka architektura powstanie.

FBI rozpoczęło już przenoszenie się na nowe terytoria działania, tworząc m.in. zbiory odcisków całych dłoni, oraz bazy danych blizn, znamion i tatuaży, które także będzie gromadzić.

Zgodnie z amerykańską ustawą o odciskach palców DNA z 2005 roku (DNA Fingerprint Act), FBI nie ma prawa zbierać próbek materiału DNA w celu porównawczej analizy biometrycznej. "DNA stało się potężna i oszczędzającą czas bronią", mówi Grever, dodając także, że "nie dotyczący ono spraw obywatelskiej wolności lub prywatności, poza tymi, które związane są już z odciskami palców".


Piękny obrazek przyszłości wyłania się z planów FBI, bo dzisiejsze plany FBI, to prawdopodobnie policyjna codzienność w niedalekiej przyszłość. Oczywiście nie tylko dla amerykanów, ponieważ technologie tanieją, stają się bardziej dostępne nawet dla technologicznie zacofanych krajów, gdzie z pewnym opóźnieniem, ale zostają wprowadzane.

Jak się Państwu wydaje, ile czasu potrzeba, żeby wykorzystywane przez FBI nowinki techniczne z USA trafiły np. do polskiej policji?

Weźmy przykład daktyloskopii, bo tak fachowo nazywa się badanie linii palców. Otóż system automatycznej identyfikacji odcisków palców, który w FBI działa od 1990 roku, w Polsce zaczął działać, jeśli wierzyć portalowi Polskie Agencji Prasowej, od roku 2000.

Znaleźliśmy jednak informacje, z których wynika, że system taki prawdopodobnie uruchomiono jeszcze w latach 90-tych.
Jak się okazuje, między liderem gospodarczym i ekonomicznym świata, a zacofaną Polską, w tej akurat materii dzieli nas zaledwie 10 lat. Jaka szkoda, że władze w Polsce tak ochoczo nie doganiają Stanów Zjednoczonych w innych dziedzinach, np. w gospodarce.

Dziś w Polsce, wbrew zapewne wyobrażeniu większości, w przenośne skaner do szybkiej identyfikacji zaopatrzona jest nawet Polska Służba Graniczna.

Ciekawostką może być to, że Polska Służba Graniczna używa urządzeń produkowanych przez tę samą firmę, która prowadzi obecnie badania nad NGI dla FBI.
Jaki ten świat mały. Znacznie mniejszy niż się nam wydaje. Oto bowiem na stronie korporacji Sagem Morpho Inc. należącej do potężnego francuskiego holdingu SAFRAN Group, do którego należy także wspomniana przez urzędnika FBI firma MorphoTrak czytamy, że jej "technologie biometryczne używane są na całym świecie dla poprawy bezpieczeństwa, w celu zapobiegania oszustwom, oraz do walki z przestępczością. Poprzez doświadczenie w rozwiązaniach dotyczących biometrycznej identyfikacji, która używana jest w 60 krajach na świecie, Sagem Morpho dostarcza innowacyjnych rozwiązań multi-biometrycznych na rynki Ameryki Północnej, włączając w to władze federalne, stanowe i lokalne, a także komercyjne produkty dla konsumentów."

Firma chwali się na stronie WWW współpracą z władzami USA, lecz też ciekawy plik w formacie PDF. Owa publikacja nosi tytuł: "Badanie Bezpieczeństwa. W kierunku bezpieczniejszego społeczeństwa i zwiększonej konkurencji przemysłu" (SECURITY RESEARCH: Towards a more secure sociaty and increased industral competitiveness).

Na okładce widnieje flaga Wspólnoty Europejskiej z podpisem "Komisja Europejska Przedsiębiorczość i Przemysł"

Po powtórce referendum nad Traktatem Konstytucyjnym w Irlandii i krótkowzroczności głowy naszego państwa, gdy już tylko włos dzieli nas od powstania państwa Unia Europejska, nie mogliśmy nie przeczytać materiałów, zawierających wyniki badań dotyczących bezpieczeństwa, do którego wzrostu Stany Zjednoczone Europy będą zapewne dążyć.
"W kierunku bezpieczniejszego społeczeństwa"... zobaczmy w jakim społeczeństwie przyjdzie żyć obywatelom Europy.

"W ramach siódmego programu badań na lata 2007-2013, Komisja Europejska udostępniła 1,4 miliarda euro wyłącznie na badania dotyczące bezpieczeństwa. Broszura ta omawia zaledwie 45 pierwszych projektów wspomaganych wg. tego schematu."

Teraz przynajmniej wiedzą Państwo gdzie ginie część Państwa pieniędzy z tzw. unijnych składek. Pieniądze te idą na projekty i badania, żeby w Europie było bezpieczniej. Jak można przeczytać w 100 stronicowej broszurze: "Stworzenie bezpieczniejszej Europy dla jej mieszkańców, a jednoczesne zwiększenie konkurencyjności przemysłowej, jest celem Europejskich Badań nad Bezpieczeństwem. Europa nigdy nie była tak skonsolidowana pokojowo, tak prosperująca i bezpieczna, jednak w tym samym czasie tak bezbronna wobec zagrożeń takich jak terroryzm, przestępczość zorganizowana oraz katastrofy naturalne. Dzięki współpracy i koordynacji wysiłków na skalę kontynentalną, poprzez stymulację współpracy tych, którzy dostarczają rozwiązań z dziedziny bezpieczeństwa oraz jej użytkowników, UE może lepiej rozumieć i reagować na ryzyko w stale zmieniającym się świecie."

Pisanina zupełnie jak z PZPR-owskich przemówień, w których partia miała rozumieć i reagować na wszelkie zagrożenia zagrażające zagrożonej klasie robotniczej. Niestety, nawet w dokumentach dotyczących bezpieczeństwa, socjalistyczni urzędnicy nie potrafi wyjść poza "przewodnią rolę" ich projektu o nazwie UE, co wywołuje w nas szczególne reminiscencje.

Dalej oczywiście czytamy, że "kwestie bezpieczeństwa w zmieniającym się świecie natrafiają na nowe wyzwania. Aby chronić fundamentalne prawa wolności, niezbędne są technologiczna gotowość i odpowiedź społeczeństwa na potencjalne lub aktualne zagrożenia."

Żeby się komuś nie wydawało, wszystkie te rozwiązania to "technologicnza gotowość", żeby chronić Państwa fundamentalne prawa. Jak wygląda owa ochrona? W broszurze wymieniono 45 projektów, z których duża część najeżony jest biometrią, analizą zachowań ludzi, kontrolą, monitoringiem, wymianą danych i informacji na temat ludności.
Skąd my to znamy? Wojna to pokój, wolność to niewola, ignorancja to siła, a ochrona fundamentalnych praw odbywa się poprzez chipowanie, monitoring i biometrię na każdym kroku.

Możemy być pewni, że kiedy amerykańskie FBI otrzyma ich super system, umożliwiający identyfikację osoby po cząsteczce śliny, fragmencie włosa, po obrazie siatkówki, rozstawie oczu i nosa zarejestrowanym przez kamery monitoringu, głosie zarejestrowanym podczas rozmowy telefonicznej, to za mniej niż 10 lat system taki pojawi się także w Europie. Europa także korzysta z rozwiązań firmy MorphoTrak.

Czy zastanowili się Państwo dlaczego FBI wydaje pieniądze na badania w sferze, którą amerykańskie prawo reguluje, jako niedostępną dla służb federalnych i policji? Jak czytamy w artykule, FBI nie ma bowiem prawa zbierać próbek DNA w celu biometrycznego ich porównywania. Po co więc w przyszłym roku instalują super bazę m.in. na takie próbki? Istnieją dwie możliwości. Albo w FBI bardzo się nudzą i nie maja co robić z pieniędzmi, albo... niedozwolone dziś procedury już niebawem mają stać się dozwolone.

Sprawą oczywistą jest, że aby monstrualne systemy porównywania danych biometryczne były użytecznie, muszą zostać wcześniej wypełnione danymi osobowymi. Im więcej próbek w bazie, tym większa wykrywalność "terroryzmu i przestępczości zorganizowanej". Zapewne z tego powodu rządy pracują także nad tą kwestią.
W 2007 roku mogliśmy przeczytać na łamach The New York Times, że amerykański departament sprawiedliwości, kompletuje reguły pozwalające na zbieranie próbek DNA od większości aresztowanych lub zatrzymanych przez władze federalne.

Biorąc pod uwagę to, że w świetle dzisiejszego prawa w krajach takich jak Wielka Brytania czy USA dosłownie każdy może zostać zatrzymany celem sprawdzenia, czy przypadkiem nie uprawia terroryzmu, oznaczałoby to, że próbki DNA można pobierać praktycznie od przechodniów na ulicy.

O próbie wyłudzania próbek DNA czytaliśmy także w Anglii w 2007 roku, na łamach brytyjskiego wydania The Times. Brytyjski rząd chciał zbierać próbki DNA od kierowców jeżdżących bez pasów lub z nadmierną, wg. policji, prędkością.

To zaledwie pierwsze próby wprowadzenia zgodnego z "prawem" pobierania i przechowywania próbek DNA. Być może ludzi jeszcze nie dorośli do myśli ku bezpieczniejszemu społeczeństwu, bo zazwyczaj z każdą próbą wprowadzenia praw zezwalających na pobieranie DNA, odzywają się jeszcze grupy walczące o poszanowanie wolności, godności i prywatności człowieka, który nie życzy sobie, by rząd wchodził z butami w jego życia, próbkował go, ewidencjonował jak zwierzę, podglądał, śledził i monitorował gdzie tylko się da. Można się jednak spodziewać, że wraz z wymianą pokoleń, nowe generacje będą przyjaźniej przyjmować prawa tworzone przecież z myślą o ich "bezpieczeństwie". Medialna propaganda jak zwykle będzie niezastąpiona w nakłanianiu do poddania się temu, co autorytety uważają za dobre i słuszne.

Nasz poprzedni wpis dotyczył powstania globalnej policji oraz systemu, którego celem m.in. miała być sprawna wymiana informacji zgromadzonych w bazach danych, także bazach z próbkami DNA.
Wygląda na to, że informacje z tego i poprzedniego wpisu zazębiają się, a my jesteśmy świadkami kładzenia podwalin pod ogólnoświatowy system rozpoznawania, śledzenia i monitoringu ludzi, który będzie to czynił z łatwością i precyzją, o jakiej się jeszcze nikomu nie śniło.


Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
Computerworld na temat nowego systemu identyfikacji FBI.
PAP o IAFIS w Polsce.
Materiały międzynarodowej konferencji naukowej "100 lat daktyloskopii na ziemiach polskich" (dokument w formacie PDF).
Skanery odcisków firmy MorphoTrek w Polskiej Służby Granicznej.
Strona WWW firmy Morpho.
"Badanie Bezpieczeństwa. W kierunku bezpieczniejszego społeczeństwa i zwiększonej konkurencji przemysłu" dla UE (dokument w formacie PDF).
New York Times w 1007 roku o zmianach w prawie doyczących zbierania DNA w USA.
Brytyjskie wydanie New York Times o pomyśle pobieraniu DNA od kierowców.



Tagi: policja, terroryzm, nowe technologie, biometria

skomentuj (4)

Dla pozoru, akt terroru. 2009-10-16

Dawno nie pisaliśmy o terroryzmie i o tym do czego naprawdę mają służyć tzw. prawa antyterrorystyczne.

Każdy z nas zapytany o to jak wygląda terrorysta bez namysłu przywoła z pamięci obraz widziany w telewizji. Zamaskowany człowiek, obwieszony laskami dynamitu lub czegoś podobnego, z wyhaftowanymi gdzie popadnie cytatami z Koranu z detonatorem w dłoni.

I tak pewnie pozostałoby do dziś, gdyby nie zmieniające się czasy i duch "postępu", który przekształca znaczenia pojęć i słów którymi się posługujemy.

The Guardian opisuje sprawę, w której brytyjskie służby graniczne użyły przepisów antyterrorystycznych, by uniemożliwić działaczowi zajmującemu się zmianami klimatu przekroczenie granicy i dostanie się na kontynent, gdzie planował on wzięcie udziału w wydarzeniach dziejących się wokół nadchodzącego szczytu Narodów Zjednoczonych w Danii.

Chris Kitchen, 31-letni pracownik biurowy, wyraził zaniepokojenie, że sposób potraktowania go przez policję może być początkiem ograniczeń nałożonych na protestujących, których setki planują podróż do Kopenhagi na czas rozmów o zmianach klimatu, które odbędą się w grudniu.

Wieczorem podejmie on drugą próbę dostania się do Danii, gdzie planuje wziąć udział w dyskusji zorganizowanej przez sieć współpracy grup działających pod wspólnym szyldem "Climate Justice Action" (Akcja Klimatyczna Sprawiedliwość).

Przyznał, że wczoraj o 17:00 nie pozwolono mu na przekroczenie granicy, gdy autobus którym podróżował zatrzymał się na dworcu Folkestone.

Kitchen mówi, że oficerowie służby granicznej wsiedli do autobusu i po sprawdzeniu paszportów, zabrali jego oraz innego działacza na rzecz klimatu, by poddać ich przesłuchaniom zgodnie z załącznikiem 7 Terrorism Act z 2000 roku, klauzuli, która służbom granicznym pozwala zatrzymać i przeszukać osoby w celu sprawdzenia czy są one powiązane z terroryzmem.

Kitchen twierdzi, że początkowo nie przeskanowano ich paszportów, co sugeruje, że funkcjonariusze wiedzieli kim jest, a usuniecie ich z autobusu było zaplanowane jeszcze zanim do niego wsiedli. W czasie przesłuchania zadawano mu pytania na temat jego rodziny, pracy i dotychczasowej działalności politycznej. Policja pytała także co zamierzał robić w Kopenhadze.

Kiedy Kitchen zwrócił uwagę, że przepisy antyterrorystyczne nie odnoszą się do aktywistów na rzecz środowiska, oficer z którym rozmawiał odpowiedział, że terroryzm "może oznaczać wiele rzeczy". Zanim minęło trwające 30 minut przesłuchanie, autobus Kitchen'a zdążył już odjechać.

To zrozumiałe, że policja monitoruje demonstrantów w licznych bazach danych, a niektóre z nich sygnalizują, czy osoba taka przechodzi przez strefy bezpieczeństwa, takie jak dworce.

Kitchen jest wpływowym działaczem, który brał udział w wielu akcjach pokojowego nieposłuszeństwa, takich jak przyklejenie się do rzeźby w parlamencie, by nawoływać do zmniejszenia emisji dwutlenku węgla.

"Użycie przepisów antyterrorystycznych w ten sposób, to kolejny przykład politycznej przemocy, nękania i zastraszania ludzi przez rząd, kiedy ludzie ci próbują korzystać z ciężko wywalczonych demokratycznych praw.
Wybieramy się do Kopenhagi by wziąć udział w Akcja Klimatyczna Sprawiedliwość, ponieważ chcemy zaprotestować przeciwko fałszywym rozwiązaniom, takim jak handel limitami CO2, oraz stworzyć globalny ruch na rzecz efektywnych, społecznie sprawiedliwych rozwiązań.

Osoby, które praktykują cywilne nieposłuszeństwo w sprawie zmian klimatu, w obliczu nieefektywnych działań rządu na pewno nie są terrorystami, a słuszność ich działań potwierdzi historia."

Kitchen twierdzi, że po przesłuchaniu policja zapłaciła za jego bilet powrotny do Londynu i zorganizowała u przewoźnika miejsce w innym autokarze.

Rzecznik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych powiedział, że: "Nie nastąpiła żadna zmiana polityki. Załącznik 7 Terrorism Act z 2000 roku pozwala oficerowi sprawdzającemu zatrzymać, przeszukać i sprawdzić osobę na dworcu lub w strefie przygranicznej, celem stwierdzenia czy nie jest lub nie była brana pod uwagę jako zleceniodawca, przygotowujący lub podżegający do aktów terroru.
Korzystanie przez policję z tych prawa to sprawa operacyjna każdej z jednostek".


Może się ktoś zastanawiać dlaczego poświęcamy czas na pisanie o lewicowych działaczach, którzy nawet w tematyce naturalnych zmian środowiska (z którymi wbrew wszelkiej logiki walczą) chcieliby w sprawach klimatu wprowadzać działania sprawiedliwe społecznie.
Pomijając to, że jak donoszą wszystkie polskie portale, wystarczy w Polsce właśnie wyjrzeć przez okno, by zobaczyć jakie to straszne globalne ocieplenie powoduje człowiek, to sam artykuł zawiera bardzo ważne dla nas informacje. Informacje o tym jakie systemy kontroli i inwigilacji implementuje się oczywiście dla "dobra" obywateli, którzy zresztą łożą na to wszystko z własnych kieszeni.

Wielokrotnie pisaliśmy i tłumaczyliśmy z zachodniej prasy informacje, że w krajach bogatych, takich jak Wielka Brytania, wydaje się dziesiątki miliardów na tworzenie i utrzymanie przeróżnych baz danych, w których gromadzi się próbki DNA, odciski palców, informacje na temat przyzwyczajeń, kontaktów, działań politycznych i zwykłego codziennego życia obywateli.
Po co się je gromadzi? Oficjalnie mówi się o bezpieczeństwie, walce z terroryzmem i wygodzie obywatela próbującego załatwić coś w urzędniczym "okienku".

Artykuły takie jak powyższy z The Guardian, są dowodem na to, że jest całkiem inaczej. Pokazują jak powstaje system coraz doskonalszej kontroli pojedynczego człowieka. Są dowodem na to, że w takim systemie stworzonym niby dla dobra i bezpieczeństwa, jednostka traktowana jest jak więzień. Obserwacja i w razie potrzeby neutralizacja. Różnica oczywiście polega na tym, że w tym przypadku więzienie jest dość obszerne a jednostce nie udowadnia się popełnienie przestępstwa, lecz neutralizuje prewencyjnie. Architekci systemu stwierdzili, że po co męczyć się i ścigać przestępców, skoro policyjnym nadzorem można objąć wszystkich i bez przerwy obserwować ich jak podejrzanych.

Warto zauważyć, że w artykule znajdują się też manipulacja. Chodzi nam o stwierdzenie, że:
"To zrozumiałe, że policja monitoruje demonstrantów w licznych bazach danych, a niektóre z nich sygnalizują, czy osoba taka przechodzi przez strefy bezpieczeństwa, takie jak dworce."

Otóż w takim działaniu policji nie ma nic zrozumiałego. Jeszcze niedawno działania takie nazywano inwigilacją i skierowane były wobec naprawdę groźnych przestępców. Wykorzystanie takiej władzy wobec normalnych obywateli piętnowane było jako jej nadużycie.
Jednak tzw. "postęp" spowodował, że dziś już się nie piętnuje. Dziś inwigiluje się każdego, tylko nie wszyscy są jeszcze na jakiejś "czarnej liście", co powodowałoby zawiadomienie odpowiednich służb o ich obecności. Nic straconego. Takich "czarnych list" przybywa. Kto będzie następny? Opozycja polityczna? Krytycznie do władzy nastawieni internauci, dający wyraz swego niezadowolenia w internetowych komentarzach? Kto wie. Raz puszczona w ruch machina biurokratyczna jest niezmiernie trudna do zatrzymania, a w miarę jej rozbudowy (co ma miejsce zawsze) nic nie jest niemożliwe.

Do oswajania się ludzi z takimi "postępowymi" rozwiązaniami, w olbrzymim stopniu rękę przykładają media, publikując właśnie takie tezy, że jest to potrzebne, normalne i całkowicie zrozumiałe.

Artykuł opisuje jak policja użyła praw antyterrorystycznych wobec kogoś kto nie jest terrorystą. W sumie to już normalka, jeśli na ulicach rewiduje się przy użyciu tych samych przepisów dzieciaki, zatrzymuje je, gdy policjant mądry inaczej, w plecaku ucznia znajdzie torebkę nawozu i kilka podejrzanych przedmiotów, np. piłki tenisowe, to terrorystą może być każdy.

My np. terrorystą nazwalibyśmy każdego, kto w uciążliwy sposób zakłóca innym ich życie. Tak więc, znanym terrorystą był (ostatnio ucichł) dla nas Andrzej Lepper, który wysypywał ziemniaki na drogach, blokując je, co uniemożliwiało innym obywatelom dotarcie do celu ich podróży. Terrorystami są związkowcy, strajkujący górnicy, stoczniowcy, pielęgniarki i inne grupy roszczeniowe, które blokując ulice stolicy, wywołują zapewne dodatkowe korki, nie pozwalając jej mieszkańcom zdążyć do pracy na czas. Do tej samej grupy zaliczamy ekologów, którzy przyklejając się do czegoś tam, drzewa, pomnika przyrody, czy rzeźby w parlamencie, uniemożliwiając innym wykonywanie ich pracy.
Jednak terrorystami są dla nas tylko wtedy, kiedy nam i innym przeszkadzają i narażają na dodatkowe koszty poprzez np. stratę czasu.
Jeśli protestują nie przeszkadzają, to już nie są terrorystami.

Jeśli więc bohater artykułu, pan Kitchen, naruszyłby w Kopenhadze porządek, lub coś tam przypadkiem zniszczył, umazał klejem czy zachlapał farbą, to należy go oczywiście oskarżyć o naruszenie porządku i przymusić do zadośćuczynienia za wyrządzone szkody. Nie można jednak zabraniać mu wyjazdu korzystając z prawa antyterrorystycznego.
Piszemy to my, którzy pewnie w wielu sytuacjach zaliczylibyśmy pana Kitchen jeśli nie do głupków, to na pewno do grona terrorystów, razem z terror-darmozjadami z tzw. związków zawodowych. Bo czym innym jest uważanie kogoś za terrorystę, a czym innym prewencyjne użycie wobec takiej osoby przepisów, stworzonych z myślą o przeciwdziałaniu bombowym atakom terrorystycznym.

Na koniec, zwyczajowa już prawie że przestroga, która ponownie wyłania się i z tego artykułu. Jak powiedział brytyjski urzędnik w mundurze straży granicznej, "terroryzm może oznaczać wiele rzeczy".
To oczywiście kolejny argument do kolekcji wobec tych, którzy uważają, że ich to nie dotyczy, bo są uczciwi i nie zrobili niczego złego. Jeśli bowiem definicja terroryzmu zależy od interpretacji urzędnika, to nikt nie może wiedzieć, czy jego imię i nazwisko za moment nie znajdzie się gdzieś obok Osamy bin Ladena.


Żródła informacji (w języku angielskim):
The Guardian
o wykorzystaniu przepisów antyterrorystycznych przeciwko demonstrantom.



Tagi: terroryzm, indoktrynacja

skomentuj (9)

Nie krajowa, federalna, lecz prawdziwie już globalna... policja. 2009-10-15

Czy chcieliby Państwo żeby powstała globalna policja?
Już istniej? A może jeszcze nie?
Trzeba przyznać, że w obliczu tylu "globalnych" inicjatyw, może się ludziom pomylić, co już jest globalne a co jeszcze nie.
Niezależnie od Państwa i naszej opinii na ten temat, The New York Times donosi, iż Interpol i Organizacja Narodów Zjednoczonych są już gotowe do partnerstwa w walce z przestępczością, poprzez wspólne stworzenie globalnych sił policyjnych, które jak mówią urzędnicy obu organizacji, jako siły pokojowe, byłyby wysyłane do niegodziwych krajów rozdartych wojnami i zorganizowaną przestępczością.

W poniedziałek, ministrowie sprawiedliwości i spraw zagranicznych 60 krajów, włączając w to Stany Zjednoczone oraz Chiny brali udział w spotkaniu w Singapurze, które zorganizowały wymienione wyżej dwie organizacje.

Jest to pierwszy krok w kierunku stworzenia czegoś, co Interpol nazywa "doktryną globalnego utrzymywania porządku", co pozwoliłoby Interpolowi i Organizacji Narodów Zjednoczonych udoskonalić umiejętności policyjnych rozjemców, w większości poprzez udostępnienie sieci bezpiecznej komunikacji oraz olbrzymiej elektronicznej skarbnicy informacji kryminalnej, włączając w to zapisy DNA, odciski palców, fotografie i notki o zbiegach.
"Mamy wizjonerki model" mówi Ronald K. Noble, sekretarz generalny Interpolu, zarazem pierwszy Amerykanin, który przewodzi międzynarodowej organizacji policyjnej z siedzibą w Lionie. Jest ona finansowana przez ponad 187 krajów członkowskich.

"Policja będzie szkolona i wyposażona w środki odmiennie", mówi Noble. "Kiedy kogoś zatrzymają, będą mogli skorzystać z globalnej bazy danych do ustalenia jego tożsamości."

Współczesne sposoby utrzymywania pokoju dramatycznie ewoluowały, od czasu gdy w 1988 roku błękitne hełmy sił militarnych ONZ, otrzymały nagrodę Nobla. Od 2005 roku ilość oficerów policji wśród wszystkich 95400 rozjemców wzrosła z 6000 do 12200 w 17 krajach."

Policja ONZ już teraz walczy z kidnapingami i przestępstwami związanymi z handlem narkotykami na Haiti, oraz nielegalnym handlem drewnem w Liberii. Według sekretarza generalnego Interpolu, celem przedsięwzięcia mającego na celu połączenie sił jest poszerzenie możliwości śledzenia przemieszczania się przestępców po świecie, poprzez wspólne standardy i dzielenie się zasobami. Ronald K. Noble naciska także na plany wprowadzenia specjalnych elektronicznych paszportów dla pracujących w agencji ponad 600 detektywów Interpolu, by przyśpieszyć przekraczanie granic.

Według Andrew Hughes'a, Australijczyka, który obecnie przewodniczy oficerom policji sił ONZ, Minister Spraw Zagranicznych Norwegii przekazał ponad 2 miliony dolarów na sfinansowanie rozwoju międzynarodowych standardów globalnego utrzymywania porządku.

Ambicją jest stworzenie cyklu sieci, by przeciwstawić się ponadnarodowym operacjom zorganizowanej przestępczości, mówi Hughes. Rekrutacji dokonuje się szczególnie wśród kobiet, a globalnym celem jest osiągnięcie 20% kobiet wśród sił ONZ, oraz rozwój oddziałów składających się tylko z kobiet, jak mająca właśnie rozpocząć działanie, grupa 140 rozjemczyń z Bangladeszu.

"Pracujemy z uchodźcami. Wiele ofiar okrucieństwa to kobiety i mają one już dość mężczyzn w mundurach i z karabinami" mówi Highes.

Sekretarz twierdzi także, że wśród najważniejszych zadań globalnych sił policyjnych była walka z handlem nielegalną bronią i narkotykami.Podlegający mu oficerowie obserwowali wzrost przemytu kokainy przez kartele z Kolumbii i Wenezueli, które przemycały towar na lukratywnych rynki konsumenckie w Europie, przez osłabione kraje takie jak Sierra Leone i Liberia
...
W poniedziałek, wraz ze spotkaniem Ministrów Sprawiedliwości, które zbiega się w czasie z generalnym zgromadzeniem członków policji Interpol, oczekuje się, że grupa będzie dyskutować na temat spraw globalnego utrzymywania porządku i stworzenia deklaracji, która prowadziłaby do planu działania na rzecz międzynarodowej policji rozjemców w ciągu przyszłych 12 miesięcy.


To większe fragmenty artykułu The New York Times.
Ta prasowa wiadomość zaciekawiła nas dlatego, że mówi o tworzeniu globalnych sił policyjnych. Zajrzeliśmy także na stronę Interpolu, żeby dowiedzieć się czegoś więcej.
Nie będziemy cytować całości prasowej informacji ze strony Interpolu, lecz tylkoscytaty wypowiedzi ważnych osób biorących udział w omawianym spotkaniu w Singapurze:

Premier Singapuru, Lee Hsien Loong:
"W naszym zglobalizowanym świecie, nieład lub gorsze załamanie politycznej władzy w jednym kraju, zagraża regionalnemu i międzynarodowemu bezpieczeństwu. Gdy  angażujemy policyjnych rozjemców do odbudowy upadłego państwa, promowania dobrych rządów oraz sprzyjamy utrzymywanemu pokojowi, tym samym mamy wkład w nasze własne bezpieczeństwo."

Sekretarz generalny Interpolu, Roland K. Noble:
"Wysłanym rozjemczym siłom policyjnym ONZ, Interpol może zapewnić w dostęp do  jedynego bezpiecznego światowego systemy komunikacji policji; globalnych baz danych zawierających dane personalne przestępców, odciski palców, profile DNA, informacje o skradzionych paszportach i pojazdach, oraz wyspecjalizowaną pomoc dochodzeniowo-śledczą w kluczowych sferach przestępczości, włączając w to uciekinierów, narkotyki, terroryzm, handel żywym towarem oraz korupcję. To czyni z Interpolu niezbędnego partnera dla policyjnych sił rozjemczych."
...
"Terroryści i zorganizowani przestępcy wykorzystują nieobecność prawa i wyzyskują państwa o słabych instytucjach, jako bezpieczne przystanie dla ich przestępczej działalności, promując radykalizację jednostek, podsycając korupcję, wywołując dalszy brak stabilności, co stanowi zagrożenie wykraczające poza granice kraju."

Podsekretarz generalny ONZ do spraw Operacji Pokojowych, Alain Le Roy:
"Elementy przestępcze coraz bardziej podsycają wojny, poprzez dostarczanie walczącym stronom środków do prowadzenia kosztownych działań militarnych. Podkopują reguły prawa i zagrażają ludzkiemu bezpieczeństwu. Zakończone konflikty w jasny sposób pokazują, że konflikty, które nie są podsycane przez przestępcze zyski, mają tendencję do wcześniejszego wygasania."


Czytając tę ostatnią wypowiedź zastanawialiśmy się, czy ONZ i Interpol nie zajęłyby się w takim razie w pierwszej kolejności amerykańską CIA.

Co jest niezwykłego lub niewłaściwego w powstaniu globalnej policji? Przecież istnieją już wojskowe oddziały pokojowe ONZ. Dlaczego policja nie miałaby działać w taki sam sposób i do tego mieć dostęp do globalnych informacji? Co złego może być w tym, że globalna policja będzie ścigała przestępców, handlarzy narkotyków, broni, żywym towarem, którzy nie przejmują się granicami i uprawiają swój przestępczy proceder międzynarodowo? Przecież globalna policja walcząca z nimi, to pożyteczna działalność, prawda?
Takie pytania może zadawać sobie część czytelników.

Co to jest policja i do czego służy?
Britannica podaje, że jest to "zorganizowane ciało, którego celem jest utrzymanie wewnętrznego porządku w społeczeństwie i publicznego bezpieczeństwa, oraz egzekwowanie prawa i prowadzenie dochodzeń w sprawie przestępstw."

Wikipedia podaje, że policja to: "umundurowana i uzbrojona formacja przeznaczona do ochrony bezpieczeństwa ludzi i mienia oraz do utrzymywania bezpieczeństwa i porządku publicznego. Do jej głównych zadań należy pilnowanie przestrzegania prawa i ściganie przestępców, jak również zapewnienie ochrony i pomocy w sytuacjach kryzysowych zarówno wobec ludzi jak i mienia."

Policja nierozerwalnie związana jest z rolą państwa, które jest organizacją, chroniącą swoich obywateli przed zagrożeniami zewnętrznymi (wojsko) i wewnętrznymi (policja).

I tu pierwszy problem jaki dostrzegamy.
Kiedy formalnie tworzymy globalną policję, to kto potrafi wskazać, gdzie jest organizacja, której wewnętrznego ładu ma owa policja pilnować? Czy jest to Polska? A może wspólnota krajów europejskich? Nie? W takim razie świat? Czy świat może być w jakimkolwiek sensie państwem? Jeśli może, to należy zauważyć, że państwami rządzą obecnie tzw. demokratyczne rządy, dyktatury lub królowie. Zmierzamy do tego, że propagatorzy nowego porządku światowego, o którym od kilkudziesięciu lat mówi się w niektórych sferach, zapewne przygotowani są już na taką ewentualność. Jakiś światowy rząd, król lub dyktator wyposażony w atrybuty władzy ochraniałby wewnętrzny ład przy pomocy policji, więc globalna policja byłaby w sam raz.
Fantazjujemy? No dobrze. Założymy w takim razie, że sama instytucja, która powstanie po połączeniu Interpolu i ONZ nie będzie w żadnym stopniu szkodliwa wobec normalnego obywatela, to nie da się ukryć, że samo jej istnienie podświadomie indoktrynuje w kierunku upowszechniania czegoś takiego jak globalny rząd. Przecież globalna policja i globalny rząd będą elementami powiązanymi ze sobą i logicznie z siebie wynikającymi. Nawet jeśli chodziłoby jedynie o słowa, to powodowanie "zagnieżdżenia się" w świadomości ludzi globalnej policji jako otaczającej ich codzienności jest indoktrynacją. To jednak nie koniec.

Czy pomijając element indoktrynacji, nadal można znaleźć coś złego w powstaniu globalnej policji, która rzeczywiście ścigałaby międzynarodowych przestępców? Może wystarczyłoby zmienić nazwę, na np. "Policję Narodów Zjednoczonych" czy coś podobnego?
W odpowiedzi zadamy odmienne pytanie?
A dlaczego policji nie może wystarczyć współpraca między siłami policyjnymi w krajach zainteresowanych złapaniem przestępcy, który złamał na ich terytorium ich prawo? Taka współpraca jaka odbywa się obecnie?

Część z osób odpowie, że współpraca teraz jest utrudniona z powodu różnorodności i odmienności prawa, które w różnych krajach może być odmienne.

I tu dostrzegamy drugi problem.
Powstanie globalnej policji, która walczy z przestępcami, samo w sobie nie jest niczym złym, bo używając medycznych porównań, powstanie takich sił to nie schorzenie, lecz objaw.
Gdyby nie postępująca polityczna globalizacja, utworzenie takiego rodzaju organizacji nie byłoby możliwe, lub nie miałoby większego sensu.
To polityczna i legislacyjna unifikacja umożliwia powstanie takich inicjatyw, jak tworzona na naszych oczach globalna policja.
Kiedyś, różnice prawne i zapewne m.in. prawo o ekstradycji lub jej zakazie w większości krajów, uniemożliwiało działanie tego rodzaju globalnych służb. Policje różnych krajów współpracowały ze sobą w ramach istniejącego w nich prawa.
Bo co z tego, że Kowalski z kraju B, będąc czasowo w kraju A spożywał roślinę, której jedzenie tam jest legalne, a której spożywanie w kraju B jest przestępstwem? W kraju A robił to legalnie, a wracając do kraju B, nie popełnił na jego terytorium przestępstwa, wiec nigdzie nie stało się nic nielegalnego a Kowalski postępował w zgodzie z prawem.

Naszym zdaniem zabawa w globalne policje jawne, a zapewne później i tajne, musi ostatecznie skończyć się na jeden z dwóch sposobów:
1. zamykaniem Kowalskich na terenie kraju A za dokonywanie legalnej w kraju A, ale zabronionej w kraju B czynności.

2. zabronieniem w kraju A czynności, która jest nielegalna w kraju B.

Tak, z góry odrzucamy trzecią możliwości, która polegałaby na tym, że w kraju B zalegalizuje się czynność, która legalna jest w kraju A.
Odrzucamy tę możliwość, bo za dobrze znamy obecną biurokrację, która współcześnie wykazuje przecież tendencje zupełnie odwrotne.

Podsumowując, drugi problem jaki dostrzegamy, to zmiany prawne, jakie niewątpliwie małymi krokami będą wprowadzane we wszystkich krajach współpracujących z nową, globalną instytucją służącą do łapania przestępców. Oczywiście także teraz zmiany takie mają miejsce, więc globalna policja będzie tylko elementem układanki.

Nasz poprzedni tekst dotyczył zatrzymania i dokonania rewizji mieszkań ludzi, których jedynym przestępstwem było pisanie na społecznościowym mikroblogu - twitter.com. Postawiono im całkiem poważne zarzuty.
Czy ktoś z zakładających organizacje takie jak globalna policja jest w stanie zagwarantować nam, że w ramach późniejszego nadbudowywania urzędniczej, policyjnej biurokracji, którą to nadbudowę widzimy w każdej dziedzinie biurokratycznej działalności, globalna policja nie zacznie (a jakże, już wtedy globalnie) zajmować się sprawami nie tylko narkotykowych mafiozów, szmuglujących narkotyki z jednego kontynentu na drugi, lecz w ramach robienia nam "dobrze i bezpiecznie", postanowi coraz częściej pochylać się nad zwykłym obywatelem i jego "przewinieniami", które zawsze przecież jakieś się znajdą?
Czy ktoś zagwarantuje, że globalna policja będzie zajmować się jedynie przestępcami dorabiającymi się bogactwa na nieszczęściu wycieńczonych wojnami krajów?
Zapewne nikt nam takich gwarancji nie da.
 
W czasach, gdy za pisanie w internecie można mieć postawione zarzuty; za jazdę sprawnym pojazdem po prostej i pustej drodze z prędkością wyższą niż nakazana (choć pojazd może osiągnąć prędkość kilkukrotnie większą, a widoczność i warunki panujące na drodze nie stanowią żadnego przeciwwskazania) można nawet stracić prawo jazdy; za wypowiadane głośno własne zdanie na tematy np. historyczne, można pójść do więzienia, itp.; nikt w takich czasach nie powinien czuć się bezpiecznie, ponieważ nie zdaje sobie sprawy, że może popełnia właśnie jakieś przestępstwo i to nawet na skalę międzynarodową. Zwiększenie działań policji na skalę globalną, dostęp do globalnych baz danych, gdy próbki DNA i odciski palców prawie na siłę pobiera się od niewinnych osób, nawet od dzieci (vide wielka Brytania), powinno budzić zdrowe zaniepokojenie i publiczną debatę na te tematy.
Tymczasem o globalnych sprawach zazwyczaj media informują dziwnie zdawkowo lub wcale. Władze zresztą także.
Na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych cisza. Na stronie MSWiA też nic. Nie wspominamy o poczytnych portalach w kraju nad Wisłą. Jeśli nawet było (my nie widzieliśmy) to zniknęło dość szybko przykryte informacjami o Dodzie i innych sprawach, które krajowe media serwują oglądającym je widzom jako sprawy ważne.

Krótka informacja znalazła się na stonie Policja.pl . Napisał też na ten temat dziennik Dziennik, tytułując krótki artykuł słowami: "Interpol i ONZ wyłapią zbrodniarzy wojennych".
Brawo. Tylko czy rzeczywiście o to chodziło?

Wielu osobom znowu wydawać się będzie, że wyolbrzymiamy, przerysowujemy lub, że to w ogóle nie o to chodzi. My przyzwyczailiśmy się do stanu umysłów części społeczeństwa, która np. w serwisie wykop.pl na temat artykułów podpartych oficjalnymi państwowymi dokumentami i wypowiedziami z prasy, ocenia go jako "informacja nie prawdziwa".

My uważamy, że i owszem, nie należy się spodziewać, iż z momentem powstania globalnej policji rozpocznie się wsadzanie ludzi na całym świecie za np. pisanie niepoprawnych treści na twitter.com . Każdy bowiem wie, nawet biurokracja, że takie działania mogłyby wzbudzić niepotrzebne emocje.
My często, a także w tym przypadku, piszemy o zagrożeniach, które mogą pojawić się za kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat, po procesie indoktrynacji i oswajania ludzi z delikatnie wprowadzanymi nowinkami, których powstawanie i kierunki rozwoju widać dziś na tyle wyraźnie, byśmy mogli o nich pisać.


Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
The New York Times o spotkaniu w Singapurze
Oficjalna strona Interpolu
o spotkaniu w Singapurze
Informacje o spotkaniu na stronie polskiej policji
Dziennik.pl na ten sam temat.



Tagi: polityka, policja, rząd światowy

skomentuj (11)

Zważ co piszesz na twitter'ze, zanim ktoś ci się dobierze... 2009-10-11

U nas dziś żałoba narodowa.
Nie dość, że wszystkie starsze pliki graficzne, nasze rysunki, komiksy i ilustracje zniknęły niedawno za jednym zamachem za sprawą zdematerializowania się serwisu tapetosik.pl, to jeszcze oczywiście obchodzimy żałobę w związku z tym, iż stanowisko Prezydenta Polski okazał się piastować bardzo niewłaściwy człowiek, który naszym zdaniem wykazał się jak nigdy dotąd brakiem moralnego kręgosłupa. Chodzi oczywiście o złożenie podpisu, niestety także w naszym imieniu, pod stertą biurokratycznych banialuk przekazujących część suwerenności Polski w ręce brukselskich biurokratów.

Cóż więcej można napisać. Biedna ta nadwiślańska scena polityczna, oj biedna i jakaś taka szkaradna i plugawa. Jak nie buractwo, hucpa, złodziejstwo i agenturalność, to pierdołowatość, polityczna nieudolność lub bezgraniczna głupota.

Wypada nam mieć nadzieję, że może w przyszłych wyborach nie będą już Polakom podsuwać pod nos kłamliwej szkarady bez programu, obycia, bez twardo określonych celów do osiągnięcia i bez tzw. jaj.
Tyle dziś na temat sytuacji w kraju.
Mimo żałobnej atmosfery, postanowiliśmy trochę nadrobić zaległości w pisaniu. Poruszane tematy zazwyczaj i tak już same w sobie są smętne, przygnębiające i w odcieniach szarości, bez obawy więc o naruszenie żałoby narodowej, możemy dalej pisać o zachodzących na świecie zmianach, o których w Polsce nie tak znowu łatwo się dowiedzieć.

Np. czy można napytać sobie biedy z powodu blogowania? Naszym zdaniem można, dlatego zresztą nie podpisujemy się na tym blogu. Nigdy jednak nie podaliśmy konkretnych przykładów.
Dziś taki właśnie przykład.
Oczywiście wiedzą Państwo, że miało miejsce kolejne spotkanie G20, w Pittsburgh'u w Stanie Pensylwania w USA. Podczas tego spotkania politycy obradowali sobie nad potrzebą stworzenia globalnego ciała odpowiedzialnego za światową gospodarkę. Banał nad którym nie chciało nam się nawet pochylać, bo od kilku spotkań w tym gronie nie mówi się o niczym innym jak tylko o globalizacji, która miałaby prowadzić do stworzenia ciała mającego władzę sprawowania globalnej kontroli, o czym można było przeczytać np. w tekstach agencji Reuters lub na stronie Radia Wolna Europa. Tak, tego samego, które przynosiło słowa otuchy i prawdziwej informacji w czasie szumu informacyjnego i propagandy nadawanej przez partyjne media w PRL. Może za wcześnie przestało nadawać w naszym języku?
Radio Wolna Europa donosi, że nowy porządek światowy wyłania się na konferencji na szczycie G-20, poprzez decyzję jaką podjęła na swój temat ta grupa, decyzję stania się głównym ciałem koordynującym w sprawach ekonomicznych.
W dokumentach, które uzyskali reporterzy agencji Reuters można przeczytać: "Ślubujemy unikać destabilizujących wzrostów oraz wpadek w aktywach i cenach kredytów, i zaadoptować politykę makroekonomiczną, spójną ze stabilizacją cen, która promować będzie odpowiednią równowagę globalnego popytu."
Na razie mowa o finansach. Później oczywiście przyjdzie czas na inne sfery ludzkiego życia.
Sprawa "stabilizacji cen i równowagi popytu", sterowanych odgórnie przez ową grupę, która jak zapewne już Państwo zauważyli sama siebie wyznaczyła do sprawowania funkcji głównego koordynatora, przypomina nam jak żywo pewien świetlany okres z nie tak znowu odległej historii Europy Centralnej oraz Związku Radzieckiego. Historia kołem się toczy?
Oczywiście, odnośnie G20, to ciekawe kto dał im pozwolenie decydowania o naszej przyszłości, choćby i tylko gospodarczej. Może Państwu coś wiadomo na temat referendum w tej sprawie, albo jakichś wyborów czy sondaży?
Wydaje nam się, że nawet gdyby takowe zaproponowano, to rozpisywano by je tyle razy, aż by ludzie wybrali, że to właśnie G20 ma być ciałem koordynującym światowymi sprawami ekonomicznymi. Tak jak w Irlandii. Tzw. demokracja aż do skutku.
Ale pewnie im już skoda pozorów. Po prostu się ogłosili i nam musi się to podobać.

W czasie spotkania G20, jak zwykle zresztą, odbywały się liczne protesty. Tegoroczne jednak wyróżnił drobny szczegół.
Otóż amerykańskie siły porządkowe użyły wobec cywilów na amerykańskiej ziemi broni akustycznej, używanej np. w czasie walk w Iraku. Broń nazywa się LRAD, czyli Long Range Acoustic Device - urządzenie akustyczne o dużym zasięgu. Co robi takie urządzenie?
Na stronie American Technology Corporation, która sprzedaje takie cacka amerykańskiej armii, a także jak okazało się ostatnio podczas G20, zmilitaryzowanym (bo inaczej nie da się tego inaczej nazwać) oddziałom policji, można przeczytać, że jest to wysoce sterowalny, akustyczny promień, który został stworzony dla komunikacji dalekiego zasięgu i ostrzegania, które trudno "niedosłyszeć". Urządzenie LRAD może wydać werbalne ostrzeżenia oraz umożliwia podjęcie po nim emisji odstraszających dźwięków w celu wpłynięcia na zachowanie lub celem określenia intencji.
Producenci chwalą się zresztą, że ich technologia LRAD wspomogła siły porządkowe miasta Pittsburgh. Na stronie czytamy, że LRAD został z sukcesem użyty w ostatnim tygodniu jako pomoc w działaniach mających na celu utrzymanie pokoju (peacekeeping) w czasie G20.
Czytamy także, iż "LRAD produkuje dźwięk o natężeniu do 152dB" (oczywiście z możliwością regulacji).
To nie tak znowu źle. Zważywszy, że już natężenie o poziomie 120 dB uważane jest za tzw. próg bólu, trzeba przyznać, że piękne zabawki trafiają do rąk frustratów pracujących w służbach porządkowych. Niedługo zapewne i w Europie, bo skoro odniosły sukces w utrzymaniu pokoju w czasie G20... Napiszemy dla ciekawskich, że ów 120dB próg bólu to próg, przy którym człowiek nie rozróżnia już samego dźwięku, nie słyszy go, np. jego wysokości, lecz odczuwa fizyczny ból.
Dla porównania dźwięk o natężeniu 100-120dB to dźwięk startującego lub lądującego współczesnego, pasażerskiego, wielosilnikowego samolotu odrzutowego... kiedy stoją Państwo tuż obok, na pasie startowym.
Generalnie więc warto pamiętać, żeby w czasie gdy na G20 służby porządkowe "utrzymują pokój", nie stawać zbyt blisko i bez porządnych zatyczek do uszu, bo może z małżowin popłynąć krew i to strumieniami.
Jednym słowem, ostrożnie z urządzeniami do "komunikacji dalekiego zasięgu i ostrzegania", bo może skończyć się całkowitą głuchotą.

Na youtube.com można obejrzeć wiele filmów pokazujących jak dostało się przypadkowym studentom, którzy akurat, będąc w studenckim miasteczku (zaskakujące prawda?)znaleźli się na drodze policyjnych oddziałów. Dostało się też spokojnie protestującym, którzy w ciszy trzymali w parku transparenty wskazujące na to, iż tak jak my zastanawiają się, z jakiej racji jakaś grupa G-20 uzurpuje sobie prawo do decydowania o ich przyszłości, choćby i tylko w sferze spraw ekonomicznych w kontekście globalnym.
Wiele służalczych mediów opisywało to jako starcia z rozgniewanym tłumem, opisując jak dzielna policja broniła porządku dla dobra obywateli.
Jednak każdy przy zdrowych zmysłach, kto potrafi jeszcze myśleć samodzielnie, czytając takie brednie zastanowi się: co kilka tysięcy ciężko uzbrojonych i opancerzonych frustratów, którzy militarnym szturmem wkraczają do Twojego miasta, by potraktować gazem łzawiącym ciebie i stojących nieopodal zwykłych przechodniów, ma wspólnego z Twoim dobrem?
Nie ma co ukrywać. Kiedy przyjmie się promowaną w mediach perspektywę, że policja chroniła miasto przed G20, to wszystko to nie trzyma się przysłowiowej kupy. Działania policji nabierają sensu jedynie, gdy spojrzy się na nie z perspektywy, że policja chroniła G20 przed miastem. Ale przecież to oczywiste.

Nas jednak dużo bardziej zainteresowała inna historia związana z G20, bo w czasie zwyczajowych zamieszek stało się coś, co nie miało miejsca nigdy wcześniej.
O sprawie pisał brytyjski Guardian.
Oto do domu 41-letniego Elliot'a Madison'a (Nowy York) wpadło FBI z nalotem terrorystycznym. Nie szukali jednak broni, śmiercionośnych chemikaliów lub wskazówek, które mogłyby rozwikłać kolejny nikczemny spisek terrorystyczny. Szukali za to książek, plików, danych, filmów i tego co fachowo nazywa się "narzędziami zbrodni".

Elliot Madison, z dzielnicy Queens, którego dom przeszukano, został zatrzymany z możliwością zwolnienia za kaucją w wysokości 30 tyś. dolarów po tym, gdy on i Michael Wallschlaeger (46 lat) zostali namierzeni w Pittsburgh, Pensylwania, w motelu Carefree Inn, w czasie szczytu G-20, 24 i 25 września.

Pan Elliot Madison będący anarchistą, został aresztowany przez FBI i oskarżony o utrudnianie aresztowania, po tym, kiedy rzekomo używał serwisu społecznościowego Twitter, by pomóc protestującym na G20 unikać policji.

Obaj zostali zatrzymana gdy siedzieli przy kilku przenośnych komputerach oraz skanerach krótkofalarskich nasłuchujących na częstotliwościach policji (w USA są to dostępne w sklepach, całkowicie legalne urządzenia  - przyp. tłum.).

Mieli na uszach słuchawki i mikrofony, w pokoju było także wiele map i numerów kontaktowych.

Oficjalne dokumenty policyjne utrzymują, że mężczyźni używali serwisu Twitter.com do kontaktowania się z protestującymi "i informowali protestujących i grupy o ruchach i aktywności sił policyjnych".

W sumie aresztowano 200 protestujących w czasie dwudniowego szczytu, który  zebrał światowych przywódców, by dyskutowali oni nad załamaniem się globalnej gospodarki, oraz o sprawach powszechnych interesów finansowych.

Około 5000 protestujących brało udział w miejskiej demonstracji.

Twitter szybko stał się ważnym narzędziem grup protestu i demonstrantów. W czasie szczytu, policja otwarcie monitorowała Twitter, słuchając komunikacji między protestującymi.

FBI oznajmiło, że poza komputerami, skanerami radiowymi odkrytymi w motelu, skonfiskowano także 11 masek gazowych, pięć par gogli, naczynia laboratoryjne: probówki i zlewki. Dodatkowo FBI zabrało także książki oraz obrazy Marksa i Lenina.

Pan Medison jest pracownikiem socjalnym przy jednym ze szpitali psychiatrycznych na Manhattan'ie. Jest członkiem People's Law Collective (Kolektyw Praw Człowieka), grupy doradzającej protestującym w sprawach natury prawnej. Wallschlaeger jest producentem radiowego programu pt.:This Week in Radical History (Ten tydzień w Radykalnej Historii).


Oczywiście prosimy nie myśleć sobie, że zamierzamy bronić ludzi, którzy w domu trzymają zdjęcia Marksa i Lenina (no chyba, że w chwilach relaksu rzucali w nie lotkami, strzelali do nich z kuszy, lub dorysowywali wąsy i rogi).
W odróżnieniu od wielu jeszcze przefarbowanych członków PZPR, których teraz można spotkać w szeregach obecny partii polskiego parlamentu, my stawiamy takie osoby w jednej linii, albo nawet gorzej, z ludźmi, którzy trzymają na biurkach fotografie socjalisty Hitlera.
Panem Medison'em i jego kolegą brzydzimy się prawie tak samo, jak pewnym krajowym magistrem. Prawie, bo oni jedynie zakładali maski gazowe i gogle i od czasu do czasu spoglądali na zdjęcia Lenina naiwnie wierząc, że wymyślony przez niego "system" działa, a pewnie i tak nie przyszłoby im do głowy uchlać się na grobach poległych rodaków.

Dla nas ciekawe jest to, że Twitter.com stał się narzędziem zbrodni. Tak, narzędziem zbrodni, bo tak określono go w oficjalnych dokumentach.
Prosimy obejrzeć fragment z CNN, który przetłumaczyliśmy:


Warto chyba pokazać to wideo osobom, które mówią, że strach przed państwem policyjnym, inwigilacją i wszechobecnym monitoringiem ich nie dotyczy, bo nie zrobiły niczego złego. A kto wie, co napiszą kiedyś na Twitter.com, blop.pl, naszej klasie czy jakimś innym portalu społecznościowym, co może nie spodobać się władzy? Władza oczywiście wyśle funkcjonariuszy z kilkoma literami jakiegoś skrótu na kurtkach, a Ci znajdą w kuchni mikrofalówkę, szklane naczynia, okulary ochronne w schowku na narzędzia, a w szafce kuchennej mąkę, nadmanganian potasu i saletrę potasową do peklowania mięsa. Odsiadka i tortury jak w banku, bo zapytaliśmy na twitter.com czy znajomy ma więcej saletry, bo robimy zapasy na nadchodzący kryzys. Niemożliwe? Kto wie. Oczywiste jest bowiem, że jeśli raz uda się komuś wmówić, że twitter  i jemu podobne mogą stać się "narzędziem zbrodni", to nikt korzystający z takich serwisów nie będzie mógł się czuć niewinny i bezpieczny.

No i oczywiście pytanie na koniec. Czy ktoś jeszcze uważa, że policja nie czytuje rzeczy, które wypisujemy w internecie?



Żródła informacji (w języku angielskim):
agencji Reuters na temat G20.
Radio Wolna Europa na temat G20.
American Technology Corporation chwalą się pomocą przy "zaprowadzaniu pokoju"
Brytyjski Guardian o przestępstwie za pomocą twitter.com



Tagi: polityka, internet, prawo, wolność słowa, rząd światowy

skomentuj (1)

Referendum - czyli drobna ilustracja, jak działa demokracja. 2009-10-04

No i nareszcie stało się zadość... demokracji w Irlandii oczywiście. Euroentuzjaści obawiali się, że drugiego października w Irlandii może być marnie z demokracją, że obywatele, ponownie niedemokratycznie  zagłosują na Nie w sprawie Traktatu Lizbońskiego. Demokracja jednak zwyciężyła. 67,1% na Tak i 32,9% na Nie, przy frekwencji 58%.

My przyjrzymy się dziś dlaczego tak się stało, a przy okazji ponownie ujawnimy mechanizmy, którymi rządzi się obecna demokracja.

O tym jak doszło do wygranej zwolenników Traktatu Konstytucyjnego, można przeczytać np. na łamach irlandzkich gazet. Co ciekawe, krajowe media w Polsce, do momentu w którym nie wiadomo było, która ze stron irlandzkiego referendum przeważy, prawie całkowicie temat ignorowały. Daje to do myślenia, ponieważ wbrew pozorom, irlandzkie referendum dotyczyło nie tylko przyszłości Irlandii, lecz w dużej mierze przyszłości całej Europy.
Dziwne więc, że w Polsce pisało się w tym czasie o potrzebie taryfy ulgowej dla reżysera Polańskiego, który w młodości popełnił był czyn pedofilko-bestialski na terytorium USA. Albo, nagle stały się ważne wyznania i współczucia wobec obecnych kacyków w rangach ministrów, których przyłapano na kręceniu lodów, jakby to była jakaś nowość. Przecież z jakiegoś powodu obecne partie rozsiadły się w parlamencie i nie chcą go opuścić. Pewnie z miłości do ojczyzny, więc nie ma ich co za tę miłość podsłuchiwać, ścigać i karać. Mogłoby to przecież zrujnować życie niejednemu politykowi obecnego rządu i współpracującym z nimi "lobbystom".

Wróćmy jednak do spraw istotnych.
We wczorajszym artykule opublikowanym w Irish Times możemy przeczytać, jak zwolennicy traktatu świętowali nadchodzące informacje na temat wyników ponownego głosowania. Znajdujący się w sercu brukselskiej kwatery pub Kitty O'Sheas zajęli euroentuzjaści świętujący dobre dla nich wiadomości.
Ten sam Pub, który w czasie pierwszego referendum stał się Mekką przeciwników Traktatu, doświadczył transformacji gdy europejscy oficjele, wielu noszących koszulki ze sloganami kampanii i pomalowanymi twarzami, cieszyło się darmowymi drinkami, jedzeniem oraz karnawałową atmosferą.

Największe zielone koszulki nosili jednak irlandzcy oficjele zatrudnieni w trzech głównych unijnych instytucjach, odzwierciedlając trudności ostatnich 16 miesięcy, które upłynęły od głosu na Nie, w czerwcu 2008 roku.

"Bardzo mi ulżyło, że zagłosowaliśmy na Tak", mówi Aidan O'Sulllivan, 32 letni Irlandczyk pracujący w Parlamencie Europejskim.

"Odkąd zacząłem pracować w parlamencie, zauważyłem jak nasz głos na Nie wywołał niedowierzanie i szok pośród partnerów UE. Nie mogli zwyczajnie zrozumieć, dlaczego kraj z Europy, który radził sobie tak dobrze, zagłosował na Nie" - powiedział Pan O'Sullivan, który skorzystał z promocji darmowych przelotów firmy Ryanair i poleciał do domu by wziąć udział w głosowaniu.
...
Guy Verhofstadt, przywódca parlamentarnej grupy liberalnej, której członkiem jest Fianna Fáil, także świętował wyniki. Powiedział, że rząd stał się bardzo konstruktywny od momentu głosowania na Nie, dodając, że dla Irlandii nie będzie to miało w Brukseli negatywnych reperkusji.

"Nie było takiej możliwości z rządem, który głosowałby na Nie w sprawie Europejskiej Konstytucji. Irlandia dobrze zrobiła" - mówi.
...
Pierwszą wielką decyzją Irlandzkiego premiera (Taoiseach) Brian'a Cowen'a będzie nominacja dużego kalibru komisarza, i to szybko.
Ustalono już w Brukseli negocjacje pomiędzy prezydentem Komisji Europejskiej Jose Manuelem Borroso i innymi przywódcami na temat rozpowszechniania materiałów portfolio do jego nowego zespołu.

Pan Cowen, powinien formalnie zaproponować irlandzkiego kandydata jeszcze w tym tygodniu i zacząć lobbować na rzecz "dobrej roboty", która może pomóc Irlandii polepszyć jej wizerunek w Europie. Jednym z możliwych celów jest stanowisko nowej komisji noszące nazwę "innowacja, nauka i badania", które może nadejść z €50 miliardowym programem prac badawczo rozwojowych.


Ciekawe. Na podstawie tego artykułu można by stwierdzić, że najbardziej o demokrację w Irlandii obawiali się obecni pracownicy unijnych instytucji, bo któż nie obawia się nagłej utraty wysokich zarobków. Także politycy, dla których oczywiście najważniejszy jest wizerunek ich kraju w Europie. O trosce o strumienie Euro na przeróżne programy rozwoju tego i tamtego nie wspominamy, bo to sprawa oczywista.

Tak motywowani irlandzcy politycy i pracownicy parlamentu zakasali rękawy i zapewne ze zdwojoną siłą zaczęli przekonywać obywateli kraju, że tym razem warto zagłosować na Tak.

Ciekawą, trochę odmienną perspektywę tych działań opisała ta sama gazeta, jeszcze tego samego dnia, w słowach:

Przywódca Brytyjskiej Partii Niepodległość, Nigel Farage, który brał udział w debacie na temat irlandzkiego referendum, przekonując do głosowania na Nie, przyrównał referendum w sprawie Traktatu Lizbońskiego do skorumpowanych wyborów w Zimbabwe lub Afganistanie.
Poseł Europejskiego Parlamentu z Południowo Wschodniej Anglii mówił o "ścianie pieniędzy", która stała za kampanią na Tak, obwiniał także wyroki Sądu Najwyższego, oraz prawa nadawców radiowych i telewizyjnych o konspirację przeciw stronie anty-Lizbońskiej.
"Irlandczycy zostali przymuszeni do głosowania na Tak" - powiedział.

"Przyznaję, że jestem rozczarowany rezultatami, myślę, że cała sprawa jest parodią demokracji. Sposób w jaki zostało to pokierowane przypomina Zimbabwe albo Afganistan. Nie było to wolne i uczciwe referendum."

Pan Farage powiedział, że teraz Traktat Lizboński będzie zastosowany i doprowadzi do potężniejszej Unii Europejskiej, z której głosujący na Tak, będą rozczarowani, bo nie przyniesie ona ani miejsc pracy ani dobrobytu.

"Wydaje mi się, że historia kiedyś oceni ten dzień jako dzień, w którym krótki okres irlandzkiej niepodległości właśnie się zakończył," - powiedział Farage.
...
Pan Farage brał udział w kilku obszernych dyskusjach między zwolennikami Traktatu a jego przeciwnikami, m.in. Irlandzkim ministrem europejskim, Dick'iem Roche, który partię Pana Farage określił mianem "wywodzącej się z tej samej puli politycznych genów, co neofaszystowska Brytyjska Partia Narodowa (British National Party)."


Zawsze nas zastanawiało, jak chętnie wszelkiej maści socjaliści, czy to narodowi, czy też ponadnarodowi, przylepiają łatkę faszystów - którzy byli przecież narodowymi socjalistami właśnie - wszelkim przeciwnikom politycznym. Praktycznie każdemu, kto śmie używać w rozmowie słów "ojczyzna" i "niepodległość". Takie zabawne czasy, w których prawdziwi i zdeklarowani faszyści nazywają innych faszystami. Dla niepoznaki, by nie wyszła na jaw ich własna ideologiczna proweniencja.

Czy jest jednak możliwe, że Nigel Farage się myli? Być może Irlandczykom wcale nie kazano głosować na Tak. Może sami, z własnej i nieprzymuszonej, wolnej woli zagłosowali za traktatem, bo zwyczajnie zmienili zdanie? Dlaczego Nigel Farage przyrównał referendum w sprawie  Traktatu do skorumpowanych wyborów w Zimbabwe? Czy miał ku temu jakieś powody?
Na te pytania może odpowiedzieć artykuł opublikowany tydzień wcześniej w innej irlandzkiej gazecie, w dziale komentarzy i analiz "The Sunday Business Post".

To straszne dni dla irlandzkiej demokracji.

Od początku, Eurofederaliści byli wściekli, że mała Irlandia śmiała odrzucić Traktat Lizboński.

Tym razem byli zdeterminowani by wyciągnąć działa większego kalibru. Zakonspirowawszy przepchnięcie traktatu przez narodowe parlamenty, po tym, gdy demokratycznie odesłano ich z kwitkiem w sprawie Europejskiej Konstytucji, zostali zadziwieni, że Irlandczycy użyli niepodległości zagwarantowanej przez Irlandzką Konstytucję, by powiedzieć Nie.

Więc tym razem postanowili, że będzie inaczej i choć europejskie pieniądze nie mogły być wydane na narodowe referendum, przywołana duchem czasu, znienacka wylęgła się w Irlandii szeroka kolekcja grup pro-Lizbońskich.

Nie ma wątpliwości, że zwolennicy głosowania na Tak, potajemnie wydali duże sumy pieniędzy by naukowo zbadać wzrastające zaniepokojenie publicznych nastrojów w czasie eskalacji naszego kryzysu finansowego, postanowili wyborców wystraszyć, by Ci wystraszeni głosowali za Traktatem Lizbońskim.

Jako, że elektorat cierpiał na wizje znikających miejsc pracy, wzrostu kosztów i zapaści gospodarki, pomysł na to, by sprzedać mu informacje, iż odrzucenie Lizbony spowoduje, że sprawy będą miały się jeszcze gorzej, nie był niczym nadzwyczajnym.

Sprawa wyglądała prosto. Podtekstem kampanii na Tak było stwierdzenie, że nadchodzi finansowa katastrofa, więc nie stać nas na polityczne luksusy, włączając w to kłótnie nad federalizacją Unii Europejskiej.

Tak prosto to zrealizowano i było to efektywne w takim samym stopniu jak było fałszywe.

Nawet w tygodniu, w którym UE, by przenieść miejsca pracy firmy "Dell" z Limerick do Łodzi, zatwierdziła olbrzymią pożyczkę dla polskiego rządu, zwolennicy Tak dla traktatu, nadrabiali bezczelnością ciągoty globalizacyjnych ambicji Lizbony.

Niesamowite jest, że nawet irlandzkie związki zawodowe zdają się nie zauważać, że dla "międzynarodowców" Lizbona daje znak ku większej gonitwie do dna w sprawie wynagrodzeń i warunków pracy. W rzeczy samej, jeśli Europa powiększy się ponad możliwość naszego veto, jeśli Lizbona się wypełni, możemy spodziewać się, że w ciągu kolejnych pokoleń, w Chorwacji, Turcji i na Ukrainie nastaną wyrobnicze warunki pracy.

Irlandzka elita władzy politycznej, także przywołała wszystkich zwolenników.

Fascynujące było oglądanie olbrzymiej grupy osób, które cieszą się gigantycznymi pensjami na koszt podatnika, będąc członkami licznych organizacji pozarządowych, którzy z pieśnią na ustach przyszli posilić się przy stole.

Wypuszczono na scenę nawet klownów - sławne osobistości z towarzystwa: byłe gwiazdy sportu, które handlują dziś używanymi samochodami, piosenkarzy i aktorów, którzy wspólnie cieszyli się z ich 15 minut sławy i rozgłosu.

Ale ponad tym wszystkim, rozwój innych wydarzeń podniósł poważną kwestię irlandzkiej demokracji. Dwie międzynarodowe korporacje - Ryanair oraz Intel - wydają olbrzymie sumy na kampanie zachęcające do głosowania na Tak. To, że obie w dużym stopniu są politycznymi analfabetami oraz, że obie firmy potrzebują europejskiej chęci czynienia dobra, nie powinno zmniejszać naszego zaniepokojenia.

Od kiedy to bowiem międzynarodowe koncerny przykładają wagę i wykładają środki w sprawach rangi narodowej, ważnych dla wewnętrznej polityki Irlandii? Czy staliśmy się europejskim Hondurasem? Osiągnęliśmy punkt w europejskiej demokracji, w którym szefowie mogą mówić pracownikom jak mają głosować?
...
Ryanair i Intel przeznaczyły 700 tyś. Euro na kampanie poparcia Traktatu Lizbońskiego, a olbrzymi wkład finansowy leje się także z Europy. Według gazety Times w Londynie, jeden z lobbystów, Eamonn Bates, wysłał pocztą elektroniczną do swoich lobbystycznych firm w całej Europie, informacje, że zbiera datki wysokości do 30 tyś Euro, by wspomóc kampanie pro-Lizbońską.

Inna organizacja, założona przez Irlandczyków zatrudnionych w Brukseli, którzy chcieli by Irlandia powiedziała Tak dla Traktatu, planowała wydać 500 tyś Euro na reklamę.

W sumie, byłoby możliwe dokładne obliczenie kosztów potrzebnych do obalenia niepodległości jak wyrażono to w ostatnim referendum.

W tych dniach odeszliśmy od europeizacji w kierunku jakiejś formy euro-kolonializmu, w którym ci, którzy przeciwstawiają się planom euro-federalizacji, przykrywani są obszerną i kosztowną kampanią, której celem jest wystraszenie i podkopanie elektoratu.

Powinniśmy rozmawiać o tym czym jest Traktat Lizboński II. Teraz już wiemy, że jest kluczem do wyzwolenia europejskiego projektu, który za mniej niż jedno pokolenie raz jeszcze zrobi z nas kraj mały i bez znaczenia. Ot, kolejny dodatek do obszernego globalnego przedsiębiorstwa. Jego ambicje nie są mniej imperialne, niż ambicje poprzedniej europejskiej generacji i mimo iż język, którym się posługują, mógł się zmienić, ich  polityczne cele pozostały niezmienne.

Ostatecznie chodzi o wyłonienie się Zjednoczonych Stanów Europy, koniec końców, w przyszłości jako światowej potęgi, obok Chin i Indii. Główną bronią będzie zjednoczona siła okiełznanego rynku, sprzymierzona z wielokulturowością, by zapewnić rynek taniej siły roboczej, a wszystko to w nastroju sekularyzacji i neoliberalizmu.

Przede wszystkim widać dziś, że chodzi o rezygnację z demokracji - lokalnej lub narodowej - w próbie powołania do życia "euro-pantokracji" w której nie tak znowu inaczej niż w dawnym sowieckim systemie, nie ogranicza się wyborów, a jedynie opcje, na które można głosować. Nim miną jedno lub dwa pokolenia, Europa Renesansu i cały jej geniusz, który tak dogłębnie ukształtował naszą europejską cywilizację, może zostać zmieciony.

Wszystko co jest do tego wymagane to, by irlandzki robol zapomniał instynktów, że polityka to sprawa lokalna i w piątek ruszył w kierunku komisji wyborczej, z ceną za własną duszę (może znowu będziemy to nazywać królewską łapówką) we własnym ręku. Oczywiście nie byłby to pierwszy raz w naszej historii, kiedy kupiono by nas tak łatwo. Ale przynajmniej byłby to już ostatni raz, kiedy jeszcze zachodziłaby taka potrzeba.


Powyższy, cytowany artykuł wyraża wiele myśli, których nie udałoby się nam lepiej wyrazić.
No cóż, szkoda nam Irlandii. Autor pisząc te słowa 27 września nie wiedział jeszcze jaki będzie wynik referendum. My już wiemy.

W ogóle, teksty które dziś cytujemy wskazują na jeden ważny element o którym pisaliśmy wcześniej, poruszając temat demokracji i wyborów w naszym kraju.
Chodzi o manipulację.
O tym, czym jest manipulacja, jak działa i czy była stosowana w czasie wyborów w Polsce, pisaliśmy już wcześniej.
Teraz dodamy jedynie, że na dzień dzisiejszy wydaje się, iż jedynym sposobem dokonania zmiany w otaczającym nas systemie politycznym, jest dosłowne odłączenie ludzi od sycącej ich propagandowej pożywki. Mamy na myśli odłączenie ludzi od zatruwających ich umysły mediów, bo to one pozwalają w ciągu 16 miesięcy dokonać skrajnych zmian w przekonaniu kontrolowanych mas.

Jeśli udałoby się takiego odłączenia dokonać, świat stałby się zapewne normalniejszym miejscem. Teatr natomiast, na scenie którego występują politycy i osoby z towarzystwa, sterowane sznurkami oligarchicznych grup, niezależnie od wydanych na manipulacje pieniędzy, przestałby mieć jakiekolwiek znaczenie dla nieobecnego na widowni widza. Osobistości i autorytety ważne dziś dla milionów telewidzów, bez pomocy świecących hipnotycznie ekranów, stałyby się nikim ważnym, nikim, kto zasługiwałby na posłuch, nikim, kto miałby prawo mówić co należy myśleć.

Ocknięcie się z transu nie jest niemożliwe: 3, 2, 1...
pstryk!


Żródła informacji (w języku angielskim):
Irlandzki Times na temat świetowania głosowania na Tak.
Irlandzki Times - referendum w Irlandii jak wybory w Zimbabwe.
The Sunday Business Post - o kampanii przed referendum.



Tagi: polityka, manipulacja, ue, indoktrynacja, propaganda

skomentuj (8)

Anormalne zachowania, także podczas blogowania. 2009-09-25

Czy w Polsce mówi się o tym, że Unia Europejska wydaje miliony funtów na rozwój orwellowskich technologii? Technologii zaprojektowanych by przeszukiwać internet i obrazy z kamer monitoringu w poszukiwaniu np. "anormalnych zachowań"? Brytyjskie, internetowe wydanie Telegraph opisuje ten temat, a przy okazji uzmysławia nam jeszcze kilka inne rzeczy.

Pięcioletni program badawczy o nazwie Projekt Indect, ma na celu stworzenie komputerowego programu, który działa jak "środki" do monitorowania procesów informacyjnych ze stron WWW, forów dyskusyjnych, serwerów z plikami, sieci P2P, a nawet indywidualnych komputerów.

Głównym celem jest także "automatyczna detekcja zagrożeń anormalnych zachowań oraz przemocy".

Projektem Indect, który otrzymał z Unii Europejskiej środki w wysokości 10 milionów funtów, zajmują się Policyjne Służby Irlandii Północnej oraz naukowcy z Uniwersytetu w York, a także ich koledzy z dziewięciu innych krajów europejskich.

Shami Chakrabarti, dyrektorka grupy Liberty,  zajmującej się prawami człowieka opisała wprowadzenie techniki tak masowej inwigilacji jako "ponury krok" w każdym kraju, dodając, że gdy pomyślimy o tym w skali europejskiej, to "dreszcze przechodzi po plecach".

Badania projektu Indect, które rozpoczęto w tym roku, pojawiły się w czasie, gdy Unia Europejska stara się forsować rozszerzenie własnej roli w walce z przestępczością, terroryzmem i zarządzaniem przemieszczania się, zwiększając wydatki budżetowe na tych polach o 13.5%, czyli do blisko 900 milionów funtów.

Komisja Europejska wzywa do stworzenia w całej europie "wspólnej kultury" wymiaru sprawiedliwości, a także, by w przeciągu następnych pięciu lat 1/3 sił policji samej tylko Wielkiej Brytanii - czyli ponad 50 tysięcy oficerów - przeszła trening z zagadnień ogólnoeuropejskich.

Jak podaje grupa Open Europe, zwiększanie nacisku na współpracę i współdzielenie się danymi wywiadowczymi oznacza, że europejskie siły policyjne otrzymają dostęp do poufnych informacji znajdujących się w posiadaniu brytyjskiej policji, włączając w to bazy danych DNA.
Oczekuje się także, że liczba brytyjskich obywateli wydanych w ramach ekstradycji w wyniku kontrowersyjnego europejskiego nakazu aresztowania potroi się.

Stephen Booth, analityk organizacji Open Europe, który pomagał w stworzeniu akt na temat planów europejskiego wymiaru sprawiedliwości powiedział, że rozwój i projekty takie jak Projekt Indect brzmią Orwellowsko i wywołują poważne pytania na temat wolności jednostki.

"W mojej książce, to całkiem przerażające rzeczy. Te projekty związane byłyby z ogromnym naruszeniem prywatności, a obywatele muszą zadać sobie pytanie, czy UE powinna wydawać ich podatki na takie rzeczy" - powiedział.

"UE brakuje wystarczających możliwości kontroli oraz wyważenia, i nie ma dowodów, że ktokolwiek kiedykolwiek zadał pytanie "czy leży to w najlepszym interesie naszych obywateli?""

Panna Chakrabarti twierdzi, że: "inwigilacja całej populacji zamiast monitorowania podejrzanej jednostki jest mrocznym krokiem w każdym społeczeństwie.
Jest to już wystarczająco niebezpieczne na poziomie narodowym, jednak na skalę ogólnoeuropejska mrozi krew w żyłach."


Według oficjalnej strony internetowej Projektu Indect, jego głównym celem jest m.in. "stworzenie platformy do rejestracji i wymiany danych operacyjnych, pobierania zawartości multimedialnych, inteligentne przetwarzanie wszystkich informacji i automatyczne wykrywanie zagrożeń oraz rozpoznawanie anormalnych zachowań lub przemocy".

Na stronie mówi się o "konstrukcji czynników przypisanych do nieustanego i automatycznego monitoringu publicznych źródeł takich jak: strony internetowe, fora dyskusyjne, grupy usenet, serwery plików, sieci p2p a także osobiste systemy komputerowe, budowa opartego na internecie systemu gromadzenia danych wywiadowczych, który byłby jednocześnie aktywny i pasywny".

Strona internetowa departamentu nauk komputerowych na uniwersytecie w York wyszczególnia, że jego zadanie będzie rozwijać "obliczeniowe techniki lingwistyczne gromadzenia informacji i nauki z sieci.
Skupiamy się nad nowymi technikami indukcji znaczenia słów, rozwiązania tożsamości, wydobywania związków, analizy powiązań socjalnych oraz analizy uczucia."

 
Inny projekt fundowany przez Unię Europejską nazywa się "Adabts - Automatic Detection of Abnormal Behaviour and Threats in crowded Spaces", co można przetłumaczyć jako "Automatyczne Wykrywanie Anormalnych Zachowań i Zagrożeń w zatłoczonych Miejscach" - otrzymał prawie 3 miliony funtów. Projektem zajmują się Szwedzi, lecz wśród partnerów projektu znaleźć można brytyjskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oraz firmę BAE Systems.

Naukowcy starają się stworzyć model "podejrzanego zachowania", by mógł być on automatycznie wykryty przy pomocy kamer monitoringu oraz innych metod inwigilacji. System analizowałby ton ludzkiego głosu, mowę ciała i śledził jednostki w tłumie.

Koordynator projektu, Dr Jorgen Ahlberg ze Szwedzkiej Agencji Badań Obronnych powiedział, że pomaga to operatorom kamer monitoringu w zauważeniu, że zaczynają się kłopoty.

"Ludzie zazwyczaj nie zaczynają się bić z sekundy na sekundę" - mówi.
"Zaczynają najpierw się sprzeczać i wzajemnie popychać. Nie chodzi o to, że "och, popychacie się, powinniście zostać aresztowani", lecz o to, by zaalarmować operatora, że coś się dzieje.
Jeśli byłoby to w centrum handlowym, to można by wysłać ochronę w miejsce sprzeczki i być może zapobiec bójce."


Organizacja Open Europe wierzy, że dane wywiadowcze zebrane przez Indect oraz inne tego typu systemy może być używana przez mało znany oddział - "EU's Joint Situation Centre" co przetłumaczylibyśmy jako Wspólne Centrum Sytuacyjne Unii Europejskiej, w skrócie SitCen, które jak się uważa jest "faktycznie zaczątkiem europejskich tajnych służb".
Krytycy twierdzą, że może się ono przeistoczyć w "europejskie CIA".

Akta mówią: "SinCen zostało stworzone w calu monitorowania oraz oceny światowych wydarzeń i sytuacji 24 godziny na dobę ze szczególnym uwzględnieniem regionów potencjalnie kryzysowych, terroryzmu oraz rozprzestrzeniania się broni masowego rażenia.
Jednakże od 2005 roku SitCen używany był do dzielenia się informacjami antyterrorystycznymi.

Rosnąca rola SitCent powinna wzbudzać obawy, ponieważ ciało to spowite jest dużą tajemnicą.

Rozszerzenie tego, co faktycznie jest zaczątkiem tajnych służb Unii Europejskiej powoduje podniesie w krajach członkowskich podstawowych kwestii na temat politycznej kontroli."


Nadinspektor Gerry Murray z Służb Policji Irlandii Północnej powiedział, że główną rolą służb policyjnych byłoby testowanie, czy system, który jak mówi, może pracować w skali krajowej lub w skali ogólnoeuropejskie, byłby wartym uwagi narzędziem dla policji.

"To wszystko jest obecnie bardzo naukowo-teoretyczne. Nasz budżet się kurczy, kurczą się nasze zasoby ludzkie, a my zwracamy się w stronę technologii informatycznej, która pozwoliłaby nam w ciągu pięciu lat zredukować przestępczość i pomogła w walce z gangami." - mówi.

"W ramach Projektu Indect, istnieje etyczna komisja, który przygląda się: czy jest to dozwolone w ramach prawa, które może użyć tej technologii i ją kontrolować, i czy jest to zgodne z prawami człowieka"


No kur... ka wodna, jaka ulga!
Gdyby nie ta komisja, to chyba byśmy się czuli, jakby wokół nas działo się coś niedobrego. Coś bardzo niedobrego.

Czy Państwo też doznali takiego wrażenia czytając ten artykuł?

Nie, nie mówimy tu nawet o opisanych w artykule komputerowych projektach, bo nie takie programy  pisują studenci informatyki w różnych zakątkach świata.

Po co Wspólnotom Europejskim takie technologie?
Żeby walczyć z gangami? W internecie i w zatłoczonych miejscach?
Przecież to niedorzeczne.

Ale zauważmy tu rzecz najważniejszą, którą nasze umysły dość skrzętnie odpychają, bo nie jesteśmy jeszcze przyzwyczajeni do myślenia w takim wymiarze.

Otóż artykuł nie mówi tutaj o działaniach brytyjskiej, irlandzkiej czy niemieckiej policji. Artykuł mówi o działaniach policji w Europie.
Widzą Państwo niecodzienną zmianę perspektywy?
Zazwyczaj w znajdowanych przez nas artykułach mówi się o siłach policji z danego kraju.
Tutaj mowa o działaniach na skalę Europejską.

Czy którykolwiek z miłośników, fanów i obrońców Traktatu Lizbońskiego potrafi powiedzieć nam, po co Unii Handlowej (bo przecież Unia nie stanie się ich zdaniem superpaństwem), zawartej pomiędzy kilkunastoma państwami, że wydaje na nie nasze miliony funtów na programy komputerowe do śledzenia nas i naszych zachowań w internecie i rzeczywistości tej prawdziwej?

Po co Unii handlowej jej własne siły policyjne? Nie wystarczą działania i współpraca policji z krajów członkowskich?

Do czego będą służyły Unii handlowej jej własne tajne służby?

I wiedzą Państwo co?
Otóż, tu właściwie nam się włos zjeżył na głowach, bo my tu sobie wypisujemy jeszcze całkiem niedawno na blogu o jakimś tam Traktacie Lizbońskim, pułapkach w nim zawartych itd., a to wszystko w sumie to wielka ściema i mało istotne sprawy.
Przepraszamy, że zajęliśmy Państwu czas.
Traktat to zasłona dymna dla naiwnych.

Drogi czytelniku, niezależnie od wszelkich wyborów, referendów i tzw. woli ogółu, ludzie stojący za realizacją projektu o nazwie Zjednoczone Stany Europy forsują jego realizację.
Świadczy o tym choćby rosnące znaczenie takich agencyjek jak SitCen.

Może dziennikarz kłamał i znaczenie SitCen wcale nie rośnie?

Sprawdźmy. Jak można przeczytać w piśmie przewodnim dotyczącym Rady Europejskiej w Brukseli, z dnia 16-17 grudnia 2004 r. - konkluzje Prezydencji, w którym Rada Europejska (strona 10, punkt 28) "z zadowoleniem przyjęła zweryfikowany plan działań UE... w sprawie zwalczania terroryzmu..."

SitCen pierwotnie miało: (dalej - strona 11)  "... przedstawiać Radzie analizy strategiczne dotyczące zagrożeń na podstawie informacji wywiadowczych służb krajowych"

Powyższe pismo, to jedno z nie tak znowu wielu, jak na internet, tekstów z informacją o SitCen.

W Polsce np. raz wymienia tę nazwę Dyrektor Departamentu Unii Europejskiej i Współpracy Międzynarodowej w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji Małgorzata Kutyła, w dniu 16 lutego 2006 podczas obrad Komisji Spraw Unii Europejskiej, co znaleźliśmy w nieautoryzowanym stenogramie. Chodziło pokrótce o projekt stanowiska rządu w sprawie "przekazywania informacji pochodzących z działalności służb bezpieczeństwa i wywiadu w zakresie przestępstw terrorystycznych."
Pani dyrektor wymienia SitCen jako centrum, które istnieje w Unii Europejskiej funkcjonując przy Sekretariacie Generalnym Rady Unii, które "przygotowuje różnego rodzaju analizy dotyczące zagrożeń w zakresie walki z terroryzmem".
To był rok 2006.

Więcej o SitCen można było dowiedzieć się od posłów parlamentu, tylko niestety, brytyjskiego.
Niejaki John Jayes poprosił brytyjskiego Sekretarza Stanu Departamentu Spraw Wewnętrznych, by napisał oświadczenie na temat roli, jaką SitCen pełni w Unii Europejskiej. Było to 27 czerwca 2005 roku. Sekretarz nie miał wyjścia, odpowiedzieć musiał. I bardzo dobrze, bo nie uwierzą Państwo, ale większość wiedzy na temat SitCen bierze się właśnie z tego jednego, jedynego oświadczenia brytyjskiego polityka.
Nawet cytowany artykuł, a także wypowiedzi członków organizacji Open Europe cytują z z oświadczenia Sekretarza Charles'a Clarke'a:
"SitCen" monitoruje i poddaje ocenie wydarzenia i ogólnoświatowe sytuacje 24 godziny na dobę, ze szczególnym uwzględnieniem regionów potencjalnie kryzysowych, terroryzmu oraz rozprzestrzeniania się broni masowego rażenia. SitCen zapewnia także pomoc dla Wysokich Reprezentantów UE, Specjalnych Reprezentantów oraz innych starszych oficjeli, a także pomoc operacjom zarządzania kryzysowego UE.

SitCen podzielony jest na trzy jednostki: Civilian intelligence Cell (CIC) - Cywilną Komórkę Wywiadowczą, w skład której wchodzą analitycy wywiadu cywilnego pracujący nad wydarzeniami politycznymi i antyterrorystycznymi; General Operations Unit (GOU) - Naczelną Jednostę Operacyjną, zapewniającą całodobową pomoc operacyjną, badawczą oraz analizę niewywiadowczą; Communications Unit - Jednostkę Komunikacyjną, która zajmuje się sprawami bezpieczeństwa komunikacji i działaniami centrum komunikacyjnego Rady (ComCen).

Stworzenie możliwości analizy antyterrorystycznej w ramach CIC, które aktywowano 1 lutego 2005 roku, było głównym aspektem rozwoju SitCen od czasu ataków 11 marca w Madrycie..."

A jak sprawy mają się dziś?
Nie wiedzielibyśmy, bo rzeczywiście w temacie SitCen wszystko jakoś się utajnia i staje niejawne, gdyby nie całkiem świeży tekst na stronie należącej do jednej z firm należących do globalnej korporacji IHS Global Limited, która zajmuje się takimi dziedzinami jak energia, środowisko i bezpieczeństwo.

Na stronie Jane's Information Group, należącej do IHS firmy wydawniczej, specjalizującej się w tematyce militarnej, czytamy taki oto artykuł z 24 sierpnia tego roku.:

"William Shapcott - dyrektor SitCen Unii Europejskiej.
Obecnie składający się z ponad 100 pracowników (w większości są oni stałymi urzędnikami UE posiadającymi zezwolenia kontroli bezpieczeństwa o wysokim poziomie) SitCen przestał już pełnić swą pierwotną rolę przekazywania informacji wywiadowczych o obcych wydarzeniach politycznych, poszerzając swoją pracę o anty-terroryzm, przeciwdziałanie rozprzestrzenianiu się broni masowego rażenia oraz wspomaganie misji.

William Shapcott, były dyplomata w brytyjskim biurze Spraw Zagranicznych, powiedział: "Nasza praca to osiągnięcie wysokiego poziomu powszechnego zrozumienia tematu w całej Unii Europejskiej, używając najlepszej, dostępnej nam, opartej na wywiadzie, analizy. W temacie anty-terroryzmu, wiele krajów członkowskich nie ucierpiało nigdy z powodu ataków, więc naszą rolą jest przekazanie wiedzy innym"

Potwierdza to niestety obawy organizacji Open Europe oraz krytyków SitCen, że tajna i niejawna działalność rozwija się, przekształcając zwykłe centrum przekazywania informacji w rodzaj wywiadowczej agencji.

A teraz ważne naszym zdaniem pytanie.
Czyż robiliby to nie mając pewności, że w przymusowym procesie jednoczenia Europy pod ich dyktatem, wszystko pójdzie po ich myśli? Czy nie oznacza to, że wszystkie te referenda to jedynie zabawa? Zabawa w kotka i myszkę, która wiadomo jak musi się skończyć.

Może mamy dziś zły dzień i nieuzasadnione czarne myśli kłębią się ponad naszymi głowami, ale wydaje nam się, że powstanie superpaństwa europejskiego jest w sumie nieuchronne. Nawet jeśli Irlandia zagłosuje na Nie, nawet jeśli nie uda im się sfałszować tam referendum, to dziś wydaje nam się, że cwaniacy pokroju Borroso jakoś to obejdą i Super Europa, z jej własną flagą, hymnem, policją, wojskiem i CIA, które już przecież istnieją, nabierze mocy prawnej wprost przed naszymi oczyma. Tu i teraz.

Ktoś powie, że Siły zbrojne Europy nie istnieją i dobiero zapisane są w traktacie itd..
No cóż, może cały ten Europrzekręt polega na tym, że najpierw robią swoje, a później coś tam niby poddają pod jakieś głosowania parlamentów, ogłaszają referenda czy inne przedstawienia, a w cieniu dalej robią swoje.

Wystarczy zajrzeć nawet do wikipedii, gdzie niestety polska notka na temat Europejskich Sił Zbrojnych jest niezmiernie enigmatyczna. Angielska za to zawiera konkretne informacje. Można także gdziekolwiek indziej poszukać, czym jest EUFOR. Jeśli ktoś nie wierzy wikipedii i czytanym tekstom, to na stronie Instytutu Spraw międzynarodowych i Europejskich może zobaczyć filmik z wypowiedziami nt. działań EUFOR.

Nie będziemy przedłużać tego wpisu, bo albo Państwu, albo nam puszczą nerwy, a to odbiera możliwość obiektywnej oceny.

Pozostawimy więc Państwa sam na sam z informacjami.


Żródła informacji (w języku angielskim):
Artykuł o śledzeniu w internecie i na ulicy w brytyjskim Telegraph.
piśmo przewodnie dotyczące Rady Europejskiej w Bukseli z 2004 roku.
stenogran z obrad Komisji Spraw Unii Europejskiej w 2006 roku.
brytyjski Sekretarza Stanu Departamentu Spraw Wewnętrznych odpowiada na temat SitCen.
William Shapcott, dyrektor SitCen Unii Europejskiej - strona Jane's Information Group
EUFOR - na wikipedia po polsku, i znacznie więcej po angielsku
EUFOR na stronie Instytutu Spraw międzynarodowych i Europejskich.



Tagi: internet, ue, nowe technologie, monitoring, inwigilacja

skomentuj (16)

Kosmetyczne zmiany. 2009-09-24

Ponieważ wiemy, że część ludzi zniechęca się stając przed perspektywą przeczytania dłuższego tekstu, dlatego poszerzyliśmy kolumnę z wpisami, co optycznie blog trochę skróci i zmniejszy potrzebę przewijania strony.
Szerokość przystosowana jest do rozdzielczości 1024x768 i wyższej. Przepraszamy użytkowników przeglądających internet w mniejszej rozdzielczości, sami od czasu do czasu do nich należymy, ale lewa kolumna z tekstami nadal mieści się w rozdzielczości 800x600, więc zmiany nie powinnoy zbytnio przeszkadzać w lekturze.

Dodatkowo, ometkowaliśmy (otagowaliśmy) wszystkie 127 artykułów, które napisaliśmy od początku prowadzenia tej strony, co pozwoli w nowo umieszczonej "chmurze tagów" w prawej kolumnie, łatwiej znaleźć wpis na temat któregoś z wyszczególnionych zagadnień.

Zamieściliśmy również odnośniki miejsc w internecie, z których korzystamy. Na serwisach twitter i blop można śledzić wiadomości z polskiej prasy, które pojawiają się także tutaj w dziale "orwellizacja w kraju i na świecie". Odnośnik youtube to kanał wideo z filmami, które wykorzystujemy w tekstach na blogu.

Mamy nadzieję, że po tych zmianach blog będzie bardziej czytelny, a zamieszczane na nim informacje łatwiejsze do pozyskania.

Wszelkie uwagi na temat zmian, są mile widziane w komentarzach.

skomentuj (13)

Nadmiar seksu, płci iskrzenie powodują ocieplenie! 2009-09-21

Globalnym ociepleniem straszy się ludzkość od kilkudziesięciu lat. Niestety, w ostatnim dwudziestoleciu temat ten, tak jak i kilka innych tematów mających na celu wywołanie strachu i poczucia niepewności, jest bardzo nagłaśniany i popularyzowany medialną propagandą, sponsorowaną przez osoby i instytucje, których żywotne interesy zależą zapewne od olbrzymiej, światowej, urzędniczej machiny uruchomionej specjalnie w celu walki z tym, nie spowodowanym lecz wymyślonym przez człowieka, "problemem".

Niedawno na łamach brytyjskiego "Telegraph" opublikowano krótki artykuł.
Czytamy w nim, że zgodnie z badaniami London School of Economics, antykoncepcja jest prawie pięć razy tańsza, jako środek zapobiegający zmianom klimatu, niż konwencjonalne tzw. zielone technologie.

Każde 4 funty brytyjskie wydane na planowanie rodziny w ciągu następnych czterech dekad zredukowałyby globalną emisję CO2 o ponad tonę, gdy tymczasem należałoby wydać 19 funtów brytyjskich na zielone technologie, by uzyskać taki sam rezultat.
Raport noszący tytuł "Mniej emitujących, mniej emisji, niższy koszt” stwierdza, że planowanie rodziny powinno być postrzegane jako jedna z głównych metod redukcji emisji CO2. Organizacja Narodów Zjednoczonych zakłada, że 40% wszystkich ciąż na świecie jest nieplanowanych.
Jeśliby sprostać podstawowym potrzebom planowania rodziny, oszczędzono by 34 miliardy ton CO2. Jest to równowartość sześciokrotnej emisji USA i prawie sześćdziesięciokrotnej rocznej emisji Wielkiej Brytanii.

Roger Martin, przewodniczący Organizacji "Optimum Population Trust" działającej w ramach London School of Economics, powiedział: "Od zawsze wiadomo było, że całościowa emisja zależy od ilości tych, którzy emitują oraz ich indywidualnej emisji. Tonażu węgla nie da się zmniejszyć kiedy zwiększa się populacja."

Dane Organizacji Narodów Zjednoczonych sugerują, że osiągnięcie tych nieosiągniętych potrzeb dotyczących planowania rodziny wymagałoby zredukowania nieplanowanych urodzin o 72%, redukując spodziewaną na rok 2050 populację świata o pół miliarda do 8.64 miliardów.

Wyniki badań zostały opublikowane w dniu, w którym doradca brytyjskiego rządu do spraw zmian klimatu, brytyjska Komisja do spraw Zmian Klimatu ostrzegały domostwa i przemysł, że planowana 80% redukcja emisji prawdopodobnie okaże się niewystarczająca.

Krótki artykuł, lecz jakże wymowny, prawda?

Dotarliśmy do oryginału raportu, który można pobrać w formacie pdf tutaj.
Osoby niezorientowane powinny wiedzieć, że za ładnie brzmiącym eufemizmem "planowanie rodziny", kryje się tak naprawdę nie tylko seksualna abstynencja, używanie pigułek, prezerwatyw i innych środków antykoncepcyjnych, ale wymieniane także w raporcie sterylizacja oraz aborcja (kolejny eufemizm).
Nie wiemy jaką uczelnią jest London School of Economics, w ramach której takiego rodzaju raporty sponsoruje  organizacja Optimum Population Trust, jednak czytając wypowiedź Pana Rogera Martin'a, mamy wrażenie, że z poziomem uczelni nie jest najlepiej. Trochę już przyzwyczajamy się, że dziś na uczelniach wyższych granty na wieleset tysięcy dolarów dostają "naukowcy", którzy miesiącami wnikliwie badają zależność między prędkością wyciekania ketchupu z butelki a jego gęstością. Mimo wszystko każdy kolejny przykład takich naukowych działań potrafi nas zadziwić.
"Od zawsze wiadomo było, że całościowa emisja zależy od ilości tych którzy emitują oraz ich indywidualnej emisji."
Zapierające dech w piersiach! "Od zawsze wiadomo"... a później tak proste wskazanie przyczyn problemu. Genialne! Ciekawe ile kosztowało stworzenie tego raportu.
Naprawdę cieszymy się , że London School of Economics (LSE) nie obarczono zadaniem walki z wypadkowością na drogach naszego świecie.
Dlaczego?
Bo zgodnie z logiką i pomysłowością umysłów przygotowujących raporty w LSE, by zmniejszyć ilość wypadków na drogach, należałoby do roku 2050 zezłomować 70% wszystkich sprawnych samochodów na świecie.
A najlepiej wszystkie, wtedy sukces byłby murowany.

Tak na poważnie, to co tu dużo pisać, banda idiotów z dyplomami, która w kosztownych raportach wypisuje rzeczy oczywiste, posługując się w tym wszystkim pokrętną logiką.
Gdyby mogli, wytłukliby nas wszystkich tylko po to, by wyeliminować "emitery" CO2.

My mamy dla nich złą wiadomość.
Często słyszy się z ust tzw. ekologów o tragicznej i alarmującej sytuacji lodowców, topniejących śniegach i masowym kataklizmie, który spotka ludzkość, gdy owe lody stopnieją i powstała z nich woda zaleje zamieszkałe kontynenty.
Nie każdy wie, ale arktyczna pokrywa śnieżna, satelitarnie monitorowana jest jedynie od 1979 roku. Przyznają Państwo, że jest to drobny ułamek czasu jak na badania zjawisk w skali globu.
Oczywiście nie jesteśmy pracownikami żadnego Narodowego Centrum do badań nad lodem i śniegiem, jednak wydaje nam się, że przy tak znikomej (w skali zjawiska zmian klimatu) ilości danych, ze 100% pewnością można jedynie stwierdzić, że pokrywa śnieżna ma zmienną naturę w czasie, tzn. jej wielkość nie jest stała.
Jeśli jednak ktoś sieje panikę wykrzykując, że człowiek powoduje globalne ocieplenie, za które trzeba mu nałożyć podatek od CO2, bo pokrywa śnieżna się topi, to można oczywiście użyć jego własnej broni, by wykazać, że nie ma on racji, a podatek od emisji CO2 jest jedynie próbą odebrania ludziom ich pieniędzy, zarobionych ciężką pracą.

Kilka dni temu National Snow and Ice Data Center (NSIDC, co można przetłumaczyć jako Narodowe Centrum danych na temat Śniegu i Lodu - rządowa instytucja Amerykańska), które przy częściowej współpracy z NASA zajmuje się obserwacją i archiwizacją danych na temat pokrytych śniegiem arktycznych regionów, ogłosiło ostatnie wyniki pomiarów.
Wyniki pokazują, że: "Tego roku minimalny zakres pokrywy śnieżnej i lodu nie opadł aż tak nisko jak minima z ostatnich dwóch lat, ponieważ temperatury w ciągu lata były relatywnie niższe."

Zawsze wydawało nam się, że ocieplenie oznaczało, iż robi się cieplej, a już szczególnie jeśli wywoływałaby je jakaś ciągła działalność człowieka (np. emisja CO2), wzrost temperatur powinien wykazywać podobną tendencję.
Jednak głoszenie tak niepopranych twierdzeń w świecie naukowym może dziś pozbawić naukowca nie tylko kolegów, ale i cennych środków na kontynuację badań, zobaczmy więc jak sprawnie z interpretacją danych, o ochłodzeniu klimatu w ciągu ostatnich dwóch lat, radzą sobie naukowcy z NSIDC: "Gdy minimalny zakres tegorocznej pokrywy śnieżnej jest większy niż w ciągu ostatnich dwóch lat, to jednak naukowcy nie biorą tego pod uwagę jako oznaki powiększania się pokrywy śnieżnej." I tu wykazują, że obecne wyniki i tak są o 24% poniżej średniego wyniku z lat 1979-2009.

Oczywiście naukowcy mają prawo tak sobie interpretować odczytane wyniki, jednak kiedy zaczynamy podawać dane w uśrednieniach, to wchodzimy w dziedzinę bardziej statystyki niż badań na konkretnych wartościach.
Bo statystyka to taka specyficzna dziedzina, w której realiach człowiek i jego pies mają statystyczne po 3 nogi.
O ile statystyka pozwala spojrzeć na pewne mechanizmy ze specyficznego punktu widzenia, o tyle w badaniach dotyczących realnych zjawisk, gdzie liczą się konkretne wyniki, może następować istotna rozbieżność między wynikami statystycznymi a rzeczywistością. Ale, może porównywanie statystycznych wyników z obecnymi odczytami ma dla nich jakiś sens. Mają do tego oczywiście prawo.

Zastanawia nas jedynie, czy naukowcy uzgodnili już jaki będzie musiał być przyrost i przez ile lat powinien on następować, by uznali oni powiększanie się pokrywy śnieżnej za oznakę jej powiększania się.

Tak czy inaczej, dla tych, którzy nadal czują przerażenie, że ich miasta zostaną zalane falami wzbierającego Bałtyku informacja o przyroście obszarów lodowca, które nie zostały uznane za przyrost lodowca powinny być raczej wiadomością dobrą.

Dodatkowo, o czym straszący ekolodzy nie wspominają, warto pamiętać, iż z fizyki wiadomo, że woda w postaci ciała stałego zajmuje 9% więcej objętości niż woda w stanie ciekłym o tej samej masie. Po zmianie stanu skupienia na ciekły, lodowce będą zajmowały 9% mniej objętości. To także powinno być pocieszające dla mieszkańców nadbałtyckich miast i wsi.

Wiemy, że pasożytom żerującym na micie, iż to człowiek powoduje globalne ocieplenie, trudno jest przyznać , że ludzka emisja gazów cieplarnianych wywiera pomijalny w kontekście ocieplenia globu efekt na funkcjonowanie środowiska, a zmiany klimatyczne wywołują zjawiska niezależne od ludzkiej działalności np. cykle aktywności słonecznej.

Jedną z czołowych osób forsujących dziś na świecie pomysły o katastroficznych skutkach działalności człowieka i wiązania z nią zjawiska zwanego globalnym ociepleniem jest amerykański polityk i naukowiec Al Gore.
Za propagowanie takiej teorii (tak, wbrew wszelkim informacjom w mediach, globalne ocieplenie to jedynie teoria), otrzymał On wiele wyróżnień i nagród, w tym Nagrodę Nobla.

Znaleźliśmy i przetłumaczyliśmy dla Państwa ciekawy materiał z amerykańskiej telewizji na temat Rogera Revelle'a, naukowca, którego Gore spotkał na studiach, a który "zaraził" go tematem globalnego ocieplenia. Krótki reportaż nadany na żywo w KUSI NEWS z San Diego, wyjaśnia skąd wzięły się obecne zainteresowania Al'a Gore'a. Materiał przygotował dziennikarz a zarazem meteorolog, zaangażowany w ukawnianie prawdy o globalnym ociepleniu, John Coleman:



Na koniec napiszemy tylko, że kilka dni temu Chińska Sieć Edukacyjna i Naukowa opublikowała artykuł w którym znajduje się informacja, że chińscy naukowcy nie znaleźli dowodów na to, że człowiek odpowiedzialny jest za ocieplanie się klimatu.
Jest to szczególnie ważne, ponieważ dotychczas Chiny cały czas ulegały presji walki z emisją CO2. W artykule m.in. autor krytykuje postawę krajów rozwiniętych, że forsują limity i restrykcje emisji wobec krajów rozwijających się, samemu nie stosując się do takich wymogów.

W artykule autor cytuje pracę pt.:“2050 Atmospheric CO2 Concentration Control: Emission Rights Calculation for Each Country” (Rok 2050, Kontrola Atmosferycznej Koncentracji CO2: Kalkulacja Praw Emisyjnych Dla Każdego z Krajów) akademika i wiceprezydenta Naukowej Akademii Chin, Ding Zhongli'a.
W artykule padają następujące słowa: "IPCC szacuje, że wzrost temperatury o 2,5 C z powodu zwiększenia emisji CO2 jest średnią wartością otrzymaną przez niektórych z meteorologów poprzez wielokrotne kalkulacje na modelu. Raport Ding'a odkrywa, że nie istnieją solidne naukowe podstawy by ściśle łączyć ze sobą globalny wzrost temperatury z koncentracją CO2. Niektórzy geologowie wierzą, że globalna temperatura związana jest z aktywnością słoneczną oraz epokami lodowcowymi. Do dziś dnia ani jeden naukowiec nie odkrył jakie są proporcje wagowe każdego z czynników w stosunku do zmian globalnej temperatury.

Jednak masowa propaganda, że "ludzka działalność powoduje wzrost globalnej temperatury" została w niektórych krajach zaakceptowana przez większość społeczeństwa a temat stała się zagadnieniem natury politycznej i dyplomatycznej."

I na tym zakończymy dzisiejszy wpis. Przecież miliard Chińczyków nie może się mylić.


Żródła informacji (w języku angielskim):
Telegraph - planowanie rodziny zaradzi globalnemu ociepleniu.

Dodatkowo:
Raport
- oryginał w formacie PDF (jezyk angielski).
NSIDC
- wyniki z roku 2009 (jezyk angielski).
Chińska Sieć Edukacyjna i Naukowa
- chińscy naukowcy o globalnym ociepleniu (język chiński).



Tagi: socjalizm, zmiany klimatu, propaganda, przemilczane fakty

skomentuj (18)



Jeśli ocenzurowano twój dostęp do internetu, poniżej

wpisz adres blokowanej strony, by odwiedzić ją przez

serwer proxy:






Proxy.org
Jeśli cenzurowana strona nie pojawia się, spróbuj ponownie.

Serwery proxy wybierane są przypadkowo. Czasami zdarza się,

że któryś chwilowo nie działa. Klikając raz jeszcze na

przycisk "Precz z cenzurą" serwer proxy zmieni się na inny.
UWAGA! Serwis nie zapewnia anonimowości.



Tagi



Twitter Updates






    Wpisy













    Free Hit Counter