orwell blog

    Twój nowy blog

    Dziś
    dość krótko i o sprawach raczej lokalnych, bo oto natknęliśmy się na
    ciekawy wywiad, który powinni przeczytać wszyscy we wschodniej i
    centralnej Europie, także Polacy. Nie często bowiem można znaleźć
    słowa, które zdzierają woal roztoczony przed naszymi oczyma, ukazując
    świat bez zbędnych kolorów.

    Jednocześnie chcieliśmy zauważyć, że podobne zdania, wypowiadane przez
    nielicznych ludzie w naszym kraju, spotykały się z tak wielkim oporem,
    że głoszące je osoby zostawały zazwyczaj wykluczane z publicznej
    dyskusji, oczerniane i wyśmiewane, a głoszone przez nie idee
    przedstawiano jako całkowicie niedorzeczne.

    Radiu Wolna Europa wywiadu udzielił Vytautas
    Landsbergis, były przywódca Litwy, który od marca 1990 do listopada
    1992 pełnił funkcję przewodniczącego Rady Najwyższej. Był oficjalnym
    przywódcą kraju od czasu deklaracji niepodległości w dniu 11-go marca
    1990, aż do wejścia w życie nowej Konstytucji, która dwa lata później
    ustanowiła na Litwie urząd Prezydenta.

    Radio Wolna Europa opisuje, że w 1990 roku Litwa stała się pierwszą
    sowiecką republiką, która proklamowała niepodległość, przecierając
    szlak, który doprowadził do upadku Związku Radzieckiego. Jednakże
    dwadzieścia lat później ten bałtycki kraj nadal zmaga się ze swym
    komunistycznym dziedzictwem.

    Pierwszy postkomunistyczny przywódca państwa, Vytautas Landsbergis
    twierdzi, że w Europie centralnej i wschodniej istnieje niewielka zgoda
    na zajęcie się tematem zbrodni sowieckiej ery. Landsbergis, który
    obecnie jest członkiem Europejskiego Parlamentu, opowiada Claire Bigg z
    radia Wolna Europa o ubocznych tematach praskiej konferencji
    poświęconej zbrodniom komunizmu.

    Radio Wolna Europa (RWE): Jak wiele byłych krajów komunistycznych, Litwa przyjęła politykę
    lustracyjną we wczesnych latach 90-tych, wykluczając wpływowych, byłych
    komunistów z urzędów publicznych. Jako Prezydent Litwy, jaką rolę
    pełnił Pan w opracowaniu i wprowadzeniu lustracji w Pana kraju?

    Vytautas Landsbergis (Landsbergis):
    Kiedy byłem Prezydentem reformy dopiero się zaczynały. Próbowaliśmy
    wdrożyć prawo lustracyjne podobne do tego, jakie wprowadziła
    Czechosłowacja. Wzięliśmy ten model i ruszyliśmy niejako z prądem.

    Lecz wtedy napotkaliśmy na opór ze strony lewego skrzydła. Bardzo silny
    opór, który przeciągał na swą stronę parlamentarzystów reprezentujących
    centrum sceny politycznej. Ostatecznie osiągnęli oni sejmową większość
    i proces lustracji został zatrzymany. Fakt, że byłem wtedy u władzy
    niczego nie zmienił. Parlament republiki może być manipulowany poprzez
    przekupstwo parlamentarzystów i tworzenie nowych większości
    parlamentarnych.

    RWE: Kto wręczał te łapówki?

    Landsbergis: Siły przeszłości,
    były reżim.

    RWE: Więc twierdzi Pan, że
    nawet dziś nie ma na Litwie jedności na temat tego w jaki sposób uporać
    się z przestępstwami popełnionymi przez komunistyczny reżim?

    Landsbergis: Nie, nie ma. W
    państwie obarczonym komunistycznym dziedzictwem nie może być takiej
    jedności. Nawet teraz istnieje podział, głęboki rozłam.

    RWE: Gdzie dziś są politycy ery
    komunizmu, prokuratorzy, członkowie tajnych służb? Czy nadal pełnią
    jakieś role w litewskim życiu publicznym, czy może zostali odsunięci na
    boczny tor?

    Landsbergis: Wprowadziliśmy dla
    nich pewne ograniczenia, jednak istnieją luki, które umożliwiają im
    obchodzenie tych ograniczeń.

    RWE: Jak Pan sądzi, dlaczego
    przeciwko komunistycznym przywódcom nie było żadnych wielkich procesów
    podobnych do tych w Norymberdze, które wytoczono przywódcom nazistów po
    wojnie?

    Landsbergis: Dlatego, ponieważ
    komunizm w krajach komunistycznych nigdy nie został pokonany. Oni nie
    mieli życzenia oczyszczenia się z brudów przeszłości.

    RWE: Wydaje się Panu, że takie
    procesy pomogłyby Litwie i innym krajom w regionie pogodzić się ze swym
    komunistycznym dziedzictwem?

    Landsbergis: Tu nie chodzi o
    nas, lecz o sprawiedliwość. Jeśli nie ma sprawiedliwości, to ludzie
    przestają wierzyć w sprawiedliwość w ogóle. Są niezadowoleni z
    demokracji, z polityki kraju, ponieważ widzą tych samych ludzi u władzy
    lub dzierżących wielkie wpływy.

    RWE: Jeśli mógłby Pan wrócić
    czas do wczesnych dni postkomunistycznej Litwy, czy jest coś, co
    zrobiłby Pan jako Prezydent inaczej?

    Landsbergis: Byłbym bardziej
    ostrożny wobec wymyślnych form politycznej korupcji. Wierzyłem, być
    może nadmiernie, w ogólnie dobrą wolę ludzi. A nie wszyscy na takie
    zaufanie zasłużyli.

    Tylko tyle powiedział radiu Wolna Europa były przewodniczącego Rady
    Najwyższej Litwy, a może aż tyle, bo choć wywiad jest krótki, to jakże
    treściwy.

    Wieloletni czytelnicy Gazety Wyborczej zapewne szeroko otworzyli oczy.
    Bo oto treści, które przeciętny czytelnik GW lub widz TVN kojarzy
    jedynie ze środowiskiem tzw. oszołomów – polskim zaściankiem,
    ciemnogrodem lub radiem Maryja „chcącym polować na czarownice”, „mścić
    się”, z „frustracji” „pałać nienawiścią”, co ogólnie nazywano „polskim
    piekłem” – wypowiada zupełnie poważny człowiek, wieloletni członek
    antysowieckiej opozycji na Litwie, któremu przynależności do rodziny
    Radia Maryja wypomnieć raczej nie sposób.

    Człowiek ten powiedział w kilku zdaniach o rzeczach, o których jeszcze
    do niedawna w Polsce odwagę mówić głośno mieli jedynie nieliczni,
    skazani na praktyczny niebyt felietoniści, którzy nawet dziś największe
    triumfy święcą dzięki otwartości internetu, a nie mediów tradycyjnych.
    Dlaczego? Dlatego, że podczas filtrowania przez środowisko Gazety
    Wyborczej informacji dla Polski i Polaków, miejsca dla takich
    wypowiedzi być nie mogło, no i nie było. Ponieważ ukazywałyby one całe
    kłamstwo w jakim od dwudziestu lat przyszło żyć Polakom w ich własnym
    kraju. W jakże innym świetle tych kilka słów udzielonego wywiadu stawia
    cały patos okrągłego stołu, Michnika, Wałęsy, Kwaśniewskich, Millerów i
    innych Cimoszewiczów?
    Oczywiście, dopiero niedawno sztucznie zaczęto takie tematy kojarzyć
    także z Kaczyńskimi, którzy czego by im nie zarzucić, przynajmniej o
    istniejącym tzw. „układzie” mówili. Inna sprawa, że trochę szkoda, że
    tylko mówili, choć kto wie, czy nie chodziło o to, by ideę „układu”
    jedynie ośmieszyć i sprowadzić do absurdu.

    Warto zwrócić uwagę, że na Litwie ktoś jednak w roku 1990 podjął trud
    wprowadzenia czechosłowackiego modelu lustracji.

    W Czechosłowacji rozprawiono się z komunistami szybko i dość sprawnie.
    Najsprawniej chyba w całym bloku wschodnim, odcinając ich od możliwości
    wpływania na dalsze losy Państwa. I słusznie, bo przecież mieli już oni
    okazję „nawpływać się” na politykę, biznes i media.

    Próbę dokonania takiej lustracji w Polsce zatrzymano. Mamy na myśli
    zamach stanu, któremu polskojęzyczne media wtórowały, bijąc w bębny do
    dziś sprawdzonych sloganów o „polowaniu na czarownice” i „nienawiści”,
    którą zwolennicy lustracji jakoby pałali przeciwko tzw. ludziom honoru,
    jak określił ich redaktor Michnik, który kształtował niegdyś olbrzymią
    część opinii publicznej w kraju nad Wisłą.

    Lustracji więc praktycznie w Polsce nie przeprowadzono, a już na pewno
    nie wg. modelu czechosłowackiego.

    Więc skoro na Litwie przeprowadzono lustrację, która jedynie na pewnym
    etapie została zwichnięta z powodu korupcji, a były Przewodniczący i
    tak z rozgoryczeniem mówi o braku sprawiedliwości, przekupstwie
    parlamentarzystów, nie pokonaniu w postkomunistycznych krajach
    komunizmu, wspominając o sfrustrowanych obywatelach widzących te same
    twarze u władzy, to po przeczytaniu wywiadu nasuwa się pytanie: jak z
    takiej perspektywy wygląda współczesna sytuacja w Polsce?

    Odpowiadając szczerze, trzeba stwierdzić, że Polska z takiej
    perspektywy, podobnie zresztą jak Rosja, to po prostu komuszy raj. Raj,
    w którym czerwone gagatki otrzymały upragnionych 40 dziewic, ich
    skronie przyozdobiono liściem lauru, a z czerwonych tyłków wyrosły im
    anielskie skrzydła, które pozwalały wzbijać się w karierze,
    jednocześnie omijając w locie wiele „niedogodności”, np. prawo.

    Nie mając częstego dostępu do takich wywiadów, Polacy do dziś
    zastanawiają się, dlaczego nadal prześladują ich wyciągane przez IPN
    widma i strachy, których wyciąganie zresztą stale spotyka się z ostrymi
    atakami wielu niezwykle wpływowych środowisk. Środowiska te od początku
    potępiały pomysły ujawniania jakichkolwiek informacji, nawet tych tylko
    z lekka  ocierających się o lustracyjny temat.

    Najgorsze jest jednak to, że dziś środowiska te coraz częściej, dzięki
    swoim wpływom, stają się częścią większej i nadrzędnej całości, jaką
    reprezentuje obecnie państwo Unia Europejska. Państwo, które od 1-go
    grudnia 2009, po wejściu w życie Traktatu Konstytucyjnego, nazwanego
    dla niepoznaki Lizbońskim, sprawuje nad nami rządy lub jak kto woli,
    uzyskało monopol na stosowanie wobec nas przemocy.

    Tym środowiskom i Unii Europejskiej musi być po drodze i pewnie dlatego
    od czasu do czasu czytamy o dawnych flirtach z komunizmem sporej
    grupy urzędników UE, którzy de facto sprawują tu rządy.

    Ale, zapyta ktoś, co to ma do rzeczy i jaki ma to związek z
    orwellizacją naszego życia?

    Od czasu do czasu, warto dowiedzieć się kto ów orwellowski „luksus” za
    nasze pieniądze  nam funduje.

    Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
    Radio Wolna Europa – wywiad z Vytautas’em
    Landsbergis’em.
    Polska Times – komuniści w Unii Europejskiej.

    Na
    początku marca w niemieckim stanie Zjednoczonej Europy odbyły się
    największe na świecie targi techniki, CeBIT 2010.

    Na targach tych jak zwykle firmy prezentowały technologiczne nowinki,
    prototypy urządzeń, programów i różnego rodzaju gadżetów.

    Prawdopodobnie, w wznieconym tymi wydarzeniami duchu zwiększonego
    zainteresowania technologią, tuż przed targami, jedna z niemieckich
    firm branży informatycznej przeprowadziła sondę.

    Napisano o tym w wydawanym w brytyjskim Stanie Europejskim „The Independent”:

    Brzmi to jak z filmu sci-fi, lecz jak pokazał poniedziałkowy sondaż,
    jeden na czterech Niemców, jeśli tylko osiągnąłby z tego powodu
    konkretne korzyści, byłby szczęśliwy mając wszczepiony pod skórę
    mikrochip.

    Sondaż przeprowadzony przez BITKOM, grupę lobbującą w dziedzinie IT,
    pokazał w jaki sposób coraz bardziej zaciera się różnica między światem
    wirtualnym, a życiem, co ma być jednym z głównych tematów
    rozpoczynających się we wtorek targów CeBIT 2010.

    Ogółem rzeczy, 23% z około tysiąca osób biorących udział w sondażu
    odpowiedziało, że byliby przygotowani na umieszczenie chipa w ciele
    „dla pewnych korzyści”.

    Co szósty zapytany (16%) powiedział, że nosiłby implant gdyby pozwoliło
    to służbie zdrowia i ratownikom na szybsze udzielenie pomocy w
    przypadku pożaru lub wypadku.

    5% odpowiedziało, że skłonnych byłoby przyjąć implant, gdyby sprawiło
    to, że ich zakupy w sklepie odbywałyby się sprawniej.

    Jednak 72% odpowiedziało, że nie dałoby sobie wszczepić elektroniki w
    ciało „pod żadnym pozorem”.

    Wyniki sondy wydają się zaskakiwać nawet sektor najnowszych technologii.

    „To oczywiście skrajny przykład, jak
    bardzo wydaje się ludziom, że sieci się rozwinęły”
    , powiedział
    szef BITKOM August-Wilhelm Scheer.

    Artykuł kończy się informacją, która przypomina echa PRL’owskich opisów
    czytywanych niegdyś w Trybunie Ludu, że Targi otworzą przemówieniem
    niemiecka kanclerz Angela Merkel i premier Hiszpanii Jose Luis
    Rodrigues Zapatero.

    Jak można dowiedzieć się z pobieżnych poszukiwań w sieci, BITKOM, to
    czołowy niemiecki lobbysta branży IT reprezentujący 1300 firm, o
    którego działalności i postawie można przeczytać przy wielu okazjach,
    takich jak np. światowy szczyt poświęcony tematowi społeczeństwa
    informatycznego (World Summit on Information Society (WSIS)). Grupa ta
    m.in. promuje technologię RFID (mikrochipy) w Europie w
    ramach CE RFID.

    Na stronie CE RFID czytamy, że: „RFID to wspaniała kluczowa technologia dla
    Europy. Od roku 2006 do 2008 europejscy użytkownicy i sprzedawcy RFID
    współpracują w ramach inicjatywy „Koordynowania Europejskimi Próbami
    Promocji Europejskiego Łańcucha Wartości RFID” (Coordinating European
    Efforts for Promoting the European RFID Value Chain), by polepszyć
    warunki konkurencji dla technologii RFID i jej dalszego rozwoju w
    Europie oraz wzmocnienia politycznego środowiska RFID na poziomie
    europejskim.”

    Otóż informacje z CE RFID to stek okrągłych, urzędniczych zdań napisany
    niestrawnym językiem z którego wiadomo tylko tyle, że niejaka Komisja
    Europejska zajmuje się promowaniem i wciskaniem nam RFID.

    Kiedy w Europie próbują Państwo przejść przez bramkę sklepu z legalnie
    kupionym i właśnie zapłaconym towarem, a nagle rozlega się buczenie
    bramki przy wyjściu, to za każdym razem powinni Państwo pomyśleć z
    wdzięcznością o Komisji Europejskiej, która za nasze i Państwa
    pieniądze „promuje i wzmocnia
    polityczne środowiska na poziomie europejskim”
    wciskanego
    obecnie gdzie tylko się da dziadostwa zwanego RFID.

    Oczywiście w samej technologii nie ma niczego złego i można ją
    wykorzystać w wielu dziedzinach w sposób naprawdę pomocny człowiekowi,
    jednak obecne, główne wykorzystanie mikrochipów, czyli wykorzystanie
    ich do śledzenia kupowanych przez nas produktów (oraz śledzenia obiegu
    pieniędzy), już nawet w zacofanej Polsce zaczyna przyjmować chore
    rozmiary, uruchamiając co chwilę sklepowe alarmy, zupełnie jakby
    zamiarem tej technologii było nie śledzenie produktu, lecz dydaktyczne
    przypominanie klientowi, iż nieustannie jest śledzony.

    Wracając jednak do rzeczy, grupa BITKOM, której wyraźnie na sercu leży
    zajmowanie się m.in. promowaniem chipów RFID, pozwoliła sobie zrobić
    sondaż na temat trochę bliższego ludzkiej skórze zastosowania tych
    małych i niegroźnie wyglądających układów elektronicznych.

    Nie wiemy, czy można wierzyć jej sondażom, w których  po
    podliczeniu procentów wychodzi, że odpowiadało w sumie 116%
    ankietowanych, jednak nie mając w ręku konkretnych pytań i wyników, nie
    chcielibyśmy o niczym przesądzać. Być może jest to wynik konstrukcji
    samego sondażu i nie dość dokładnego jej omówieniu w artykule.

    Załóżmy więc zachowawczo, że trochę powyżej 1/4 respondentów jest
    skłonna wszczepić sobie pod skórę chip. Czy to dużo, czy mało?

    Pamiętając, że przyszło nam wszystkim żyć w ustroju, w którym sterowana
    za pośrednictwem mediów większość narzuca wszystko co chce będącej w
    opozycji mniejszości, wydaje się, że to niepokojąco dużo.

    Dość przypomnieć wszystkim, że za obecny stan polityki każdego państwa
    odpowiedzialny jest w pewnym sensie wcale nie większy procent dorosłych
    obywateli.

    Ugrupowania polityczne i głowy państw, biorąc pod uwagę frekwencję
    wyborczą, mandat pełnienia władzy dostają z rąk podobnej części
    obywateli.

    Gdyby nagle postanowiono zrobić referendum, w którym wyborcy mieliby
    się wypowiedzieć na temat mikrochipów, to nie jest niemożliwe, że
    zmobilizowana 1/4 obywateli zwyciężyłaby na korzyść decyzji
    wszczepiania elektronicznych implantów.
    Nie wykluczone jest, że szalę zwycięstwa przechyliłaby grupa totalnych
    idiotów, owo 5% dla których własne zdrowie i  prywatność liczą się
    mniej niż popychany przed sobą wózek wypchany hipermarketowymi
    „specjałami”.

    Oczywiście w każdej grupie kontrolnej znajdzie się pewien margines
    idiotów. Osób, które dały sobie wmówić, że np. wejście do Unii
    Europejskiej jest dobre, bo będą się mogli uczyć języków i podróżować
    lub jak w omawianym przypadku, iż swędzący chip pod skórą jest
    potrzebny, bo szybciej robi się z nim zakupy.
    Takie przypadki będą zawsze i wszędzie i choć nie przypuszczalibyśmy,
    że będzie to aż 5%, co świadczyć może o nie do końca prawdziwych
    wynikach sondażu, albo wskazywać, że sąsiedzi z za Odry w
    zastraszającym tempie głupieją, to mimowszystko grupą tą powinniśmy się
    przejmować chyba najmniej.

    Dla nas, najbardziej niepokojąca jest ten procent społeczeństwa, który
    skłonny jest rezygnować z prywatności na rzecz uzyskania poczucia
    własnego bezpieczeństwa.
    Jak napisał cytowany już przez nas wielokrotnie Benjamin Franklin
    „ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa rezygnują z podstawowej
    wolności, nie zasługują ani na bezpieczeństwo, ani na wolność.”

    I może owych 16% rzeczywiście nie zasługuje na wolność, jednak w
    specyficznym układzie panującej demokracji, gdzie większość ludzie
    wybory nie interesują (bo niczego nie zmieniają), 16% może skazać na
    utratę wolności nie tylko siebie ale i całą resztę.

    By jednak nikt nie posądzał nas o przesadny pesymizm, chcemy
    podkreślić, że generalna większość, ponad 2/3 jest jeszcze chipom pod
    skórą przeciwna. I całe szczeście.

    Napisaliśmy „jeszcze”, bo obecny wynik nie znaczy, że procent ten nie
    będzie się zmniejszał. Wraz ze zmianami demograficznymi, nadejściem
    pokoleń przyzwyczajanych od dziecka do elektronicznych „ułatwień” i
    gadżetów oraz coraz intensywniejszą reklamą nowszych i „lepszych”
    zastosowań RFID użytecznych w walce z do niedawana nieistniejącymi
    jeszcze problemami, ludzie mogą zostać zmanipulowani do ochoczego
    przyjęcia pod skórę tego, zapewne niezbędnego już wówczas, rozwiązania.

    O takiej przyszłości mogą świadczyć choćby i dzisiejsze przesłanki, np.
    drobny fakt, że informacji o sondażu grupy BITKOM „The Independent” nie
    zamieścił w dziale traktującym o technice, lecz w dziale zawierającym
    teksty o stylu życia, nowościach na temat zdrowia i rodziny.

    Opuśćmy na moment stary kontynent, udajmy się na brytyjską wyspę, by
    zobaczyć, jak warunkuje się społeczeństwo do  większej akceptacji
    omawianych właśnie chipów RFID.

    The Guardian, 3 dni po zakończeniu targów CeBIT w
    Hanowerze, napisał o planach jakie brytyjski rząd ma wobec
    chipowania… na razie tylko psów:

    „Wszystkie psy zostaną obowiązkowo
    zachipowane, więc ich właścicieli będzie można łatwo namierzyć…”

    W artykule czytamy o tym, jak to psy gryzą i w ogóle są niebezpieczne i
    że minister spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii Alan Johnson (Partia
    Pracy) powiedział:
    „Olbrzymia większość właścicieli psów
    to ludzie odpowiedzialni, jednak nie ulega wątpliwości, że niektórzy
    hodują i trzymają psy jedynie by innych zastraszać, by używać psów jak
    broni”.

    The Guardian opisuje, że rząd:
    „planuje wstrzykiwać psom pod skórę
    między łopatkami mikrochipy wielkości ziarna ryżu. Chipy te zawierają
    unikalny numer kodowy, imię psa, wiek, rasę i stan zdrowia jak również
    imię i nazwisko właściciela, jego adres i numer telefonu. Kiedy chip
    jest odczytywany za pomocą ręcznego skanera, numer kodowy jest
    ujawniany, a szczegóły sprawdzane w krajowej bazie danych.”


    Pan minister, który jak to w polityce bywa, w garniturze od Armaniego
    dzielnie walczy o prawa ludzi pracy, powiedział także:
    „Brytania jest narodem miłośników
    zwierząt, jednak ludzie mają fundamentalne prawo by czuć się
    bezpiecznie na ulicach i w ich domach”.


    Tak oto, świadomie lub nie, urzędnik państwowy łączy wszczepianie
    chipów RFID z bezpieczeństwem, które jego zdaniem ma się bezpośrednio
    wiązać z gromadzeniem pod skórą adresów, kontaktów, telefonów oraz
    informacji o zdrowiu, wieku i przynależności rasowej.

    I mogą Państwo nam wierzyć, że gdy powtórzą tę brednię 1000 razy, to
    wiele matek zaprowadzi własne dziecko do zachipowania tylko dlatego by
    mieć poczucie, że dziecko będzie bezpieczne. W ich umysłach podskórny
    chip będzie kojarzył się z bezpieczeństwem.

    Tak właśnie warunkuje się ludzkie postępowanie i myślenie.

    Powróćmy ponownie na stary kontynent.

    Ponieważ niemieccy politycy i lobbyści technologii IT wiedzą już, że w
    społeczeństwie nie ma jeszcze pełnego przyzwolenia na wszczepianie
    ludziom mikrochipów, nie mogąc pójść jeszcze na całość, posługują się
    metodą małych kroczków.

    Na stronie serwisu Fox News znajdują się zdjęcia z CeBIT. Oczywiście
    nie zabrakło na nich pokazania niemieckiej Kanclerz w czasie, gdy z lubością
    wodzi palcem po prezentowanym przez firmę Microsoft urządzeniu
    „Surface”, doglądając jednocześnie wystawę niczym Edward Gierek
    wizytujący kolejny „zakład pracy”, w którym nowo odmalowaną fasadę
    eksponowano z daleka, by ukryć brudny i spękany mur walącej się pod
    długami komuny. Jednak nie to zdjęcie zwraca największą uwagę.
    Najciekawsze jest zdjęcie prawie uśmiechniętego Niemca, który w
    rękach trzyma coś, co przypomina wydawane obecnie także przez Polskie
    władze tzw. dowody osobiste, służące jak wielokrotnie udowadnialiśmy,
    jedynie rozwiązywaniu problemów nieznanych w normalnym ustroju i
    normalnym Państwie.
    Obok tego zdjęcia zamieszczono następujący opis:
    „Nowa elektroniczna karta
    identyfikacyjna zostanie wprowadzona w Niemczech od 1-go listopada
    2010. Ten ogólnie złożony system zarządzania obowiązkową kartą i jej
    bezstykowym chipem znalazł się na wystawie CeBIT 2010. Karta posiada
    trzy funkcje: 1. biometryczna wersyfikacja tożsamości, 2. elektroniczna
    wersyfikacja tożsamości, 3. autoryzowany podpis elektroniczny.”

    Metodą małych kroków Niemcy wprowadzają biometrię i weryfikację
    tożsamości. Na razie za pomocą karty, która przypomina karty już
    istniejące. Z punktu widzenia większości Niemców właściwie nic się nie
    zmieni. Skoro posiadali podobne karty już wcześniej, to co złego będzie
    w dodaniu do nich jeszcze kilku informacji w trochę nowocześniejszej
    formie? Na takim sposobie myślenia opiera się cały proces wprowadzania
    rozwiązań, które dla obywatela wcale nie muszą być korzystne, a do
    których władza stara się obywatela coraz wymyśłniej przekonać. Z
    naszego punktu widzenia skandalem jest oczywiście to, że władza w ogóle
    obywatela do czegoś przekonuje, bo przecież czyni to za jego własne
    pieniądze, na co obywatel może nie mieć w ogóle ochoty myśląc, że jego
    pieniądze wydawane są raczej na utrzymanie wojska i policji.

    Na zakończenie przypomnimy tylko, że sytuacja Niemców to nie wyjątek.

    W 2009 roku mogliśmy przeczytać o planach dla kraju nad Wisłą. Tu i tu.

    Warto zwrócić uwagę w jak manipulatorski sposób TVN24 opisał wówczas
    informacje o zmianie dowodów przygotowywanej nam wówczas przez rząd
    Donalda Tuska.
    „Co będzie w nowym dowodzie? Mniej
    informacji niż obecnie. Zostaną imię, nazwisko, imiona rodziców, numer
    PESEL, obywatelstwo, płeć oraz data i miejsce urodzenia. Zniknie za to
    bardzo uciążliwy meldunek, bo to z jego powodu po każdej zmianie
    miejsca zamieszkania trzeba wymieniać dowód. Znikną też znaki
    szczególne: wzrost, kolor oczu.


    Nie będą potrzebne, bo zidentyfikuje
    nas komputer. Dane zapisane na okładce plastiku będą także w formie
    elektronicznej – podobnie jak zdjęcie. Nowością jest dopuszczenie
    fotografii z przyciemnianymi okularami (jeśli są one zdrowotne) i
    nakryciami głowy (jeśli ich noszenie wynika z religijnego obrządku).”


    „Mniej, znaczy więcej” czasami sprawdza się w sztuce, jednak gdy
    urzędnik próbuje nas przekonać, iż w dowodzie będzie mniej informacji
    niż obecnie, bo „zidentyfikuje nas
    komputer”
    , to tylko naiwni nie zapytają na jakiej podstawie i za
    pomocą jakich cech biometrycznych owa identyfikacja będzie przebiegała.
    Jak można było przeczytać w tym samym czasie na portalu Wirtualnej Polski, nie jest jeszcze
    przesądzone, jakie dane biometryczne będą zawierać karty
    identyfikacyjne w Polsce.

    „Kontrowersje budzi głównie zakres
    danych biometrycznych, które znajdą się w nowym dokumencie. Chodzi o
    informacje o fizycznych cechach człowieka (np. linie papilarne,
    tęczówka oka, kształt twarzy itp.), które pozwalają na identyfikację
    jego tożsamości. Nie jest ponadto przesądzona sprawa ewentualnej
    darmowej wymiany dowodu osobistego.

    I to wszystko może, więc pewnie będzie, „za darmo”. A darowanemu
    koniowi nie zagląda się w zęby ani do… więc niewiele osób będzie
    wiedzieć co ów trojańskim koń zawierać może w swoim wnętrzu.

    Nikt więc nie krzyczy, nikt nie protestuje. Kiedyś zapewne spróbują
    zmienić karty-dowody na dowody-implanty tłumacząc, że chodzi o to, by
    „dokumenty” nie były gubione zbyt często, a przecież ręki lub czoła z
    implantem nikt tak łatwo nie zgubi.

    Żeby jednak nie zakończyć dzisiejszego wpisu tak pesymistycznie, raz
    jeszcze zajrzymy do Niemiec, gdzie ogłoszono bardzo istotną, a co
    najważniejsze pozytywną wiadomość.

    Jak podała Electronic Frontier Foundation niemiecki Trybunał
    Konstytucyjny wydał bardzo oczekiwaną decyzję, która uderzyła w prawo
    do przechowywania danych, uznawszy, że jest ona pogwałceniem prawa
    człowieka. Jest to ważne zwycięstwo europejskiego ruchu „Freedom Not
    Fear” (Wolność Nie Strach), który powstał w opozycji do dyrektywy
    unijnej dotyczącej przechwytywania i archiwizowania danych.

    Niemiecki Trybunał podtrzymał decyzje, że unijna dyrektywa stanowi
    pogwałcenie artykułu 10 niemieckiej Konstytucji, która gwarantuje
    podstawowe prawo do prywatności życia i korespondencji.

    Także Rumuński Trybunał Konstytucyjny w październiku 2009 roku ogłosił,
    że unijna dyrektywa stoi w sposób podstawowy w sprzeczności z artykułem
    Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, która gwarantuje prawo do
    respektowania życia prywatnego i korespondencji. Przechwytywanie danych
    samo w sobie Trybunał określił jako „prawdopodobnie
    obalające założenie niewinności i przekształcające a priori wszystkich
    użytkowników usług komunikacji elektronicznej lub sieci publicznej
    komunikacji w ludzi podejrzewanych o popełnianie przestępstw terroryzmu
    lub innych poważnych przestępstw.”

    W rezultacie, wszyscy obywatele staliby się „permanentnymi podmiotami owego
    wtargnięcia w doświadczanie ich osobistego prawa do korespondencji i
    wolności wypowiedzi.”

    Wyroki w Rumunii, a teraz w Niemczech dają podwalinę dla nadchodzącej
    serii decyzji na temat stanu prawa dotyczącego narodowego
    przechwytywania danych w całej Europie.

    My przypominy tylko, że w Polsce takie prawo po cichu przepchnięto i jak to bywa w
    krajach rządzonych przez specjalne służby, żaden Trybunał łamania praw
    człowieka nie stwierdził, a od 1 stycznia tego roku, służby w najlepsze
    przeglądają sobie kto z kim i kiedy rozmawia.

    Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
    The Independent – jeden na czterech Niemców chce
    mieć chip pod skórą.
    RC RFID – BITKOM promuje RFID w Europie.
    RC RFID
    - RFID to kluczowa technologia dla Europy.
    The Guardian – brytyjski rząd chce chipować psy
    dla bezpieczeństwa ludzi.
    FoxNews – niemiecka Kanclerz na targach CeBIT 2010.
    FoxNews – niemiec prezentuje kartę
    identyfikacyjną, obowiązkową od 1 listopada 2010 roku.
    Wirtualna Polska – MSWiA szykuje rewolucję w
    dowodach osobistych.
    TVN24.pl – rewolucja w dowodach osobistych. Więcej
    informacji w dowodach znaczy „mniej”.
    Wirtualna Polska – jeszcze nie zdecydowano jakie
    dane biometryczne będzie zawierał dowód osobisty.
    Electronic Frontier Foundation – niemiecki
    Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przechwytywanie i archiwizowanie
    danych o komunikacji jest sprzeczne z niemiecką Konstytucją.
    Rzeczpospolita – Służby w Polsce, od 1 stycznia
    sprawdzają skąd i dokąd dzwonimy.

    Dzisiejszy
    tekst zamieszczamy z miesięcznym opóźnieniem, by jak mówi przysłowie,
    lepiej późno niż wcale mogli Państwo zapoznać się z informacjami
    dotyczącymi tematu może nie do końca związanego z orwellizacją, bo
    skierowanego raczej do miłośników tak wyśmiewanych „spiskowych teorii”.

    Dwa miesiące temu świat obiegła wiadomość o tragicznym w skutkach
    trzęsieniu ziemi na Haiti. Pisano o setkach tysięcy ofiar, zaginionych,
    ludzi bez dachu nad głową.
    Dziś, jak można się domyślać, temat ten praktycznie zniknął już z
    pierwszych stron gazet, ofiary trzęsienia ziemi nie stanowią już
    medialnej atrakcji.

    Nie, nie będziemy dziś poruszać humanitarnych aspektów tragedii, która
    dotknęła mieszkańców nawiedzonego trzęsieniem ziemi regionu, czy też
    szybkości przemijania dziennikarskich sensacji. Nie będziemy też
    rozwodzić się nad okresem czasu po jakim współczesny widz nudzi się
    pokazywanymi na ekranie obrazkami.

    Zastanowił nas trochę inny aspekt wydarzeń sprzed dwóch miesięcy.

    Zapewne i do Państwa dotarła wiadomość o tym co napisały po trzęsieniu
    ziemi media w Wenezueli. Tym, którzy nie interesowali się tematem
    przypomnimy w skrócie o co chodzi.

    2010-01-22 Wprost.pl powołując się na Gazetę Wyborczą umieściło w
    dziale informacji ze świata następującą notkę:
    „Prezydent Wenezueli Hugo Chavez
    uważa, że amerykańska armia testująca nowe rodzaje broni jest
    odpowiedzialna za trzęsienie ziemi na Haiti. Chavez oskarża Pentagon
    również za wywoływanie susz, powodzi i obarcza go odpowiedzialnością za
    globalne ocieplenie.”

    Sięgając do źródła tej informacji w Polsce, dowiadujemy się dalej, iż w
    Wenezueli:
    „Dziennikarze i zapraszani do
    telewizyjnych studiów eksperci za każdym razem powołują się na bliżej
    niesprecyzowane „raporty Północnej Floty Federacji Rosyjskiej”, które
    Wenezuela jako bratni kraj otrzymała niedawno w największym zaufaniu.


    Wynikać ma z nich jednoznacznie, że
    tragiczne trzęsienie ziemi na Haiti zostało szczegółowo zaplanowane
    przez USA w ramach rozpoczętych już w latach 70. badań nad tzw. bronią
    sejsmiczną. Ma to być część tajnego programu HAARP, który poza bronią
    sejsmiczną – twierdzą media populistycznego prezydenta Hugo Chaveza
    publicznie mówiącego o swej nienawiści do Ameryki – obejmuje też
    wywoływanie anomalii klimatycznych na całym globie.

    Naszą uwagę zwrócił niesamowicie przenikliwy komentarz pod tekstem na
    stronie wprost.pl, który brzmiał następująco:
    „Spiskowa teoria a’la kacza banda
    ~wyborca 1968 r. 2010-01-22 12:37 z
    IP 169.142.127.*”

    Tak właśnie polski wyborca skomentował ten artykuł.  Poza
    przesłankami: pierwszą, która dobitnie ukazuje przyczynę poziomu
    politycznego idiotyzmu jaki panoszy się obecnie w państwach
    demokratycznych opartych na powszechnych wyborach; drugą, która
    bezpośrednio potwierdza, że wiek niekoniecznie musi iść w parze z
    mądrością; komentarz ten zmotywował nas do dalszych poszukiwań na temat
    „spiskowej” strony tego co wydarzyło się na Haiti.

    Nauczeni lekcją historii, że nie powinno się wierzyć wszelkiej maści
    prezydentom Kwaśniewskim, premierom Millerom, posłom Kaliszom,
    posłankom Senyszyn oraz innym wyznawcom zbrodniczej doktryny socjalizmu
    (podobno około 100 milionów ofiar na całym świecie i wciąż zabija), nie
    uwierzylibyśmy na słowo także prezydentowi Hugo Chavez’owi. Tacy jak On
    lubią straszyć imperialistycznym wrogiem, który zwyczajowo czai się
    wszędzie. W odróżnieniu od krajów „demokratycznych”, Hugo Chavez nie
    może straszyć obywateli terroryzmem, wysadzać budynków za pomocą
    samolotów, detonować bomb w metrze itd., bo pokazywałoby to, że
    wspaniały socjalistyczny rząd utracił kontrolę nad Państwem, co
    oczywiście mogłoby dać niektórym do myślenia i zachęcić do próby zmiany
    cudownego ustroju dążącego nieustannie do równej i powszechnej
    szczęśliwości, na jakiś inny i gorszy, do czego władza dopuścić nie
    może dla dobra narodu oczywiście.
    Socjalistyczna władza przedstawia więc wroga w pozycji zewnętrznej.
    Wróg nie jest w stanie znacznie zagrozić bezdyskusyjnej nadrzędności
    socjalizmu, jedynie od czasu do czas mącąc, niszcząc i plugawiąc
    czerwone wartości, opóźnia nadejście ogólnej i równej szczęśliwości, co
    przy okazji usprawiedliwić ma powszechne niedostatki i ogólnie panujące
    dziadostwo i nędzę.
    Pisząc w skrócie, tacy jak Chavez straszyli kiedyś ciemny lud stonką
    ziemniaczaną zrzucaną przez Amerykanów. Nie zdziwilibyśmy się więc, że
    dziś straszą techniką wojenną wywołującą trzęsienia ziemi na
    zawołanie.

    Ponieważ Chavez powoływał się na: „niesprecyzowane
    raporty Północnej Floty Federacji Rosyjskiej”
    , dlatego
    poszukiwania rozpoczęliśmy od portali rosyjskich.

    I rzeczywiście, w anglojęzycznej wersji strony rosyjskiej „Prawdy”
    znajduje się artykuł zatytułowany: „Amerykanie wywołali trzęsienie ziemi na Haiti?”

    Czytamy w nim, że „Rosyjska Flota
    Północna wskazuje, iż oczywistym jest, że trzęsienie ziemi, które
    zdewastowało Haiti, było rezultatem testu jakiego za pomocą broni
    wywołującej trzęsienia ziemi dokonała marynarka wojenna USA. Dodatkowo
    przedstawiono diagram bezpośredniego następstwa w związku z
    doniesieniami o innych trzęsieniach ziemi w Wenezueli i Hondurasie,
    których epicentrum miały miejsce na takiej samej głębokości.”

    Artykuł opisuje również, iż: „Do
    końca lat 70-tych zeszłego stulecia, amerykanie dokonali sporych
    postępów w dziedzinie broni wywołującej trzęsienia ziemi i, wg. owych
    raportów, obecnie używają sprzętu wykorzystującego techniki impulsu,
    plazmy i techniki elektromagnetycznej Tesli, oraz technologii
    dźwiękowej w połączeniu z „falą uderzeniową bomb”.


    Raport porównuje także wyniki
    stosowania obu tych broni. Gdy test broni na Pacyfiku spowodował
    trzęsienie ziemi o sile 6.5 w skali Richtera w okolicach miasta Eureka
    w Kalifornii nie powodując żadnych ofiar w ludziach, to test na
    Karaibach spowodował śmierć co najmniej 140 tysięcy ludzi.


    Wg. raportu jest bardziej niż
    prawdopodobne, że marynarka wojenna USA posiadała pełną wiedzę na temat
    katastrofalnych zniszczeń jakie ów test mógł wywołać na Haiti, w
    związku z czym wcześniej umieściły na wyspie dowódcę Południowych Siły
    (USSOUTHCOM), generała broni P.K. Keen’a, by jeśli zajdzie taka
    potrzeba, nadzorował działania związane z udzielanie pomocy.


    Odnoście ostatecznych wyników testu
    tych broni, raport ostrzega, że USA planuje zniszczyć Iran za pomocą
    serii trzęsień ziemi, zaprojektowanych tak, by odsunąć od władzy obecny
    islamski reżim. Według raportu, system testowany przez USA (projekt
    HAARP) może także wywoływać anomalie klimatu powodujące powodzie, susze
    i huragany.


    Według innego raportu istnieją
    dowody, które wskazują, iż trzęsienie ziemi w Sichuan w Chinach, które
    miało miejsce 12 maja 2008 roku i miało siłę 7.8 w skali Richtera,
    także zostało wywołane przez radiowe częstotliwości HAARP. Można
    zaobserwować, iż istnieje związek pomiędzy aktywnością sejsmiczną oraz
    jonosferą, poprzez kontrolę radiowych częstotliwości wywołanych polem
    siły, które wytwarza HAARP.


    Niedługo po trzęsieniu ziemi,
    Pentagon oznajmił, iż pływający szpital, USS Comfort, który przebywał w
    doku w Baltimore, wypłynął na Haiti, pomimo faktu, iż dotrze tam
    dopiero po upływie kilku dni. Admirał marynarki wojennej USA, Mike
    Mullen z dowództwa oznajmił, że siły zbrojne USA przygotowywały
    działania w sytuacji kryzysowej na terenie objętym klęską.


    Generał Douglas Fraser, dowódca
    USSSOUTHCOM powiedział, że jednostki Straży Przybrzeżnej i Marynarki
    Wojennej z regionu zostały wysłane by zaoferować pomoc nawet jeśli
    posiadały ograniczone środki i helikoptery.”

    Tyle napisano w rosyjskiej „Prawdzie”. Czy można wierzyć tym
    informacjom?

    Na pierwszy rzut oka trochę naciągane wydają nam się owe bliżej
    nieokreślone „techniki impulsu, plazmy i techniki elektromagnetyczne
    Tesli”, które  brzmią jak fragment dialogu z filmu science fiction
    klasy B, ale już wywołanie fali uderzeniowej za pomocą fali akustycznej
    lub detonacji bomby jest całkowicie realne. Wydaje nam się jednak, że
    aby w taki sposób wywołać na zamówienie trzęsienie ziemi, które
    potrafiłoby zrównać z ziemią miasto, wymagana byłaby naprawdę ogromna
    ilość energii.

    Z drugiej jednak strony wiemy, bo istnieją na to dowody, że w krajach
    takich jak USA, gdzie olbrzymia część budżetu trafia w ręce armii, to
    co cywilom wydaje się nadal jedynie rozważaniem w sferze teoretycznej,
    w wojskowych laboratoriach nabiera całkiem realnych kształtów. Armia zaś ma to do siebie, że muszą upłynąć dziesiątki lat, zanim
    panowie w mundurach przestaną zaprzeczać istnieniu swoich nowatorskich
    „zabawek”.

    Czy więc możliwe jest, że istnieje dziś technika pozwalająca na
    działania, jakie opisała rosyjska gazeta?

    Wydaje nam się, iż wychodząc nawet z założenia, że w artykule tym
    napisano naukowe bzdury odnośnie techniki (przynajmniej częściowo) za
    pomocą której Amerykanie zdalnie trzęśliby ziemią, to nie da się
    wykluczać, iż poziom współczesnej technologii pozwala na
    przeprowadzanie pewnych testów o których mowa w artykule.

    Skąd takie przekonanie?
    Oto kilka cytatów z pracy
    badawczej opublikowanej w 1996 roku
    przez siedmiu całkiem poważnych
    wojskowych naukowców, których raczej trudno będzie zaliczyć do
    oszołomów.

    Strona VII:
    „Obecne technologie, które dojrzeją w
    przeciągu następnych 30 lat, każdemu posiadającemu odpowiednie środki,
    będą oferować możliwość modyfikacji wzorców pogodowych i efektów im
    towarzyszących co najmniej na lokalną skalę.”


    „W Stanach Zjednoczonych modyfikacje
    pogody najprawdopodobniej staną się częścią polityki narodowego
    bezpieczeństwa o zastosowaniu wewnętrznym jak i międzynarodowym.”

    Autorzy pracy opisują wymyślony scenariusz wydarzeń z roku 2025, w
    którym siły zbrojne USA walczą z południowoamerykańskim kartelem
    narkotykowym. Jak na prawdziwy kartel przystało, jest doskonale
    wyposażony w rosyjskie i chińskie myśliwce i posiadając liczebną
    przewagę w regionie udaremnia wszelkie ataki na należącą do niego
    produkcyjną infrastrukturę.

    Co więc robią siły amerykańskie? Tworzą chmury, z których rozpętują
    burzę zdecydowanie osłabiającą obronne zdolności myśliwców wroga,
    eliminując jego przewagę w szybkim rozpoznawaniu celów za pomocą
    radarów i systemów namierzania poprzez podgrzewanie mikrofalami. W tym
    samym czasie w innym regionie automatycznie, bezzałogowe sondy latające
    rozpylają środki chmurotwórcze, które powodują powstanie tarczy z chmur
    pierzastych, w rezultacie czego uniemożliwia się wrogie rozpoznanie
    wizualne i w podczerwieni. Wszystko to monitorowane jest w czasie
    rzeczywistym.

    Autorzy scenariusza kończą go następującym zdaniem.
    „Taki scenariusz może wydawać się
    bardzo naciągany, jednak do roku 2025 jest w zasięgu naszych
    możliwości.”


    Przypomnijmy, że pracę, która znajduje się do dziś w bibliotece
    należącego do Uniwersytetu AIR, będącego „Intelektualnym i przewodnim centrum
    Powietrznych Sił Zbrojnych”
    opublikowano w roku 1996. Znaleźć ją
    można wśród papierów o programie wojen gwiezdnych, systemie obronnych
    rakiet balistycznych dla Europy, papierów na temat systemów wczesnego
    ostrzegania itp., całkiem poważnych tematów.

    Praca z 96 roku zawiera kilka zapewne bliżej nieznanych opinii
    publicznej faktów historycznych.
    „W roku 1957 prezydencka Komisja
    Doradcza ds. Kontroli Pogody (tak, zgadza się, już w 1957), bardzo
    wyraźnie zwraca uwagę na potencjał zawarty w modyfikacji pogody
    ostrzegając jednocześnie w swym raporcie, że mógłby się on stać bronią
    ważniejszą niż bomba atomowa.

    Jednakże od roku 1947 kontrowersje
    powstałe w związku z możliwymi konsekwencjami prawnymi, jakie wynikłyby
    z zamierzonych zmian dokonany na systemach wielkich wichur oznaczały,
    że tylko niewielkie przyszłe eksperymenty mogłyby być prowadzone na
    sztormach zdolnych dotrzeć do lądów. W roku 1977 Zgromadzenie
    Organizacji Narodów Zjednoczonych przyjęło uchwałę zabraniającą
    wrogiego użycia technik modyfikujących środowisko. Powstała „
    Convention
    on the
    Prohibition of Military or Any Other Hostile Use of Environmental
    Modification Technique
    (ENMOD)” (Uchwała o Zakazie Militarnego oraz
    Wszelkiego Innego Wrogiego Użycia Technik Modyfikacji Środowiska) zobowiązywała sygnotariuszy do
    powstrzymywania się od wszelkich militarnych lub innych wrogich
    zastosowań modyfikacji pogody, które mogłyby powodować szerokie,
    długotrwałe lub dotkliwe efekty. O ile nie wstrzymało to całkowicie
    badań nad modyfikacją pogody, jednak znacznie zahamowało tempo rozwoju
    związanych z tym technologii, powodując skupienie się badaczy na
    działalności ograniczającej zamiast na działaniach intensyfikujących.”

    Poczuliśmy prawdziwą ulgę, że dzięki uchwale ONZ naukowcy nie pracują
    nad stworzeniem burzy, która zmiotłaby życie z całego kontynentu.
    Zamiast tego opracowują pewnie małe sztormy zmiatające jedynie małe
    miasteczka i wsie pełne terrorystów. I całe szczęście.

    No, ale gdzie tu mowa a trzęsieniach ziemi? W cytowanej pracy
    stworzonej na Uniwersytecie Sił Powietrznych USA nikt o nich nie
    wspomina. Chcieliśmy jedynie przedstawić dowód na to, że sprawy, które
    większość mieszkańców globu potraktowałaby jako filmowe wymysły, kilka
    lub kilkanaście lat temu były całkiem na serio przedmiotem
    zainteresowania wojska.

    Wróćmy więc do trzęsień ziemi.
    Na stronie internetowej Amerykańskiej Federacji Naukowców
    (The Federation of American Scientists (FAS)), która została założona w
    1945 roku przez naukowców pracujących nad projektem Manhattan
    (stworzenie pierwszej bomby atomowej), można znaleźć zapis z pewnej
    konferencji, która odbyła się 28 kwietnia 1997 roku i dotyczyła
    terroryzmu, broni masowego rażenia oraz amerykańskiej strategii.

    Oto w jaki sposób na temat przygotowania władz na wydarzenia takie jak
    seria fałszywych alarmów bombowych z 97 roku, która sparaliżowała przez
    tydzień biznes w Washingtonie, o czym możemy dowiedzieć się dziś z archiwów The Washington Post, odpowiedział
    Sekretarz obrony Stanów Zjednoczonych William Sebastian Cohen pełniący
    tę funkcję za czasów kadencji Billa Clintona:
    „Wskazuje to na naturę zagrożenia.
    Okazało się, że w zaistniałych okolicznościach były to fałszywe alarmy.
    Jednak, jak nauczyliśmy się w środowisku wywiadowczym, mieliśmy do
    czynienia z czymś nazywanym… i mamy tu James’a Woolsey’a, który być
    może nawet wypowie się w kwestii urujonych szpiegów. Zwykły strach, że
    istnieje taki szpieg w agencji, może wyzwolić łańcuch reakcji i
    polowanie, które może sparaliżować agencję na całe tygodnie, miesiące a
    nawet lata. To samo jest prawdą w odniesieniu do fałszywego strachu
    przed niebezpieczeństwami użycia jakiegoś rodzaju broni chemicznej lub
    biologicznej. Istnieją na przykład raporty, że niektóre kraje próbują
    konstruować coś jak wirus Ebola i to byłby co najmniej bardzo groźnym
    fenomen. Alvin Toeffler napisał o tym, że niektórzy naukowcy w ich
    laboratoriach próbują wynaleźć typy patogenów, które są specyficzne dla
    konkretnych grup etnicznych, więc mogłyby wyeliminować jedynie
    konkretne etniczne grupy lub rasy; inni projektują jakiś rodzaj
    inżynierii, jakiś rodzaj insektów, które niszczyłyby konkretny rodzaj
    zbóż. Jeszcze inni zaangażowani są nawet w rodzaj eko-terroryzmu,
    dzięki któremu mogą zmieniać klimat, wywoływać trzęsienia ziemi,
    zdalnie powodować wybuchy wulkanów dzięki zastosowaniu fal
    elektromagnetycznych.


    Więc, gdzieś tam jest wiele
    błyskotliwych umysłów, które pracują szukając sposobów w jaki mogą siać
    spustoszenie wśród narodów. To jest naprawdę i z tego właśnie powodu
    musimy wzmóc nasze starania i dlatego jest to aż tak ważne.”

    Oto i oczekiwane trzęsienia ziemi. Rok 1997, a panu Sekretarzowi Obrony
    przy okazji odpowiedzi na mało istotne pytanie wymsknęło się to i owo.

    Jeśli w 97 roku należało zintensyfikować wysiłki w opisywanych
    dziedzinach, a Sekretarz obrony stwierdził, że inni pracują i mogą
    dokonywać ataków tego typu (Cohen użył czasu teraźniejszego), to jak
    bardzo zaawansowane są działania 13 lat później, po wydarzeniach 9/11,
    zamachach bombowych w Londynie, wojnie z terrorem w Iraku i kilku
    innych miejscach na ziemi, zdalnych atakach w Pakistanie dokonywanych
    za pomocą bezzałogowych sond latających? Jak Państwo myślą? Jak
    zaawansowanie musiałyby być badania nad takimi technologiami w czasie,
    kiedy oficjele mocarstwa wydającego krocie na zbrojenia i wynalazki
    militarne zaczęli przyznawać się publicznie do istnienia tematu?

    Można oczywiście przyjąć, że Sekretarz Obrony miał na myśli
    nieogolonych facetów w turbanach, którzy mieszkając w jaskiniach
    powodują globalne alteracje klimatu, śmiertelnie amerykańskiemu
    społeczeństwu zagrażając cieplarnianym metanem emitowanym przez
    wypasione na pustynnych trawkach i korzonkach kozy. W telewizji pewnie
    by przeszło i widzowie pokiwaliby tylko w uznaniu głowami. My nie
    dajemy wiary takim interpretacjom.

    Każdy rozsądnie myślący człowiek przyzna jednak, że to nawet zabawne,
    iż z jednej strony Amerykanie przyznawaliby, że technologie wywoływania
    zmian pogodowych, trzęsień ziemi itp., posiadają tzw. terroryści, a z
    drugiej strony zaprzeczaliby jakoby sami mieli do nich dostęp.

    Czy istnieją jakieś przesłanki, że z tragedią na Haiti mieli cokolwiek
    wspólnego Amerykanie?
    Jeśli w tym momencie oczekują Państwo od nas podania odnośnika do
    podpisanego ręką Obamy dokumentu, w którym będzie napisane, że wydaje
    on rozkaz użycia broni sejsmicznej, czy jak by ją tam nazywać, w celu
    zniszczenia stolicy Haiti, to poważnie przeceniają Państwo nasze
    możliwości. Jednak czytelnicy odwiedzający nas od dłuższego czasu
    pamiętają być może teksty na temat ataków terrorystycznych i jak
    zwykliśmy to nazywać „niezwykłego zbiegania się okoliczności” często
    towarzyszących takim incydentom.
    A to nie działające kamery izraelskich firm ochroniarskich, które
    akurat przypadkiem nie zarejestrowały zamachowców na stacjach metra w
    Londynie. A to całkiem przypadkiem w dokładnie tym czasie, gdy miały
    miejsce londyńskie zamachy prowadzono „ćwiczenia”, których scenariuszem
    były ataki bomowe na dokładnie tych samych stacjach na których wybuchły
    prawdziwe bomby.
    Ćwiczenia przeprowadzano 11 września 2001 roku (kto nie słyszał, niech
    poszuka informacji o ćwiczeniach „Vigilant Guardian”), w których
    scenariuszu był atak terrorystyczny poprzez porwanie samolotu
    pasażerskiego.
    Takie właśnie cudowne zbieganie się okoliczności mamy na myśli. Że niby
    tam gdzie coś porabia, symuluje lub ćwiczy armia, policja czy 
    firmy powiązane z Mosadem, tam przebiegli, wypasający śmiercionośne
    kozy terroryści z pustynnych jaskiń podkładają bombę, kontrolowanie
    wyburzając budynki, metro czy dokonując innego aktu znanego nam z
    telewizji terroryzmu.

    Nie bardzo wiemy z czego wynikają takie potknięcia projektantów
    „terroryzmu”. Najbardziej jednak prawdopodobne jest to, że tzw. władza
    (ta prawdziwa, a nie animowane marionetki jak np. prezydent Obama)
    dobrze zdaje sobie sprawę, że większości ludzi wszystko to zwyczajnie
    mało obchodzi. Że mając do wyboru albo tysięczny odcinek kolejnej
    wariacji „M jak Mdłości”, albo szukanie przesłanek i „łamanie głowy”,
    że coś jest nie tak z okolicznościami towarzyszącymi trzęsieniu ziemi w
    jakimś odległym kraiku, wybiorą to pierwsze.

    Co wydarzyło się tym razem?
    Oto co udało nam się znaleźć i bardzo byśmy chcieli, by ktoś
    racjonalnie wyjaśni zbieżność dających nam do myślenia przypadków.

    Internetowe wydanie magazynu skierowanego do urzędników państwowych
    zatrudnionych w przeróżnych agencjach USA, Government Executive z 15 stycznia 2010 informuje
    o tym, że Agencja Obronnych Systemów Informacyjnych (Defense
    Information Systems Agency – DISA), należąca do Departamentu Obrony USA
    (United States Department of Defense), jedna z agencji wspomagania
    walki, której celem jest zapewnienie komunikacji w czasie rzeczywistym
    oraz niezbędnej technologii informacyjnej Prezydentowi, Vice
    Prezydentowi, Sekretarzowi Obrony, służbie wojskowej i dowództwu na
    polu walki, użyła swoich systemów online do koordynacji pomocy na Haiti.

    Govornment Executive powołuje się na inny portal tego typu, NEXTGov.com, który „w niezwykły sposób udostępnia z pierwszej
    ręki managerom federalnym najnowsze informacje na temat najlepszych
    praktyk rządu i rozwiązań branżowych.”

    Czytamy tam, że:
    „W poniedziałek (trzęsienie
    ziemi miało miejsce we wtorek – przyp tłumacza.) Jean Demay, pracujący w DISA manager
    techniczny odpowiedzialny za projekt Międzynarodowej Współpracy przy
    Wymianie Informacji (Transnational Information Sharing Cooperation
    project), akurat był w kwaterze
    głównej
    Południowych Siły (USSOUTHCOM) w Miami na Florydzie, gdzie przygotowywał system do testu wg.
    scenariusza, który zakładał nadzór pomocy na Haiti po przejściu huraganu
    .
    Po trzęsieniu ziemi, które nastąpiło we wtorek, Demay powiedział, że
    SOUTHCOM zdecydował na przejście do prawdziwej akcji na żywo. We środę,
    dla każdej organizacji chcącej wspomóc Haiti, DISA uruchomiła „All Partners Access
    Network”
    ,
    wspomaganą przez
    projekt „Transnational Information Sharing Cooperation”.


    Projekt wymiany informacji rozwijany
    był z poparciem SOUTHCOM oraz Departamentu Obrony Sił Europejskich,
    przez okres ostatnich trzech lat. System został zaprojektowany, by
    ułatwiać wielostronną kolaborację pomiędzy federalnymi i nierządowymi
    agencjami.”


    Jon Anderson, rzecznik prasowy DISA,
    oświadczył, że agencja zapewnia 10 megabitów przepustowości dla
    zaangażowanych w operacje na Haiti jednostek marynarki wojennej,
    piechoty morskiej oraz sił powietrznych.


    Należący do Dowództwa Połączonych
    Sił  Joint Communications Support Element (Element
    Wpomagania Połączonej Komunikacji),
    rozmieścił dwie grupy zaopatrzone w
    systemy satelitarne i telefony VoIP (telefonia internetowa – przyp.
    tłumacza), by wspomagać SOUTCOM w Port-au-Prince później we środę.
    Pełne funkcjonowanie systemów było „kwestią godzin”, powiedział Szef
    JCSE, Chris Wilson.


    Wilson oznajmił także, iż JCSE była w stanie dostarczyć swój sprzęt
    na Haiti szybko, ponieważ systemy były już załadowane na paletach
    transportowych w Miami na Florydzie, przygotowane do ćwiczeń, które
    zostały przerwane
    .


    Federalna Administracja Lotnicza ostrzegła w
    oświadczeniu z 15 stycznia 2010, 
    że „z powodu ograniczonej dostępności
    przestrzeni wyładunkowej w porcie lotniczym w Port-au-Prince,
    Haitańczycy nie przyjmą żadnych samolotów w ich przestrzeni
    powietrznej. Przypomina się także operatorom lotniczym, że na lotnisku
    nie ma paliwa.”

    Pogrubioną czcionką podkreśliliśmy „niebywałe zbieganie się
    okoliczności”, ale na tym nie koniec.

    Wzruszającą historię zamieścił AirForceTimes, „internetowe źródło
    wszystkiego o siłach powietrznych USA”, który „zapewnia członkom armii
    amerykańskiej i ich rodzinom niezależnie, wysokiej klasy
    dziennikarstwo, które wpływa na ich życie”. Czyli wojskowi piszą dla
    wojskowych. A zatem mamy przed sobą informacje z pierwszej ręki.

    Artykuł opisuje smutną sytuację rodziny, której mąż i ojciec, Major Ken
    Bourland uwięziony został pod zgliszczami hotelu Montana w
    Port-au-Prince, który w czasie trzęsienia został praktycznie zrównany z
    ziemią:

    „Bourland, pilot wojskowego
    transportowego helikoptera UH-1, pełnił służbę w biurze SOUTCOM w Miami.

    Na Haiti przyleciał z Republiki Dominikany
    rano, w dzień trzęsienia ziemi
    (trzęsienie ziemi miało miejsce o godzinie 17:00 – przyp. tłum.), razem z generałem broni Ken’em Keen,
    dyrektorem SOUTCOM
    .


    Bourland był na drugim piętrze
    hotelu. Przygotowywał się do wyjścia na obiad w ambasadzie USA, w
    momencie kiedy nastąpiło trzęsienie, mówi Peggy Bourland. Powiedziano
    jej, że inny pilot, który podróżował z generałem Keen’em poszedł do
    pokoju jej męża, by pożyczyć marynarkę do  wyjścia na obiad.


    Pilot, którego imienia Peggy Bourland
    nie pamiętała, był jednym z pięciu innym członków SOUTCOM,
    podróżujących z Keen’em and Bourland’em. Całej piątce, która także
    zatrzymała się w hotelu, udało się uciec. Keen, który w czasie trzęsienia znajdował się poza
    hotelem
    , obecnie zajmuje się
    nadzorem amerykańskiej pomocy wojskowej
    , jako dowódca Joint Task
    Force Haiti (Sił Sprzymierzonych Haiti).”

    A to jeszcze nie wszystko w temacie niesamowitego zbiegania się
    zadziwiających okoliczności.

    Kilka tygodni przed trzęsieniem ziemi Królewska Marynarka Wojenna
    Wielkiej Brytanii opuściła te wody, czego zazwyczaj nie robiła.
    Zazwyczaj, tzn., nie robiła tego od XVII wieku!
    Jak czytamy w The Times z 20 stycznia 2010„Wg. źródeł powiązanych z marynarką
    wojenną, nieopublikowane cięcia budżetowe bez wątpienia ujawniły się
    tym, że po raz pierwszy od XVII wieku
    Królewska Marynarka miała znaczącą przerwę w zabezpieczaniu Karaibów
    .

    Siły na które zazwyczaj składają się
    rozmieszczony na wodach Karaibów statek pomocniczy Królewskiej
    Marynarki oraz fregata, mają na celu wspomaganie zamorskich terytoriów
    Brytyjskich. Szczególnie od maja do grudnia, w czasie występowania
    huraganów oraz w celu pomocy brytyjskiej antynarkotykowej roli w
    regionie.


    Brytyjskie Ministerstwo Obrony
    wystosowało następujące oświadczenie: „Królewska Marynarka Wojenna
    nadal utrzymuje swą obecność na morzu w regionie karaibskim, by
    wzmocnić zamorskie terytoria. Zadanie to jest obowiązkowe w czasie
    sezonu huraganowego, kiedy nasze zasoby mogą być najbardziej potrzebne,
    tzn. od 1 czerwca do 30 listopada.


    W tym roku, z powodu pakietu działań
    oszczędnościowych, by umożliwić Ministerstwu Obrony pozostanie w ramach
    wyznaczonego budżetu, ochrona poza okresem występowania huraganów została chwilowo odwołana.

    Na tym zbiegu okoliczności sprawa przedziwnych przypadków i tak się nie
    kończy. Zauważyło to również kilka innych osób, m.in. francuski
    minister. Wiadomo jak bardzo Francja „kocha się” z USA, więc czasami
    dzięki tej  „miłości” można się z reakcji Francuzów dowiedzieć
    nieco więcej na różne tematy.
    18 stycznia The Telegraph: „Narody Zjednoczone muszą przeprowadzić
    śledztwo i wyjaśnić dominującą rolę USA w spustoszonym trzęsieniem
    ziemi Haiti, powiedział w poniedziałek francuski minister twierdząc, że
    międzynarodowe wysiłki powinny dotyczyć pomocy Haiti a nie jego
    okupacji.


    Siły zbrojne USA w zeszłym tygodniu
    zawróciły francuski samolot, na pokładzie którego znajdował się szpital
    polowy. Wywołało skargę francuskiego Ministra do spraw Współpracy
    Alain’a Joyandet’a.


    Francuski Minister Spraw
    Zagranicznych Bernard Kouchner ostrzegał rządy i grupy pomocy, by nie
    kłóciły się w czasie prób udzielania pomocy Haiti.


    „ludzie zawsze chcą, by to ich
    samolot… wylądował, powiedział Kouchner w poniedziałek. „(Ale)
    przecież ważny jest los Haitańczyków”


    Jednak Joyandet nalegał.
    „Tu chodzi o pomoc Haiti, nie o
    okupację Haiti” mówił Joyandet w Brukseli na spotkaniu UE w sprawie
    Haiti”


    „Armia USA kontroluje lotnisko
    Port-au-Prince i jedyny funkcjonujący pas startowy za pomocą którego
    odbywają się operacje dostarczania pomocy.


    Amerykańska Sekretarz Stanu Hillary
    Clinton powiedziała w niedzielę, że rząd amerykański nie miał intencji
    przejęcia władzy na Haiti. „Pracujemy by ich wspomóc nie by ich
    zastąpić, stwierdziła.”

    Na stronie organizacji „Lekarze bez Granic”
    (Medicins Sans Frontieres) w oświadczeniu prasowym z dnia 19 stycznia
    możemy przeczytać, że w rzeczywistości: „Od 14 stycznia 5 samolotów transportowych
    organizacji „Lekarzy Bez Granic” nie dostało pozwolenia na lądowanie i
    musiało lądować w Republice Dominikany. Samoloty te przewoziły na
    pokładzie 85 ton lekarstw i sprzętu medycznego.”

    Z oświadczenia dowiadujemy się także, iż kolejne dwa samoloty wiozące
    26 pracowników organizacji „Lekarze bez Granic” zostało zawróconych na
    Dominikanę. Organizacji zezwolono na lądowanie pięciu samolotów, które
    w sumie dostarczyły 135 ton potrzebnego sprzętu. Potrzeba kolejnych 195
    ton dostaw medycznych by organizacja mogła kontynuować niesienie pomocy
    w zniszczonej stoli Haiti.

    Warto zwrócić uwagę na cytowaną w oświadczeniu wypowiedź koordynator
    medycznej dla szpitala Choscal Rosy Crestini:
    „To jak pracować w czasie wojny. Nie
    mamy więcej morfiny by kontrolować ból pacjentów. Nie możemy
    zaakceptować tego, by zawracano samoloty z ratującymi życie dostawami
    medycznymi i medycznym sprzętem gdy nasi pacjenci umierają. Priorytet
    musi być dany dostawom medycznym…”

    Skoro w rejonie ogarniętym klęską żywiołową priorytetu w dostawach nie
    mają lekarze ani sprzęt medyczny, to ciekawi nas oczywiście co taki
    priorytet ma. Czego innego Haitańczycy potrzebują bardziej niż
    ratujących życie lekarzy, medykamentów i sprzętu?

    Udało nam się znaleźć kilka dodatkowych informacji z
    najwiarygodniejszych z możliwych źródeł. Może one rzucą nieco światła
    na to co miała na myśli Rosa Crestini.

    Serwis prasowy Amerykańskich Sił Zbrojnych
    (American Forces Press Service), 14 stycznia 2010 wspomina, że
    jednostka Marines przygotowuje się na działanie na Haiti:
    „Około 2000 piechoty morskiej
    przygotowuje się do rozmieszczenia, by zapewnić pomoc w zniszczonym
    trzęsieniem ziemi Haiti.

    Piechota zacznie załadunek sprzętu na trzy statki USS Bataan, USS
    Carter Hall oraz USS Fort McHenry.”

    A więc Haitańczycy potrzebują więcej ludzi w amerykańskich mundurach i
    z karabinami. Idąc tym tropem, wg. oficjalnych informacji jakie udało
    nam się znaleźć, na Haiti pojawiły się:
    - USS
    Bataan
    – okręt desantowy;

    - 2000 piechoty z 22
    Jednostki Sił Ekspedycyjnych Piechoty Morskiej
    ;

    - żołnierze 82
    lotniczej dywizji Amii USA
    (ponad 900 żołnierzy);

    - lotniskowiec USS
    Carl Vinson
    i uzupełniające statki pomocnicze;

    - pływajacy szpital USNS Comfort;

    - kilka statków oraz helikopterów straży przybrzeżnej USA;

    - USS Normandy – krążownik wyposażony w naprowadzane
    pociski odrzutowe;

    - fregata rakietowa USS
    Underwood

    Na odprawie Departamentu Obrony USA, która miała miejsce 13 stycznia
    2010 Generał Fraser z Pentagonu nakreślił na czym ma polegać operacja
    ratownicza
    na Haiti. Generał powiedział m.in.: „Skupiamy się na ustanowieniu dowództwa,
    kontroli i komunikacji, byśmy naprawdę lepiej zrozumieli co się tam
    dzieje.”


    „Kierujemy tam przeróżne statki,
    które mamy w regionie – małe statki, kutry straży przybrzeżnej,
    niszczyciele – w tamtym kierunku, by zapewnić jakąkolwiek
    natychmiastową pomoc na ziemi.”


    „Także ostatecznie mamy załogę, która
    ruszyła na lotnisko. Z tego co rozumiem, ponieważ przypadkiem zdarzyło
    się, że akurat mój drugi komandor porucznik jest właśnie na Haiti, w
    czasie wcześniej zaplanowanej wizyty, właśnie gdy wydarzyła się ta
    sytuacja .”


    „Mamy też grupę skierowaną na
    lotnisko, by upewnić się, że możemy pozyskać i zabezpieczyć lotnisko i
    prowadzić stamtąd operacje.”

    Tego samego dnia, narodowy instytut polityczny o nazwie The Heritage
    Foundation, który „formułuje i
    promuje konserwatywną politykę publiczną opartą na zasadach
    nieskrępowanej przedsiębiorczości, ograniczonego rządu, indywidualnych
    wolności, tradycyjnych amerykańskich wolności i silnej obrony narodowej”

    zamieścił na stronie internetowej tekst pt. „American Leadership Necessary to Assist Haiti After
    Devastating Earthquake”
    (Amerykańskie Przywództwo Niezbędne by
    Wspierać Haiti po Niszczącym Trzęsieniu Ziemi”.

    W tekście naszą uwagę zwraca szczególnie zdanie: „Trzęsienie ziemi ma dwa następstwa,
    humanitarne i związane z narodowym bezpieczeństwem USA.”

    16 stycznia 2010 roku strona internetowa flightglobal.com powołując się
    na źródło Air Transport Intelligence (jeden z przewodnich serwisów
    rozpoznania online wiadomości z branży lotniczej), opublikowała
    artykuł, w którym czytamy m.in.:
    „załoga FAA pracuje z wojskowymi
    kontrolerami lotów z Departamentu Obrony USA, by usprawnić ruch
    lotniczy na lotnisku.

    Siły powietrzne USA otworzyły
    ponownie lotnisko 14 stycznia a 15-go ich grupa operacyjna otrzymała
    zwierzchnią władzę nad lotniskiem.

    Przejęcie władzy na lotnisku pozwala
    Siłom Powietrznym na określenie priorytetów, rozplanowanie i kontrolę
    nad przestrzenią powietrzną na lotnisku.”

    Tym, którzy nie widzą niczego nadzwyczajnego w rozmieszczaniu
    amerykańskiej piechoty morskiej na Haiti dedykujemy cytat z przytaczanego już tekstu wypowiedzianego
    ustami sierżanta Michael’a J. Carden’a: „Żołnierze piechoty morskiej są przede
    wszystkim wojownikami i to z tego są na świecie znani… jednak na
    równi potrafimy współczuć kiedy musimy i to jest rola, którą
    chcielibyśmy pokazać, współczujących wojowników, wyciągających pomocną
    dłoń do tych, którzy jej potrzebują. Jesteśmy tym naprawdę
    podekscytowani”

    My także jesteśmy podekscytowani, szczególnie starając się podsumować
    wszystko co wyszukaliśmy dotychczas:

    1. w ciągu kilku dni USA przemieściły w ten rejon około 10.000 wojska i
    niemało sprzętu;

    2. przestrzeń powietrzna stolicy kraju została poddana pod kontrolę sił
    powietrznych USA;

    3. akcja ratownicza prowadzona jest przez amerykański Departament
    Obrony czyli Armię USA, a nie przez cywilne, rządowe i stworzone na
    tego typu okoliczności agencje jak np. FEMA – Federal Emergency
    Management Agency (Federalna Agencja Zarządzania w Sytuacjach
    Kryzysowych). Wojsko oficjalnie przyznaje, że skupia się na uzyskaniu
    lub odzyskaniu dowództwa i kontroli;

    4. francuski minister głośno artykułuje niezadowolenie, używając słowa
    „okupacja”;

    5. Królewska Marynarka Wojenna Wielkiej Brytanii po raz pierwszy od
    XVII wieku wycofała się z karaibskich wód. Dokonała tego przypadkiem na
    kilka tygodni przed katastrofą;

    6. przypadkiem zdarzyło się, że akurat na Haiti przebywał wysoki rangą
    wojskowy z United States Southern Command (amerykańskie dowództwo
    odpowiedzialne za region południowej ameryki), który w czasie
    trzęsienia ziemi akurat nie przebywał w hotelu, ani żadnym innym
    budynku. Ów oficer praktycznie z epicentrum rejonu nawiedzonego klęską
    od razu zaczął wykonywać swoje obowiązki nadzorowania akcji;

    7. dzień wcześniej należące do armii amerykańskiej agencje i projekty
    (DISA i JCSE), rozpoczęły w siedzibie United States Southern Command
    ćwiczenia udzielania pomocy po klęsce żywiołowej właśnie Haiti,
    jednocześnie gromadząc i przygotowując sprzęt do transportu;

    8. w 1997 roku Sekretarz obrony USA opowiadał o istnieniu w rękach
    terrorystów technologii (lub co najmniej prac nad takową), która
    pozwalałaby zmieniać klimat, wywoływać trzęsienia ziemi lub zdalnie
    powodować erupcje wulkanów;

    9. w 1977 roku ONZ wystosowało Uchwała o Zakazie Militarnego oraz
    Wszelkiego Innego Wrogiego Użycia Technik Modyfikacji Środowiska, którą
    nawet w PRL ktoś w roku 1977 podpisał, a rok później ratyfikował;

    10. już w 1957 komisja doradcza w sprawie kontroli pogody zwracała
    uwagę Prezydentowi Eisenhower’owi na potencjał dokonywania modyfikacji
    pogody, ostrzegając jednocześnie, że jego waga przewyższałaby potencjał
    broni atomowej.

    I mimo, że Haiti znajduje się w rejonie często nawiedzanym trzęsieniami
    ziemi, to powyższe 10 punktów nie pozwala nam świadomie wykluczyć, że
    USA dysponują obecnie technologią pozwalającą wyzwalać sejsmiczne lub
    pogodowe zjawiska.

    Jak dla nas wszystko to zawiera trochę zbyt wiele zbiegających się
    przypadków, by nie móc spojrzeć na tragedię jaka wydarzyła się na Haiti
    z trochę innej perspektywy niż jedynie ta, którą prezentowały główne
    media.

    Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
    Wprost.pl – sensacyjna wiadomość na temat reakcji
    Wenezueli.
    Pravda.ru – Amerykanie wywołali trzęsienie ziemi
    na Haiti?
    Uniwersytet AIR – Wojskowa praca badawcza na temat
    kontroli pogody (format PDF).
    Uchwała ONZ – o zakazie militarnego oraz
    wszelkiego onnego wrogiego użycia technik modyfikacji środowiska.
    The Federation of American Scientists – zapis
    konferencji, wypowiedź Sekretarza obrony Stanów Zjednoczonych William’a
    Sebastiana Cohen’a.
    The Washington Post – seria fałszywych alarmów
    bombowych z 97 roku.
    Government Executive – Defense Information Systems
    Agency – DISA, użyła jej systemów na Haiti.
    NEXTGov.com – ćwiczenia DISA na dzień przed
    trzęsieniem, wg. scenariusza zakładającego kataklizm na  Haiti.
    All Partners Access
    Network
      – uruchomione przez DISA już w kilka godzin po
    trzęsieniu.
    Joint
    Communications Support Element
    wspomagał
    SOUTCOM w Port-au-Prince już w kilka godzin po trzęsieniu, ponieważ
    dzień przed trzęsieniem systemy były już załadowane na paletach
    transportowych.
    Federalna Administracja Lotnicza – Haitańczycy nie
    przyjmą żadnych samolotów w
    ich przestrzeni powietrznej.
    AirForceTimes – jeden z wysokich rangą oficerów
    SOUTCOM przybył na Haiti w dniu tragedii i natychmiast zajął się
    nadzorem amerykańskiej pomocy wojskowej, jako dowódca Joint Task Force
    Haiti. W czasie trzęsienia nie przebywał w hotelu, który uległ
    zniszczeniu.
    The Times – po raz pierwszy od XVII wieku
    Królewska Marynarka miała znaczącą przerwę w zabezpieczaniu Karaibów.
    The Telegraph – Francja krytykuje amerykańską
    okupację na Haiti.
    Medicins Sans Frontieres – na temat sytuacji na
    Haiti i zawracanych samolotów z lekarzami i lekarstwami.
    American Forces Press Service - o prawdziwych
    priorytetach na Haiti?
    USS
    Bataan
    – okręt desantowy wysłany na Haiti
    22 Jednostki Sił
    Ekspedycyjnych Piechoty Morskiej
    – 2000 piechoty wysłanych na Haiti.
    82 lotnicza
    dywizja Amii USA
    – ponad 900 żołnierzy wysłany na Haiti.
    USS Carl Vinson
    - lotniskowiec i uzupełniające statki pomocnicze wysłany na Haiti.
    USNS Comfort – pływajacy szpital wysłany na Haiti.
    USS Normandy – krążownik wyposażony w naprowadzane
    pociski odrzutowe wysłany na Haiti.
    USS
    Underwood
    – fregata rakietowa wysłany na Haiti.
    Pentagon – akcja ratownicza polegać ma na „ustanowieniu dowództwa, kontroli i
    komunikacji”.
    The Heritage Foundation – następstwo trzęsienia
    ziemi związane z narodowym bezpieczeństwem USA.
    flightglobal.com – siły powietrzne USA Przejęły
    władzę na lotnisku w Port-au-Prince.
    Generał Fraser z Pentagonu – żołnierze piechoty
    morskiej są przede wszystkim wojownikami.

    Cały
    czas zastanawia nas krótkowzroczność ludzi, którzy wszędobylską
    inwigilację i rozszerzaną kontrolę rządów nad obywatelami kwitują
    stwierdzeniem: „nie ma się czego obawiać, jeśli nie ma niczego na
    sumieniu.”

    Być może kiedyś zdanie to rzeczywiście było prawdziwe i ludzie o
    nieskazitelnym prowadzeniu się nie mieli się czego obawiać. Dziś jednak
    nie ma czegoś takiego jak czyste sumienie. Nie w biurokracji.

    Przedstawiami kolejną garść dowodów wskazujących na to, iż
    bezpieczeństwo i nietykalność prawna należą do przeszłości, czyli
    kolejny wpis traktujący o idiotyzmach biurokratycznej współczesności.

    Zaczniemy jednak od Polski, gdzie wrocławska Wyborcza opisała przykład
    indoktrynowania dzieci w zupełnie nieoczekiwany (przynajmniej dla nas)
    sposób.
    Oczywiście w publikacji nie pada ani razu termin „indoktrynacja”,
    jednak z naszego punktu widzenia, sprawa dotyczy korzystania z
    czytników odcisków palców i przyzwyczajania do nich dzieciaków,
    zupełnie jakby były czymś normalnym i naturalnym.
    Nie, nie jesteśmy anty-technicznymi oszołomami, którzy czytniki
    odcisków palców uważają za manifestację zła wcielonego. Z tego co
    wiemy, techniki te nie zdają za dobrze egzaminu w przypadku ochrony
    danych, sprzętu lub mienia oraz są zawodne w identyfikacji osób, więc
    jeśli ktoś chce je wykorzystywać do takich celów, to jego problem.
    Jesteśmy jednak całkowicie przeciwni stosowaniu tej technologii w życiu
    codziennym do identyfikacji niewinnych ludzi z całkowicie prozaicznych
    powodów, takich jak np. sprawdzanie listy obecności… nie zgadną
    Państwo… kandydatów do bierzmowania!

    Na pomysł instalacji czytników linii papilarnych wpadł miejscowy
    ksiądz. Cytując Gazetę Wyborczą: „System
    od początku roku obowiązuje w parafii św. Jadwigi. W zakrystii kościoła
    zamontowano czytnik, do którego gimnazjaliści przykładają palce przed i
    po mszy. To pomysł wikariusza ks. Grzegorza Sowy. Tłumaczył nam, że to
    pomysł dobry, bo bezpieczny i nie łamie prawa…”

    Po oglądaniu retransmisji z obrad sejmowych wiemy, że głupota nie
    przestrzega przynależności partyjnej. Po oglądaniu wiadomości ze
    świata, wiemy że nie przestrzega różnic rasowych. Dlaczego więc miałaby
    przestrzegać granic wyznaniowych? Dlatego nie mamy żadnych szczególnych
    pretensji do księdza. Nie każdy rodzi się bowiem człowiekiem, który
    potrafi przewidzieć najprostsze konsekwencje swoich czynów lub decyzji.

    O co w ogóle chodzi?
    „Młodzież, która przygotowuje się do
    bierzmowania, palce w czytniku ma odciskać przez trzy lata. Powinni
    uczestniczyć w mszach świętych w niedziele i pierwsze piątki miesiąca
    oraz w nabożeństwach różańcowych i roratach. Jeśli w tym czasie zaliczą
    200 obecności, są zwolnione z egzaminu przed bierzmowaniem”
    .

    Niby wszystko sprawnie, szybko i nowocześnie, jednak jak wypowiadali
    się niektórzy rodzice dzieci z tego liceum:

    „Pani Jarosława, matka drugoklasisty
    Grzegorza, zabroniła mu przykładać palec do czytnika. Tłumaczy: – Taka
    forma sprawdzania obecności mi się nie podoba. Sami prowadzimy zeszyt,
    gdzie wpisujemy, kiedy był na mszy, co było na kazaniu i który ksiądz
    odprawiał mszę.


    Matkę Grzegorza oburzył też sposób
    wprowadzenia czytnika: – Przed wakacjami od części dzieci pobrano
    odciski bez naszej wiedzy. Syn wrócił do domu blady i przestraszony.
    Jak tak można?


    Matce gimnazjalistki Kasi nie bardzo
    podobało się, w jaki sposób przeprowadzono głosowanie w sprawie
    zamontowania czytnika: – Ksiądz na zebraniu w szkole opowiedział nam o
    nowym systemie. Potem spytał, kto jest za, a kto przeciw. To było
    kłopotliwe, bo trudno się w takiej sytuacji wyłamać. Jak większość
    podniosłam więc rękę za czytnikiem, bo nie chciałam się wyróżniać. Ale
    pomysł też mi się nie podoba. Kościół to nie posterunek policji.”

    Choć część rodziców zachowała jeszcze odrobinę zdrowego rozsądku. Przy
    okazji mama Kasi  opisała przykład manipulacji. Kobieta nie
    chciała się wychylać i przeciwstawiać decyzji grupy. Można napisać, że
    poddan pewnemu mechanizmowi znanemu z psychologii społecznej, uległa
    presji grupy. Uległa demokracji. Zapewne tej samej presji ulega przy
    urnie wyborczej.

    Niepokojem powinno jednak napawać czytanie wypowiedzi jednej z
    uczestniczek tegoż „eksperymentu”, Gimnazjalistki z Gryfowa:
    „- Jest wygodniej. Nie musimy już
    stać w kolejce do księdza, żeby dał nam podpis w książeczce do
    bierzmowania. I nie będzie oszukiwania – tłumaczy Karolina z drugiej
    klasy gryfowskiego gimnazjum. – Cały ten hałas o odciski jest bez
    sensu, bo przecież robimy to dobrowolnie.”


    O sprawie napisaliśmy z dwóch względów. Po pierwsze, aby pokazać typowy
    wytwór hodowli obywateli, którzy w niedalekiej przyszłości przyjmą
    wszystko, cokolwiek jakaś „władza” czy inny wątpliwy „autorytet”
    podsunie im pod nos. Chodzi oczywiście o gimnazjalistkę Karolinę. W
    przyszłości zapewne zgodzi się na wszystko, byle tylko wydawało jej
    się, że jest wygodniej i „sprawiedliwiej społecznie”. Ciekawe ile czasu
    dziennie spędzała i spędza przed telewizorem?

    Drugi powód jest jednak ważniejszy i dotyczy wypowiedzi urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich:

    „- Przechowywanie takich informacji
    to duża odpowiedzialność, która wiąże się z koniecznością zapewnienia
    bezpieczeństwa danych. – mówi Mirosław Wróblewski z biura rzecznika
    praw obywatelskich. – Dobrowolność oddawania odcisków niczego tutaj nie
    zmienia. Ksiądz jest nauczycielem religii w szkole, dlatego zobowiązany
    jest do przestrzegania przepisów o ochronie danych osobowych. Nie
    istnieje podstawa prawna do pobierania odcisków linii papilarnych od
    uczniów w takiej sytuacji. Takiej zaś ustawowej podstawy prawnej do
    zbierania informacji o każdej osobie przez instytucje publiczne i osoby
    w nich zatrudnione wymaga konstytucja.”

    Czytelnicy zauważą, że przecież rzecznik powiedział, iż to nielegalne,
    więc wszystko chyba dobrze się skończyło.

    Naszym zdaniem nie, a przynajmniej nie do końca. Warto bowiem zwrócić
    uwagę na zdanie:”Nie istnieje podstawa prawna do pobierania odcisków
    linii papilarnych od uczniów w takiej sytuacji.”

    Oznacza to, że gdyby taka podstawa prawna została stworzona lub
    dotyczyła innej sytuacji, to wszystko byłoby w jak najlepszym porządku.

    Czy pamiętają Państwo kto tworzy owe podstawy prawne? Wiemy, że dziś
    może to przyprawić o ból głowy, gdy ktoś uczył się o trójpodziale
    władzy i innych, zapomnianych już błahostkach. Dziś podstawy prawne
    tworzą m.in. jakże dyspozycyjny i czcigodni posłowie, ministrowie
    spotykający się na cmentarzach oraz inne indywidua ciągnące w cieniu
    gabinetów za sznurki, sznureczki i teczki. Owe sznurki to motywatory i
    demotywatory dla podstawionych mężyków stanu, którzy odpowiednio
    pokierowani przez oligarchów krajowych lub zagranicznych, skłonni są
    zmienić zdanie o 180 stopni, a nawet zrezygnować z najwyższych
    stanowisk państwowych, także tych do objęcia których przygotowywali się
    medialne od kilku lat.

    Rzecznik cytowany przez Gazetę Wyborczą zdradził w cytowanym powyżej
    zdaniu, że pobieranie odcisków zależy tylko i wyłącznie od widzimisię
    urzędnika. Mało tego. Nawet jeśli grupa obywateli, sama dla siebie i za
    własna zgodą, zdecydowałaby się na korzystanie z dobrodziejstw techniki
    skanowania odcisków, to dopóki urzędnik państwowy nie wyda na to zgody,
    będzie to działanie niezgodne z prawem.

    Takie podejście do materii stwarza nieograniczone możliwości do
    pojawienia się bzdur, o których się filozofom nie śniło, a przynajmniej
    nie tym, którzy nie zajmowali się filozoficznym usprawiedliwianiem
    kradzieży popularnie zwanej socjalizmem.

    Nam nie podoba się oczywiście, że jakiś urzędnik decyduje, kiedy
    pobieranie od nas odcisków palców jest dobre, a kiedy nie jest dobre.
    Oznacza to bowiem, że w każdej chwili Państwo może potraktować całe
    grupy społeczne jak przestępców i stanie się tak tylko dlatego, że
    Grzecho, Miro i Rychu, przy cmentarnej krypcie, uzgodnią sobie coś na
    ten temat.

    Kolejna historia, którą dziś chcemy Państwu przybliżyć, opisana została
    przez Daily Mail i traktuje o „życiu domowym”, o które wypytuje się w Wielkiej Brytanii nawet pięcioletnie
    dzieci
    .

    Tak, dzieci nawet w wieku lat pięciu proszone są o wypełnianie
    specjalnych ankiet, w których pytane są o intymne szczegóły życia w ich
    domach.

    Pytania, które zaatakowano jako nadużycie, dotyczą jedzenia w miejscach
    typu McDonald’s, przyzwyczajeń oglądania telewizji, czasu spędzanego z
    rodziną, a nawet innych dzieci.

    Wyniki tych ankiet składowane są w bazie danych. Pozwala to pracownikom
    opieki społecznej rozpatrywać sytuację rodziny, które uzna się za
    obarczone pewnym „ryzykiem”.

    Dzieci proszone są o zaznaczanie kolorami odpowiedzi np. na pytania
    dotyczące ilości spożywanych każdego dnia owoców i warzyw w stosunku do
    chipsów i napojów gazowanych.

    Przeprowadzono setki takich „quizów” na temat stylu życia, za czym
    kryje się brytyjskie Ministerstw Zdrowia, a co było próbą stworzenia
    obrazu stanu zdrowia poszczególnych domostw.

    Alex Deane, z organizacji „Big Brother Watch” (podglądanie wielkiego
    brata) opisał to jako „niewiarygodne
    wtargnięcie w sferę prywatnego życia.”

    Dodał, iż „to nie Państwo wychowuje
    dzieci, lecz rodzice. Istnieje ważna różnica między nauczanie,
    matkowanie i wymuszaniem, a te kroki przekraczają tę granice.”

    Quizy tego rodzaju pilotażowo rozpoczęto w Erewash w Derbyshire, gdzie
    dzieci, pod obecność rodziców, wypełniały formularze w czasie zajęć
    pozaszkolnych – tzw. klubach „zdrowego stylu życia”. Mimo iż
    wypełnianie ankiet nie było obowiązkowe, to dzieci były bardzo
    zachęcane do ich wypełnienia.

    Formularze te mają obecnie zostać rozesłane do dwustu szkół w całym
    kraju, co dokładnie monitorowane jest przez miejskich urzędników.

    Daniella Yeo, z rady miejskiej Erewash powiedziała, iż zajęcia
    pozaszkolne cieszą się dużym powodzeniem, a pytania są zgodne z
    wytycznymi ustanowionymi przez ciało regulujące National Institute for
    Health and Clinical Excellence (Narodowy Instytut Zdrowia i Klinicznej
    Doskonałości), czyli National Health Service (Narodowy Serwis Zdrowia).

    Dodała ona, iż „Pomoże to wskazać
    rodziny z ryzykiem otyłości. Wtedy będziemy mogli zachęcić rodziców do
    uczęszczania na sesje z pracownikami opieki społecznej lub lekarzem
    rodzinnym.”

    Inne z pytań dla pięciolatków dotyczą jedzenia śniadania, ilości
    spożytej wody i sposobu dojazdu do szkoły. Pięcioletnie dzieci pytane
    są także o samopoczucie: „jak bardzo
    się lubisz?”
    . Są także proszone o pokolorowanie któregoś z
    piktogramów przedstawiających kciuk do góry lub kciuk w dół.

    Siedmiolatki wypełniają ankiety bardziej szczegółowe. Pytane są ile
    dokładnie godzin spędzają z rodziną, oglądając telewizji czy grając w
    gry komputerowe.

    Josie Appleton z Manifesto Club, działacz na rzecz wolności
    obywatelskich mówi: „Rady miejskie i
    szkoły powinny skoncentrować się na zapewnieniu każdemu dobrego
    wykształcenia. Nie powinny wtykać nosów w torebki na drugie śniadanie i
    powinny trzymać się z dala od tego co znajduje się na stole w czasie
    obiadu.”

    Część czytelników zapewne pomyśli, że to dobrze iż przynajmniej w
    Wielkiej Brytanii urzędnicy robią coś dla dobra dzieci. Będą to
    czytelnicy karmiący się zbyt intensywnie ideologią płynącą z portali
    takich jak Onet czy wirtualna Polska.

    Naszym zdaniem to oczywiście totalna porażka. Urzędnik ponownie wtrąca
    się w ludzkie życie.
    Obrzydliwe jest to, że dzieci przesłuchuje się w sposób kojarzony z
    zabawą. Poprzez kolorowanki.
    Tak wygląda przetłumaczony przez nas fragment quizu:
    tak wyglądałby po polsku fragment quizu
    W sumie dziewczynki i chłopcy powinni od wczesnego dzieciństwa
    wiedzieć, że donoszenie urzędnikowi na własną rodzinę, choćby i 
    obarczoną ryzykiem otyłości, to świetna zabawa, prawda?

    Zdajemy sobie sprawę, że urzędnicy pasożytujący na społeczeństwie w
    czasie rządów socjalizmu zajmowali się i zajmują różnymi durnotami.
    Kiedyś walczyli z wrogiem narodu, przypominali o ochronie tajemnicy
    państwowej, noszeniu plonu tow. Bierutowi lub te z plakatów pozdrawiali kobiety pracujące dla pokoju
    i rozkwitu ojczyzny. Nawet w epoce głębokiego PRL nie zajmowali się
    jednak tym, co ludzie mają na talerzu. Być może dlatego, że w powstałym
    z tego socjalizmu „dobrobycie”, na talerzach i tak wiele być nie mogło,
    no chyba, że było urzędnikiem owej ludowej władzy.

    Dziś, może dlatego, że ludzie nie dają sobie wmawiać bzdur o walce z
    wyimaginowanym wrogiem np. świńską grypą, coraz częściej też nie wierzą
    w powodowane działalnością człowieka ocieplenie klimatu, które miało
    nas wszystkich zmieść z powierzchni ziemi. Nie wierzą także w inne
    wyssane z palca ataki terrorystyczne organizowane przez agentury
    poszczególnych rządów zainteresowane wywołaniem paniki w celu
    pozyskania szerszej władzy nad przestraszonymi masami.

    Urzędnicy zaczęli się więc zajmować się wyimaginowanym problem tuszy.
    Coś przecież robić chcą. Obywatele jednak, zanim się obejrzą, utracą
    kontrolę nad kolejnymi małymi fragmentami ich życia. Tym razem będzie
    się ich zachęcać do spotkań z pracownikami Opieki Społecznej. Ciekawe
    kiedy spotkania staną się przymusowe… oczywiście dla dobra i
    bezpieczeństwa obywateli obarczonych ryzykiem tego czy tamtego problemu
    wymyślonego przez urzędników?

    Kolejna dzisiejsza historia, choć zawiera wiele wątków, dobrego
    postępowania oraz złego postępowania, zupełnie przy okazji pokazuje
    kolejną bzdurę utraty kontroli nad naszym życiem. „Naszym”, w znaczeniu
    ludzi pod rządami biurokracji.
    Historia opublikowana przez Arizona Central,
    opisuje sytuację 47 letniej kobiety z Avondale w USA, która z powodu
    kłopotów finansowych (w Ameryce banki naprawdę okradły zwykłych
    obywateli, którym coraz trudniej o pracę i dotychczasowe zarobki),
    postanowiła używać paneli słonecznych i akumulatorów dla zaspokojenia
    własnego zapotrzebowania na prąd elektryczny.

    Kobieta dzięki „trosce” urzędników spędziła 11 dni w samochodzie,
    ponieważ miasto wywłaszczyło jej dom.

    Władze miejskie oświadczyły, że Pani Christine Stevens pogwałciła
    przepisy budowlane, kwestie zdrowia i bezpieczeństwa, ponieważ od domów
    w Avondale wymaga się, by posiadały system ogrzewania i działającą
    lodówkę.

    „Wyjaśniliśmy jej, że panele
    słoneczne nie są wystarczające do podtrzymania jakości życia na
    odpowiednim poziomie”
    powiedział Pam Altounian, odpowiedzialny
    za dostosowywanie  się mieszkańców do przepisów budowlanych w
    Avondale.

    W tej historii pojawiają się motywy roszczeniowej postawy tej kobiety,
    niepłaconych rachunków za prąd, oskarżeń przez firmę dostarczającą prąd
    do jej domu o manipulacje przy liczniku, nieodpowiadanie na kolejne
    wezwania do urzędu itd., itp., ale kiedy się je pominie, z historii
    wyłania się ciekawy motyw.

    Arizona Central opisuje, iż „Urzędnicy
    Avondale powiedzieli, że Pani Stevens pogwałciła prawo budowlane
    miasta. Miasto wymaga, by domy miały dostateczna ilośc prądu
    elektrycznego by zasilić lodówkę, schłodzić rezydencję do temperatury
    nie wyższej niż 31 stopni Celsiusza lub ogrzać dom do 20 stopni
    Celsiusza.”

    Stevens oznajmiła, że sześć paneli słonecznych i osiem akumulatorów
    zapewniało w domu światło oraz zasilało komputer lub telewizor w
    posesji z trzeba sypialniami. Steavens do przechowywania jedzenia
    używała czegoś co nazywa się „icebox
    czyli izolowanej termicznie, schładzanej lodem szafki, gdzie lód
    poprzez cyrkulację powietrza ochładzał trzymane w niej jedzenie.

    W letnich miesiącach, jej sąsiedzi pozwalali jej na pobieranie prądu za
    pomocą przedłużacza z ich domowego gniazdka.

    Nie używała systemu klimatyzacji ani ogrzewania, dawała sobie bez nich
    radę, w lecie korzystając z basenu a w chłodniejszym okresie ubierając
    się cieplej niż zwykle po domu.

    Naszą i zapewne Państwa uwagę zwróciło to, że to miasto nie pozwoliło
    jej na mieszkanie w sposób w jaki chciała (lub musiała z powodu
    kłopotów finansowych). Jak mówił jeden z cytatów: „Wyjaśniliśmy jej, że panele słoneczne nie
    są wystarczające do podtrzymania jakości życia na odpowiednim poziomie”
    .

    Urzędnicy w trosce o zdrowie i poziom komfortu życia tej kobiety nie
    pozwolili jej nie płacić za prąd z którego chciała zrezygnować z powodu
    niemożności opłacania rachunków. Nie pozwolili jej z tego prądu
    zrezygnować, mimo, iż chciała pozostać jedynie przy korzystaniu z
    paneli słonecznych i akumulatorów.

    Jak dla nas kolejny przykład wtrącania się urzędników w ludzkie życie,
    poprzez wymyślanie głupich przepisów choćby na temat działającej w domu
    lodówki. A może ktoś nie chce mieć lodówki? W mieście Avondale w USA,
    dzięki urzędnikom, nie może nie chcieć.

    Czego jeszcze urzędnicy nie zrobią dla dobra opłacających ich intratne
    posady obywateli?

    Portal CBS42.com  z Birmingham, Alabama także w USA
    opisuje kolejny przykład tej troski.

    Tamtejszy ratusz zarządził nowe prawo dotyczące parkowania pojazdów. Od
    dnia wejścia w życie przepisu, za parkowanie własnego samochodu nie na
    podjeździe będzie groził mandat.

    I tu lokalny portal przedstawia relacje dwóch osób. „Nic już nie należy do nas. Jeśli miasto
    może wejść, urzędnik podejść i powiedzieć, ‚nie mogę tego, nie mogę
    tamtego na mojej własnej ziemi, ponieważ to dopiero początek.’”
    ,
    powiedział John W. Ford.

    Pan Ford wścieka się na nowe rozporządzenie, który zabrania mu parkować
    na jego własnej trawie.

    Druga osoba mówi: „To obniża wartość
    posesji i nie chciałabym znaleźć się w dzielnicy, gdzie nic nie ma,
    tylko stoją zaparkowane samochody i nie ma trawy i nie ma rozwoju
    dzielnicy.”
    . Taką opinię wyraziła pani Vivian Starks.

    Pani Starks dodaje: „Mam nadzieje,
    że Birmingham po prostu będzie egzekwować postępowanie wg. tego
    przepisu. To wszystko. Jeśli wyegzekwują to, to wszystko będzie w
    porządku”
    .

    Wścibskość i chęć zarządzania cudzą własnością to domena urzędników na
    całym świecie.

    W tego artykułu widać także, że urzędnik nie działa niestety w
    pojedynkę. I tak samo jak w Polsce znajdzie się gimnazjalista, która
    zachwycona jest pobieraniem od niej odcisków palców, tak samo w USA
    znalazła się Pani, która popiera działania urzędników, które dotyczą
    przecież cudzej własności.
    Ktoś powie, ale ta kobieta chciała, żeby jej dzielnica była ładna. Co
    jest w tym złego, że chce zakazać sąsiadowi parkowania na jego własnym
    trawniku.

    A co złego byłoby w tym, by przeprowadziła się ona do dzielnicy, w
    której podjazdy są większe i ludzie nie muszą parkować na własnym
    trawniku lub wszyscy stosują się dobrowolnie to tej reguły? Skoro nie
    podoba jej się dzielnica w której mieszka obecnie, powinna ją zmienić.
    Nic także nie stoi na przeszkodzie, by próbowała namówić sąsiadów do
    rezygnacji z niszczenia trawy.

    No cóż, przez ostatnie 100 lat socjalizm wyrządził ogromne spustoszenie
    w świadomości ludzi na całym świecie. Prawo własności było kiedyś
    prawem świętym. Dziś, własności traktowana jest prawie jako zło
    konieczne i tak podlegające regulacyjnym widzimisię tych, którzy akurat
    dopchali się do żłoba, czy to lokalnego, czy też na szczeblu krajowym.

    W Polsce oczywiście także nie można sobie bez pozwolenia urzędnika
    ściąć posadzonego własnoręcznie na własnej ziemi drzewa, zbudować
    garażu, dodatkowej przybudówki, wykopać dziury w ziemi i nadać do niej
    wody itd., itp., bez łaskawego pozwolenia urzędnika.

    Niedługo nie będzie się można za przeproszeniem wysmarkać we własnym
    samochodzie. Tzn., już nie wszędzie ujdzie to na sucho.

    Jak podał brytyjski The Daily Record,  Michael Mancini,
    stojąc w nieruchomym korku, wrzucił luz, zaciągnął dla bezpieczeństwa
    ręczny hamulec, sięgnął po chusteczkę i zaczął wydmuchiwać nos.

    Tylko przelotnie i kątem oka zauważył czterech policjantów stojących na
    poboczu, co w tym momencie wydawało się nie mieć dla niego większego
    znaczenia. Jeszcze gdy trzymał w ręku chusteczkę, jeden z
    funkcjonariuszy podszedł do niego i oznajmił, że wlepia mu mandat za „utratę kontroli nad pojazdem”.

    Nie, to nie skecz Monty Python’a. To brytyjska rzeczywistość. Co
    gorsza, biznesmen starał się wyjaśnić z policjantem tę sprawę, jednak
    Policjant nie chciał go słuchać.

    Nie chce nam się cytować całego artykułu. Dodamy jedynie, że ten sam
    funkcjonariusz wlepił wcześniej mandat w wysokości 50 funtów
    człowiekowi, który wychodząc ze sklepu, przypadkowo upuścił banknot o
    nominale 10 funtów.

    A teraz proszę się zastanowić ilu baranów pokroju owego funkcjonariusza
    pracuje w policji, radach miejskich, gminnych, urzędach powiatowych,
    ZUS, ministerstwach lub zasiada w sejmie i senacie. Co gorsza, wiele
    wskazuje na to, że chory urzędnicy system, zamiast dokonywać naturalnej
    selekcji takich idiotów i wywalać ich z roboty, promuje ich.
    Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że ludzi tego typu dosięga
    promocja i pną się oni w górę urzędniczej drabiny sukcesu.

    A to już prawdziwy Koszmar z Ulicy Wiązów, na której samochody parkuje
    się tylko na podjazdach przed domami, w których musi działać lodówka i
    klimatyzacja, gdzie zagrożone otyłościa rodziny chodzą na pogadanki z
    pracownikami Opieki Społecznej, dzieci nie jedzą chipsów, a ich
    obecność na mszy sprawdza cyber-ksiądz za pomocą zgromadzonych w bazie
    danych odcisków palców, na co pozwala mu wymyślona na cmenatrzu
    podstawa prawna, wdrożona przez straszące wszystkich we śnie indywidua
    świata polityki.

    Żródła informacji (w języku polskim i angielskim):
    Gazeta Wyborcza – skanery sprawdzają listę
    obecności.
    Gazeta Wyborcza – wypowiedź urzędu Rzecznika Praw
    Obywatelskich.
    The Daily Mail – pięciolatki wypytywane o
    szczegóły domowego życia.
    Arizona Central – dom tylko z lodówką i
    klimatyzacją.
    Wikipedia.org
    - co to jest icebox, pierwowzór lodówki.
    CBS42.com – mandat za parkowanie własnego
    samochodu na własnej ziemi.
    The Daily Record – utrata kontroli nad pojazdem…
    w korku, w czasie wydmuchiwania nosa.

    Trzeba
    przyznać, że nowy, 2010 rok nie rozpoczął się dla nas szczególnie
    optymistycznie. Pisząc ‚nas’, mamy na myśli wszystkich ludzi, którzy
    szanują naturalną potrzebę prywatności i cenią sobie wolność wyboru.

    Z upływem czasu potwierdza się bowiem coraz wyraźniej globalna
    tendencja (a może konkretny plan?) ukrócenia możliwości dokonywania
    wolnego wyboru oraz pomniejszanie prawa do godności i prywatności.

    Co konkretnie mamy na myśli?
    Ci z Państwa, którzy jeszcze pozostali nad Wisłą i pomagają kolejnemu
    nieudolnemu rządowi w opłacaniu zaciąganych i przejadanych bezmyślnie
    długów (choćby tylko tych na ZUS), powinni wiedzieć, że z wdzięczności,
    a może strachu przed rewoltą ludzi wycieńczonych ciężką, niewolniczą i
    nie przynoszącą korzyści pracą, dokładnie od pierwszego stycznia 2010
    roku rząd zafundował im nowe rozporządzenie prawa telekomunikacyjnego.

    Rozporządzenie to nakazuje operatorom komórkowym i dostawcom Internetu
    gromadzić i przechowywać dane o połączeniach użytkowników. Dane są
    przechowywane przez okres dwóch lat. Zasady te mają być wdrożone w
    przeciągu sześciu miesięcy. Gromadzone dane telekomunikacyjne zawierają
    wybierany numer telefonu, konkretny aparat telefoniczny, datę i godzinę
    połączenia, jego rodzaj i fizyczną lokalizację rozmówcy. W przypadku
    telefonów na kartę (tzw. pre-paid) zbierane będą dane dotyczące
    pierwszego logowania do sieci.

    By być w zgodzie z nowym rozporządzeniem, operatorzy telekomunikacyjni „muszą także zbierać dane o połączeniach
    internetowych oraz poczcie elektronicznej. Będą archiwizowane nie tylko
    identyfikatory użytkownika, ale również data i godzina każdego
    połączenia i rozłączenia z Internetem, a także przydzielone dynamicznie
    i statycznie adresy IP wykorzystywane w czasie połączenia.”

    Do tych wszystkich danych „będą
    miały dostęp m.in. prokuratura i policja. Firmy telekomunikacyjne muszą
    też współpracować ze służbami specjalnymi, w tym Agencją Bezpieczeństwa
    Wewnętrznego. Co istotne, nie jest do tego potrzebna zgoda sądu.”

    Szacuje się, że największych operatorów rozporządzenie będzie
    kosztowało od 1 do 2 mln Euro.

    Kto za moment za to archiwizowanie zapłaci? Oczywiście zapłacimy my,
    klienci, na których firmy przerzucą koszta i tak już nieporównywalnie
    drogich usług.

    Napiszemy więc bez ogródek, że jakiś koleś, tylko dlatego, że jest
    urzędnikiem państwowym pełniącym jakąś tam funkcję w służbach
    specjalnych, prokuraturze, policji, czy zapewne całkiem niedługo także
    Urzędzie Skarbowym, może sobie sprawdzać (bez pytania o zgodę sądu) z
    kim wymienia całymi dniami SMS’y urocza Pani Kowalska, do kogo
    regularnie dzwoni Pan Kowalski po 19:00 i czy to ich komputer loguje
    się do internetu po 21:00 z numerem IP, z którego na portalach
    informacyjnych, pozostawia się negatywne komentarze o poczynaniach
    obecnego
    rządu, w słowach pełnych wyrzutów, oskarżeń o manipulację, Irlandii XIX
    wieku, złudnych cudów, niewidzialnej obniżki podatków i
    anty-liberalizacji przepisów, które zaowocowały kolejną socjalistyczną
    podpuchą i kosztującą nas wszystkich grube pieniądze zadłużeniową klapą.

    Część z Państwa zastanawia się zapewne jak mogło do tego dojść. Nikt
    nie oponował, nie krzyczał, nie debatował w mediach?  Nam bardzo
    podoba się zamieszczona pod tekstem Rzeczypospolitej opinia
    pracownicy pewnej kancelarii. Jej wypowiedź pośrednio wskazuje jak do
    tego doszło:

    „Choć świadomość tego faktu wśród
    obywateli jest prawdopodobnie niewielka, rozporządzenie powoduje, że
    sięgając po telefon, będziemy udostępniać naszemu operatorowi dane (a
    ten będzie zmuszony je zatrzymać i przechować) nie tylko o naszym
    numerze i numerze, pod który dzwonimy, ale również o położeniu
    geograficznym rozmówców w czasie nawiązania połączenia. Powstaje
    wątpliwość, czy tak szeroko ujęty obowiązek zatrzymywania i
    przechowywania danych nie stanowi naruszenia prawa do prywatności. Z
    drugiej strony rozporządzenie daje organom ścigania cenny instrument w
    walce z przestępczością. Znów jednak rodzi się obawa, aby z prawa tego
    nie korzystano w sytuacjach nieuzasadnionych.”

    I wszystko staje się jasne. „Choć
    świadomość tego faktu wśród obywateli jest prawdopodobnie niewielka…”
    .
    No cóż, „niewielką świadomość
    obywateli”
    należałoby nazwać raczej obywatelską nieświadomością.

    Ludzie są zwyczajnie nieświadomi.
    Więc trzeba ich jakoś uświadomić. Dlatego ważnej jest mówienie i
    pisanie o tym, by choć część ludzi wybudziła się z hipnotycznego transu
    serwowanej im w mediach codzienności. Niestety, przeciętny Kowalski nie
    ma pojęcia na jakim świecie żyje.
    Obchodzi go jedynie, by nie przegapić kolejnych odcinków coraz
    durniejszych programów, które osiągają właśnie szczyty oglądalności.

    Kolejna wiadomość noworoczna, to wieść, że od początku roku (dokładnie
    od dnia Wigilii 2009) w Polsce obowiązują także nowe przepisy dotyczące
    uprawnień tzw. straży miejskiej i gminnej.
    Pracujący w straży przypadkowi ludzie z łapanki, często przyjezdni i
    nie znający kultury i obyczajów panujących w danym mieście lub gminie,
    mogą od dziś w zgodzie z prawem dokonywać rewizji (kiedyś rewidować
    mógł jedynie legitymujący się funkcjonariusz policji), a przy
    wykonywaniu czynności służbowych użyć paralizatorów elektrycznych.

    Dotychczas straż miejska była zazwyczaj lewą ręką urzędów skarbowych
    oraz innych podejrzanych firm i instytucji okradających Polaków. W
    miastach zajmowała się np. wlepianiem mandatów osobom, które
    postanowiły zaparkować samochód bez płacenia za to haraczu, oraz
    egzekwujących od starszych kobiet sprzedających czosnek, pozwolenia na
    handel uliczny. Teraz przy wykonywaniu tych niezwykle ważnych czynności
    służbowych, dziewczęta i chłopcy ze straży miejskiej będą mogli
    opornego i sprzeciwiającego się jawnej niesprawiedliwości delikwenta,
    potraktować paralizatorem elektrycznym.

    Oczywiście zapowiedziano, iż wszystkie te nowe przywileje władzy
    urzędnicy straży miejskiej i gminnej będą stosować tylko „w stosunku do osób podejrzanych o
    popełnienie czynu zabronionego pod groźbą kary oraz stwarzających
    zagrożenie dla zdrowia lub życia ludzkiego czy mienia.”
    Na razie
    babci z czosnkiem to nie grozi, tak? Do niedawna zdrowy rozsądek
    podpowiadałby, że nie, ponieważ babcia z czosnkiem, nie stwarza
    zagrożenia dla zdrowia lub życia ludzkiego czy mienia. Po prostu stoi,
    nie nagabując nachalnego przechodniów. Ograbiona przez czołowych
    przedstawicieli klasy politycznej, dostatnio rządzących się w ciągu 20
    latach trwania okrągłostołowej Rzeczypospolitej, stara się dorobić do
    głodowej emerytury.

    Czasy jednak zmieniają się niezmiernie szybko, a wraz z nimi zmienia
    się i prawo. Osoby, które uparcie twierdzą, że kto nie robi niczego
    złego, nie ma się czym martwić, powinny coraz bardziej zastanowić się,
    czy ich odpowiedź nadal ma jeszcze jakiś sens. Piszemy o tym
    praktycznie od początku, że nadchodzą czasy, w których nikt nie
    powinien czuć się niewinny. Być może nawet babcia z czosnkiem. I to nie
    tylko dlatego, że nie ubiegała się w odpowiednich urzędach o pozwolenia
    na uliczny handel.

    31 grudnia 2009 weszło w życie na terytorium Unii Europejskiej ROZPORZĄDZENIE KOMISJI (WE) NR 953/2009 z dnia 13
    października 2009 r. w sprawie substancji, które mogą być dodawane w
    szczególnych celach odżywczych do środków spożywczych specjalnego
    przeznaczenia żywieniowego.

    Warto przeczytać ten obowiązujący już w regionie Polska dokument w
    formacie pdf.

    Mowa w nim o tym, które witaminy i minerały będą mogli Państwo kupić i
    spożyć na terytorium UE.

    Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że wszystko jest w jak
    najlepszym porządku, a jakieś sowicie opłacane z naszych podatków
    europejskie gremium mędrców od żywienia, które 40 lat temu skłonne
    byłoby zapewne popierać dodatki nikotynowe, dziś zgodnie z polityczną
    poprawnością, rekomenduje to co nadal nosi nazwę „mleko”. Pewnie
    żebyśmy
    nie dostali niestrawności.

    Zapis w dyrektywie określa jednak, że wszelkie formy witamin i
    minerałów, które są niezgodne z nową listą, są zabronione!
    Nie wierzą Państwo? Część osób nie zgadzała się z nami już wówczas, gdy
    mówiliśmy lub pisaliśmy, że w nowym państwie UE będzie obowiązywać
    prawo kontynentalne, w którym „wielmoże” z brukselskich stołków mówić
    nam będą co jest dozwolone. Kiedyś mówiło się (także w Polsce), że
    wszystko co nie jest zabronione jest dozwolone. Stopniowo możemy jednak
    machać na pożegnanie takiemu anglosaskiemu podejściu do prawa, które
    jak widać także na przykładzie tej dyrektywy, będzie się nam krok po
    kroku odbierać. Wszystkie zrzeszone Państwa, do niedawna jeszcze
    niepodległe, będą musiały wprowadzać takie jak powyższa dyrektywy. W
    tych dyrektywach urzędnicy napiszą co jest dozwolone. Wszystko inne
    automatycznie będzie zabronione. Tak sformułowane są owe dyrektywy i
    rozporządzenia.

    Wracając do listy tego co niezabronione, gdzie podziały się suplementy
    zawierające np. wanad lub srebro?  Nie jesteśmy z wykształcenia
    dietetykami ani chemikami, jednak po krótkich poszukiwaniach w
    dostępnej w internecie literaturze specjalistycznej można dowiedzieć
    się, że srebro, zanim wynaleziono antybiotyki, używane
    było jako środek przeciwzakaźny i przeciwdziałający infekcjom,
    dezynfekujący, stosowany przeciwko np. zakażeniom ran, zapaleniom zatok
    czy nawet popularnemu przeziębieniu.
    Trzeba jednak zaznaczyć, że dziś zdanie na temat skuteczności srebra są
    podzielone. Jedni twierdzą, że ma ono rzeczywiście takie właściwości,
    inni, że ich nie ma.
    Nie nam to oczywiście rozstrzygać. Warto przypomnieć, że dziś w
    wielu miejscach na świecie wraca się do dawnych, archaicznych praktyk,
    które okazują się jednak mieć właściwości lecznicze. Akupunktura,
    bańki, pijawki, zioła itp. Być może nie należy wyrzucać tego
    wszystkiego w ramach wszędobylskiego postępu i niszczących florę układu
    pokarmowego coraz mniej skutecznych antybiotyków?
     
    Wanad natomiast opisywany jest jako pierwiastek, który współdziała z
    enzymami odpowiedzialni za metabolizm cukru, metabolizm lipidów i
    cholesterolu, rozwój kości i zębów, płodności, funkcjonowania tarczycy,
    produkcję hormonów i metabolizm neuroprzekaźników.
    Do dziś nie opisano skutków niedoboru wanadu u człowieka, jednak
    opisano takie skutki u zwierząt. Bezpłodność, zmniejszone wytwarzanie
    czerwonych ciałek krwi prowadzące do anemii, defekty metabolizmu
    żelaza, osłabienie kości i zębów oraz formowania chrząstek. Wanad
    wydaje się być niezbędnym składnikiem diety ptaków (badano drób), u których jego niedobór wpływa na
    układ szkieletowy, upierzenie i krew. Nie da się wykluczyć, że niedobór
    u ludzi może prowadzić do podwyższonego poziomu cholesterolu i
    tłuszczów prostych oraz podwyższonej podatności na choroby serca i
    nowotwory złośliwe.

    Oczywiście to co napisaliśmy powyżej, to jedynie informacje zebrane z
    różnych źródeł w internecie, których nie szukaliśmy jak Państwo widzą
    na portalach o magii, czy zielarstwie, starając się pozyskać dane ze
    stron dotyczących współczesnej medycyny.

    Warto zwrócić uwagę, że omawiana dyrektywa wpływa nie tylko na produkty
    typowo żywnościowe, lecz także, a może przede wszystkim na specyfiki
    typu multiwitaminy, minerały i preparaty ziołowe, które do niedawna
    można było kupić nie tylko w aptekach, ale także w sklepach ze zdrową
    żywnością a nawet hipermarketach.

    Prawdopodobnie także w tym rok mają wejść w życie ustalenia dotyczące
    zalecanych dziennych dawek spożycia dozwolonych minerałów i witamin. To
    co zaproponowano dotychczas w tym temacie, wywołało oburzenie w
    kręgach, które twierdzą, że współczesny człowiek funkcjonuje
    w stanie poważnych niedoborów witamin i minerałów, które niezbędne są
    dla zdrowego funkcjonowania organizmu, m.in. do skutecznego działania
    naszego układu immunologicznego. Po prostu współczesny człowiek je zbyt
    mało witaminy C, D itd., co powoduje, że częściej choruje i jego
    organizm nie działa w sposób w jaki powinien.
    Sedno tkwi w tym, że określone ręką unijnego urzędnika dzienne
    zapotrzebowanie, przekładać się będzie na maksymalną ilość składnika
    jaką producenci będą mogli stosować w swoich produktach. Witamina C w
    produktach Unii Europejskiej? Oczywiście, ale nie więcej niż np. 1/20
    potrzebnej człowiekowi dla zdrowia dawki.
    Takimi ustaleniami, spożycie niezbędnego składnika
    obniży się jeszcze bardziej. Na razie prace nad ustaleniem tych
    wartości trwają.

    Składników mineralnych i witamin, których ubyło z nasze diety w
    przeciągu ostatnich kilku lat naszego uczestnictwa w projekcie o nazwie
    Unia Europejska, jest o wiele więcej. To co obserwujemy teraz, to być
    może już końcowe stadia ograniczania legalnych jeszcze produktów na
    terenie Europy.

    Od 2002 roku z listy dozwolonych suplementów zniknęły m.in.:
    - wszelkie formy boru, składnika niezbędnego dla absorpcji wapnia;
    - wszelkie formy krzemu, który w połączeniu z borem, wapniem i innymi
    minerałami wspomaga funkcjonowanie kości, układ krwionośnego, tkanki
    łącznej, włosów, skóry i paznokci.

    Podobno (nie udało nam się tego potwierdzić ze względu na olbrzymią
    ilość dyrektyw i maksymalnie nieczytelnego zapisu całości
    biurokratycznych poczynań w ciągu wielu lat) z listy legalnych dodatków
    żywnościowych zniknęło już ponad 300 związków witaminowych i
    mineralnych, w tym 23 spożywcze formy występowania wapnia, 17 form
    występowania chromu, 30 form występowania magnezu, 21 form występowania
    potasu, 14 form występowania selenu i naturalnie występujące formy
    witaminy E.

    Piszemy o tym tylko dlatego, ponieważ jesteśmy przekonani, że to ludzie
    powinni decydować na co wydają swoje pieniądze, a nie urzędnik, który
    uniemożliwia im (nie ważne jakimi intencjami się kierując) zakupienie
    takiego czy innego dodatku dietetycznego, żywieniowego, ziołowego, czy
    czegokolwiek innego.

    Jeśli ktoś chce się najeść związków boru, selenu czy krzemu, bo
    wierzy, że będzie mieć po tym piękne włosy i paznokcie, to tylko i
    wyłącznie jego sprawa.

    Kto i w jaki sposób skompletował listę
    elementów, które od 1-go stycznia są legalne, a za pomocą jakiego
    kryterium usunął inne, obecnie już nielegalne witaminy i minerały?
    Otóż, jak wskazuje sam tytuł omawianej dyrektywy, dokonała tego Komisja
    Europejska zwana w dokumencie Komisją Wspólnot Europejskich. Ta sama o
    której pisaliśmy już wielokrotnie, jako o niedemokratycznie wybieranym
    ciele stojącym u steru władzy nowego Państwa, Unii Europejskiej, na
    wzór rady najwyższej ZSRR.

    W dyrektywie czytamy (punkt 4), że: „Wyboru
    substancji powinno się dokonywać przede wszystkim na podstawie ich
    bezpieczeństwa”
    .
    Jak Państwo myślą, w jaki sposób ustala się owo bezpieczeństwo
    substancji?
    Z treści dyrektywy (punkt 1) wynika, że zajmuje się tym Europejski
    Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności, czyli European
    Food Safety Authority (w skrócie – EFSA)
    .

    Za moment wejdziemy na stronę EFSA, jednak jeszcze na chwilę wróćmy do
    unijnej dyrektywy:
    Artykuł 3
    Wymogi ogólne
    1.  Stosowanie substancji
    dodawanych w szczególnych celach

    odżywczych prowadzi do produkcji
    bezpiecznych produktów…

    Warto zwrócić uwagę, że dyrektywa dopuszcza produkty, których producent
    może przedstawić dowody, że są one bezpieczne. Co w tym dziwnego? Niby
    nic. Ot, urzędniczy język. Trzeba jednak zauważyć, że tylko dzięki temu
    zapisowi wyeliminowano całą masę produktów, których producenci nie
    posiadają wystarczających dowodów na ich bezpieczeństwo. Kluczem jest
    to, że produkt zostaje wyeliminowany nawet w przypadku, gdy nie ma
    kompletnie żadnych dowodów na to, że jest on w jakiekolwiek sposób
    niebezpieczny.

    Dostrzegają Państwo tę manipulację? Produktem bezpiecznym nie nazywa
    się już produktu, który nikomu nie zaszkodził. Produktem bezpiecznym
    nazywa się ten produkt, którego producent wydał zbędne krocie na jakich
    urzędniczy certyfikat stwierdzający urzędniczym językiem, że produkt
    jest bezpieczny.
    Nie musimy pisać do jakich patologii łapówkarskich może dojść z powody
    takiej manipulacji pojęciem bezpieczeństwa.
    Czy wyjdzie to na dobre obywatelom i klientom kupującym te produkty?
    Historia uczy na wielokrotnie, że tam gdzie urzędnik decyduje co jest
    „bezpieczne” a co nie, tam będziemy mieć do czynienia  z
    naruszeniami i patologią.

    Wiele do życzenia pozostawiają nawet metody określania co jest
    bezpieczne a co nie. Urzędnicy nalegają, by w stosunku do produktów
    żywnościowych stosować kryteria jakimi posługują się firmy
    farmaceutyczne w badaniu nowych medykamentów. Chodzi o RCT (randomised
    controlled trial), czyli serie przypadkowych prób kontrolowanych
    polegających na przypadkowym poddaniu obiektów badań działaniu różnych
    kuracji lub warunków. Jak jednak wykonać we właściwy sposób przypadkową
    kontrolowaną próbę na okoliczność działania pożywienia? Czy da się
    przewidzieć jak powinna zachować się „grupa kontrolna” pozbawiona
    pożywienia? Czym innym jest porównywanie działania leku z grupą
    otrzymującą placebo, a czym innym pożywienie, od którego zależy
    przecież przetrwanie organizmu.

    Dość powiedzieć, o czym nie każdy wie, że z tego właśnie powodu dwie
    najlepiej znane relacje między zdrowiem a pożywieniem: zdrowie
    wynikające ze spożywania dużej ilości owoców i warzyw oraz ryzyko
    podwyższonego ciśnienia związane z nadmiernym spożyciem soli kuchennej,
    nie są poparte ani jednym dowodem wynikającym z kryteriów RCT. Relacje
    to zostały sformułowane na podstawie zwykłych obserwacji lub dowodów
    natury epidemiologicznej.

    Pomimo tego EFSA niezmiennie twierdzi, że tego typu dowody są zbyt
    słabe i że należy się trzymać metod wyznaczonych przez duże firmy
    farmaceutyczne, czyli RCT. Aż chce się zapytać, któż może stać za tak
    obranym kierunkiem działania EFSA.

    Wchodzimy na stronę EFSA i co czytamy? Jeśli poszukać trochę, to, po
    pierwsze:
    urząd ten kosztuje nas rocznie (dane za rok 2008)
    65.900.000 Euro
    . Tak, prawie 66 mln Euro. Niby to nie tak dużo
    pieniędzy, ale gdy weźmie się pod uwagę czym się tam urzędnicy zajmują,
    to można się trochę zdenerwować.

    Zajęcia „drogocennego” Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa
    Żywności, przedstawione są już na pierwszej stronie serwisu EFSA.
    Ot, choćby zagadnienie stworzenia
    pierwszej kompletnej oceny substancji smakowych przypominających smak
    wędzonki
    . Jak czytamy EFSA stworzyła listę dopuszczonych do
    sprzedaży produktów, co tu dużo pisać, imitujących po prostu smak dymu
    w produktach żywnościowych. To „pierwsze
    takie podejście do stworzenia spisu oceny bezpieczeństwa produktów tego
    typu”
    .

    Mimo, że od razu część prawdziwych europejczyków powinna poczuć, że
    nareszcie może spać spokojnie, to jednak aż strach pomyśleć ile
    kosztować nas będzie każde kolejne podejście do tego niezwykle
    zajmującego zagadnienia, bo przecież nie wątpimy, że na pierwszym się
    nie skończy. Wyjdą nowe produkty przypominające w smaku wędzonkę.
    Trzeba będzie heroicznie oceniać czy są bezpieczne.

    Próbując sobie wyobrazić corocznie usypywaną górkę złożoną z 65
    milionów Euro, która trafia do rąk urzędników tego tylko jednego
    urzędu, zastanawiamy się, czy nie taniej byłoby, gdyby te boczki, sery,
    kiełbasy, ryby wędzić tak zwyczajnie, po ludzku, w wędzarni, w
    prawdziwym dymie. Tak jak robili to nasi ojcowie i jak robi się to
    nadal domowymi sposobami w wielu miejscach w Polsce. Ale pewnie
    jesteśmy krótkowzroczni. A tu chodzi o sprawy wielkie, by nie rzecz
    globalne, np. o emisję CO2. Ktoś przecież musi powstrzymać globalne
    ocieplenie, którego skutki mogą mieszkańcy Europy właśnie obserwować za
    oknem. Gdyby jednak wędzić w CO i CO2, a nie polewając środkiem
    chemicznym, to przynajmniej dałoby się w ogóle jeść to jedzenie, w
    odróżnieniu od wytworów kupowanych w hipermarketach, które
    przygotowywane są, a jakże, z użyciem substancji smakowych imitujących
    smak wędzonki, znajdujących się na skrupulatnie stworzonej przez EFSA
    liście dopuszczonych i bezpiecznych produktów. Problem w tym, że mało
    który pies ma ochotę to zjeść.

    W innych wiadomościach na stronie EFSA czytamy, że urząd ów wydał kompletny przewodnik zbierania
    narodowych informacji o konsumpcji.
      Poradnik dotyczy metod i
    procedur wg. których należy postępować w czasie pozyskiwania narodowych
    danych na temat konsumpcji żywności. „Dokument
    ten wniesie wkład w harmonizację zbierania danych na temat diety na
    poziomie Europejskim.”

    Chodzi oczywiście o to, by urzędnik w regionie Polska zbierał dane na
    temat diety lokalnej ludności w taki sam sposób w jaki robi to urzędnik
    w regionie Portugalia, czy urzędnik w regionie Niemcy.

    Tylko, znów patrząc na corocznie wysypywaną górkę złożoną z 65 milionów
    Euro, zastanawiamy się, czy nie taniej dla nas wszystkich byłoby, gdyby
    urzędnicy nie interesowali się naszą dietą. Bowiem koszt ich
    niezdrowego zainteresowania powoduje, że niejednej ciężko pracującej
    rodziny nie stać na codzienny, ciepły, mięsny posiłek, o owocach
    cytrusowych (oczywiście tych o odpowiednim zakrzywieniu, kształcie i
    wymiarze) dla ich dzieci nie wspominając.

    Wydłużyło nam się troszkę owo „po pierwsze”, ale tak to bywa gdy znów
    musimy pisać o milionach wyrzuconych w błoto. Skala tego marnotrawstwa
    jest porażająca.

    Po drugie, obecną szefową, dyrektorem
    wykonawczym EFSA od 2006 roku jest Catherine Geslain-Lanéelle.
    Od
    2002 roku pełniła ona także rolę wiceprzewodniczącej zarządu EFSA.

    Kim jest ta Pani? Oto prawdziwa gratka dla wszelkiej maści oszołomów
    zainteresowanych teoriami spiskowymi, gdyż w roku 2001 i 2002 pełniła
    rolę przewodniczącej Komisji Zasad Generalnych w Codex Alimentarius.

    Jeśli jeszcze nie wiedzą Państwo czym jest Codex Alimentarius, to
    koniecznie muszą Państwo rzucić się w wir poszukiwania informacji na
    ten fascynujący temat.
    My napiszemy tylko (za Wikipedią),
    że Komisja Codex Alimentarius powstała w 1963 roku przy ONZ oraz
    Światowej Organizacji Zdrowia, a jej celem miała być „ochrona zdrowia konsumentów i zapewnienie
    uczciwej praktyki w międzynarodowym handlu żywnością”
    . Jak
    zwykle pięknie i szlachetnie. Mniej więcej tak samo jak heroiczna walka
    z niosącą „śmierć i zniszczenie” pandemią grypy świńskiej. Ów kodeks
    zasad dotyczących żywności, z którego co i rusz znikają jakieś ważne
    dla naszego życia substancje, staje się pomału obowiązującym
    standardem, co potwierdzić mogą Ci z czytelników, którzy kilkanaście
    lat temu nie mieli już mleka pod nosem i żywili się pokarmem stałym.
    Dzisiejsze „jedzenie” kupowane w sklepach, to na prawdę chemiczna
    breja, pełna odpadów z żywieniowego recyclingu, w porównaniu z tym jak
    smakowały jeszcze choćby 15 lat temu produkty żywnościowe wytwarzane w
    naszym kraju. Zresztą, kto nie próbował, niech sam zakupi w małej jatce
    lub u rolnika, z domowego uboju, ładny kawałek schabu, zamarynuje go na
    dwa dni a później samodzielnie upiecze. Porównanie zapachu, smaku i
    konsystencji z produktem, który sprzedaje się w popularnych sklepach z
    metką „schab pieczony”, w zależności od miejsca zamieszkania, może być
    naprawdę porażające.

    Wracając do tematu Kodeksu, warto wiedzieć, choćby przypominając co
    napisano w 2002 roku w brytyjskim The Guardian że „w roku 1996 niemiecka delegacja na
    spotkaniu Komisji Codex Alimentarius złożyła propozycję sponsorowaną
    przez trzy niemieckie firmy farmaceutyczne, że żadne zioło, witamina
    czy minerał nie powinny być sprzedawany w celach terapeutycznych i
    prewencyjnych, proponując jednocześnie, by suplementy mineralne
    sklasyfikować na nowo do grupy medykamentów, lekarstw i narkotyków.
    Propozycja została przyjęta i uzgodniona, jednak wstrzymano jej
    wykonanie ze względu na protesty jakie wywołała”

    Zwróćmy uwagę, że propozycję przyjęto, lecz wstrzymano jej wykonanie…
    zapewne tylko na pewien czas.

    W 2004 roku znów The Guardian (naprawdę warto śledzić tę gazetę) opublikował inny artykuł, w którym autorka, w
    ramach własnego dochodzenia opisuje niezwykłe podobieństwo między
    celami Codex Alimentarius, a wprowadzanym za pomocą dyrektyw Komisji
    Europejskiej prawem.

    U nas w tym czasie nikt nie cytował The Guardian.  W Polsce roku
    2004 Kwaśniewski w broszurce obiecywał, że będzie się wszystkim lepiej
    żyło: dobrobyt, pieniądze, praca, nieskrępowane podróże, wysokie
    wynagrodzenia i emerytury, poprawa stanu dróg, edukacji, opieki
    zdrowotnej. Ach, czego tam nie było. Z ulicznych bilbordów patrzyli na
    nas znani i lubiani przedstawiciele mediów, którzy z uśmiechem
    epatowali przekazami „Tak, jestem
    Europejczykiem”
    . Pamiętają Państwo?

    Hołowczyc jest Europejczykiem

    Mamy już rok 2010. Rozumiemy, że europoseł Hołowczyc jako jeden z
    nielicznych skorzystał ciepłą posadką na akcesji Polski do Wspólnot
    Europejskich. Czy już nadszedł czas, by rozliczyć Pana Hołowczyca z
    widniejących na plakacie zmodernizowanych szlaków transportowych i
    autostrad? Każdy zresztą może sobie wejść na stronę Europosła i tam się
    pośmiać, choćby z liberalizacji przepisów (jak to miała czynić PO) za
    pomocą nakazu jazdy rowerzystów w kamizelkach odblaskowych.

    Jak słusznie opisała G. Wyborcza kampanię z 2004 roku Przez
    emocje do Unii
    Niewielu
    wtedy mówiło, żeby jednak ruszyć głową, rozważyć za i przeciw,
    zastanowić się zanim się z emocji zmoczy majtki.

    W 2004 roku The Guardian pisał o prawie, które dopiero było
    wprowadzane. Dziś, w 2010 roku jest to prawo, które nas obowiązuje.
    Przypadek, uwieńczony posadą Catherine Geslain-Lanéelle dyktującą
    Komisji Europejskiej co wykreślić, czego zabronić i na co łaskawie
    zezwolić w żywieniu ludzi? Trudno w to uwierzyć.
    Dziwnym trafem próby wprowadzania podobnego prawa zaobserwowano także w
    innych miejscach świata. Czyżby kolejny zbieg okoliczności? Przypadkowa
    globalizacja poprzez jak oni to określają „harmonizację” przepisów?

    O kontrowersjach dotyczących Codex Alimentarius przeczytają Państwo
    wiele w internecie. Jest to jeden z tych tematów, o których nie mówi
    się w telewizji, radiu, nie pisuje na pierwszej stronie gazety.
    Czy jest to jedynie kolejna teoria spiskowa? Sami muszą Państwo ocenić.
    Nasz dzisiejszy wywód i tak już jest przydługi.

    Taki to więc nastał nowy rok. Nie dość, że zapisują i mają wgląd w
    nasze połączenia komórkowe, SMS i połączenia z internetem; nie dość, że
    grupa nieprzeszkolonych urzędników otrzymała uprawienia i uzbrojenie,
    które dotychczas przysługiwały wyłącznie policji, to jeszcze może się i
    dostać babci sprzedającej czosnek, o której wspominaliśmy na początku.
    Czy Państwo zdają sobie sprawę ile w takim ząbku czosnku zgromadziło
    się zabronionego wanadu, zakazanego srebra czy nielegalnych w UE
    naturalnych form witaminy E? Być może jeszcze nie w 2010 roku, bo na
    szczęście czosnek nie został sklasyfikowany jako dodatek
    żywieniowy, ale kto wie czy w przyszłości nie okaże się, że sprzedająca
    czosnek babina „stwarza zagrożenie
    dla zdrowia lub życia ludzkiego”
    , sprzedając małe cebulki znanej
    z filmów o wampirach rośliny? A wtedy dzielna straż miejska i gminna,
    egzekwując społeczną sprawiedliwość, będzie wręcz zmuszona do użycia
    elektrycznych paralizatorów, by jak zapewniało podchwytliwe hasło
    wyborcze, bez znaczenia, czy z prounijnej broszurki Kwaśniewskiego, czy
    z plakatów PO, „żyło się lepiej… wszystkim.”.

    Źródła informacji (w języku angielskim i polskim):
    Rzeczpospolita
    – nowe rozporządzenie telekomunikacyjne.
    TVP.info
    – nowe uprawienia straży miejskiej i gminnej
    Wydział Dermatologii Uniwersytetu Kalifornii
    na temat srebra.
    Wydział Nauk o Żywieniu, Uniwersytet Stanowy Oklahoma
    na temat
    wanadu.
    Wydział Nauk o Ptactwie, Uniwersytet Kalifornii
    – na temat wpływu
    wanadu na rozwój drobiu. (dokument PDF).
    Budżet EFSA
    – w roku 2008 wynosił 65 mln Euro (dokument PDF).
    EFSA
    – bezpieczeństwo substancji smakowych o smaku wędzonki.
    EFSA
    – kompletny przewodnik zbierania narodowych danych o
    konsumpcji w UE.
    Catherine Geslain-Lanéelle
    – szefowa EFSA pracowała dla Komisji
    Codex Alimentarius.
    Wikipedia
    – Codex ALimentarius
    The Guardian
    – opisuje co w 1996 r. przedstawiła niemiecka
    delegacja na Komisji Codex Alimentarius.
    The Guardian
    – podobieństwo ustaleń Komisji Codex Alimentarius do
    wprowadzanego w UE prawa.
    Gazeta Wyborcza
    – kampania roku 2004 „tak w referendum”, czyli
    przez emocje do Unii.

    W
    duchu naszego ostatniego wpisu, w nadchodzącym Nowym Roku, wszystkim
    serdecznie życzymy mniejszej dawki telewizji i większej dawki optymizmu!



    Jednocześnie informujemy, że pod adresem:

    http://orwell.forumotion.com

    powołano do życia forum, na którym wszyscy użytkownicy mogą umieszczać
    swoje treści.

    Głównie ma ono służyć sprawniejszej dystrybucji dostarczanych przez
    Państwa informacji, do czego blog i shoutbox nie bardzo się jednak
    nadają, a rzeczywiście szkoda, co sugerowało kilka osób, by w niepamięć
    szły podesłane przez czytelników odnośniki lub ciekawe informacje.

    Dziesięć ostatnio dodanych przez użytkowników na forum tematów, będzie
    wyświetlanych także po prawej stronie na naszym blogu.

    Forum, to oczywiście eksperyment, który jeśli spełni swoje informacyjne
    zadanie, może wszystkim całkiem dobrze służyć.
    Jeśli okaże się niewypałem, to zniknie tak szybko jak się pojawiło.

    Jeśli chodzi o sprawy bezpieczeństwa korzystania z forum, to jest to
    forum jak każde inne z tym, że serwery znajdują się poza granicami
    Polski, w USA. W zgodzie z obecnym amerykańskim prawem, dostawca usługi
    zapewne rejestruje każdy odwiedzający forum adres ip i przechowuje te
    informacje przez pewien okres czasu.

    Nie wiemy, czy firma do której należy Forumotion nie bombarduje
    reklamami adresów e-mail służących do rejestracji użytkowników, warto
    więc do celów rejestracji na forum założyć jakąś nową, inną od używanej
    na co dzień, skrzynkę pocztową.

    I to już wszystko.

    Do siego roku.

    Ponad
    miesiąc temu, amerykański magazyn naukowy Miller-McCune, który
    stara się wiązać tematykę obecnych badań akademickich z raportami na
    żywo, by jak napisano w internetowym jego wydaniu, poruszać istotne
    kwestie społeczne, opublikował artykuł na temat badań Londyńskiej
    Szkole Ekonomii i Nauk Politycznych (London School of
    Economics and Political Science).

    Temat wydał nam się ciekawy, ponieważ dotyczy propagandy i Unii
    Europejskiej, a wyniki badań miały udzielić odpowiedzi na pytanie: czy
    stronnicze media mają efekt „bomby zegarowej”? Autorka opisuje temat w
    następujących słowach:

    Nie ma nikogo bardziej cynicznego w stosunku do mediów, niż przeciętny
    Europejczyk.
    Jak ujawniło w sondażach BBC, mediom ufa jedynie 12%
    europejczyków, w porównaniu do 15% mieszkańców
    Ameryki Północnej, 29% mieszkańców Azji i Pacyfiku, i aż 48%
    mieszkańców Afryki.

    Mimo tego, najnowsze badanie Londyńskiej Szkoły Ekonomii i Nauk
    Politycznych (London School of Economics and Political Science)
    sugerują, że nawet najbardziej zatwardziali mieszkańcy Europy, mogą
    ulegać medialnej manipulacji i zmieniać swój polityczny punkt widzenia,
    jeśli tylko podda się ich odpowiednio długiemu bombardowaniu
    stronniczych wiadomości i informacji.

    Na uczelni, Michael Bruter, starszy wykładowca Polityki Europejskiej,
    przez ponad dwa lata karmił 1200 obywateli sześciu krajów,
    wiadomościami o Europie i Unii Europejskiej – jednych tylko złymi
    wiadomościami, innych tylko dobrymi.

    Po pewnym czasie Bruter zauważył, że bez jednego nawet wyjątku, wszyscy
    czytelnicy przyswoili sobie w różnym stopniu stronnicze informacje i
    zmienili swój punkt widzenia na temat Unii Europejskiej oraz ich samych
    jako Europejczyków, niektórzy nawet w sposób skrajny. Zadziwiające było
    to, że nie zarejestrowano żadnych zmian tuż po tym, kiedy zakończono
    rozsyłanie w ramach eksperymentu stronniczych wiadomości – nie
    zanotowano aż do upływu sześciu miesięcy, gdy zmniejszyła się ich
    czujność.

    Bruter nazywa to efektem „bomby zegarowej” stronniczych informacji.
    Jego studium ukazuje nieostry obraz tego, w jaki sposób cynizm wcale
    nie uodparnia obywateli na polityczną perswazję, a jedynie opóźnia jej
    działanie.

    „Wiemy, że zwiększający się odsetek
    obywateli przestaje ufać mediom
    oraz, że niektórzy z tych obywateli jasno i wyraźnie stwierdzają, iż
    pomijają i nie biorą pod uwagę stronniczych informacji, które
    odbierają. Jednakże, pokazujemy, że pomimo przyjęcia powściągliwej
    strategii czytania, efekt tych odebranych wiadomości odzywa się z
    czasem.”


    Bruter nie studiował mediów Amerykańskich, jednak jego badania
    sprowokowały pytania na temat efektów długotrwałego wystawienia na
    działanie spolaryzowanych informacji telewizyjnych w sieciach takich
    jak FOX czy MSNBC, które obecnie są na pierwszym i drugim miejscu w
    zestawieniu kanałów informacyjnych. Ostatnio, administracja Prezydenta
    Obamy nazwała kanał FOX News politycznym oponentem zamiast
    licencjonowaną organizacją informacyjną.

    Według Bruter’a, efekt „bomby zegarowej” skłania do zadania pytania,
    czy cynizm współczesnych obywateli nie prowadzi do tego, że stają się
    oni nawet bardziej bezbronni wobec dziennikarskich źródeł, którym nie
    ufają i na które sądzą, że są uodpornieni.

    Dlatego też, obywatele Brytyjscy, najbardziej cyniczni ze wszystkich,
    mogą być zaalarmowani wobec anty-Europejskiego przechyłu ich mediów,
    jednak badania sugerują, że mimo tego zostaną zmanipulowani, by w
    mniejszym stopniu czuć się europejczykami niż inni, twierdzi Bruter.

    Jak mówi, media – a w szczególności brukowce – powinny zaprzestać
    wzajemnych oskarżeń o stronniczość, które pełne są zapewnień iż „ich
    odbiorcy są dojrzali i obyci, potrafią odbierać to co czytają z
    przymrużeniem oka.


    Przeciwnie, moje badania sugerują, że
    nawet obyty odbiorca w rzeczy samej jest podatny na manipulację. 
    Dla mediów to duża lekcja, że spoczywa na nich odpowiedzialność.”

    Bruter’a zaintrygowało pytanie na temat mediów oraz identyfikacji po
    tym, gdy obywatele Francji i Niderlandów odrzucili w głosowaniu
    proponowaną konstytucję dla Unii Europejskiej w 2005 roku.
    To niepowodzenie, mówi autor, stworzyło imperatyw, by stwierdzić, czy
    media wpływały na to „dlaczego jedni
    obywatele czuli się Europejczykami
    bardziej niż inni.”

    Bruter opracował dwuletni eksperyment, w którym dwa razy w tygodniu
    wysyłał biuletyn zawierający stronnicze informacje na temat Europy i
    Unii Europejskiej. Biuletyn otrzymywało do 200 osób z Wielkiej
    Brytanii, Francji, Niemiec, Belgii, Portugalii i Szwecji. Kraje te
    reprezentowały wielkich i małych, bogatych i biednych, pro europejskich
    i eurosceptycznych członków UE.

    Każdy czterostronicowy biuletyn, stworzony z zebranych codziennych i
    tygodniowych dokumentów europejskich, zawierał dwie strony artykułów
    traktujących wyłącznie na temat Europy i UE, albo tylko pozytywnych,
    albo tylko negatywnych.

    W ten sposób, np. jedna grupa uczestników czytała o tym, że przywódcy
    Europejscy osiągnęli porozumienie, by wspólnie walczyć z przemytem
    narkotyków, że Airbus przegonił Boeing’a jako pierwszy na świecie
    producent samolotów oraz, że wartość Euro pnie się w górę. W tym samym
    czasie druga grupa czytała o spadającej wartości Euro, Airbus’ie, który
    przegrał z Boeingiem duży kontrakt w Chinach oraz, że przywódcy Europy
    Wschodniej nie porozumieli się w sprawie walki z zorganizowaną
    przestępczością.

    W dodatku, biuletyn „dobrej nowiny” zawierał trzy fotografię lub
    rysunki pro europejskich symboli, takich jak mapa europy i fotografie
    flagi UE, podczas gdy biuletyn „złej nowiny” placebo, fotografie ludzi
    lub krajobrazów.

    Zanim wysłano pierwszy biuletyn, uczestnicy wypełnili kwestionariusze,
    które miały na celu dokonanie pomiaru ich cywilnej, kulturalnej i
    europejskiej tożsamości. Odpowiadali (w różnych językach), na pytania
    takie jak „czy ogólnie, popierasz, czy jesteś przeciwny wysiłkom ku
    zjednoczeniu Europy?”, „Czy uważasz się za obywatela Europy?”, „Czy
    czujesz się bliższy innym współobywatelom Europy niż np. Chińczykom,
    Australijczykom, czy ludziom z Ameryki?”

    Uczestnicy byli także proszeni o opisanie reakcji, gdyby widzieli, że
    ktoś pali flagę Europejską i reakcji, gdyby widzieli, że ktoś pali
    flagę ich własnego kraju.

    Na praktycznie takie same pytania zawarte w kwestionariuszach
    odpowiedzieli jeszcze dwukrotnie. Zaraz po zakończeniu dwuletniego
    okresu otrzymywania biuletynu, oraz jeszcze sześć miesięcy później.

    Odkryto, że stronnicze informacje praktycznie nie wpływały na to, czy
    obywatel czuł się bardziej czy też mniej Europejczykiem lub bardziej
    lub mniej opowiadał się za Unią Europejską, zaraz po tym kiedy przestał
    on otrzymywać biuletyn. Jednak po sześciu miesiącach od tego momentu,
    rezultaty pokazały bez cienia wątpliwości, że biuletyn wywarł wyraźny
    wpływ.

    W czasie badań odkryto, że stałe wystawienie na działanie symboli
    Europy i Unii Europejskiej – flag, map, wizerunku banknotów Euro,
    działało natychmiast, powodując, że ludzie czuli się bardziej
    Europejscy. Po sześciu miesiącach od zakończenia eksperymentu,
    uczestnicy, którzy regularnie byli wystawiani na działanie symboli,
    mieli w coraz większym stopniu ich świadomość w życiu codziennym. W
    rezultacie, zostali przygotowani do dostrzegania tych symboli poprzez
    biuletyn.

    Jednak efekt „bomby zegarowej” stronniczych informacji był bardziej
    efektywny niż wystawienie na działanie widoku symboli, jeśli chodzi o
    manipulowanie członkami „w wielkim
    stopniu cynicznej opinii publicznej
    w Europie”
    - mówi Bruter.

    „Ukazuje to, że nawet najbardziej
    niewiarygodna propaganda, może odnieść
    z czasem efekt i że najbardziej nieprawdopodobne, bezpodstawne plotki
    mogą w pewnym stopniu kształtować opinię.”

    Dziś Unia Europejska urosła do 27 krajów członkowskich, z sześciu
    pierwszych, które najpierw zaangażowały się w obopólną gospodarczą
    kooperacje w 1957 roku. Traktat Lizboński, zamiennik za odrzuconą w
    2005 roku Konstytucję Europejską, gotów jest do wdrożenia w tym roku.
    26 z 27 państw ratyfikowało go, włączając w to Francję i Niderlandy.
    Jedynie Czechy się wstrzymują. (miesiąc temu jeszcze tak było. Dziś
    wiemy, że Czechy także się poddały – przyp. tłum.)

    Jednak niezależnie od działania rządów, to dlaczego i w jaki sposób
    obywatele różnych krajów w Europie zaczynają czuć się mniej
    Brytyjczykami, Duńczykami, czy Portugalczykami, a powiedzmy w sercu
    bardziej Europejczykami, nadal pozostaje otwartym pytaniem. Media, jak
    twierdzi Bruter, mogą hamować lub pobudzać to uczucie z biegiem czasu.

    „Rezultat odbierania informacji
    ostatecznie i tak działa, więc
    wpływa na obywatelską identyfikację europejską z nadzwyczajną
    skutecznością w dłuższym okresie czasu”
    – mówi Bruter.

    „Bomba Zegarowa? Dynamiczny Efekt Wiadomości i Symboli na Polityczną
    Identyfikację Europejskich Obywateli” (Time Bomb? The Dynamic Effect of
    News and Symbols on the Political Identity of European Citizens)
    pojawił się  na początku roku w publikacji Comparative
    Political Studies
    .

    Przyznajemy, że nie pokusiliśmy się o samodzielne zapoznanie się z
    oryginalnym tekstem Michael’a Bruter’a, który dostępny jest jedynie w
    płatnej formie, jednak nie podejrzewamy, by amerykański magazyn miał
    jakieś powody do przekręcania wyników i wniosków płynących z
    brytyjskich badań.

    Nam trochę śmieszne wydają się spostrzeżenia o biednych,
    zmanipulowanych Brytyjczykach, którzy zamiast w naturalny sposób
    pokochać Unię Europejską, z powodu ogromu antyunijnej nagonki w
    mediach, zdając sobie sprawę z tej nikczemnej i grubymi nićmi szytej
    manipulacji, podświadomie jednak ulegają jej wpływom po dłuższym
    czasie. Stąd ta niechęć.

    Co w takim razie trzeba by napisać o ostatnich 10 latach w Polsce?
    Biorąc pod uwagę bezmiar medialnej euro-miłości, achów i ochów oraz
    politycznej klaki nad wszystkim na czym nalepiono niebieską flagę z
    żółtymi gwiazdkami, Polak powinien uważać się za najbardziej
    europejskiego przedstawiciela rasy europejskiej jakiego IV Rzeszy udało
    się ukształtować.

    Przyznać jednak musimy, że mamy pewien problem z wynikami tych badań.
    Jeśliby były one prawdziwe, to jaki Państwa zdaniem powinien być
    współczesny Polak, który przestał czytać trzy lata temu Gazetę
    Wyborczą, bo jak wiemy poczytność Gazety zmalała w ostatnich latach
    bardzo drastycznie?  Polak ten zorientował się już dawno, że
    Gazeta nie
    ma nic wspólnego z rzeczową publicystyką lub rzetelnym przekazem
    informacji, jednak czytając z przymrużeniem oka, już po ponad 6
    miesiącach od jej odstawienia, powinien zdradzać pewne szczególne
    objawy zmiany światopoglądu zgodne ze stronniczymi tekstami GW.

    Po pierwsze powinien zionąć nienawiścią do braci Kaczyńskich, PiSu i
    każdej ich inicjatywy, miłować zaś wszystko co wyduma, stworzy i możną
    ręką powoła do życia obecny rząd.

    Po drugie powinien potępiać w całej rozciągłości wszelkie działania
    oszołomów z IPN, współczuć zaś i bronić byłych przepracowanych
    działaczy PZPR, dzielnych oficerów prowadzących, ich podopiecznych i
    innych ludzi honoru.

    Po trzecie powinien ochoczo promować alternatywne zachowania seksualne,
    by przeniknęły i stały się codziennością Polskich miast, miasteczek i
    wsi, o ulicach, skwerach, deptakach i szkołach, nie zapominając, gdzie
    najmłodszych nauczać powinno się poza hymnem Unii Europejskiej, także
    ważnego zagadnienia tolerowania w przestrzeni publicznej zachować
    seksualnych pederastów.

    Po czwarte powinien kochać jak ojczyznę własną Państwo Żydowskie,
    spijać z ust naczelnego rabina Polski każde słowo mądrości i
    napomnienia i karnie robić wszystko, by tylko przypadkiem nie pogorszyć
    stosunków między Polską a przedstawicielami narodu żydowskiego – czyli
    czuć się winnym za zbrodnie jakie jego przodkowie popełniali pospołu z
    tzw. nazistami w polskich obozach koncentracyjnych.

    Itd., itp.. Część z Państwa czyta lub czytała kiedyś Wyborczą, więc
    sami Państwo wiedzą co publikowano na jej łamach.

    No i tu właśnie mamy problem. Bo generalnie nic się nie zgadza z
    konkluzjami jakie wyciągnął Michael Bruter ze swych ponad dwuletnich
    badan.

    Jak choćby dziś czytamy na wp.pl, która donosi za
    Rzeczpospolitą:
    „W 2009 r. poparcie tracili i premier
    i rząd”
    , głosi pierwsze zdanie
    artykułu, w którego swoistym sondażowym podsumowaniu mijającego roku
    czytamy, że „PiS w styczniu miał 25%
    zwolenników i w grudniu ma ich
    dokładnie tyle samo.”

    Czyli ani PiS’owi nie spadło, ani się Polacy w cudotwórczym rządzie
    stopniowo nie zakochali, a wręcz przeciwnie.

    W innym artykule czytamy wypowiedź środowisk, które
    zmuszone są
    organizować w Polsce parady równości, że „nietolerancja wciąż jest
    zjawiskiem powszechnym, dlatego nasze parady wciąż są potrzebna”

    a inny
    znany działacz na tym polu dodaje, że „gdybyśmy
    nie bali się ujawniać
    byłoby nas tu dzisiaj dwa miliony.”
    … czyli ludność nadal
    okazuje
    obrzydzenie wobec zachowań pederastów.

    O narastającym, rdzennym i wypitym z mlekiem matki-polski
    antysemityzmie już nawet nie wspominając, bo objawia się on ciągle,
    ostatnio choćby i w bulwersującej cały świat kradzieży napisu z bramy
    polskiego obozu zagłady żydowskiej.  Czyli antysemityzmu ciąg
    dalszy.

    Czy to nie dziwne, że nijak nie można się dopatrzeć dziś efektu bomby
    zegarowej wśród byłych czytelników GW?

    Wnioski jakie można wysnuć na podstawie rozbieżności między polska
    rzeczywistością a badaniami brytyjskiej uczelni, mogą być tylko dwa.
    Albo badania są do niczego, bo Polacy nijak się mają do reszty
    europejskich braci, którzy podświadomie ulegają nawet mało
    wyrafinowanej manipulacji już po 6 miesiącach od jej „odstawienia”,
    albo… mylą się sondaże i paradujący w tęczowych pochodach
    działacze. 
    Co gorsza, mylili się i Izraelski wiceminister i minister ds. rozwoju
    regionalnego, który o kradzieży powiedział, iż „Ten gest świadczy po
    raz kolejny o wrogości i przemocy wobec Żydów”
    , i jego koledzy:
    „izraelski minister informacji i
    diaspory Yuli Edelstein skomentował
    kradzież tablicy jako „największy błąd polskiej policji”. Członek
    prawicowego Likudu wyraził również zaniepokojenie rosnącą liczbą
    antysemickich incydentów na całym świecie”.

    Czego by jednak nie mówić i niezależnie od tego, czy jako Polacy
    jesteśmy jakoś szczególnie uodpornieni na skutki przebywania w zasięgu
    manipulacji mediów, warto na pewno stosować się do starej zasady znanej
    w informatyki, która w oryginale brzmi: „garbage in, garbage out” co
    tłumaczy się jako „śmieci na wejściu dadzą śmieci na wyjściu”, nawet
    jeśli wg. najnowszych badań zajmuje to trochę więcej czasu niż się
    ludziom wydaje.
    Dlatego naszym zdaniem, o czym pisaliśmy wielokrotnie, ważne jest skąd
    i w jaki sposób pozyskujemy informacje. Dlatego też praktycznie od
    początku zachęcaliśmy czytelników do odstawienia telewizorów i
    pozyskiwania informacji we własnym zakresie, najlepiej szukając i
    porównując je u kilku źródeł.

    Nie wolno też nie doceniać siły oddziaływania drobnych elementów,
    takich jak sporadycznie i niby przypadkowo pokazywane symbole, gesty,
    obrazy, bo one także wywierają na nas wpływ. Pod tym względem telewizja
    własnie ma największe pole działania, będąc strumieniem bezwolnie
    przyswajanych obrazów, bombardujących ludzkie umysły z prędkością 25
    klatek na sekundę.

    Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
    Magazyn miller-mccune
    – artykuł na temat efektu bomby zegarowej
    stronniczych mediów.
    BBC
    – sondaże na temat zaufania.
    „Time Bomb? The Dynamic Effect of News and Symbols on the Political
    Identity of European Citizens”
    – dokument w formacie PDF dostępny
    po rejestracji i dokonaniu opłaty.
    wp.pl
    – rząd i premier źle oceniani, poparcie dla PiS bez zmian.
    wp.pl
    – nietolerancja wobec homoseksualistów.
    wp.pl
    – kradzież bramy antysemickim incydentem i przemocą wobec
    Żydów.

    Jak
    zapewne większość z Państwa wie, 7 grudnia 2009 w zasilanym energią
    wiatrową Bella Center w Kopenhadze, rozpoczął się szczyt klimatyczny
    Organizacji Narodów Zjednoczonych, który zakończył się przedwczoraj
    wieczorem.
    „Uczestniczyli w nim politycy, około
    16500 biurokratów, tysiące dziennikarzy, aktywistów, setki limuzyn,
    ponad 100 prywatnych samolotów odrzutowych, olbrzymia ilość energii
    została zużyta przez 30 tysięcy uczestników, z których wielu było
    jedynie agitatorami politycznego planu.

    Australijski Premier miał w
    Kopenhadze możliwości zrobienia sobie zdjęcia w czasie krótkich
    odwiedzin, na które pozwolił mu odrzutowiec spalający więcej paliwa w
    czasie tej podróży, niż cały resort Arkaroola Wilderness zużyje w ciągu
    roku.


    Brytyjskie Zrzeszenie Podatników (UK
    Taxpayers’ Alliance)
    obliczyło, że
    koszt konferencji wynosił tyle ile GDP Republiki Malawi”
    – tak
    napisał na łamach
    http://www.abc.net.au
    na temat szczytu w
    Kopenhadze, Ian Plimer, profesor geologii górniczej na uniwersytecie w
    Adelaide, jednocześnie profesor w stanie spoczynku Nauk o Ziemie na
    Uniwersytecie w Melbourne, gdzie pełnił także funkcję dyrektora w
    latach 1991-2005.

    Nie wiemy czy wydano aż tyle ile wynosi GDP Malawi, jednak całkiem
    imponująca wydaje się suma 54 mln. funtów brytyskich wydana w czasie
    szczytu tylko na pensje gromady delegatów i polityków.

    Inne media Kopenhagę przedstawiły trochę odmiennie – jako niecodzienne
    wydarzenie, któremu w duńskim mieście towarzyszyły prezentacje
    techniczne, pokazy naukowe, koncerty oraz oczywiście demonstracje i
    zamieszki, a wszystko to miało pomóc w zmniejszeniu emisji
    trucicielskiego wyziewu, zanieczyszczenia zwanego naukowo dwutlenkiem
    węgla, którego chemiczny symbol i nazwa potoczna to CO2.

    Spotkanie to miało być kolejnym krokiem ku uporządkowaniu światowej
    gospodarki, co miało wiązać się z transferami dóbr na kwoty powyżej
    trylionów dolarów. Miało także wiązać się z utratą miejsc pracy idącą w
    miliony, również milionami ludzi zyskującymi nową pracę, wprowadzaniem
    nowych podatków, relokacją przemysłu, nowymi taryfami i dotacjami, oraz
    skomplikowanymi opłatami na rzecz schematów walki z gazami
    cieplarnianymi, oraz podatkami za emisję dwutlenku węgla – a wszystko
    to pod nadzorem globalnej instytucji, globalnego organu.
    Takie i inne rezultaty opisano w „nocie informacyjnej” Organizacji
    Narodów Zjednoczonych na temat potencjalnych konsekwencji kroków, które
    kraje uprzemysłowione miały podjąć, by wdrożyć w życie wytyczne z
    Kopenhagi, następcy Protokołu z Kioto.
    Pisaliśmy na temat noty ONZ cytując artykuł Fox News w kwietniu tego roku pt.: „Formy życia i zanieczyszczenia oparte na węglu.

    Z noty, która o ponad pół roku wyprzedzała szczyt w Kopenhadze,
    wyraźnie wynikało jakie nadzieje wiążą z nim ludzie stojący za ONZ i
    organizacją całego globalnego ruchu na rzecz klimatu.
    W ogóle wydaje nam się, że bardzo często zapomina się, iż szczyt w
    Kopenhadze był spotkaniem ONZ, a nie jak mają zwyczaj to relacjonować
    media, jakimś heroicznym spotkaniem polityków zatroskanych tragicznym
    stanem ziemskiego klimatu.

    Już pewnie planowano, że będzie tak sprawnie i ekologicznie i wszystko
    pójdzie jak po maśle, powstanie globalne ciało do zarządzania w czasie
    kryzysu spowodowanego niebezpieczeństwem wywoływanych przez człowieka
    globalnych zmian klimatycznych.
    Nie wszystko poszło jednak w zgodzie z tym planem. Wprawdzie delegatów
    chętnych na wyżerkę i popijawę na koszt nieświadomych podatników
    pojawiło się wielu, jednak tuż przed konferencją, z niektórych mniej
    posłusznych mediów, jak na złość, zaczęła wylewać się na światło
    dzienne ciekawa informacja. Informację tę odkrył człowiek (w mediach
    nazywano go dla postrachu hackerem), któremu dobro innych widocznie nie
    było obojętnie.
    Ujawnione materiały dotyczyły rzetelności badań jednego z najbardziej
    opiniotwórczych ośrodków w dziedzinie zmian klimatycznych, Uniwersytetu
    Wschodniej Anglii (UEA – University of East Anglia).

    Przykra niespodzianka.

    Przypomnijmy tym, którzy nie śledzili tych wydarzeń w często dziwnie
    milczących mediach krajowych, jak to się zaczęło i co ujawniono do tej
    pory.

    Udało nam się ustalić, że 17 listopada 2009 roku na rosyjskim serwerze
    FTP pojawił się plik ZIP
    http://ftp.tomcity.ru/incoming/free/FOI2009.zip który zawierał 1079
    listów poczty elektronicznej oraz 72 dokumenty. Plik ten zniknął już z
    serwera ftp na którym począkowo się pojawił, ale ponieważ w Internecie
    rzadko coś ginie, namierzyliśmy go na stronie megaupload,
    a także w odnośnikach The Pirate Bay oraz na specjalnie
    stworzonej stronie WWW
    , która zawiera wersję wszystkich listów
    umieszczonych w formie pozwalającej na ich czytanie i przeszukiwanie
    online.

    Przez pierwsze trzy dni, wiadomość pojawiła się tylko na kilku blogach.
    Nikt nie wiedział, czy wszystko to przypadkiem nie jest jakimś okrutnym
    żartem. Wielu internautów nie wierzyło, że to prawda, wstrzymując się
    od wypowiedzi do momentu potwierdzenia lub zdyskredytowania tych
    informacji.
    Maile owe rzekomo miały pochodzić z UEA i stanowić miały dowód
    nieoficjalnych rozmów, jakie prowadzą między sobą zatrudnione w tej
    instytucji autorytety naukowe. Ujawniona poczta obejmowała w sumie
    okres prawie 13 lat.
    Trzeba zdawać sobie sprawę, że w przypadku UEA nie mówimy tutaj o
    jakiejś tam uczelni, która ma wpływu na niewiele więcej niż tylko oceny
    w indeksach swoich studentów. Mówimy tu o instytucji, „niewielkiej grupie naukowców, którzy przez
    lata, jak żadna inna tego typu grupa, mieli wpływ na kierowanie
    światowymi sygnałami alarmującymi na temat globalnego ocieplenia i to
    nie tylko z powodu roli jaką odgrywali oni w Międzyrządowym Panelu do
    spraw Zmian Klimatu ONZ (Intergovernmental Panel on Climate Change
    (IPCC))”
    . Tak opisał grupę naukowców, tydzień po ujawnieniu
    tajemniczej poczty, brytyjski The Telegraph.

    Z tego właśnie powodu większość dziennikarzy i internautów
    interesujących się tematem uważała, że treść ujawnionej korespondencji
    to jedynie głupi żart.
    Po momencie niepewności, następne wydarzenia rozegrały się praktycznie
    w czasie kilku godzin. Bombardowany zapytaniami z całego świata
    dyrektor jednostki do badań klimatu UEA przyznał, że e-maile
    rzeczywiście pochodzą z ich wydziału badań nad klimatem.
    Świat błyskawicznie obiegła ta wiadomość i o treści listów zaczęto
    pisać szerzej, zagłębiając się w ich lekturę i ujawniając coraz to nowe
    wątki.
    A co takiego strasznego znajduje się w tej naukowej 
    korespondencji?
    Z listów wynika, że najbardziej wpływowi naukowcy, których działania
    praktycznie stanowiły koło zamachowe teorii globalnego ocieplenia
    wywołanego działalnością człowieka, mogą być zamieszani w niemały
    skandal, być może jeden z największych w historii współczesnej nauki.
    Zresztą warto poczytać samemu – wersja językowa oryginalna:

    From: Phil Jones
    To: ray bradley ,mann@XXXX,
    mhughes@XXXX

    Subject: Diagram for WMO Statement
    Date: Tue, 16 Nov 1999 13:31:15 +0000
    Cc: k.briffa@XXX.osborn@XXXX

    Dear Ray, Mike and Malcolm,

    Once Tim’s got a diagram here we’ll
    send that either later today or first thing tomorrow.


    I’ve
    just completed Mike’s Nature trick of adding in the real temps to each
    series for the last 20 years (ie from 1981 onwards) amd from 1961 for
    Keith’s to hide the decline.
    Mike’s series got the annual land
    and marine values while the other two got April-Sept for NH land N of
    20N. The latter two are real for 1999, while the estimate for 1999 for
    NH combined is +0.44C wrt 61-90. The Global estimate for 1999 with data
    through Oct is +0.35C cf. 0.57 for 1998.


    Thanks for the comments, Ray.

    Cheers
    Phil

    Wytłuszone przez nas zdanie tłumaczy się następująco:
    „Skończyłem właśnie trik Mike’a z
    Nature (magazynu naukowego Nature – przyp. tłum.), z dodawaniem w
    realnych temperaturach do każdej serii z ostatnich 20 lat (np. od 1981
    i dalej) i od 1961 dla Keith’a, żeby ukryć spadek.”

    Gdzie indziej czytamy:

    „From: Kevin Trenberth
    To: Michael Mann
    Subject: Re: BBC U-turn on climate
    Date: Mon, 12 Oct 2009 08:57:37 -0600
    Cc: Stephen H Schneider , Myles Allen
    , peter stott , “Philip D. Jones” , Benjamin Santer , Tom Wigley ,
    Thomas R Karl , Gavin Schmidt , James Hansen , Michael Oppenheimer


    Hi all

    Well I have my own
    article on where the heck is global warming? We are asking that here in
    Boulder where we have broken records the past two days for the coldest
    days on record. We had 4 inches of snow. The high the last 2 days was
    below 30F and the normal is 69F, and it smashed the previous records
    for these days by 10F. The low was about 18F and also a record low,
    well below the previous record low.


    This is January weather (see the
    Rockies baseball playoff game was canceled on saturday and then played
    last night in below freezing weather).


    Trenberth, K. E., 2009: An imperative
    for climate change planning: tracking Earth’s global energy. Current
    Opinion in Environmental Sustainability, 1, 19-27,
    doi:10.1016/j.cosust.2009.06.001. [1][PDF] (A PDF of the published
    version can be obtained from the author.)



    The fact is that
    we can’t account for the lack of warming at the moment and it is a
    travesty that we can’t. The CERES data published in the August BAMS 09
    supplement on 2008 shows there should be even more warming: but the
    data are surely wrong. Our observing system is inadequate.

    Wytłuszone przez nas zdania tłumaczą się następująco:

    „No dobra, mam mój własny artykuł na
    temat gdzie u diabła podziało się globalne ocieplenie? Pytamy o to
    tutaj w Boulder, gdzie ustanowiliśmy rekord dwóch ostatnich dni jako
    najzimniejszych od czasu notowań. Mieliśmy 4 cale śniegu. Najwyższa
    temperatura w ciągu ostatnich dwóch dni wyniosła 30F a normalnie jest
    69F, a to zmiata poprzednie rekordy z tych dni o 10F. Najniższa była
    około 18F i jest także rekordowo niska, znaczy poniżej poprzedniej
    rekordowo niskiej.


    Faktem jest, że nie możemy zdać
    sprawozdania z braku ocieplenia w tym momencie i to w sumie parodia, że
    nie możemy. Dane CERES opublikowane w sierpniowym BAMS 09 dodatku w
    2008 pokazują, że powinno być nawet zwiększone ocieplenie, ale dane są
    na pewno złe. Nasz system obserwacji jest niewłaściwy.”

    CERES to eksperymentalny program NASA dotyczący danych
    klimatologicznych, który ma na celu zrozumienie roli jaką odgrywają
    chmury oraz cykle energii w globalnych zmianach klimatu.

    W innym liście czytamy:


        From: Phil Jones
        To: “Michael E.
    Mann”

        Subject: IPCC
    & FOI

        Date: Thu May 29
    11:04:11 2008


        Mike,

        Can you delete any
    emails you may have had with Keith re AR4?


        Keith will do
    likewise. He’s not in at the moment – minor family crisis.


        Can you also email
    Gene and get him to do the same? I don’t have his new email address.


        We will be getting
    Caspar to do likewise.


        I see that CA
    claim they discovered the 1945 problem in the Nature paper!!


        Cheers

        Phil

        Prof. Phil Jones
        Climatic Research
    Unit

    Tutaj Phil Jones prosi kolegów o pokasowanie korespondencji i
    przekazanie innym, żeby zrobili to samo. W wytłuszczonym przez nas
    zdaniu czytamy:
    ” Widzę, że CA twierdzi, że odkryli
    problem 1945 roku w papierach Nature (chodzi o naukowy magazyn Nature -
    przyp. tłum.)”

    Nie mamy teraz zamiaru, ani pewnie Państwo cierpliwości, brnąć przez
    wszystkie ponad 1000 listów i ponad 70 dokumentów. Niektórzy jednak, po
    ujawnieniu tej korespondencji zadali sobie taki trud.
    Generalnie potwierdzono dziś, że z informacji zawartych w listach
    wynika, iż utworzono rodzaj konspiracji, że istniała zmowa w
    wyolbrzymianiu danych świadczących o ociepleniu, że prawdopodobne
    niszczono kłopotliwe informacje, że naukowcy stawiali zorganizowany
    opór przed ujawnianiem danych, że dopuszczali się manipulacji danymi,
    na podstawie których udowadniano później apokalipsę globalnego
    ocieplenia spowodowanego działalnością człowieka, że celowo dodawano
    wyniki do ogłaszanych publiczne twierdzeń.
    Jednym słowem afera, która powinna wstrząsnąć światem nauki, polityki i
    ekologii. W Internecie zaczęto używać określenia Climategate, wzorując
    się na nazwie amerykańskiej afery z lat 70-tych.
    Znamiennym jest, że debata na ten temat toczy się głównie w Internecie.
    A w mediach nic. Praktycznie cisza, przerywana nielicznymi sygnałami
    prasy i kilku odważniejszych dziennikarzy. Większość głównych mediów
    starała się nie zauważać tematu, choć logicznie rzecz biorąc wszyscy
    ,od różnych TVN’ów, poprzez brukowe gazety, po poważne tytuły, powinni
    grzmieć na alarm, że w Kopenhadze, a wcześniej np. w parlamencie
    Państwa Europejskiego, robi się wszystkich nas w globalnego balona!

    The Guardian wydawał się trzymać rękę na pulsie. W kilka godzin od
    ukazania się plików w internecie rozpoczął relację od artykułu
    zatytułowanego: Sceptycy klimatyczni twierdzą, że ujawnione listy są
    dowodem panującej wśród naukowców zmowy
    „, w którym opisał zarzuty stawiane
    naukowcom, oraz próby ich obrony.

    „Zdajemy sobie sprawę, że informacje
    z serwera używanego do celów informacyjnych w jednym z wydziałów
    uniwersytetu zostały udostępnione na publicznej stronie internetowej.”

    - oznajmił rzecznik prasowy uczelni.

    Oczywiście naukowcy, występujący w głównych rolach listowej afery, nie
    chcieli potwierdzić, czy listy podpisywane ich nazwiskiem są prawdziwe.

    „Nie będę komentował zawartości
    listów pozyskanych w sposób nielegalny. Powiem jedynie, że ich kradzież
    - i wierzę, że jakiekolwiek powielenie listów pozyskanych na
    publicznych stronach itd., stanowią poważną działalność kryminalną. Mam
    nadzieję, że sprawcy oraz ich pomocnicy, zostaną namierzeni i oskarżeni
    w całej mierze na jaką pozwala prawo.”
    – tak odpowiadał jeden z
    głównych bohaterów korespondencji, profesor Michael Mann, dyrektor
    Centrum Nauki Systemu Ziemi przy Uniwersytecie Stanowym Pensylwanii
    (Pennsylvania State University’s Earth System Science Centre).

    Trzy dni po ujawnieniu listów i dokumentów, Uniwersytet Wschodniej
    Anglii zapowiedział wszczęcie własnego śledztwa w tej sprawie, choć
    niektórzy odradzali takie działanie, o czym ponownie poinformował
    czytelników brytyjski The Guardian opisując jednocześnie
    reakcje Michal’a Mann’a oraz jego przyjaciół. Wszyscy zgodnym chórem
    twierdza, że ich listowne wypowiedzi są „wyrywane z kontekstu i wydawać się mogą
    pogrążające”
    , kiedy uważnie wybierają je dla własnych potrzeb
    przeciwnicy teorii zmian klimatu wywołanych przez działalność człowieka.
    „Jeśli spojrzy się na e-maile, nie ma
    tam żadnych dowodów fałszowania danych, nie ma dowodów, że zmiany
    klimatu to ściema.”
    – mówił rzecznik prasowy brytyjskiego
    rządowego  serwisu meteorologicznego (The Met Office).

    29 listopada, The Times opublikował artykuł pt.: „Wielki naukowy skandal dotyczący zmian klimatu„. W
    artykule czytamy m.in.:
    „Phil Jones jest kluczowym graczem na
    naukowej scenie zajmującej się zmianami klimatu. Stworzona przez jego
    departament baza danych o zmianach temperatur i ich pomiarach, stała
    się najważniejszym elementem na którym buduje się sprawę globalnego
    ocieplenia.

    Ujawnione listy sugerowały jednak, że
    Jones i niektórzy z jego kolegów, mogli tak bardzo przekonać się do
    swoich racji, że przekroczyli granicę między obiektywnymi badaniami a
    prowadzeniem aktywnej kampanii.

    W jednym z listów, Jones przechwala
    się używaniem statystycznego triku, by ukryć jawiący się spadku
    globalnej temperatury. W jeszcze innym obstaje, by skasować dane,
    których udostępnienia domagali się sceptycy.

    W trzecim liście proponował
    zorganizowany bojkot prac naukowych, które ośmieliły się opublikować
    badania, podkopujące przesłanie o globalnym ociepleniu.”

    The Times przypomina w artykule genezę całego problemu ze współczesną
    interpretacją wyników badań nad zmianami klimatu i opisuje dlaczego UEA
    jest placówką aż tak istotną :

    „Hakerski skandal to nie odizolowany
    przypadek. Przeciwnie, jest to ostatnia runda trwającej od dawna
    batalii nad nauką o klimacie, której początki sięgają roku 1990.


    To wtedy Międzyrządowy Panel do spraw
    Zmian Klimatu (IPCC) – grupa naukowców doradzająca rządom na całym
    świecie -opublikowała swój pierwszy zestaw ostrzegawczych raportów, że
    Ziemia stanęła naprzeciw śmiertelnego niebezpieczeństwa zmiany klimatu.
    Centralną częścią tego raportu był zestaw danych, ukazujący jak szybko
    rosła temperatura półkuli północnej.

    Problem polegał na tym, że część
    wyników wskazywała, iż wszystko to już się kiedyś wydarzyło. Tzw. okres
    średniowiecznego ocieplenia, 1000 lat w czasie których Brytania pokryta
    była winnicami, a Wikingowie wypasali bydło na zielonej wówczas
    Grenlandii. Dla każdego dobrego naukowca był to powód do zadania
    pytania: czy obecne ocieplenie związane jest z obecną eksploatacją
    paliw kopalnych, czy może jest częścią naturalnego cyklu?


    Naukowcy zasiedli do pracy i w 1999
    roku grupa pod kierownictwem profesora Micheael’a Mann’a, klimatologa
    Uniwersytetu Pensylwanii, otrzymała inne wyniki, które pokazywały, iż
    średniowieczne ocieplenie nie miało tak naprawdę większego znaczenia.


    Chodziło o to, iż niektóre fragmenty
    Atlantyku może i się ociepliły, lecz zapiski sugerują, że w tym samym
    czasie Pacyfik był raczej chłodny, więc średnio w zmianach temperatur
    była tylko niewielka różnica.

    Na wykresie, dane profesora Mann’a
    przypominały znany „kij hokejowy”. Ukazuje on temperatury północnej
    półkuli jako linię, która pozostaje płaska przez kilkaset lat, by ostro
    rosnąć od roku 1900 aż do dziś. Wnioskiem płynącym z tej prezentacji
    miało być stwierdzenie, że wzrost temperatury będzie postępował, niosąc
    ze sobą potencjalnie śmiertelne konsekwencje dla ludzkości.


    Wizja kontynentów nawiedzanych przez
    huragany i powodzie w czasie gdy roztapia się Arktyka, przerodziła
    debatę naukową w wysoce emocjonalną i polityczną dyskusję. Język
    używany przez „ociepleniowców” tak samo jak i sceptyków, ulegał coraz
    większej polaryzacji.


    George Monbiot, poważany pisarz
    zajmujący się tematyką ekologii, wszystkim wątpiącym w ocieplenie
    wywołane działalnością człowieka przylepił łatkę „climate deniers”
    (osoby zaprzeczające klimatowi), co jest zwrotem nieprzyjemnie bliskim
    określeniu „holocaust denial” (zaprzeczanie holokaustowi). Sceptycy,
    szczególnie w Ameryce, sugerowali, że naukowcy, którzy wierzą w zmiany
    klimatu, są częścią globalnej lewackiej konspiracji, chcącej wyciągnąć
    biliony dolarów na tzw. zielone technologie.


    Bardziej przekonywującą krytyką jest
    istnienie oporu przed przyznaniem, że istnieją odmienne poglądy w
    kwestii nauki o klimacie. Al Gore, były wiceprezydent USA, który
    przekształcił się w zielonego działacza prowadzącego kampanię, określił
    wynik debaty na temat klimatu jako już ustalony. Krytycy powtarzają
    jednak, iż nauka ta nie została do końca sprawdzona. I właśnie dlatego
    Jednostka do spraw Badań Klimatu przy Uniwersytecie Wschodniej Anglii
    ma tak wielkie znaczenie.


    Jej badania stworzyły zapisy zmian
    temperatur jakie dokonywały się przez tysiące lat. Być może
    najważniejsze są zapisy dotyczące temperatury lądów i mórz na świecie
    od połowy XIX wieku. To z tej właśnie bazy danych pochodzą wyniki
    ukazujące „niedwuznaczny” wzrost o 0,8C w czasie ostatnich 157 lat, na
    czym opiera się i od czego zależy wykres hokejowego kija Mann’a i wiele
    więcej innych zagadnień w nauce o klimacie.


    Niektórzy z krytyków wierzą, że
    odkrycia Jednostki do spraw Badań Klimatu przy UEA powinny być
    traktowane z większą rozwagą, ponieważ wszystkie publikowane dane
    zostały „skorygwane” – co oznacza, że zostały zmienione, by
    rekompensować ewentualne anomalie w sposobie pozyskania danych. Zmiany
    tego rodzaju to rzecz normalna, kontrowersje pojawiają się wokół
    sposobu w jaki są dokonywane. Sprawę pogarsza jeszcze niechęć Jednostki
    do spraw Badań Klimatu do upowszechnienia oryginalnych danych w formie
    nieskorygowanej.


    David Holland, inżynier z
    Northampton, jest jednym z wielu sceptyków, którzy przekonani są, iż
    naukowcy z jednostki przy UEA, całego tego procesu dokonali w sposób
    niewłaściwy. Gdy złożył on wniosek o udostępnienie mu tych danych w
    zgodzie z przepisami o wolności informacji (freedom of information
    laws), odmówiono mu stwierdzając, że „nie leżało to w publicznym
    interesie”.


    Inni którzy złożyli podobne wnioski o
    udostępnienie danych, zostali potraktowani odmownie, ponieważ nie
    pochodzili ze środowiska akademickiego.


    Próbował także normalny akademik,
    Ross McKitrick, profesor ekonomii na Uniwersytecie Guelph w Kanadzie:

    „Odmówiono mi podając zupełnie inny
    powód. Jednostka przy UEA oznajmiła, iż uzyskała te dane w ramach
    poufnych umów i w związku z tym nie może tych danych udostępniać. To
    dziwne, ponieważ niektóre z tych danych już udostępniali innym
    akademikom, jednak tylko tym, którzy opowiadali się po stronie idei
    zmian klimatu”
    .

    Cytowany obszerny fragment artykułu z the Times, wyjaśnia dość
    dokładnie czego dotyczy cały problem, o którym mówi się od wielu lat.

    Dzień później, 1-go grudnia, The Guardian poinformował, że Phil Jones, szef
    jednostki do badań klimatycznych w UEA, jeden z głównych bohaterów
    czytanki listów i dokumentów ujawnionych w sieci, podał się do dymisji.

    „Profesor Phil Jones, dyrektor CRU
    (Climat Research Unit) powiedział, że staje po stronie nauki
    wyprodukowanej przez jego zespół oraz, że sugerowanie konspiracji
    mającej jakoby na celu zmianę wyników na rzecz udowodnienia globalnego
    ocieplenia spowodowanego działalnością człowieka są „kompletną bzdurą”.
    Jednak postanowił on ustąpić jako dyrektor, dopóki niezależne śledztwo
    w sprawie zhakowanych listów nie będzie zakończone.


    Krytycy argumentu, że globalne
    ocieplenie spowodowane jest działalnością człowieka mówią, że listy
    wskazują na dowody zmowy naukowców. Niektórzy twierdzą, że zawartość
    listów sugeruje, iż naukowcy zapobiegali temu, by w czwartej
    podsumowującej ocenie Międzyrządowego Panelu na temat Zmian Klimatu
    (IPCC – Intergovernmental Panel on Climate Change), wydrukowanej w 2007
    roku, nie miały szansy znaleźć się prace naukowe z którymi naukowcy z
    UEA nie zgadzali się.

    Jednak wcześniej tego samego
    tygodnia, zasiadający w IPCC Rajendra Pachauri powiedział, że było to
    „wirtualnie niemożliwe”, by kilku naukowców zajmujących się klimatem
    wpłynęło na rady jakie ONZ dawało rządom. Jego zdaniem, olbrzymia ilość
    współpracowników wnoszących wkład oraz przyjęty w IPCC rygorystyczny
    mechanizm dokonywania anonimowych recenzji, doprowadziłyby do tego, że
    stronniczość byłaby szybko wykryta.

    Była to odpowiedź na konkretny e-mail
    z 2004 roku, w którym Phil Jones wspomina o dwóch pracach, które uważa
    za niewłaściwe, pisząc o nich w sposób następujący:

    „I can’t see either … being in the
    next [IPCC] report. Kevin [Trenberth] and I will keep them out somehow
    – even if we have to redefine what the peer-review literature is!”


    Co można przetłumaczyć jako:
    „Ja też nie widzę tego w przyszłym
    raporcie [IPCC]. Kevin [Trenberth] i ja jakoś je przytrzymamy, nawet
    jeśli musielibyśmy zdefiniować na nowo jaka literatura idzie do
    recenzji!”

    The Guardian kończy: „Ekonomista
    Nick Stern powiedział, że punkt widzenia ludzi nie wątpiących w naukowy
    consensus, iż to człowiek powoduje globalne ocieplenie, jest „bezładny
    i nienaukowy”.

    Tu przestaniemy cytować gazety, które zaświadczają o biegu wydarzeń pod
    koniec listopada i na początku grudnia.
    Komentując ostatni cytowany akapit, zastanowiło nas, czy z badaniami
    klimatu jest już tak źle, że w obronie własnych racji centra badawcze
    wystawiają ekonomistów zamiast klimatologów?

    Zastanawia nas także, dlaczego były już szef Jednostki do spraw Badań
    Klimatycznych, gdy odnosi się do śledztwa w sprawie ujawnionych
    dokumentów i poczty elektronicznej, używa słowa „niezależne”. Przecież
    śledztwo w gruncie rzeczy Uniwersytet prowadzi sobie sam. Co ujawni owo
    śledztwo? Tego możemy się jedynie domyślać, ale biorąc pod uwagę
    historie z naszego podwórka, to można przypuszczać, że powołają jakieś
    sądy, przeróżne komisje itp., które dziwnym trafem i większością głosów
    stwierdzą, że sprawa podlega umorzeniu, że sprawcy pozostają nieznani
    lub, że sprawy w ogóle nie było, bo przecież nic złego się nie stało, a
    listy to jedynie luźna korespondencja grupy genialnych naukowców,
    której głębokiej treści i znaczenia nikt poza nimi poznać nie jest w
    stanie.

    Istniała kiedyś pewna mądra zasada, że nikt nie powinien być sędzia we
    własnej sprawie, lecz kto dziś by się przejmował dawnymi zasadami, a
    już szczególnie w dumnym i sponsorowanym szerokim strumieniem rządowych
    dotacji świecie odłamów nauki, nauczających w zgodzie z poprawnością
    polityczną i jakimś, nie do końca jeszcze znanym ogółowi, nadrzędnym
    planem światowej elity.

    Wszystko co opisały nieliczne gazety wydarzyło się na dwa tygodnie
    przed wielkim szczytem, którego rozmowy opierały się w sumie w całości
    na metodach badawczych i danych dostarczanych przez naukowców będących
    w samym centrum, jakby nie patrzeć, klimatycznej afery.

    Czy mają rację sceptycy, czy też rzeczywiście wydychany przez nas
    dwutlenek węgla, który jest podstawowym elementem biologicznej
    konstrukcji naszego świata, powoduje straszliwe i katastrofalne
    konsekwencje? Nie nam to w sumie oceniać, bo od tego powinni być
    naukowcy, jednak jeśli niektórzy z nich obstając przy swojej teorii
    uzurpują sobie prawo do bycia jedynie słuszną prawdą, jednocześnie
    utrudniając komukolwiek nawet rozmowę na ten temat, to ich zachowanie
    mało ma wspólnego z nauką w ogóle, a prawdy o świecie pozostaje ludziom
    odkrywać choćby i organoleptycznie. I nie mamy tu na myśli przytykania
    języka do metalowego masztu z flagą celem sprawdzenia, czy może
    globalna inicjatywa wprowadzenia limitów CO2 już działa i robi się
    chłodniej, jak zrobił to pewien student za Atlantykiem.

    Naszym zdaniem wystarczy poszperać choćby i w internecie. Oczywiście
    nie należy za bardzo wierzyć w to co wypisują na portalach takich jak
    wp czy onet zatrudnieni tam często pseudo-dziennikarze, ale gdy wp.pl
    publikuje na swojej stronie sondę pt.: „Polska zima jest magiczna” i robi to w połowie
    kalendarzowej jesieni, to powinno to trochę dawać do myślenia.

    Następnie  można sprawdzić tytuły artykułów i zauważyć te z połowy
    kalendarzowej jesieni, mówiące, iż „Zima nie odpuści przez najbliższe dni„. Poprawniej
    byłoby napisać, że zima w jesieni nie odpuści, albo że jesienna zima…

    Można także przejrzeć dokumentację z terenu, skrzętnie wysyłaną przez
    internautów podekscytowanych posiadaniem telefonów komórkowych z
    „aparatem fotograficznym” i możliwością dostarczenia za darmo nie tylko
    fotografii ale i własnego numeru telefonu (ujawnionego wszystkim
    oglądającym pod zdjęciem autora).

    Czy nie odnoszą Państwo wrażenia, że takie informacje wydają się
    bardziej obiektywne, niż statystyczne wyliczanki, w których ktoś
    udowadnia średnią zmianę o 0,8 stopnia w okresie 200 lat? Przypomina to
    trochę badania nad gospodarką, konsekwencje czego obecnie oglądamy,
    których naukowcy od ekonomii próbowali dokonywać w arkuszach programów
    kalkulacyjnych, co niezależnie od zastosowanych algorytmów, zawsze
    kończyło się sięgnięciem do kieszeni podatnika.

    Nauka miała dociekać odpowiedzi na postawione pytania, a z każdym nowym
    dowodem, przesłanką i odkryciem, miała korygować swoje wcześniejsze
    wyniki i tezy, dociekając prawdy. Tak było kiedyś. Dziś, przynajmniej w
    dziedzinie badań nad klimatem, część naukowców wydaje się próbować
    dopasowywać fakty i odkrycia do wcześniejszych założeń uzgodnionych w
    ramach jakiegoś politycznego planu, zmieniając tym samym dziedzinę swej
    nauki w podobne polityce bajoro.
     
    Dlaczego to robią?

    Część z nich zapewne robi to dla pieniędzy.
    Jak to dla pieniędzy? Przecież to biedni naukowcy,  jedynie na
    marnej profesorskiej pensji, którzy heroicznie i wbrew niedoborom
    budżetowym walczą z katastrofalnymi skutkami nadchodzącego ocieplenia,
    tworząc bazy danych, symulacje, modele – odpowie czytelnik wchłaniający
    wiedzę z TVcośtam, GW, czy jakiejś innej, nie wiadomo już czyjej tuby
    propagandowej poprawności.
    Dla czytelników, którzy walkę z globalnym ociepleniem kojarzą bardziej
    z pokazywanymi w mediach obrazami aktywistów i działaczy poubieranych w
    dziurawe płaszcze lub z naukowcami w rozciągniętych swetrach lub
    flanelowych koszulach, mamy niespodziankę.

    Pamiętają pewnie państwo fragment, który gdzieś powyżej cytowaliśmy za
    The Guardian: „to „wirtualnie
    niemożliwe” – mówi Rajendra Pachauri, by kilku naukowców zajmujących
    się klimatem wpłynęło na rady jakie ONZ dawało rządom. Jego zdaniem,
    olbrzymia ilość współpracowników wnoszących wkład oraz przyjęty w IPCC
    rygorystyczny mechanizm dokonywania anonimowych recenzji,
    doprowadziłyby do tego, że stronniczość byłaby szybko wykryta.”

    Rajendra Pachauri, to jeden z pracowników zasiadający w IPCC, czyli
    ciele ONZ, doradzającym rządom w sprawach klimatu. Warto zapamiętać to
    nazwisko.

    13 grudnia, w czasie trwania szczytu w Kopenhadze, Reuters relacjonuje kolejny dzień szczytowych
    obrad rozpisując się o 1000 zatrzymanych w czasie policyjnej akcji
    przeciwko protestującym, które okazało się największym masowym
    aresztowaniem w historii Danii. Cały czas w artykule cytuje się kolejne
    głosy przemawiające za tym, by w Kopenhadze uzgodnić jakiś kompromis,
    dojść do porozumienia i rozpocząć upragnioną przecież współpracę w celu
    zatrzymania zatrważającego kataklizmu, w którym wszyscy zginiemy z
    gorąca. Naszą uwagę zwrócił jednak fragment następujący:
    „Przywódca Azjatyckiego Banku Rozwoju
    (Asian Development Bank), Haruhiko Kuroda, ostrzegł rządy, że jeśli w
    Kopenhadze nie uda się osiągnąć klimatycznego porozumienia, to może to
    prowadzić do załamania rynku węglowego (carbon market), co mogłoby
    uderzyć w wysiłki poradzenia sobie ze zmianami klimatycznymi.”

    Prosimy o wybaczenie, ale gdy czytamy, że przywódca azjatyckiego banku
    ponagla polityków, twierdząc, że jak się nie dogadają, to załamie się
    rynek węglowy, to jakoś nam się nie chce wierzyć, że chodzi tu o
    ochronę klimatu. Ów rynek węglowy, to oczywiście nie rynek sprzedaży
    np. węgla kamiennego, lecz rynek handlu emisjami dwutlenku tego
    pierwiastka.

    Sprawdzmy co wspólnego mają ze sobą azjatycki bank, cytowany wyżej
    naukowiec – Rajendra Pachauri oraz bezinteresowna walka z ociepleniem?

    Na internetowej stronie ADB (Asian Development Bank), dowiedzieliśmy
    się, że poza oczywiście zbawianiem świata, walką z głodem, bezrobociem
    itd., itp., bank zajął się także wyzwaniem jakim jest walka ze zmianami
    klimatu. W tegorocznym (2009) lipcowym wydaniu kwartalnika „News From Pakistan„, newsletter’a wydawanego przez
    ADB, na stronie 7 znajduje się artykuł zatytułowany: „Wybitne Osoby
    Doradzą ADB na temat Zmian Klimatu”. W artykule napisano:

    ADB ogłosiło stworzenie Grupy
    Doradczej składającej się z siedmiu wybitnych osób, które doradzą jak
    umocnić Bankowe programy, by sprostać globalnemu wyzwaniu zmiany
    klimatu.

    Grupa Doradcza ds Zmian Klimatu i
    Podtrzymania Rozwoju (The Advisory Group on Climate Change Sustainable
    Development) będzie pomagać zarządowi ADB rozpatrywać nowatorskie
    sposoby pomocy rozwijającym się krajom członkowskim ADB, w przenoszeniu
    ich gospodarek na drogę rozwoju niskiej emisji węgla oraz w rozwiązaniu
    socjalnych wpływów zmiany klimatu.

    Prezydent ADB, Haruhiko Kuroda
    ogłosił plany zwołania panelu w przemowie do dyrekcji zarządców w
    czasie otwarcia 42 dorocznego spotkania ADB, które odbyło się na Bali w
    Indonezji.

    Najciekawszy naszym zdaniem fragment tego artykułu zaczyna się, gdy
    wymienione są osoby tworzące Grupę Doradczą ADB: „Grupie Doradczej przewodniczyć będzie
    Doktor Rajendra K. Pachauri, dyrektor generalny Instytutu Energii i
    Zasobów (The Energy and Resources Institute), a w jej składzie zasiądą
    Profesor Hironori Hamanaka, przewodniczący i w zarządzie Instytutu
    Globalnej Strategii Środowiskowych (Institute of Global Environmental
    Strategies); Pani Huguette Labelle, przewodnicząca Transparency
    International; Profesor Jeffrey D. Sachs, dyrektor Instytutu Ziemi przy
    Uniwersytecie Columbia; Doktor Emil Salim, doradca Prezydenta Indonezji
    ds środowiska i rozwoju; Doktor Klaus Toepfer, dyrektor założyciel
    Institute for Advanced Studies Climate, Earth System and Sustainability
    Sciences (nie tłumaczymy nazwy tego instytutu, bo pojawia się w niej
    nowomowa, która nie istnieje jeszcze w języku polskim. Nie ma czegoś
    takiego jak „nauki o Sustainability”. Termin wymyślono po roku 2001 i
    głównie robił on karierę na konferencjach dotyczących zmian
    klimatycznych spowodowanych przez człowieka – przyp. tłum.,); oraz
    profesor Dadi Zhou, dyrektor generalny (w stanie spoczynku) Instytutu
    Badań nad Energią (Energy Research Institute).

    Rajendra K. Pachauri będący przewodniczącym Grupy Doradczej ADB, to
    oczywiście ten sam Rajendra Pachauri, który mówił, że niemożliwe jest
    żeby ktoś wpływał na decyzje podejmowane przez IPCC. Ten sam Pachauri,
    który w IPCC zasiada.
    Czy pan Pachauri nie widzi pewnej sprzeczności interesów w zasiadaniu w
    IPCC, która doradza rządom, a pobieraniem wynagrodzenia od Azjatyckiego
    Banku? Czy przypadkiem nie sprzyja to powstaniu jakiejś patologicznej i
    korupcjogennej „zbieżności interesów”? W Polsce rozdawanie posad w
    radach nadzorczych oraz zamawianie usług doradczych od znajomych
    królika, to stały i niestety zgodny z prawem proceder załatwiania spraw
    po tzw. znajomości, oparty o wzajemne przysługi, w których rączka
    rączkę myje najczęściej budżetowymi pieniędzmi. Dlaczego podobne
    mechanizmy nie miałyby działać globalnie?

    Ale nie oskarżajmy pochopnie, może Rajendra Pachauri to jedynie
    wyjątek. Sprawdźmy, czego dowiemy się o innych członkach, którym za
    doradztwo w sprawach zmian klimatu płaci Azjatycki Bank.

    Hironori Hamanaka przewodniczący i zasiadający w zarządzie Instytutu
    Globalnej Strategii Środowiskowych (Institute for Global Environmental
    Strategies), w skrócie (IGES).
    Czym zajmuje się IGES?
    A np. bliską współpracą z TERI, czyli Instytutem Energii
    i zasobów (The Energy and Resources Institute), którego szefem jest nie
    kto inny jak wspominany już Rajendra Pachauri.
    Ale może to kolejny wyjątek lub raczej przypadek.
    Szukajmy więc dalej.

    Pani Huguette Labelle nie tylko jest przewodniczącą Transparency
    International, co wydaje się już samo w sobie dość komiczne,
    rozpatrując jej udział w sponsorowanej przez Bank grupie doradczej,
    jest także członkiem zarządu inicjatywy Organizacji Narodów
    Zjednoczonych (na tej stronie WWW mogą Państwo przeczytać w ilu
    to radach nadzorczych Pani Labelle nie zasiadała w swojej politycznej
    karierze), która nosi nazwę Global Compact. Global Compact w ramach ONZ
    to, jak czytamy na ich stronie
    WWW
    , inicjatywa strategii politycznej dla biznesów, które angażują
    się w ujednolicanie ich działań i strategii z zaakceptowanymi
    dziesięcioma uniwersalnymi zasadami w dziedzinach praw człowieka,
    pracy, środowiska i walki z korupcją. Z ciekawości aż zajrzeliśmy do
    tych 10 zasad. Ostatnia 10 zasada mówi, że „Biznes powinien walczyć z korupcją w
    każdej postaci, włączając w to wymuszenia i przekupstwo”.

    Może Pani Labelle zasiada w Grupie Doradczej ADB, żeby patrzeć ADB i
    zatrudnionym naukowcom na ręce? Może pilnuje, by nie nastąpiły jakieś
    „wymuszenia i przekupstwo” między Bankiem, a panem Pachauri na ten
    przykład? Któż to wie? Ona jak widać także nie widzi sprzeczności
    między zasiadaniem w opłacanej przez Bank Grupie Doradczej, a pracą w
    ONZ, tej samej organizacji, która zatrudnia również pana Pachauri (w
    IPCC).
    Sprawdzajmy dalej.

    Profesor Jeffrey D. Sachs, z Instytutu Ziemi przy Uniwersytecie
    Columbia. Nie znaleźlibyśmy niczego podejrzanego, gdyby nie to, że to
    właśnie Instytut prowadzony przez Jeffrey’a Sachs’a założył
    Międzynarodowy Instytut Badań na rzecz Klimatu i Społeczeństwa, w
    którym… (już się Państwo domyślają?)… przewodniczącym zarządu jest nie kto inny jak
    Rajendra K. Pachauri. Niemożliwe? A jednak.
    Instytut ten jak opisano, „pracuje
    by rozumieć, brać udział i zarządzać klimatycznym ryzykiem w celu
    poprawy ludzkiego dobrobytu…”
    . Nie wiemy, czy Instytut dokona
    poprawy naszego lub Państwa dobrobytu, jesteśmy jednak całkowicie
    pewni, że dobrobyt przynajmniej poprawi się panu Pachauri.
    Szukajmy dalej.

    Doktor Emil Salim, doradca Prezydenta Indonezji ds środowiska i
    rozwoju. Pan Salim poza doradzaniem Prezydentowi Indonezji, jest także
    członkiem Forum na rzecz Środowiska i Rozwoju Azji-Pacyfiku The
    Asia-Pacific Forum for Environment and Development (APFED)). No tego
    pewnie Państwo się nie spodziewają, ale członkiem
    tego forum
    jest również Rajendra Pachauri, a wśród specjalnych
    doradców znajduje się Haruhiko Kuroda, dyrektor Azjatyckiego Banku,
    którego członków Grupy Doradczej właśnie sprawdzamy. Członkiem jest
    także omawiany wcześniej Hironori Hamanaka, prezes IGES, które jak się
    okazuje koordynuje i wspomaga całe to APFED, pewnie w czasie wolnym
    między ścisłą współpracą z TERI pana Pachauri.

    Wszystko to się trochę komplikuje, lecz jeśli pomyśli się, że w sumie
    sprowadza się to do tego, że wszędzie przeplata się pan Pachauri, to
    daje się to jakoś ogarnąć.

    Kolejny na liście wymienionych członków nowej Grupy Doradczej
    Azjatyckiego Banku jest Doktor Klaus Toepfer.
    Sprawdzamy. Tak naprawdę, jak podaje choćby i Wikipedia, Klaus Töpfer,
    urodzony w Waldenburgu w Niemczech, obecnie Wałbrzych Polska, jest
    niemieckim politykiem z CDU oraz ekspertem od polityki ochrony
    środowiska. Z wykształcenia ekonomista, w latach 1998 do 2006 był
    dyrektorem wykonawczym Programu Środowiskowego Organizacji Narodów
    Zjednoczonych (UN Environment Programme (UNEP)). To właśnie UNEP wraz
    ze Światową Organizacją Meteorologiczną (World Meteorological
    Organization) poeołsły do życia IPCC, w którym pracuje zasiadający, jak
    wynika z naszego krótkiego poszukiwania, gdzie tylko się da, Pan
    Pachauri.
    Funcję przewodniczącego IPCC – Międzyrządowego Panelu ds Zmiany
    Klimatu, Pachauri pełni od 2002 roku, czyli w czasie, gdy szefem UNEP
    był Klaus Töpfer.

    Ostatni z listy, Dadi Zhou jest byłym dyrektorem generalnym Instytutu
    TERI, dla którego oczywiście pracuje nie kto inny niż Pachauri.

    Nie wiemy jak Państwo, ale my mamy dość.
    Czy to nasza wina, że pajęcza sieć powiązań wszystkich członków
    Bankowej Grupy Doradczej z przewodniczącym IPCC w naszych głowach rodzi
    następujące pytania:

    Czy rzeczywiście nie jest możliwe, jak zapewniał w prasie Pan Pachauri,
    by naukowcy, politycy i biurokraci suto sponsorowani przez Banki
    naginali swoje „przekonania” na potrzeby interesów swoich sponsorów?
    Czy nie jest możliwe by sponsorowani przez Banki pracownicy ONZ
    wpływali na działania i decyzje ONZ-owskich przybudówek takich jak
    IPCC? Czy wszystko to nie sprawa wrażenia jednego wielkiego skoku na
    kasę, nie tylko Bankową, ale przede wszystkim na pieniądze podatników,
    które wpłacane do budżetów państw, wydawane są na sponsorowanie
    Instytutów, paneli i forów, które oczywiście wszystkie są albo
    organizacjami non-profit, albo bytami bezpośrednio i oficjalnie
    fundowanymi przez rządy zatroskanych zmianami klimatu państw?

    Patrząc na powyższy stan rzeczy, nie można się dziwić, że zagadnienia
    klimatyczne, a szczególnie próby dociekania, czy teorie „ocieplenia
    klimatu z powodu człowieka” są błędne lub niesprawdzone, rozpaliły do
    czerwoności środowisko promujących je „naukowców”.

    Przecież gdybyśmy my np. w związku z popieraniem teorii, że krasnoludki
    istnieją, zasiadali w dziesięciu radach nadzorczych zajmujących się
    życiem skrzatów, z tytułu czego czerpalibyśmy niemałe przecież korzyści
    materialne, byli sponsorowani przez Banki i płynące różnymi
    strumieniami publiczne pieniądze, to pewnie bylibyśmy święcie
    przekonani, że udowodnienie istnienia małych, czerwonych ludzików w
    śmiesznych czapeczkach jest kluczowe dla dalszego istnienia ludzkiej
    cywilizacja.

    By jednak wyjaśnić sprawę do końca, wnikliwi czytelnicy zapytają…

    Co i w jaki sposób mają z tego banki i
    korporacje?

    Dlaczego szef ADB ponaglał polityków, by podpisać jak najszybciej
    sprawę handlu CO2, bo inaczej „doprowadzi
    to do załamania rynku węglowego (carbon market), co mogłoby uderzyć w
    wysiłki poradzenia sobie ze zmianami klimatycznymi.”
    ? Tak bardzo
    przejął się klimatem?
    Sprawa jest bardzo prosta. To oczywiście Banki będą transferować
    pieniądze z handlu CO2 i za ich pośrednictwem będzie się to odbywać.
    Banki nie robią tego za darmo, odliczając skrzętnie procenty od
    dokonanych transferów. Transferowane sumy to w przyszłości biliony
    dolarów/euro/funtów/jenów.

    W wątku o pieniądzach, który zdominowany został prawie całkowicie przez
    pana Pachauri, warto chyba jeszcze wspomnieć, że ONZ-owskie IPCC,
    którego jest on przewodniczącym, współdzieliło nagrodę Nobla w 2007
    roku razem z Al’em Gore’em.

    Warto także dodać, co już całkowicie pogrąży hinduskiego naukowca, że
    jeśli sprawa rynku limitów zostanie uzgodniona i politycy dojdą do
    porozumienia w sprawie „rynku węglowego” (a tak się zapewne za jakiś
    czas stanie) to Pan Pachauri stanie się bardzo bogatym człowiekiem (o
    ile już nim nie jest). Jakim cudem?

    Otóż firma TERI (The Energy and Resources Institute) z którą związany
    jest Pachauri, jak wszystkie te instytucje określa się mylnie
    organizacją nie przynoszące korzyści (non-profit), została
    zarejestrowana początkowo w 1974 roku jako TATA Energy Research
    Institute. W 2003 roku zmieniono jej nazwę na The Energy and Resources
    Institute. Pachauri stanowisko dyrektora objął w 1981, by w roku 2001
    awansować na dyrektora generalnego tej firmy. Firmy, bo bo Tata Energy
    Research Institute powstał przy hinduskiej korporacji, która początkowo
    jako firma zajmowała się prawdopodobnie odsalaniem wody. Bardzo szybko
    poszerzała swoją działalność, stajać się w pewnym momencie jedną z
    największych firm w Indiach, należącą do jednego z najbogatszych
    Indyjskich rodów.
    TATA dziś, to potężna
    międzynarodowa korporacja działająca od branży stalowej, po
    motoryzacyjną, technologie informatyczne, komunikację, energię, aż do
    branży spożywczej.

    Można otwarcie stwierdzić, że firma TATA jest bezpośrednim fundatorem
    Rajendra K. Pachauri będącego dyrektorem generalnym założonego przez tę
    firmę Instytutu. Takie są fakty.
    Tutaj wypada nam podziękować Christopher’owi Brooker’owi z brytyjskiego
    The Telegraph, który opisał całą sprawę, co prawda z punktu widzenia
    utraty pracy przez brytyjskich pracowników, jednak naświetlił
    mechanizmy jakie kryją się za handlem CO2.
    „Jaki jest związek między Dr Rajendra
    Pachauri, inżynierem kolejnictwa z Indii, który wyraźnie udzielał się
    na Konferencji w Kopenhadze jako przewodniczący IPCC Organizacji
    Narodów Zjednoczonych, a decyzją Indyjskich firm z branży stalowej, by
    w przyszłym miesiącu zaprzestać produkcji w gigantycznej
    policentrycznej aglomeracji Teesside, co wyrwało serce miasta Redcar,
    pozostawiając 1700 osób bez pracy?


    Tej skomplikowanej historii nie da
    się raczej usłyszeć w ponurych betonowych murach położonych pod
    Kopenhagą, gdy właśnie temperatury spadają ku zeru, a siedemnaście
    tysięcy premierów i ministrów, oficjeli i działaczy na rzecz klimatu
    całkiem na poważnie dyskutuje o tym, jak planeta rozgrzewa się w
    kierunku naszego wyginięcia. Pomaga jednak rzucić troszkę światła na
    kolosalny globalny geszeft, który owi delegaci pomagają promować,
    ponieważ historia ta kończy się tym, że my wszyscy będziemy płacić za
    przeniesienie tysięcy brytyjskich miejsc pracy do nowych hut w Indiach,
    bez najmniejszego nawet zysku w światowej redukcji emisji CO2.

    Dalej autor opisuje historię stalowego przemysłu w wielkiej Brytanii,
    którego większą część w 2003 roku przejął Indyjski koncern TATA (Tata
    Steel), kupując należącą do Duńczyków firmę Corus. I to właśnie TATA
    postanowiła teraz wstrzymać w jednej z większych fabryk całą produkcję
    stali. W następnych akapitach autor wyjaśnia na czym polega cały
    interes:

    „Jednak prawdziwą korzyścią dla firmy
    Corus (której właścicielem jest TATA) z zaprzestania produkcji w
    mieście Redcar będą oszczędności, które poczyni na swoich
    rezerwach/ulgach przydzielonych przez Unię Europejską w ramach Handlu
    Emisjami Zanieczyszczeń (Emissions Trading Scheme (ETS)).

    Poprzez wstrzymanie emisji
    potencjalnych sześciu milionów ton CO2 rocznie Corus skorzysta na
    rezerwach, które mogłyby niedługo, zgodnie z tym co przedstawiła
    Komisja Europejska, mieć wartość 600 milionów brytyjskich funtów w
    okresie 3 lat, zanim stracą ważność obecne schematy przydziałów.

    Lecz to tylko połowa historii. W
    Indiach, właściciel firmy Corus, korporacja Tata, planuje w tym samym
    czasie zwiększenie produkcji stali z 53 mln ton do 124 mln ton. Poprzez
    zamianę niewydolnych starych hut na nowe, które emitują tylko
    „Europejskie poziomy” CO2, Tata może rościć sobie prawo do kolejnych
    600 mln brytyjskich funtów zgodnie z umową o Mechanizmie Czystego
    Rozwoju (Clean Development Mechanism (CDM)) wprowadzonym przez
    Organizację Narodów Zjednoczonych, czym zajmuje się Ramowa Konwencja
    Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu (United Nations Framework
    Convention on Climate Change – UNFCCC lub FCCC), nie kto inny jak
    główny organizator konferencji w Kopenhadze.


    Wygląda na to, że na koniec dnia,
    Redcar straci swego największego pracodawcę, a jedna z największych
    działających hut opuści Brytanię. Firma Tata, zyskawszy 1,2 biliona
    funtów z „kredytów CO2″ dostanie swoje nowe huty, a ilość wyemitowanego
    w tym czasie CO2 nie zmieni się ani na jotę.

    A powiązanie z Dr Pachauri?
    Bezpośrednio oczywiście nie ma żadnego. Jednak tak się jakoś złożyło,
    że drugim etatem Dr Pachauri, od przewodniczenia IPCC, jest bycie
    dyrektorem Tata Energy Research Institute stworzonego przez TATA w 1981
    roku.


    Osobiście może nie być on
    beneficjentem wykorzystania przez korporację Tata ustawień przeróżnych
    schematów handlu limitami CO2, które wdrożono w 1997 roku w protokole z
    Kyoto, jednak to IPCC dostarcza rekomendacji, będących motorem
    napędowym tych schematów. W zeszłym roku, oficjalne liczby mówiły, że
    kupowanie i sprzedawanie limitów CO2 warte jest globalnie 126 bilionów
    dolarów. Ten rynek, wzbogacający dziś wiele z naszych finansowych
    instytucji (nie wspominając Al’a Gore’a) rozrasta się tak szybko, że w
    przeciągu kilku lat przepowiada się wzrost jego wartości do trylionów,
    co robienie węgla wywinduje do pozycji jednego z najbardziej
    wartościowych towarów w handlu.

    To naszym zdaniem w sposób prosty wyjaśnia o co chodzi.
    Najlepsze podsumowanie tego wątku jakie udało nam się znaleźć, wygłosił
    brytyjski poseł do Parlamentu Europejskiego, w czasie debaty tego
    Parlamentu, która miała miejsce dwudziestego października 2009 w
    Strasburgu. „Zmiany klimatu i kraje rozwijające się w ramach
    konferencji ONZ w Kopenhadze, na temat zmian klimatu.”, tak brzmiał
    temat owych rozmów, a Pan europoseł Godfrey Bloom przemówił w sposób
    następujący:


    To przecież oczywiste, że na globalnym ociepleniu, czy jak kto woli na
    zmianach klimatu, zarabiają już nie tylko naukowcy, którzy od
    dziesiątków lat mają opłacane posady, na których produkują
    nieweryfikowalne dane, których nie chcą później udostępniać opinii
    publicznej. Zarabiają także politycy, których zapewne niejedna
    korporacja musi „przekonywać” pod tzw. stołem (lub polskim zwyczajem w
    czasie rozmów na cmentarzu), że warto lobbować za tym lub tamtym w
    dziedzinie zmian klimatu. Czasami jak widać korporacje zwyczajnie
    zatrudniają takich działaczy pracujących we wpływowych miejscach np.
    jakichś inicjatyw ONZ.
    Na walce ze zmianami klimatu zarabiać mają też budżety państw, które z
    braku pieniędzy postanowiły nałożyć globalny podatek pod pretekstem
    walki z emisją CO2, na razie tylko pod postacią przymusu kupowania
    dodatkowych limitów emisji tego naturalnego gazu.

    I tu właściwie można by zakończyć ten najdłuższy dotychczas w historii
    orwell.blog tekst, ale…

    Czy chodzi tylko o pieniądze?

    Dla korporacji i garstki zachłannych polityków i naukowców zapewne tak,
    bo indywidua te nigdy nie patrzyły dalej niż czubek ich własnych
    nosów. 

    Część z Państwa zastanawiała się zapewne, dlaczego poświęcamy ponownie
    czas na tak obszerne pisanie o zmianach klimatu. Przecież nie mają one
    związku z Orwellizacją naszego świata, a blog ten nie miał opisywać
    politycznych afer i przekrętów w świecie nauki, tylko dokumentować
    różne aspekty zniewolenia naszego współczesnego życia.
    I w tym momencie należy się Państwu odpowiedź.
    Piszemy o aferze z pocztą elektroniczną, o szczycie w Kopenhadze, o
    zmianach klimatu i finansowo-personalnych powiązaniach świata nauki,
    polityki i biznesu, ponieważ wszystkie te sprawy mają drugie dno, o
    którym wiedza powoduje, że jawią się w innym świetle niż się większości
    wydaje.

    Zmiany klimatu, których przyczyny z największym prawdopodobieństwem są
    całkowicie naturalne i nie mające wiele związku z działalnością
    człowieka, wydają się stanowić całkiem ważny, czysto polityczny i
    psychologiczny element w działaniach grupy ludzi, która za cel
    postawiła sobie prawdopodobnie panowanie nad światem, czyli panowanie
    nad wszystkimi ludźmi bez wyjątku. Owo panowanie nazywane jest Nowym
    Porządkiem Światowym, a osoby stojących za tym projektem nie mogą się
    już doczekać, by przystąpić do owego ogólnoświatowego „pozamiatania”.
    Biorąc pod uwagę pośrednie i całkiem bezpośrednie wskazówki można
    stwierdzić, iż chodzi o pozamiatanie indywidualizmu, wolności, swobody,
    na rzecz wprowadzenia nowego „porządku”, za którym kryją się
    kolektywizm, kontrola i odgórnie narzucana poprawności.

    Czyżby autorzy orwell.blog znów rzucali bezpodstawne i nieprawdziwe
    złorzeczenia, tym razem na temat rzekomego i zapewne wyssanego z palca
    związku między nauką o klimacie a wprowadzaniem nowego światowego
    porządku?
    To nie my. To Państwa nowy prezydent (oficjalnie określa się go mianem
    „Stałego Przewodniczącego Rady Europejskiej”) pan Herman Van Rompuy.
    Jako nowo wybrana głowa naszego nowego państwa, Unii Europejskiej,
    Rompuy wygłosił następującą mowę:


    I nie jest to nic nowego dla kogoś, kto czytywał wpisy na naszym blogu.
    Wszystko idzie zgodnie z wcześniejszym planem.
    German van Rompuy zapewnił jedynie, że on jako głowa nowego państwa
    europejskiego podda się polityce, wyznaczonej gdzieś wyżej. Polityce,
    której przesłanki i wytyczne nakreślono kilka miesięcy wcześniej choćby
    i w w nocie ONZ, od wspomnienia której rozpoczęliśmy dzisiejszy tekst.

    Nie wiemy, czy nie jest to nasz ostatni wpis przed Świętami Bożego
    Narodzenia. W związku z tym, wszystkim naszym czytelnikom, którzy je
    obchodzą oraz tym, którzy z jakichś powodów tego nie czynią, chcemy
    życzyć by był to dobry czas, dobre Święta.

    Żródła informacji (w języku angielskim):
    Brytyjskie Zrzeszenie Podatników o kosztach
    szczytu w Kopenhadze. (dokument w formacie PDF)

    http://abc.net.au
    – Ian Plimer na temat szczytu w
    Kopenhadze
    Nota ONZ na temat rezultatów wprowadzenia założeń
    Konferencji w Kopenhadze (dokument w formacie PDF)
    Fox News
    na temat noty ONZ.
    Megaupload
    - ujawnione listy.
    The Pirate Bay – ujawnione listy.
    Zawartość
    listów
    University of East Anglia udostępniona online.
    The Telegraph – opisuje sprawę na początku
    ujawnieniu afery.
    The Guardian – „Sceptycy klimatyczni twierdzą, że
    ujawnione listy są dowodem panującej wśród naukowców zmowy”.
    The Guardian – informuje o decyzji w sprawie
    śledztwa.
    The Times – 29 listopada „Wielki naukowy skandal
    dotyczący zmian klimatu”.
    The Guardian – 1 grudnia Phil Jones, szef Climat
    Research Unit, ustąpił ze stanowiska.
    www.kgw.com – student z językiem przymarzniętym do
    masztu flagi w Vancouver.
    wp.pl – sonda ” Polska zima jest magiczna”.
    wp.pl – „Zima nie odpuści przez najbliższe dni”.
    wp.pl – Fotografie ataku zimy w czasie jesieni
    nadesłane przez internautów.
    Reuters – 13 grudnia – relacja z Kopenhagi, m.in.
    wypowiedź Haruhiko Kuroda.
    News From Pakistan – kwartalny biulety ADB
    (dokument w formacie PDF).
    Hironori Hamanaka pracuje dla Institute for Global
    Environmental Strategies (IGES), które współpracuje ściśle z TERI.
    Huguette Labelle także pracuje dla ONZ.
    Global
    Compact
    w ramach ONZ.
    Rajendra K. Pachauri przewodniczy Instytutowi
    założonemu przez Instytut prowadzony przez Jeffrey’a D. Sachs’a.
    Wśród
    członków APFED
    Emil’a  Salim’a są Rajendra Pachauri, Hironori
    Hamanaka oraz szef banku ADB Haruhiko Kuroda.
    Oficjalna strona
    Korporacji Tata
    .
    The Telegraph – zwolnienia w firmie należącej do
    Tata, czyli jak się zarabia na limitach CO2.

    By
    rozkręcić się po dłuższej przerwie, dziś jedynie krótki, ale całkiem
    jeszcze ciepły temat.

    Dotyczy niewielkiej nowości, którą przedwczoraj obdarowani zostali,
    czasami nie do końca świadomi użytkownicy wyszukiwarki firmy Google.
    Mamy na myśli
    personalizację wyszukiwania (Personalized Search) dostępną już teraz
    bez wyjątku dla każdego.

    Jak można przeczytać na blogu internetowego molocha:
    „Dziś, dzięki rozszerzeniu usługi
    osobistych zapytań, także wylogowanym użytkowników z całego świata
    pomagamy uzyskiwać lepsze odpowiedzi na zapytania zadane wyszukiwarce
    i to w ponad czterdziestu językach. Teraz, kiedy szukasz czegoś w
    Google, będziemy w stanie lepiej pokazać stosowne wyniki wyszukiwania.

    Na przykład, ponieważ zawsze szukam
    przepisów kulinarnych i często klikam na przepisy ze strony
    epicurious.com, następnym razem Google może umieścić dla mnie tę stronę
    na wyższej niż normalnie pozycji w rankingu. Innym razem, kiedy szukam
    informacji o drużynach sportowych Cornell Universitcy, to szukam hasła
    „big red”. Ponieważ często klikam na stronę uniwersytecką, to Google,
    może ją pokazać jako pierwszą, zamiast np. stron firmy produkującej
    napoje Big Red.


    Dotychczas, taką personalizację
    wyszukiwania oferowaliśmy jedynie zalogowanym użytkownikom i tylko
    wtedy, gdy włączyli oni Historię Wyszukiwania (Web History) w pulpicie
    zarządzania kontem Google. To co wprowadzamy dziś, to rozszerzenie
    personalizacji szukania, by móc ją zapewnić także użytkownikom, którzy
    są wylogowani. Dodatek ten pozwala nam personalizować rezultaty
    wyszukiwania w oparciu o twoją aktywność w wyszukiwarce z ostatnich 180
    dni, co wiąże się z anonimowym ciasteczkiem (cookie) w twojej
    przeglądarce internetowej. Dzieje się to oddzielnie od twojego konta
    Google oraz Historii Web (która dostępna jest jedynie dla zalogowanych
    użytkowników).

    Kiedy personalizujemy wyniki
    wyszukiwania, będziesz o tym wiedział, ponieważ na górze strony z
    rezultatami wyszukiwania, po prawej, pojawi się odnośnik „Zobacz
    Ustawienia” (View customizations). Po kliknięciu na ten odnośnik pojawi
    się wynik ukazujący jakiej dokonaliśmy personalizacji. Będzie tam
    również można wyłączyć ten rodzaj personalizacji.”

    Taki tekst umieszczono na oficjalnym blogu Google.
    Firma, jak zwykle robi to wszystko dla dobra użytkowników, a nie z
    jakichś innych powodów, np. testowania nowych mechanizmów wyszukiwania.
    Każdy oczywiście może sobie o takich nowinkach myśleć co mu się podoba.
    My napiszemy jedynie, że być może obserwujemy właśnie wkopywanie
    kamienia węgielnego pod całkiem nowy system wyszukiwania. System, który
    będzie kierował się personalnymi przesłankami w dokonywaniu rankingu
    stron internetowych. Czy to źle? Być może nie. Jeśli użytkownik
    wyszukiwarki firmy Google nie jest w stanie zapamiętać samodzielnie
    adresu lub dodać do
    ulubionych zakładek często odwiedzanej strony z przepisami kulinarnymi,
    to zapewne będzie on szczęśliwy, że Google bezinteresownie, przez 180
    dni śledzić będzie jego wszystkie zapytania, by w razie potrzeby podać
    mu jego ulubione strony w pierwszej kolejności. Trochę tak, jak maszyna
    udostępniająca małpie banana, z tym, że w tym przypadku, małpa nawet
    nie będzie musiała naciskać czerwonego przycisku.

    Nie trudno wyobrazić sobie sytuację, gdy za kilka lub kilkanaście lat
    udoskonalony system „Personal Search” działać będzie już jedynie w
    oparciu o analizę preferencji personalnych. Mogłoby to oznaczać
    sytuację, w której Kowalski z każdym wyszukiwaniem coraz bardziej
    zawężałby obraz pokazywanego mu wirtualnego świata.
    Na przykład ktoś nie wykazujący przez wiele lat zainteresowania
    polityką a szukający i czytający regularnie strony z dowcipami i
    humorem, wyszukując
    informacji na temat plotki, że politycy to w większości złodzieje i
    sprzedajne świnie, szukając tematu w wyszukiwarce, nie otrzyma
    rzetelnych i zastraszających informacji na temat ogromu korupcji wśród
    europolityków. Zostanie natomiast odesłany na strony, które będą
    udostępniać „śmieszne” zdjęcia europarlamentarzystów przyłapanych na
    dłubaniu w nosie w czasie posiedzenia eurobundestagu, rozprawiającego
    trzeci miesiąc nad procentem zawartości wanilii w laskach wanilii,
    dopuszczanych do limitowanej sprzedaży na wewnętrznym rynku Unii
    Europejskiej.

    Takie personalnie, oparte o wcześniejszą analizę kształtowanie wyników
    wyszukiwania, oznaczałoby stopniowe zawężanie dostępu do informacji,
    stagnację, oraz utrwalanie poglądów i zachowań użytkownika, dokonywane
    pod pretekstem personalizacji i ułatwiania wyboru treści z
    nieograniczonego zbioru informacji jakim jest Internet.
    Czy tak właśnie miałaby działać autocenzura Internetu przyszłości?

    Żródła informacji (w języku angielskim oraz polskim):
    Oficjalny blog Google na temat nowinki w
    wyszukiwarce.
    Pomoc Google – podstawowe informacje na temat
    spersonalizowanych wyników wyszukiwania.
    Pomoc Google – jak wyłączyć spersonalizowane
    wyniki wyszukiwania.

    Jak
    poinformowali nas czytelnicy „Apophis” i „leon”, przedwczoraj portale
    internetowe donosiły za „Dziennik
    Gazeta Prawna”
    że:
    „Dostęp do internetu ma być w Polsce
    limitowany. Przy okazji zdelegalizowania e-hazardu rząd chce stworzyć
    czarną listę domen, które będą musieli blokować dostawcy internetu -
    ustalił dziennik.

    Pomysł nabrał realnych kształtów
    podczas serii spotkań ekspertów z policji i MSWiA w Ministerstwie
    Finansów, które pilotuje prace nad tym projektem – zaznacza gazeta. -
    Chcemy wprowadzenia nowego artykułu do prawa telekomunikacyjnego,
    roboczo to art. 170a – ujawnia „DGP” urzędnik z MSWiA.


    Według tego przepisu, wszyscy
    dostawcy internetu mieliby obowiązek blokować strony z niebezpieczną
    zawartością. Czarną listą zarządzałby Urząd Komunikacji Elektronicznej.
    Konkretne adresy będą wskazywać UKE, policja, służby specjalne i
    Ministerstwo Finansów.”

    Ponieważ niemożliwym jest by liberalny rząd knuł jakiekolwiek prawa lub
    przepisy ograniczające wolność obywateli (bo wtedy nie byłby to
    przecież rząd liberalny), dlatego oczywiście nie dajemy wiary jakiejś
    tam gazecie prawnej.
    Owa zapewne nieprawdziwa informacja wydaje się być kłamstwem także w
    świetle ratyfikacji Traktatu Konstytucyjnego zwanego Lizbońskim, który
    po wieloletniej drodze przez mękę demokratycznych referendów,
    rereferendów a nawet rerereferendów (mieszkańcy Europy długo uczyli się
    demokracji i mechanizmów państwa obywatelskiego, które działają aż do
    skutku), pierwszego grudnia tego roku mieszkańcy Polski staną się
    obywatelami państwa o nazwie Unia Europejska. W ratyfikowanej
    Konstytucji nowego państwa potwierdza się bowiem „przywiązanie do zasad wolności,
    demokracji, poszanowania praw człowieka i podstawowych wolności oraz
    państwa prawnego.”
    Czytaliśmy także (w artykule 2 Traktatu
    Konstytucyjnego), że nowe państwo opierać się będzie na „wartościach
    poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości,
    państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw
    osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom
    Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji,
    tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i
    mężczyzn.”

    Jakim cudem w takim kraju-raju mogłaby istnieć cenzura? Pluralizm,
    niedyskryminacja, tolerancja, sprawiedliwość, a już na pewno wspomniane
    w tekście Konstytucji „poszanowanie wolności”, wykluczają
    uniemożliwianie komuś dostępu do takich czy innych treści.

    Dlatego nie zamierzamy wierzyć cytowanej gazecie prawnej i z całą
    surowością będziemy piętnować atak na liberalny przecież rząd Donalda
    Tuska.

    W trakcie napawających dumą rozmyślań o enklawie wolności i
    liberalizmu, w jakiej przyszło żyć Polakom, naszły nas nagle 
    rozmyślania o niedemokratycznych Chinach, gdzie hasła równości,
    braterstwa i wolności realizowane są w sposób całkowicie
    niezadowalający.

    Wiemy z prasy codziennej, która co jakiś czas pochyla się nad tematem
    przebrzydłej cenzury za wielkim murem, że gdzie jak gdzie, ale tam
    rzeczywiście istnieją jakieś czarne listy stron internetowych, których
    chiński internauta nie jest w stanie oglądać. Zupełnie jak opisuje to
    „Dziennik Gazeta Prawna” tyle tylko, że w Chinach zaimplementowano
    taki właśnie mechanizm. To dowód, że „Dziennik Gazeta Prawna”
    zwyczajnie sugerowała się opisami chińskich poczynań a nie liberalnymi
    reformami rządu fachowców Donalda Tuska. Bowiem w zniewolonych i
    niedemokratycznych Chinach wszyscy dostawcy internetu mają właśnie
    obowiązek blokować strony z niebezpieczną zawartością. Nie to co w
    wolnym państwie Europa i jego strefie nazywanej Polską. Biedni chińscy
    internauci.

    Postanowiliśmy więc im pomóc.
    Bracia Chińczycy. Ponieważ w waszym kraju cenzuruje się strony
    internetowe, a nie każdy z was posiada wiedzę techniczną, by sobie z
    tym ograniczeniem wolności poradzić, dlatego umieszczamy na naszym
    blogu ANTYCENZORA INTERNETOWEGO.
    W prawej kolumnie, obok tekstu, na samej górze,  istnieje
    możliwość
    wpisania internetowego adresu ocenzurowanej strony. Po kliknięciu na
    przycisk „Precz z cenzurą”, wasza przeglądarka zostanie przekierowana
    na stronę przypadkowego tzw. proxy, które przekierowuje ruch
    internetowy i pozwala ominąć wstrętną, Chińską cenzurę.
    Używając antycenzora internetowego, każdy Chińczyk będzie mógł teraz i
    w przyszłości oglądać strony, których adresy, jego nieliberalny rząd,
    wprowadzi na czarną listę, zarządzaną przez chiński Urząd Komunikacji
    Elektronicznej, chińską policję, tamtejsze służby specjalne i zapewne
    szaleńczo walczące z chińskim hazardem Ministerstwo Finansów państwa
    środka.

    日安

    Żródła informacji:
    Onet.pl
    cytuje „Dziennik Gazeta Prawna” na temat cenzury Internetu w Polsce,
    przy okazji prac Ministerstwa Finansów nad delegalizacją e-hazardu.


    • RSS