Jak
poinformowali nas czytelnicy "Apophis" i "leon", przedwczoraj portale
internetowe donosiły za "Dziennik
Gazeta Prawna" że:
"Dostęp do internetu ma być w Polsce
limitowany. Przy okazji zdelegalizowania e-hazardu rząd chce stworzyć
czarną listę domen, które będą musieli blokować dostawcy internetu -
ustalił dziennik.
Pomysł nabrał realnych kształtów
podczas serii spotkań ekspertów z policji i MSWiA w Ministerstwie
Finansów, które pilotuje prace nad tym projektem - zaznacza gazeta. -
Chcemy wprowadzenia nowego artykułu do prawa telekomunikacyjnego,
roboczo to art. 170a - ujawnia "DGP" urzędnik z MSWiA.
Według tego przepisu, wszyscy
dostawcy internetu mieliby obowiązek blokować strony z niebezpieczną
zawartością. Czarną listą zarządzałby Urząd Komunikacji Elektronicznej.
Konkretne adresy będą wskazywać UKE, policja, służby specjalne i
Ministerstwo Finansów."
Ponieważ niemożliwym jest by liberalny rząd knuł jakiekolwiek prawa lub
przepisy ograniczające wolność obywateli (bo wtedy nie byłby to
przecież rząd liberalny), dlatego oczywiście nie dajemy wiary jakiejś
tam gazecie prawnej.
Owa zapewne nieprawdziwa informacja wydaje się być kłamstwem także w
świetle ratyfikacji Traktatu Konstytucyjnego zwanego Lizbońskim, który
po wieloletniej drodze przez mękę demokratycznych referendów,
rereferendów a nawet rerereferendów (mieszkańcy Europy długo uczyli się
demokracji i mechanizmów państwa obywatelskiego, które działają aż do
skutku), pierwszego grudnia tego roku mieszkańcy Polski staną się
obywatelami państwa o nazwie Unia Europejska. W ratyfikowanej
Konstytucji nowego państwa potwierdza się bowiem "przywiązanie do zasad wolności,
demokracji, poszanowania praw człowieka i podstawowych wolności oraz
państwa prawnego." Czytaliśmy także (w artykule 2 Traktatu
Konstytucyjnego), że nowe państwo opierać się będzie na "wartościach
poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości,
państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw
osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom
Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji,
tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i
mężczyzn."
Jakim cudem w takim kraju-raju mogłaby istnieć cenzura? Pluralizm,
niedyskryminacja, tolerancja, sprawiedliwość, a już na pewno wspomniane
w tekście Konstytucji "poszanowanie wolności", wykluczają
uniemożliwianie komuś dostępu do takich czy innych treści.
Dlatego nie zamierzamy wierzyć cytowanej gazecie prawnej i z całą
surowością będziemy piętnować atak na liberalny przecież rząd Donalda
Tuska.
W trakcie napawających dumą rozmyślań o enklawie wolności i
liberalizmu, w jakiej przyszło żyć Polakom, naszły nas nagle
rozmyślania o niedemokratycznych Chinach, gdzie hasła równości,
braterstwa i wolności realizowane są w sposób całkowicie
niezadowalający.
Wiemy z prasy codziennej, która co jakiś czas pochyla się nad tematem
przebrzydłej cenzury za wielkim murem, że gdzie jak gdzie, ale tam
rzeczywiście istnieją jakieś czarne listy stron internetowych, których
chiński internauta nie jest w stanie oglądać. Zupełnie jak opisuje to
"Dziennik Gazeta Prawna" tyle tylko, że w Chinach zaimplementowano
taki właśnie mechanizm. To dowód, że "Dziennik Gazeta Prawna"
zwyczajnie sugerowała się opisami chińskich poczynań a nie liberalnymi
reformami rządu fachowców Donalda Tuska. Bowiem w zniewolonych i
niedemokratycznych Chinach wszyscy dostawcy internetu mają właśnie
obowiązek blokować strony z niebezpieczną zawartością. Nie to co w
wolnym państwie Europa i jego strefie nazywanej Polską. Biedni chińscy
internauci.
Postanowiliśmy więc im pomóc.
Bracia Chińczycy. Ponieważ w waszym kraju cenzuruje się strony
internetowe, a nie każdy z was posiada wiedzę techniczną, by sobie z
tym ograniczeniem wolności poradzić, dlatego umieszczamy na naszym
blogu ANTYCENZORA INTERNETOWEGO.
W prawej kolumnie, obok tekstu, na samej górze, istnieje
możliwość
wpisania internetowego adresu ocenzurowanej strony. Po kliknięciu na
przycisk "Precz z cenzurą", wasza przeglądarka zostanie przekierowana
na stronę przypadkowego tzw. proxy, które przekierowuje ruch
internetowy i pozwala ominąć wstrętną, Chińską cenzurę.
Używając antycenzora internetowego, każdy Chińczyk będzie mógł teraz i
w przyszłości oglądać strony, których adresy, jego nieliberalny rząd,
wprowadzi na czarną listę, zarządzaną przez chiński Urząd Komunikacji
Elektronicznej, chińską policję, tamtejsze służby specjalne i zapewne
szaleńczo walczące z chińskim hazardem Ministerstwo Finansów państwa
środka.
日安
Żródła informacji:
Onet.pl
cytuje "Dziennik Gazeta Prawna" na temat cenzury Internetu w Polsce,
przy okazji prac Ministerstwa Finansów nad delegalizacją e-hazardu.
Pamiętają Państwo
opisaną przez Daily Mail sprawę młodego narzeczeństwa, któremu pracownicy
pomocy społecznej wraz z innymi urzędnikami zabronili się pobrać?
Historia wywołała ponadnormatywną ilość komentarzy na naszym blogu.
Kilka dni temu The Telegraph, a nie jak poprzednio Daily Mail,
który u części czytelników wywołał niedowierzanie wobec całej
historii (Daily Mail ma opinię gazety brukowej, podobnie jak w Polsce
np. gazeta "Fakt"), wrócił do sprawy i opisał jej ciąg dalszy.
Kerry Robertson, siedemnastolatce, z jak to określono, niewielkimi
problemami w uczeniu się oznajmiono, że nie pozwoli się jej wychować
jej własnego dziecka, któremu już nawet zdążyła nadać imię Ben.
Miesiąc temu pannie Robertson zabroniono pobrać się z jej narzeczonym,
25 letnim Markiem McDougall'em, po tym gdy urzędnicy urzędu miejskiego
stwierdzili, iż: "nie rozumie ona
następstw wynikających z zawarcia małżeństwa".
Teraz została ostrzeżona, że będzie jej wolno widzieć się z dzieckiem
tylko kilka przez godzin, zanim zostanie ono zabrane do zastępczej
opieki.
Panna Robertson z Dunfermline w Fife, która była w 26 tygodniu ciąży
mówi: "Nie mogłam w to uwierzyć.
Bardzo się denerwuję, nie mogę przestać płakać."
Pan McDougall, artysta, oznajmił, że chce wziąć na siebie pełną
odpowiedzialność za syna, twierdzi jednak, iż jest bezsilny, ponieważ
nie jest mężem panny Robertson.
"Pomoc Społeczna rujnuje nasze życie.
Ponieważ nie jesteśmy małżeństwem - ponieważ pracownicy pomocy
społecznej nie pozwolili nam się pobrać - wygląda na to, że jako ojciec
nie mam w ogóle żadnych praw.
Babcia Kerry próbuje wystąpić o
przyznanie jej opieki nad Benem, lecz pomoc społeczna od razu
powiedziała nam, że jest mało prawdopodobne by ją jej przyznano.
Czujemy bezsilność."
Ta nadzwyczajna sprawa ujrzała światło dzienne miesiąc temu, gdy na 48
godzin przed ślubem panny Robertson, ceremonia została wstrzymana.
Zgodnie ze szkockim prawem, urząd stanu cywilnego może nie udzielić
ślubu parze, jeśli wierzy, że jedno z przyszłych małżonków lub oboje,
nie posiadają ogólnych zdolności umysłowych pozwalających pojąć czym
jest instytucja małżeńska.
W bardzo niecodzienny sposób Urząd Stanu Cywilnego w Dunfermline
odmówił usankcjonowania małżeństwa po tym, gdy Rada Fife napisała
sprzeciw w tej sprawie.
Panna Robertson wychowała się pod opieką babci, korzystając z pomocy
społecznej, odkąd miała 9 miesięcy, a jej rodzice nie byli w stanie się
nią opiekować.
W styczniu tego roku, poznała Pana McDougall'a z Arbroath . Kiedy panna
Robertson zaszła w ciążę, para zaczęła planować ślub.
Dwa dni przed ceremonią, złożyło im wizytę dwoje pracowników pomocy
społecznej zapowiadając, że małżeństwo było nielegalne, ponieważ Kerry
ma trudności z uczeniem się.
Ślub i wesele dla 20 gości musiało zostać odwołane, mimo, że para
zakupiła już suknię ślubną i obrączki.
Panna Robertson mówiła wtedy: "Wiem
czym jest małżeństwo. To dwoje ludzi chcących spędzić ze sobą resztę
życia. Kocham Marka i chcę go poślubić".
Pan McDougall dodaje:"Pomimo
argumentów, że się wzajemnie kochamy i nie chcemy by nasze dziecko
narodziło się jako nieślubne, urzędnicy byli nieustępliwi. To jakiś
koszmar."
Twierdzi on, że urzędnicy pomocy społecznej wyolbrzymili zakres
trudności uczeniu się panny Robertson, że ma ona nadzieje iść na
uczelnię, by nadrobić szkolne zaległości.
Rada miejsca powiedziała, że nie komentują spraw indywidualnych. Jednak
Stephen Moore, dyrektor wykonawczy rady pomocy społecznej powiedział:"Wiele pracy którą wykonujemy to rządowe
przepisy. Złożone decyzje podejmuje się balansując między ryzykiem a
czyimś dobrem udzielając pomocy ludziom w czasie gdy mają potrzeby
osobiste lub rodzinne. Zawsze
będziemy pracować z ludźmi, ku najlepszemu rozwiązaniu dla wszystkich
zaangażowanych."
W maju ujawniono, że innej kobiecie, 24 letniej Rachel Pullen,
pracownicy pomocy społecznej, odebrali wówczas 6 miesięczną, teraz już
trzyletnia córeczkę, po tym, gdy urzędnicy Rady Miasta Nottingham
uznali ją za byt głupią do opieki nad dzieckiem.
To cytaty z artykułu w The Telegraph.
Dla ścisłości dodamy jedynie, że córeczka Rachel Pullen, o której mowa
pod koniec, urodziła się jako wcześniak, którym zajęto się w szpitalu,
odmawiając matce możliwości zajmowania się dzieckiem, które jak
twierdzono ma znaczne problemy z oddychaniem, co naszym zdaniem może
wydawać się oczywiste.
Nie da się jednak racjonalnie wyjaśnić tego, iż później władze posunęły
się o krok dalej i uzyskały przychylne rozpatrzenie przez sąd rodzinny
wniosku, by małą Laurę, bo takie imię matka nadała dziewczynce, oddać
do adopcji.
Ostatnio, wiadomość o udaremnieniu przez urzędników zawarcia małżeństwa
przez opisaną w artykule parę, spotkała się z falą komentarzy. Część
komentujących pisała, że to bardzo dobrze, bo nie będą utrzymywać
darmozjadów na koszt państwa. Zupełnie jakby samotna matka z dzieckiem
nie pozostawała na państwowym garnuszku? Gdyby dziecko miało ojca, a
kobieta męża, to może on mógłby, jeśli państwo nie zgnębiłoby go
wysokimi podatkami, zarobić na swoją rodzinę.
Inni pisali, że to świństwo, z czym się zgadzamy w całej rozciągłości.
Jeszcze ktoś zarzucał nam, że nie mamy pojęcia o czym piszemy, bo
używamy sformułowania "opieka społeczna" zamiast "pomoc społeczna",
jakby to w ogóle w jakimś stopniu zmieniało postać rzeczy. Dziś
użyliśmy sformułowania "pomoc społeczna" a nie "opieka społeczna", choć
dla nas oznaczałoby to i tak tego samego pasożyta, którego prawdziwa
nazwa powinna brzmieć raczej "choroba społeczna", bo pisanie, że
pracownicy choroby społecznej odebrali komuś dziecko, przynajmniej nie
mąciłoby w głowach mniej rozgarniętej części społeczeństwa. Przyznają
Państwo, że nazywanie tego procederu "pomocą" to kpina. Jest to bowiem
instytucjonalny pasożyt, który nie dość, że obciąża szkodliwymi
wydatkami normalne społeczeństwo (bo zabieranie pieniędzy w podatkach i
dawanie komuś innemu, często niezasłużonych pieniędzy jest
szkodliwe), to jeszcze od jakiegoś czasu szczególnie aktywnie
zajął się włażeniem w ludzkie życie w urzędniczych buciorach.
Czy nam się wydaje, czy to przypadek, ale jakoś przed rokim 2004 nie
słyszeliśmy o takich przypadkach, ani w UK, ani w Polsce. Czyżby działo
się to za sprawą "harmonizacji" praw lokalnych z unijnymi dyrektywami?
Nie mamy pojęcia, dlatego pytamy, może ktoś zna odpowiedź i podzieli
się spostrzeżeniami w komentarzach.
Trudno jest pisać o tej sprawie bez emocji. Czy Państwo też mieliby
ochotę zagonić tych urzędasów do uczciwej pracy? Ot tak, żeby może po
raz pierwszy w życiu zrobili coś przydatnego dla społeczeństwa. Np.
składali długopisy, albo sklejali koperty. Te mogą się przydać wielu
ludziom. Natomiast rozdawanie pieniędzy, zabranianie kto i kiedy może
wziąć ślub, lub kto ma prawo wychować swoje własne dziecko, to
działanie na szkodę społeczeństwa i na szkodę kraju. Kiedyś byłoby to
przestępstwem, ale teraz jest "postępowo". Teraz jest za to pewnie
nawet jakaś premia.
Opisana w Telegraph historia potwierdza, jak wiele innych podobnych tej
historii wydarzeń, że dzieci nie należą dziś do rodziców, lecz są
państwowe.
Część z czytelników pomyśli w tym momencie, że jest to stwierdzenie
nieprawdziwe, bo budowane na obyczajowej skrajności. Nie da się jednak
zaprzeczyć, że to nie kto inny, lecz urzędnik państwowy decyduje o
czyimś życiu, a osoby których to dotyczy nie mają nic do gadania w
swojej własnej sprawie. To urzędnicze postanowienie dotyka czyjegoś
dziecka, zarządza jego przyszłością, miejscem jego przebywania, czasem
w jakim rodzice mogą lub nie mają prawa widzieć się z dzieckiem itd..
Poszliśmy w tym rozumowaniu dalej. Można bowiem zadać pytanie: kiedy, w
jakim wieku przebiega granica, gdy dziecko przestaje być państwowe a
zaczyna być rodziców, lub staje się samodzielne?
Część czytelników odpowie, że wtedy, gdy staje się pełnoletnie. Jednak
w świetle informacji publikowanych przez Telegraph, a wcześniej przez
gazetę Daily Mail, to nie prawda. Bohaterka dzisiejszych informacji,
panna Robertson ma lat 17 i w świetle prawa jest pełnoletnia, bo w
Szkocji granica pełnoletności to wiek lat 16.
Jeśli więc nie pełnoletność to kiedy?
A może logiczną konsekwencją tego, że urzędnik decyduje o dziecku jest
to, że dorośli również należą do państwa a nie sami do siebie?
Jesteśmy własnością państwa, tak jak krowa jest własnością chłopa,
który wyprowadza ją na postronku, by popasła się na kawałku trawy. Skąd
taka analogia? Stąd, że cielak nie należy do krowy i mimo, że chłop
pozwoli czasami, by cielak i krowa były razem, to w każdej chwili może
z cielakiem zrobić co chce. Nie da się zaprzeczyć, że tak samo państwo
postępuje z dziećmi. Bo jeśli państwo ma w ogóle prawo odebrać dziecko
rodzicom (nieważne z jak ważnego i wydawałoby się słusznego powodu),
samotnej matce, ojcu lub najbliższej rodzinie, np. babci, to analogia z
krową i cielakiem jest właściwa.
Normalnie, gdy ludzie są wolni, tzn. swobodnie i wg. własnego uznania
decydują o życiu swoim i swoich dzieci, państwo nie ma prawa dokonać
czegoś takiego jak odebranie dziecka opisane w przetłumaczonym artykule.
Jeszcze nie tak dawno dzieci trafiały do sierocińców wtedy, gdy zostały
tam oddane przez rodzinę, lub gdy nie miał się nimi kto opiekować, bo
rodzice zmarli, a rodziny dalszej także zabrakło. Dziś nikt o zgodę
rodziców nie pyta, traktując ich często jak niedorosłych, którzy nie
potrafią za siebie odpowiadać, a decyzje w sprawie ich dzieci podejmuje
urzędnik.
Część czytelników powie, że przecież te dzieci żyją czasami w
strasznych warunkach i jeśli ktoś się tym nie zajmie, to może stać się
tragedia.; że opisywana w artykule para to ludzie młodzi, niezaradni, a
bohaterka jest upośledzona umysłowo i tylko dlatego i jedynie z takich
powodów, prawi urzędnicy reagują i podejmują opisywane działania. A
wszystko to dla dobra dzieci.
Tak rozumujących czytelników prosimy o wyjaśnienie sprawy, o której informowała w zeszłym roku CBC - (Canadian
Broadcasting Corporation).
W Winnipeg, urzędnicy odebrali kobiecie dwójkę dzieci, 7 letnia córkę i
2 letniego syna dlatego, że idąca do szkoły dziewczynka miała na
ramieniu narysowany symbol swastyki. Nauczycielka w szkole
własnoręcznie starła dziewczynce ten znak. Po powrocie do domu, matka
dziewczynki, na jej prośbe, pomogła jej ponownie ten znak narysować.
Gdy dziewczynka pojawiła się następnego dnia w szkole i nauczycielka
znów zauważyła rysunek swastyki, zawiadomiła odpowiednie władze.
W domu matki znaleziono flagę z napisem "white power" - "biała siła", a
na szyi wisiorek z symbole swastyki. Na stawiane pytania, kobieta
odpowiadała, że nie jest ani neonazistką, ani nie utożsamia się z
supremacją białej rasy, jednak skoro czarnoskórzy w jej kraju mają
prawo nosić ubrania i flagi z napisem "black power" lub "black pride" -
"czarna siła" lub "czarna duma", a jednocześnie zarzucać rasizm,
nietolerancję i neonazizm ludziom, którzy napiszą "white power", to ona
się temu przeciwstawia, jako przejawowi największej hipokryzji.
Z ust matki padają ciekawe słowa, które zwracają uwagę na sedno sprawy.
Matka z Winnipeg mówi: "Będę tańczyła
tak jak mi każą. Jeśli chcą bym wyparła się tego w co wierzę, to powiem
co mi każą, ale przecież, nie jestem zdrajcą moich poglądów
politycznych, tego w co wierzę. Chcę tylko, żeby oddali mi moje dzieci."
W tekście CBC cytowana jest także wypowiedź profesora Helmuta Harry
Loewen'a, eksperta od tzw. "hate groups" (grup nienawiści), który mówi,
że choć nie zgadza się z ideologią wyznawaną przez matkę, to jednak
obawia się, że odebranie dzieci z powodu przekonań to drakońska metoda:
"Jeśli dzieci odbiera się rodzicom na
podstawie politycznych lub religijnych przekonań, to otwiera się drogę
do spraw stojących na bardzo śliskim gruncie".
Czy ktoś z obrońców urzędników walczących o "dobro" dzieci potrafi
wyjaśnić, dlaczego próbowano odebrać maluchy w tym przypadku? Nie było
okruszków na stole i dywanie, matka nie miała trudności w uczeniu się,
a dzieci były zadbane. I co?
W tym miejscu od razu napiszemy, że guzik obchodzi nas czy matka
pomogła dziecku poprawić zatarty rysunek swastyki, sierpa z młotem,
ying yang, literek EU, półksiężyca, krzyża, piramidy z okiem, czy np.
napisu "prezydent dupa" i nie powinno to tez obchodzić urzędnika, a tym
bardziej umożliwiać mu (jak i z każdego innego powodu) odebrania jej
dzieci!
Pomijamy fakt, że kraj, w którym z powodu przekonań politycznych
można odebrać dzieci matce, stawia się na równi z totalitarnymi
systemami, których symboliki i ideologii właśnie zakazuje, samemu
stosując ideologię socjalistycznej kontroli państwa nad obywatelami.
Dlatego nie wolno pozwalać, by ktokolwiek poza rodzicami decydował o
losie ich dzieci.
Ci, do których nawet powyższe fakty nie docierają, może zechcą spojrzeć
na sprawę wtrącania się urzędników w ludzie życie z innej strony, np.
strony www jakże niepotrzebnego w gospodarce wolnorynkowej, a
niezbędnego w socjalizmie Ministerstwa
Pracy i Polityki Społecznej, która oferuje statystyki dotyczące
działania "pomocy społecznej".
Z zamieszczonych statystyk można wyczytać ciekawe rzeczy, np.:
"ZATRUDNIENIE W JEDNOSTKACH ORGANIZACYJNYCH POMOCY SPOŁECZNEJ".
Porównaliśmy dane z lat 2001-2008 (bo tylko te są dostępne) z liczbą
ludności Polski w tym samym okresie (dane z http://www.stat.gov.pl/demografia/index.html
oraz z publikacji (format PDF) "Podstawowe informacje o rozwoju demograficznym Polski
do 2008 roku" ).
Wygląda to tak:

Generalnie, liczba Polaków do roku 2007 malała, za to ilość osób
zatrudnianych w Pomocy Społecznej stale rośnie. W roku 2008 obywatele
Polski, którzy zarobkowo robią coś pożytecznego, zafundowali z własnych
kieszeni miejsca zatrudnienia, pensje, komputery, długopisy, ołówki,
kawę, herbatę i słone paluszki 123592 pracownikom Pomocy Społecznej.
Dla porównania, w tym samym czasie Ministerstwo Obrony Narodowej
opublikowało dane: "Stan ewidencyjny
żołnierzy w Siłach Zbrojnych RP na dzień 30 września 2008 roku liczy
około 124 800."
Na terenie RP przebywają więc dwie armie! Niestety, ta druga jest armią
wrogą naszej ojczyźnie. W 2008 roku obie amie były prawie takiej samej
wielkości. W roku 2009 armia pasożytów zapewne przewyższy liczebnie
armię żołnierzy broniących kraju. MON
we wrześniu opublikowało, że w tym roku stan ewidencyjny żołnierzy
w Siłach Zbrojnych RP liczy około 95360. Ministerstwo Pracy nie
opublikowało jeszcze danych za ten rok, ale i tak widać, jaka jest
tendencja zatrudnienia w ludowej armii Pomocy Społecznej.
Zwalniamy żołnierzy, zatrudniamy "pracowników" społecznych. Ciekawe czy
podobnie jest w Anglii?
Gdyby w Polsce taki przyrost zatrudnienia utrzymać w przyszłości, to za
ileś lat Polska byłaby krajem, w którym wszyscy obywatele zostaliby
zatrudnieni w jednostkach organizacyjnych Pomocy Społecznej. Tylko kto
pracowałby jeszcze na to wszystko?
Już czas skończyć z modelem państwa, którego urzędnicy,z niewiadomych
przyczyn, wbrew logice i demografii, za grubą kasę udają niańki.
Ludzie potrafią o sobie decydować, nawet jeśli ich decyzje komuś się
nie podobają, lub są jak to się dziś mówi niepoprawne politycznie,
czyli odmienne od drogi "jedynie słusznej" i wytyczonej przez tzw.
władzę.
Żródła informacji (w języku angielskim oraz polskim):
fThe Telegraph - dalszy ciąg historii szkockiego
narzeczeństwa.
CBC - odebranie dzieci z powodu przekonań
politycznych.
Statystyki Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.
Demografia
w Polsce.
Publikacja "Podstawowe informacje o rozwoju demograficznym Polski
do 2008 roku" (format PDF).
Stan ewidencyjny w Siłach Zbrojnych RP w roku 2009 wg.
MON.
W zeszłym
miesiącu Computerworld informował, że FBI tworzy system,
przy którym obecny, zautomatyzowany system sprawdzania odcisków palców
to niewinna zabawka.
FBI planuje przeniesienia bazy systemu automatycznej identyfikacji
odcisków palców (IAFIS - Integrated Automated Fingerprint
Identification System), do nowego systemu, który zawierać będzie dane o
DNA, dane trójwymiarowego kształtu twarzy, odciski całych dłoni, oraz
próbki głosu.
Połączenie wszystkich tych danych znane będzie pod nazwą "biometrii
multi-modalnej".
"FBI ogłosiła szybką inicjatywę w
sprawie DNA", powiedział w czasie odbywającej się na Florydzie
konferencji na temat biometrii, Louis Grever, asystent dyrektora FBI
oddziału nauki i technologii.
FBI planuje przechodzenie z bazy danych systemu automatycznej
identyfikacji odcisków palców IAFIS, która powstała w 1990 roku by
gromadzić olbrzymie ilości informacji o odciskach, do systemu nowej
generacji, którego prototyp pojawi się na początku przyszłego roku.
Multi-modalny Systemem Identyfikacji Nowej Generacji (w skrócie NGI -
Next Generation Identification) biometrycznej bazy danych, będzie
gromadził próbki DNA i nie tylko.
Grever twierdzi, że odciski palców i próbki DNA, okazują się być
najbardziej zaawansowanymi i pozwalającymi na najlepsze wyszukiwanie
metodami biometrycznymi, jednak FBI pracuje także nad włączeniem do
bazy obrazu siatkówki oka oraz innych metod biometrycznych, w celu
identyfikacji przestępców i terrorystów.
Planuje się także udostępnianie tych danych autoryzowanym amerykańskim
i międzynarodowym partnerom, tak samo jak ma to miejsce i dziś.
Dzisiejszy system IAFIS to prawdziwy koń pociągowy. Przetwarza około
200 tyś. operacji dziennie porównując 370 mln. odcisków 10 palców,
niedawno przekraczając 250 mln. operacji.
Baza danych FBI nowej generacji tworzona jest przez firmę MorphoTrak i
należy się po niej spodziewać składowania informacji o próbkach DNA,
obrazów siatkówki oka, zaawansowanych trójwymiarowych obrazów twarzy
oraz próbek głosu, między innymi multi-modalnymi technikami
biometrycznymi. Planuje się zmniejszenie czasu oczekiwania na
otrzymanie wyników z bazy. Za cel postawiono sobie obniżenie czasu
odpowiedzi z blisko 2 godzin dzisiejszego systemu IAFIS, do czasu
poniżej 10 minut.
FBI zaznacza jednak, że nadal trwają intensywne badania i wiele trzeba
jeszcze dokonać, by osiągnąć cel postawiony przed NGI. Jednym z celów
jest stworzenie metod szybkiej analizy DNA, która dostarczałaby wyników
po czasie krótszym niż godzina, w odróżnieniu od dzisiejszego badania,
które daje wynik po kilkunastu godzinach, a nawet kilku dniach. FBI
wraz z Departamentem Obrony, który ma podobne cele, wspólnie finansują
badania na tym polu.
Kevin Reid, szef sekcji obsługi biometrii w FBI powiedział, że agencja
chce również utworzyć architekturę zorientowaną na usługi wobec systemu
NGI, by świadczyć usługi związane z udostępnianiem biometrycznych
informacji, jednak nie jest jeszcze jasne, kiedy taka architektura
powstanie.
FBI rozpoczęło już przenoszenie się na nowe terytoria działania,
tworząc m.in. zbiory odcisków całych dłoni, oraz bazy danych blizn,
znamion i tatuaży, które także będzie gromadzić.
Zgodnie z amerykańską ustawą o odciskach palców DNA z 2005 roku (DNA
Fingerprint Act), FBI nie ma prawa zbierać próbek materiału DNA w celu
porównawczej analizy biometrycznej. "DNA
stało się potężna i oszczędzającą czas bronią", mówi Grever,
dodając także, że "nie dotyczący ono
spraw obywatelskiej wolności lub prywatności, poza tymi, które związane
są już z odciskami palców".
Piękny obrazek przyszłości wyłania się z planów FBI, bo dzisiejsze
plany FBI, to prawdopodobnie policyjna codzienność w niedalekiej
przyszłość. Oczywiście nie tylko dla amerykanów, ponieważ technologie
tanieją, stają się bardziej dostępne nawet dla technologicznie
zacofanych krajów, gdzie z pewnym opóźnieniem, ale zostają wprowadzane.
Jak się Państwu wydaje, ile czasu potrzeba, żeby wykorzystywane przez
FBI nowinki techniczne z USA trafiły np. do polskiej policji?
Weźmy przykład daktyloskopii, bo tak fachowo nazywa się badanie linii
palców. Otóż system automatycznej identyfikacji odcisków palców, który
w FBI działa od 1990 roku, w Polsce zaczął działać, jeśli wierzyć portalowi Polskie Agencji Prasowej, od roku 2000.
Znaleźliśmy jednak informacje, z których wynika, że system taki
prawdopodobnie uruchomiono jeszcze w latach 90-tych.
Jak się okazuje, między liderem gospodarczym i ekonomicznym świata, a
zacofaną Polską, w tej akurat materii dzieli nas zaledwie 10 lat. Jaka
szkoda, że władze w Polsce tak ochoczo nie doganiają Stanów
Zjednoczonych w innych dziedzinach, np. w gospodarce.
Dziś w Polsce, wbrew zapewne wyobrażeniu większości, w przenośne skaner
do szybkiej identyfikacji zaopatrzona jest nawet Polska Służba Graniczna.
Ciekawostką może być to, że Polska Służba Graniczna używa urządzeń
produkowanych przez tę samą firmę, która prowadzi obecnie badania nad
NGI dla FBI.
Jaki ten świat mały. Znacznie mniejszy niż się nam wydaje. Oto bowiem na stronie korporacji Sagem Morpho Inc. należącej
do potężnego francuskiego holdingu SAFRAN Group, do którego należy
także wspomniana przez urzędnika FBI firma MorphoTrak czytamy, że jej "technologie biometryczne używane są na
całym świecie dla poprawy bezpieczeństwa, w celu zapobiegania
oszustwom, oraz do walki z przestępczością. Poprzez doświadczenie w
rozwiązaniach dotyczących biometrycznej identyfikacji, która używana
jest w 60 krajach na świecie, Sagem Morpho dostarcza innowacyjnych
rozwiązań multi-biometrycznych na rynki Ameryki Północnej, włączając w
to władze federalne, stanowe i lokalne, a także komercyjne produkty dla
konsumentów."
Firma chwali się na stronie WWW współpracą z władzami USA, lecz też ciekawy plik w formacie PDF. Owa publikacja nosi
tytuł: "Badanie Bezpieczeństwa. W
kierunku bezpieczniejszego społeczeństwa i zwiększonej konkurencji
przemysłu" (SECURITY RESEARCH: Towards a more secure sociaty and
increased industral competitiveness).
Na okładce widnieje flaga Wspólnoty Europejskiej z podpisem "Komisja Europejska Przedsiębiorczość i
Przemysł"
Po powtórce referendum nad Traktatem Konstytucyjnym w Irlandii i
krótkowzroczności głowy naszego państwa, gdy już tylko włos dzieli nas
od powstania państwa Unia Europejska, nie mogliśmy nie przeczytać
materiałów, zawierających wyniki badań dotyczących bezpieczeństwa, do
którego wzrostu Stany Zjednoczone Europy będą zapewne dążyć.
"W kierunku bezpieczniejszego
społeczeństwa"... zobaczmy w jakim społeczeństwie przyjdzie żyć
obywatelom Europy.
"W ramach siódmego programu badań na
lata 2007-2013, Komisja Europejska udostępniła 1,4 miliarda euro
wyłącznie na badania dotyczące bezpieczeństwa. Broszura ta omawia
zaledwie 45 pierwszych projektów wspomaganych wg. tego schematu."
Teraz przynajmniej wiedzą Państwo gdzie ginie część Państwa pieniędzy z
tzw. unijnych składek. Pieniądze te idą na projekty i badania, żeby w
Europie było bezpieczniej. Jak można przeczytać w 100 stronicowej
broszurze: "Stworzenie
bezpieczniejszej Europy dla jej mieszkańców, a jednoczesne zwiększenie
konkurencyjności przemysłowej, jest celem Europejskich Badań nad
Bezpieczeństwem. Europa nigdy nie była tak skonsolidowana pokojowo, tak
prosperująca i bezpieczna, jednak w tym samym czasie tak bezbronna
wobec zagrożeń takich jak terroryzm, przestępczość zorganizowana oraz
katastrofy naturalne. Dzięki współpracy i koordynacji wysiłków na skalę
kontynentalną, poprzez stymulację współpracy tych, którzy dostarczają
rozwiązań z dziedziny bezpieczeństwa oraz jej użytkowników, UE może
lepiej rozumieć i reagować na ryzyko w stale zmieniającym się świecie."
Pisanina zupełnie jak z PZPR-owskich przemówień, w których partia miała
rozumieć i reagować na wszelkie zagrożenia zagrażające zagrożonej
klasie robotniczej. Niestety, nawet w dokumentach dotyczących
bezpieczeństwa, socjalistyczni urzędnicy nie potrafi wyjść poza
"przewodnią rolę" ich projektu o nazwie UE, co wywołuje w nas
szczególne reminiscencje.
Dalej oczywiście czytamy, że "kwestie
bezpieczeństwa w zmieniającym się świecie natrafiają na nowe wyzwania.
Aby chronić fundamentalne prawa wolności, niezbędne są technologiczna
gotowość i odpowiedź społeczeństwa na potencjalne lub aktualne
zagrożenia."
Żeby się komuś nie wydawało, wszystkie te rozwiązania to
"technologicnza gotowość", żeby chronić Państwa fundamentalne prawa.
Jak wygląda owa ochrona? W broszurze wymieniono 45 projektów, z których
duża część najeżony jest biometrią, analizą zachowań ludzi, kontrolą,
monitoringiem, wymianą danych i informacji na temat ludności.
Skąd my to znamy? Wojna to pokój, wolność to niewola, ignorancja to
siła, a ochrona fundamentalnych praw odbywa się poprzez chipowanie,
monitoring i biometrię na każdym kroku.
Możemy być pewni, że kiedy amerykańskie FBI otrzyma ich super system,
umożliwiający identyfikację osoby po cząsteczce śliny, fragmencie
włosa, po obrazie siatkówki, rozstawie oczu i nosa zarejestrowanym
przez kamery monitoringu, głosie zarejestrowanym podczas rozmowy
telefonicznej, to za mniej niż 10 lat system taki pojawi się także w
Europie. Europa także korzysta z rozwiązań firmy MorphoTrak.
Czy zastanowili się Państwo dlaczego FBI wydaje pieniądze na badania w
sferze, którą amerykańskie prawo reguluje, jako niedostępną dla służb
federalnych i policji? Jak czytamy w artykule, FBI nie ma bowiem prawa
zbierać próbek DNA w celu biometrycznego ich porównywania. Po co więc w
przyszłym roku instalują super bazę m.in. na takie próbki? Istnieją
dwie możliwości. Albo w FBI bardzo się nudzą i nie maja co robić z
pieniędzmi, albo... niedozwolone dziś procedury już niebawem mają stać
się dozwolone.
Sprawą oczywistą jest, że aby monstrualne systemy porównywania danych
biometryczne były użytecznie, muszą zostać wcześniej wypełnione danymi
osobowymi. Im więcej próbek w bazie, tym większa wykrywalność
"terroryzmu i przestępczości zorganizowanej". Zapewne z tego powodu
rządy pracują także nad tą kwestią.
W 2007 roku mogliśmy przeczytać na łamach The New York Times, że amerykański
departament sprawiedliwości, kompletuje reguły pozwalające na zbieranie
próbek DNA od większości aresztowanych lub zatrzymanych przez władze
federalne.
Biorąc pod uwagę to, że w świetle dzisiejszego prawa w krajach takich
jak Wielka Brytania czy USA dosłownie każdy może zostać zatrzymany
celem sprawdzenia, czy przypadkiem nie uprawia terroryzmu, oznaczałoby
to, że próbki DNA można pobierać praktycznie od przechodniów na ulicy.
O próbie wyłudzania próbek DNA czytaliśmy także w Anglii w 2007 roku, na łamach brytyjskiego wydania The Times.
Brytyjski rząd chciał zbierać próbki DNA od kierowców jeżdżących bez
pasów lub z nadmierną, wg. policji, prędkością.
To zaledwie pierwsze próby wprowadzenia zgodnego z "prawem" pobierania
i przechowywania próbek DNA. Być może ludzi jeszcze nie dorośli do
myśli ku bezpieczniejszemu społeczeństwu, bo zazwyczaj z każdą próbą
wprowadzenia praw zezwalających na pobieranie DNA, odzywają się jeszcze
grupy walczące o poszanowanie wolności, godności i prywatności
człowieka, który nie życzy sobie, by rząd wchodził z butami w jego
życia, próbkował go, ewidencjonował jak zwierzę, podglądał, śledził i
monitorował gdzie tylko się da. Można się jednak spodziewać, że wraz z
wymianą pokoleń, nowe generacje będą przyjaźniej przyjmować prawa
tworzone przecież z myślą o ich "bezpieczeństwie". Medialna propaganda
jak zwykle będzie niezastąpiona w nakłanianiu do poddania się temu, co
autorytety uważają za dobre i słuszne.
Nasz poprzedni wpis dotyczył powstania globalnej policji oraz systemu,
którego celem m.in. miała być sprawna wymiana informacji zgromadzonych
w bazach danych, także bazach z próbkami DNA.
Wygląda na to, że informacje z tego i poprzedniego wpisu zazębiają się,
a my jesteśmy świadkami kładzenia podwalin pod ogólnoświatowy system
rozpoznawania, śledzenia i monitoringu ludzi, który będzie to czynił z
łatwością i precyzją, o jakiej się jeszcze nikomu nie śniło.
Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
Computerworld na temat nowego systemu
identyfikacji FBI.
PAP o IAFIS w Polsce.
Materiały międzynarodowej konferencji naukowej "100 lat daktyloskopii na ziemiach polskich"
(dokument w formacie PDF).
Skanery odcisków firmy MorphoTrek w Polskiej
Służby Granicznej.
Strona WWW firmy Morpho.
"Badanie Bezpieczeństwa. W kierunku bezpieczniejszego
społeczeństwa i zwiększonej konkurencji przemysłu" dla UE (dokument
w formacie PDF).
New York Times w 1007 roku o zmianach w prawie
doyczących zbierania DNA w USA.
Brytyjskie wydanie New York Times o pomyśle
pobieraniu DNA od kierowców.
Dawno
nie pisaliśmy o terroryzmie i o tym do czego naprawdę mają służyć tzw.
prawa antyterrorystyczne.
Każdy z nas zapytany o to jak wygląda terrorysta bez namysłu przywoła z
pamięci obraz widziany w telewizji. Zamaskowany człowiek, obwieszony
laskami dynamitu lub czegoś podobnego, z wyhaftowanymi gdzie popadnie
cytatami z Koranu z detonatorem w dłoni.
I tak pewnie pozostałoby do dziś, gdyby nie zmieniające się czasy i
duch "postępu", który przekształca znaczenia pojęć i słów którymi się
posługujemy.
The Guardian opisuje sprawę, w której brytyjskie
służby graniczne użyły przepisów antyterrorystycznych, by uniemożliwić
działaczowi zajmującemu się zmianami klimatu przekroczenie granicy i
dostanie się na kontynent, gdzie planował on wzięcie udziału w
wydarzeniach dziejących się wokół nadchodzącego szczytu Narodów
Zjednoczonych w Danii.
Chris Kitchen, 31-letni pracownik biurowy, wyraził zaniepokojenie, że
sposób potraktowania go przez policję może być początkiem ograniczeń
nałożonych na protestujących, których setki planują podróż do Kopenhagi
na czas rozmów o zmianach klimatu, które odbędą się w grudniu.
Wieczorem podejmie on drugą próbę dostania się do Danii, gdzie planuje
wziąć udział w dyskusji zorganizowanej przez sieć współpracy grup
działających pod wspólnym szyldem "Climate Justice Action" (Akcja
Klimatyczna Sprawiedliwość).
Przyznał, że wczoraj o 17:00 nie pozwolono mu na przekroczenie granicy,
gdy autobus którym podróżował zatrzymał się na dworcu Folkestone.
Kitchen mówi, że oficerowie służby granicznej wsiedli do autobusu i po
sprawdzeniu paszportów, zabrali jego oraz innego działacza na rzecz
klimatu, by poddać ich przesłuchaniom zgodnie z załącznikiem 7
Terrorism Act z 2000 roku, klauzuli, która służbom granicznym pozwala
zatrzymać i przeszukać osoby w celu sprawdzenia czy są one powiązane z
terroryzmem.
Kitchen twierdzi, że początkowo nie przeskanowano ich paszportów, co
sugeruje, że funkcjonariusze wiedzieli kim jest, a usuniecie ich z
autobusu było zaplanowane jeszcze zanim do niego wsiedli. W czasie
przesłuchania zadawano mu pytania na temat jego rodziny, pracy i
dotychczasowej działalności politycznej. Policja pytała także co
zamierzał robić w Kopenhadze.
Kiedy Kitchen zwrócił uwagę, że przepisy antyterrorystyczne nie odnoszą
się do aktywistów na rzecz środowiska, oficer z którym rozmawiał
odpowiedział, że terroryzm "może
oznaczać wiele rzeczy". Zanim minęło trwające 30 minut
przesłuchanie, autobus Kitchen'a zdążył już odjechać.
To zrozumiałe, że policja monitoruje demonstrantów w licznych bazach
danych, a niektóre z nich sygnalizują, czy osoba taka przechodzi przez
strefy bezpieczeństwa, takie jak dworce.
Kitchen jest wpływowym działaczem, który brał udział w wielu akcjach
pokojowego nieposłuszeństwa, takich jak przyklejenie się do rzeźby w
parlamencie, by nawoływać do zmniejszenia emisji dwutlenku węgla.
"Użycie przepisów
antyterrorystycznych w ten sposób, to kolejny przykład politycznej
przemocy, nękania i zastraszania ludzi przez rząd, kiedy ludzie ci
próbują korzystać z ciężko wywalczonych demokratycznych praw.
Wybieramy się do Kopenhagi by wziąć
udział w Akcja Klimatyczna Sprawiedliwość, ponieważ chcemy
zaprotestować przeciwko fałszywym rozwiązaniom, takim jak handel
limitami CO2, oraz stworzyć globalny ruch na rzecz efektywnych,
społecznie sprawiedliwych rozwiązań.
Osoby, które praktykują cywilne
nieposłuszeństwo w sprawie zmian klimatu, w obliczu nieefektywnych
działań rządu na pewno nie są terrorystami, a słuszność ich działań
potwierdzi historia."
Kitchen twierdzi, że po przesłuchaniu policja zapłaciła za jego bilet
powrotny do Londynu i zorganizowała u przewoźnika miejsce w innym
autokarze.
Rzecznik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych powiedział, że: "Nie nastąpiła żadna zmiana polityki.
Załącznik 7 Terrorism Act z 2000 roku pozwala oficerowi sprawdzającemu
zatrzymać, przeszukać i sprawdzić osobę na dworcu lub w strefie
przygranicznej, celem stwierdzenia czy nie jest lub nie była brana pod
uwagę jako zleceniodawca, przygotowujący lub podżegający do aktów
terroru.
Korzystanie przez policję z tych
prawa to sprawa operacyjna każdej z jednostek".
Może się ktoś zastanawiać dlaczego poświęcamy czas na pisanie o
lewicowych działaczach, którzy nawet w tematyce naturalnych zmian
środowiska (z którymi wbrew wszelkiej logiki walczą) chcieliby w
sprawach klimatu wprowadzać działania sprawiedliwe społecznie.
Pomijając to, że jak donoszą wszystkie polskie portale, wystarczy w
Polsce właśnie wyjrzeć przez okno, by zobaczyć jakie to straszne
globalne ocieplenie powoduje człowiek, to sam artykuł zawiera bardzo
ważne dla nas informacje. Informacje o tym jakie systemy kontroli i
inwigilacji implementuje się oczywiście dla "dobra" obywateli, którzy
zresztą łożą na to wszystko z własnych kieszeni.
Wielokrotnie pisaliśmy i tłumaczyliśmy z zachodniej prasy informacje,
że w krajach bogatych, takich jak Wielka Brytania, wydaje się
dziesiątki miliardów na tworzenie i utrzymanie przeróżnych baz danych,
w których gromadzi się próbki DNA, odciski palców, informacje na temat
przyzwyczajeń, kontaktów, działań politycznych i zwykłego codziennego
życia obywateli.
Po co się je gromadzi? Oficjalnie mówi się o bezpieczeństwie, walce z
terroryzmem i wygodzie obywatela próbującego załatwić coś w urzędniczym
"okienku".
Artykuły takie jak powyższy z The Guardian, są dowodem na to, że jest
całkiem inaczej. Pokazują jak powstaje system coraz doskonalszej
kontroli pojedynczego człowieka. Są dowodem na to, że w takim systemie
stworzonym niby dla dobra i bezpieczeństwa, jednostka traktowana jest
jak więzień. Obserwacja i w razie potrzeby neutralizacja. Różnica
oczywiście polega na tym, że w tym przypadku więzienie jest dość
obszerne a jednostce nie udowadnia się popełnienie przestępstwa, lecz
neutralizuje prewencyjnie. Architekci systemu stwierdzili, że po co
męczyć się i ścigać przestępców, skoro policyjnym nadzorem można objąć
wszystkich i bez przerwy obserwować ich jak podejrzanych.
Warto zauważyć, że w artykule znajdują się też manipulacja. Chodzi nam
o stwierdzenie, że:
"To zrozumiałe, że policja monitoruje
demonstrantów w licznych bazach danych, a niektóre z nich sygnalizują,
czy osoba taka przechodzi przez strefy bezpieczeństwa, takie jak
dworce."
Otóż w takim działaniu policji nie ma nic zrozumiałego. Jeszcze
niedawno działania takie nazywano inwigilacją i skierowane były wobec
naprawdę groźnych przestępców. Wykorzystanie takiej władzy wobec
normalnych obywateli piętnowane było jako jej nadużycie.
Jednak tzw. "postęp" spowodował, że dziś już się nie piętnuje. Dziś
inwigiluje się każdego, tylko nie wszyscy są jeszcze na jakiejś
"czarnej liście", co powodowałoby zawiadomienie odpowiednich służb o
ich obecności. Nic straconego. Takich "czarnych list" przybywa. Kto
będzie następny? Opozycja polityczna? Krytycznie do władzy nastawieni
internauci, dający wyraz swego niezadowolenia w internetowych
komentarzach? Kto wie. Raz puszczona w ruch machina biurokratyczna jest
niezmiernie trudna do zatrzymania, a w miarę jej rozbudowy (co ma
miejsce zawsze) nic nie jest niemożliwe.
Do oswajania się ludzi z takimi "postępowymi" rozwiązaniami, w
olbrzymim stopniu rękę przykładają media, publikując właśnie takie
tezy, że jest to potrzebne, normalne i całkowicie zrozumiałe.
Artykuł opisuje jak policja użyła praw antyterrorystycznych wobec kogoś
kto nie jest terrorystą. W sumie to już normalka, jeśli na ulicach
rewiduje się przy użyciu tych samych przepisów dzieciaki, zatrzymuje
je, gdy policjant mądry inaczej, w plecaku ucznia znajdzie torebkę
nawozu i kilka podejrzanych przedmiotów, np. piłki tenisowe, to
terrorystą może być każdy.
My np. terrorystą nazwalibyśmy każdego, kto w uciążliwy sposób zakłóca
innym ich życie. Tak więc, znanym terrorystą był (ostatnio ucichł) dla
nas Andrzej Lepper, który wysypywał ziemniaki na drogach, blokując je,
co uniemożliwiało innym obywatelom dotarcie do celu ich podróży.
Terrorystami są związkowcy, strajkujący górnicy, stoczniowcy,
pielęgniarki i inne grupy roszczeniowe, które blokując ulice stolicy,
wywołują zapewne dodatkowe korki, nie pozwalając jej mieszkańcom zdążyć
do pracy na czas. Do tej samej grupy zaliczamy ekologów, którzy
przyklejając się do czegoś tam, drzewa, pomnika przyrody, czy rzeźby w
parlamencie, uniemożliwiając innym wykonywanie ich pracy.
Jednak terrorystami są dla nas tylko wtedy, kiedy nam i innym
przeszkadzają i narażają na dodatkowe koszty poprzez np. stratę czasu.
Jeśli protestują nie przeszkadzają, to już nie są terrorystami.
Jeśli więc bohater artykułu, pan Kitchen, naruszyłby w Kopenhadze
porządek, lub coś tam przypadkiem zniszczył, umazał klejem czy
zachlapał farbą, to należy go oczywiście oskarżyć o naruszenie porządku
i przymusić do zadośćuczynienia za wyrządzone szkody. Nie można jednak
zabraniać mu wyjazdu korzystając z prawa antyterrorystycznego.
Piszemy to my, którzy pewnie w wielu sytuacjach zaliczylibyśmy pana
Kitchen jeśli nie do głupków, to na pewno do grona terrorystów, razem z
terror-darmozjadami z tzw. związków zawodowych. Bo czym innym jest
uważanie kogoś za terrorystę, a czym innym prewencyjne użycie wobec
takiej osoby przepisów, stworzonych z myślą o przeciwdziałaniu bombowym
atakom terrorystycznym.
Na koniec, zwyczajowa już prawie że przestroga, która ponownie wyłania
się i z tego artykułu. Jak powiedział brytyjski urzędnik w mundurze
straży granicznej, "terroryzm może
oznaczać wiele rzeczy".
To oczywiście kolejny argument do kolekcji wobec tych, którzy uważają,
że ich to nie dotyczy, bo są uczciwi i nie zrobili niczego złego. Jeśli
bowiem definicja terroryzmu zależy od interpretacji urzędnika, to nikt
nie może wiedzieć, czy jego imię i nazwisko za moment nie znajdzie się
gdzieś obok Osamy bin Ladena.
Żródła informacji (w języku angielskim):
The Guardian o wykorzystaniu przepisów antyterrorystycznych
przeciwko demonstrantom.
Czy
chcieliby Państwo żeby powstała globalna policja?
Już istniej? A może jeszcze nie?
Trzeba przyznać, że w obliczu tylu "globalnych" inicjatyw, może się
ludziom pomylić, co już jest globalne a co jeszcze nie.
Niezależnie od Państwa i naszej opinii na ten temat, The New York Times donosi, iż Interpol i
Organizacja Narodów Zjednoczonych są już gotowe do partnerstwa w walce
z przestępczością, poprzez wspólne stworzenie globalnych sił
policyjnych, które jak mówią urzędnicy obu organizacji, jako siły
pokojowe, byłyby wysyłane do niegodziwych krajów rozdartych wojnami i
zorganizowaną przestępczością.
W poniedziałek, ministrowie sprawiedliwości i spraw zagranicznych 60
krajów, włączając w to Stany Zjednoczone oraz Chiny brali udział w
spotkaniu w Singapurze, które zorganizowały wymienione wyżej dwie
organizacje.
Jest to pierwszy krok w kierunku stworzenia czegoś, co Interpol nazywa
"doktryną globalnego utrzymywania porządku", co pozwoliłoby Interpolowi
i Organizacji Narodów Zjednoczonych udoskonalić umiejętności
policyjnych rozjemców, w większości poprzez udostępnienie sieci
bezpiecznej komunikacji oraz olbrzymiej elektronicznej skarbnicy
informacji kryminalnej, włączając w to zapisy DNA, odciski palców,
fotografie i notki o zbiegach.
"Mamy wizjonerki model" mówi
Ronald K. Noble, sekretarz generalny Interpolu, zarazem pierwszy
Amerykanin, który przewodzi międzynarodowej organizacji policyjnej z
siedzibą w Lionie. Jest ona finansowana przez ponad 187 krajów
członkowskich.
"Policja będzie szkolona i wyposażona
w środki odmiennie", mówi Noble. "Kiedy kogoś zatrzymają, będą mogli
skorzystać z globalnej bazy danych do ustalenia jego tożsamości."
Współczesne sposoby utrzymywania
pokoju dramatycznie ewoluowały, od czasu gdy w 1988 roku błękitne hełmy
sił militarnych ONZ, otrzymały nagrodę Nobla. Od 2005 roku ilość
oficerów policji wśród wszystkich 95400 rozjemców wzrosła z 6000 do
12200 w 17 krajach."
Policja ONZ już teraz walczy z kidnapingami i przestępstwami związanymi
z handlem narkotykami na Haiti, oraz nielegalnym handlem drewnem w
Liberii. Według sekretarza generalnego Interpolu, celem przedsięwzięcia
mającego na celu połączenie sił jest poszerzenie możliwości śledzenia
przemieszczania się przestępców po świecie, poprzez wspólne standardy i
dzielenie się zasobami. Ronald K. Noble naciska także na plany
wprowadzenia specjalnych elektronicznych paszportów dla pracujących w
agencji ponad 600 detektywów Interpolu, by przyśpieszyć przekraczanie
granic.
Według Andrew Hughes'a, Australijczyka, który obecnie przewodniczy
oficerom policji sił ONZ, Minister Spraw Zagranicznych Norwegii
przekazał ponad 2 miliony dolarów na sfinansowanie rozwoju
międzynarodowych standardów globalnego utrzymywania porządku.
Ambicją jest stworzenie cyklu sieci, by przeciwstawić się
ponadnarodowym operacjom zorganizowanej przestępczości, mówi Hughes.
Rekrutacji dokonuje się szczególnie wśród kobiet, a globalnym celem
jest osiągnięcie 20% kobiet wśród sił ONZ, oraz rozwój oddziałów
składających się tylko z kobiet, jak mająca właśnie rozpocząć
działanie, grupa 140 rozjemczyń z Bangladeszu.
"Pracujemy z uchodźcami. Wiele ofiar
okrucieństwa to kobiety i mają one już dość mężczyzn w mundurach i z
karabinami" mówi Highes.
Sekretarz twierdzi także, że wśród najważniejszych zadań globalnych sił
policyjnych była walka z handlem nielegalną bronią i
narkotykami.Podlegający mu oficerowie obserwowali wzrost przemytu
kokainy przez kartele z Kolumbii i Wenezueli, które przemycały towar na
lukratywnych rynki konsumenckie w Europie, przez osłabione kraje takie
jak Sierra Leone i Liberia
...
W poniedziałek, wraz ze spotkaniem Ministrów Sprawiedliwości, które
zbiega się w czasie z generalnym zgromadzeniem członków policji
Interpol, oczekuje się, że grupa będzie dyskutować na temat spraw
globalnego utrzymywania porządku i stworzenia deklaracji, która
prowadziłaby do planu działania na rzecz międzynarodowej policji
rozjemców w ciągu przyszłych 12 miesięcy.
To większe fragmenty artykułu The New York Times.
Ta prasowa wiadomość zaciekawiła nas dlatego, że mówi o tworzeniu
globalnych sił policyjnych. Zajrzeliśmy także na stronę Interpolu, żeby dowiedzieć się czegoś
więcej.
Nie będziemy cytować całości prasowej informacji ze strony Interpolu,
lecz tylkoscytaty wypowiedzi ważnych osób biorących udział w omawianym
spotkaniu w Singapurze:
Premier Singapuru, Lee Hsien Loong:
"W naszym zglobalizowanym świecie,
nieład lub gorsze załamanie politycznej władzy w jednym kraju, zagraża
regionalnemu i międzynarodowemu bezpieczeństwu. Gdy angażujemy
policyjnych rozjemców do odbudowy upadłego państwa, promowania dobrych
rządów oraz sprzyjamy utrzymywanemu pokojowi, tym samym mamy wkład w
nasze własne bezpieczeństwo."
Sekretarz generalny Interpolu, Roland K. Noble:
"Wysłanym rozjemczym siłom policyjnym
ONZ, Interpol może zapewnić w dostęp do jedynego bezpiecznego
światowego systemy komunikacji policji; globalnych baz danych
zawierających dane personalne przestępców, odciski palców, profile DNA,
informacje o skradzionych paszportach i pojazdach, oraz
wyspecjalizowaną pomoc dochodzeniowo-śledczą w kluczowych sferach
przestępczości, włączając w to uciekinierów, narkotyki, terroryzm,
handel żywym towarem oraz korupcję. To czyni z Interpolu niezbędnego
partnera dla policyjnych sił rozjemczych."
...
"Terroryści i zorganizowani
przestępcy wykorzystują nieobecność prawa i wyzyskują państwa o słabych
instytucjach, jako bezpieczne przystanie dla ich przestępczej
działalności, promując radykalizację jednostek, podsycając korupcję,
wywołując dalszy brak stabilności, co stanowi zagrożenie wykraczające
poza granice kraju."
Podsekretarz generalny ONZ do spraw Operacji Pokojowych, Alain Le Roy:
"Elementy przestępcze coraz bardziej
podsycają wojny, poprzez dostarczanie walczącym stronom środków do
prowadzenia kosztownych działań militarnych. Podkopują reguły prawa i
zagrażają ludzkiemu bezpieczeństwu. Zakończone konflikty w jasny sposób
pokazują, że konflikty, które nie są podsycane przez przestępcze zyski,
mają tendencję do wcześniejszego wygasania."
Czytając tę ostatnią wypowiedź zastanawialiśmy się, czy ONZ i Interpol
nie zajęłyby się w takim razie w pierwszej kolejności amerykańską CIA.
Co jest niezwykłego lub niewłaściwego w powstaniu globalnej policji?
Przecież istnieją już wojskowe oddziały pokojowe ONZ. Dlaczego policja
nie miałaby działać w taki sam sposób i do tego mieć dostęp do
globalnych informacji? Co złego może być w tym, że globalna policja
będzie ścigała przestępców, handlarzy narkotyków, broni, żywym towarem,
którzy nie przejmują się granicami i uprawiają swój przestępczy
proceder międzynarodowo? Przecież globalna policja walcząca z nimi, to
pożyteczna działalność, prawda?
Takie pytania może zadawać sobie część czytelników.
Co to jest policja i do czego służy?
Britannica podaje, że jest to "zorganizowane
ciało, którego celem jest utrzymanie wewnętrznego porządku w
społeczeństwie i publicznego bezpieczeństwa, oraz egzekwowanie prawa i
prowadzenie dochodzeń w sprawie przestępstw."
Wikipedia podaje, że policja to: "umundurowana
i uzbrojona formacja przeznaczona do ochrony bezpieczeństwa ludzi i
mienia oraz do utrzymywania bezpieczeństwa i porządku publicznego. Do
jej głównych zadań należy pilnowanie przestrzegania prawa i ściganie
przestępców, jak również zapewnienie ochrony i pomocy w sytuacjach
kryzysowych zarówno wobec ludzi jak i mienia."
Policja nierozerwalnie związana jest z rolą państwa, które jest
organizacją, chroniącą swoich obywateli przed zagrożeniami zewnętrznymi
(wojsko) i wewnętrznymi (policja).
I tu pierwszy problem jaki dostrzegamy.
Kiedy formalnie tworzymy globalną policję, to kto potrafi wskazać,
gdzie jest organizacja, której wewnętrznego ładu ma owa policja
pilnować? Czy jest to Polska? A może wspólnota krajów europejskich?
Nie? W takim razie świat? Czy świat może być w jakimkolwiek sensie
państwem? Jeśli może, to należy zauważyć, że państwami rządzą obecnie
tzw. demokratyczne rządy, dyktatury lub królowie. Zmierzamy do tego, że
propagatorzy nowego porządku światowego, o którym od kilkudziesięciu
lat mówi się w niektórych sferach, zapewne przygotowani są już na taką
ewentualność. Jakiś światowy rząd, król lub dyktator wyposażony w
atrybuty władzy ochraniałby wewnętrzny ład przy pomocy policji, więc
globalna policja byłaby w sam raz.
Fantazjujemy? No dobrze. Założymy w takim razie, że sama instytucja,
która powstanie po połączeniu Interpolu i ONZ nie będzie w żadnym
stopniu szkodliwa wobec normalnego obywatela, to nie da się ukryć, że
samo jej istnienie podświadomie indoktrynuje w kierunku upowszechniania
czegoś takiego jak globalny rząd. Przecież globalna policja i globalny
rząd będą elementami powiązanymi ze sobą i logicznie z siebie
wynikającymi. Nawet jeśli chodziłoby jedynie o słowa, to powodowanie
"zagnieżdżenia się" w świadomości ludzi globalnej policji jako
otaczającej ich codzienności jest indoktrynacją. To jednak nie koniec.
Czy pomijając element indoktrynacji, nadal można znaleźć coś złego w
powstaniu globalnej policji, która rzeczywiście ścigałaby
międzynarodowych przestępców? Może wystarczyłoby zmienić nazwę, na np.
"Policję Narodów Zjednoczonych" czy coś podobnego?
W odpowiedzi zadamy odmienne pytanie?
A dlaczego policji nie może wystarczyć współpraca między siłami
policyjnymi w krajach zainteresowanych złapaniem przestępcy, który
złamał na ich terytorium ich prawo? Taka współpraca jaka odbywa się
obecnie?
Część z osób odpowie, że współpraca teraz jest utrudniona z powodu
różnorodności i odmienności prawa, które w różnych krajach może być
odmienne.
I tu dostrzegamy drugi problem.
Powstanie globalnej policji, która walczy z przestępcami, samo w sobie
nie jest niczym złym, bo używając medycznych porównań, powstanie takich
sił to nie schorzenie, lecz objaw.
Gdyby nie postępująca polityczna globalizacja, utworzenie takiego
rodzaju organizacji nie byłoby możliwe, lub nie miałoby większego sensu.
To polityczna i legislacyjna unifikacja umożliwia powstanie takich
inicjatyw, jak tworzona na naszych oczach globalna policja.
Kiedyś, różnice prawne i zapewne m.in. prawo o ekstradycji lub jej
zakazie w większości krajów, uniemożliwiało działanie tego rodzaju
globalnych służb. Policje różnych krajów współpracowały ze sobą w
ramach istniejącego w nich prawa.
Bo co z tego, że Kowalski z kraju B, będąc czasowo w kraju A spożywał
roślinę, której jedzenie tam jest legalne, a której spożywanie w kraju
B jest przestępstwem? W kraju A robił to legalnie, a wracając do kraju
B, nie popełnił na jego terytorium przestępstwa, wiec nigdzie nie stało
się nic nielegalnego a Kowalski postępował w zgodzie z prawem.
Naszym zdaniem zabawa w globalne policje jawne, a zapewne później i
tajne, musi ostatecznie skończyć się na jeden z dwóch sposobów:
1. zamykaniem Kowalskich na terenie kraju A za dokonywanie legalnej w
kraju A, ale zabronionej w kraju B czynności.
2. zabronieniem w kraju A czynności, która jest nielegalna w kraju B.
Tak, z góry odrzucamy trzecią możliwości, która polegałaby na tym, że w
kraju B zalegalizuje się czynność, która legalna jest w kraju A.
Odrzucamy tę możliwość, bo za dobrze znamy obecną biurokrację, która
współcześnie wykazuje przecież tendencje zupełnie odwrotne.
Podsumowując, drugi problem jaki dostrzegamy, to zmiany prawne, jakie
niewątpliwie małymi krokami będą wprowadzane we wszystkich krajach
współpracujących z nową, globalną instytucją służącą do łapania
przestępców. Oczywiście także teraz zmiany takie mają miejsce, więc
globalna policja będzie tylko elementem układanki.
Nasz poprzedni tekst dotyczył zatrzymania i dokonania rewizji mieszkań
ludzi, których jedynym przestępstwem było pisanie na społecznościowym
mikroblogu - twitter.com. Postawiono im całkiem poważne zarzuty.
Czy ktoś z zakładających organizacje takie jak globalna policja jest w
stanie zagwarantować nam, że w ramach późniejszego nadbudowywania
urzędniczej, policyjnej biurokracji, którą to nadbudowę widzimy w
każdej dziedzinie biurokratycznej działalności, globalna policja nie
zacznie (a jakże, już wtedy globalnie) zajmować się sprawami nie tylko
narkotykowych mafiozów, szmuglujących narkotyki z jednego kontynentu na
drugi, lecz w ramach robienia nam "dobrze i bezpiecznie", postanowi
coraz częściej pochylać się nad zwykłym obywatelem i jego
"przewinieniami", które zawsze przecież jakieś się znajdą?
Czy ktoś zagwarantuje, że globalna policja będzie zajmować się jedynie
przestępcami dorabiającymi się bogactwa na nieszczęściu wycieńczonych
wojnami krajów?
Zapewne nikt nam takich gwarancji nie da.
W czasach, gdy za pisanie w internecie można mieć postawione zarzuty;
za jazdę sprawnym pojazdem po prostej i pustej drodze z prędkością
wyższą niż nakazana (choć pojazd może osiągnąć prędkość kilkukrotnie
większą, a widoczność i warunki panujące na drodze nie stanowią żadnego
przeciwwskazania) można nawet stracić prawo jazdy; za wypowiadane
głośno własne zdanie na tematy np. historyczne, można pójść do
więzienia, itp.; nikt w takich czasach nie powinien czuć się
bezpiecznie, ponieważ nie zdaje sobie sprawy, że może popełnia właśnie
jakieś przestępstwo i to nawet na skalę międzynarodową. Zwiększenie
działań policji na skalę globalną, dostęp do globalnych baz danych, gdy
próbki DNA i odciski palców prawie na siłę pobiera się od niewinnych
osób, nawet od dzieci (vide wielka Brytania), powinno budzić zdrowe
zaniepokojenie i publiczną debatę na te tematy.
Tymczasem o globalnych sprawach zazwyczaj media informują dziwnie
zdawkowo lub wcale. Władze zresztą także.
Na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych cisza. Na stronie MSWiA też
nic. Nie wspominamy o poczytnych portalach w kraju nad Wisłą. Jeśli
nawet było (my nie widzieliśmy) to zniknęło dość szybko przykryte
informacjami o Dodzie i innych sprawach, które krajowe media serwują
oglądającym je widzom jako sprawy ważne.
Krótka informacja znalazła się na stonie Policja.pl . Napisał też na ten temat dziennik
Dziennik, tytułując krótki artykuł słowami: "Interpol i ONZ wyłapią zbrodniarzy wojennych".
Brawo. Tylko czy rzeczywiście o to chodziło?
Wielu osobom znowu wydawać się będzie, że wyolbrzymiamy, przerysowujemy
lub, że to w ogóle nie o to chodzi. My przyzwyczailiśmy się do stanu
umysłów części społeczeństwa, która np. w serwisie wykop.pl na temat
artykułów podpartych oficjalnymi państwowymi dokumentami i
wypowiedziami z prasy, ocenia go jako "informacja
nie prawdziwa".
My uważamy, że i owszem, nie należy się spodziewać, iż z momentem
powstania globalnej policji rozpocznie się wsadzanie ludzi na całym
świecie za np. pisanie niepoprawnych treści na twitter.com . Każdy
bowiem wie, nawet biurokracja, że takie działania mogłyby wzbudzić
niepotrzebne emocje.
My często, a także w tym przypadku, piszemy o zagrożeniach, które mogą
pojawić się za kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat, po procesie
indoktrynacji i oswajania ludzi z delikatnie wprowadzanymi nowinkami,
których powstawanie i kierunki rozwoju widać dziś na tyle wyraźnie,
byśmy mogli o nich pisać.
Żródła informacji (w języku angielskim i polskim):
The New York Times o spotkaniu w Singapurze
Oficjalna strona Interpolu o spotkaniu w Singapurze
Informacje o spotkaniu na stronie polskiej policji
Dziennik.pl na ten sam temat.
U
nas
dziś żałoba narodowa.
Nie dość, że wszystkie starsze pliki graficzne, nasze rysunki, komiksy
i ilustracje zniknęły niedawno za jednym zamachem za sprawą
zdematerializowania się serwisu tapetosik.pl, to jeszcze oczywiście
obchodzimy żałobę w związku z tym, iż stanowisko Prezydenta Polski
okazał się piastować bardzo niewłaściwy człowiek, który naszym zdaniem
wykazał się jak nigdy dotąd brakiem moralnego kręgosłupa. Chodzi
oczywiście o złożenie podpisu, niestety także w naszym imieniu, pod
stertą biurokratycznych banialuk przekazujących część suwerenności
Polski w ręce brukselskich biurokratów.
Cóż więcej można napisać. Biedna ta nadwiślańska scena polityczna, oj
biedna i jakaś taka szkaradna i plugawa. Jak nie buractwo, hucpa,
złodziejstwo i agenturalność, to pierdołowatość, polityczna nieudolność
lub bezgraniczna głupota.
Wypada nam mieć nadzieję, że może w przyszłych wyborach nie będą już
Polakom podsuwać pod nos kłamliwej szkarady bez programu, obycia, bez
twardo określonych celów do osiągnięcia i bez tzw. jaj.
Tyle dziś na temat sytuacji w kraju.
Mimo żałobnej atmosfery, postanowiliśmy trochę nadrobić zaległości w
pisaniu. Poruszane tematy zazwyczaj i tak już same w sobie są smętne,
przygnębiające i w odcieniach szarości, bez obawy więc o naruszenie
żałoby narodowej, możemy dalej pisać o zachodzących na świecie
zmianach, o których w Polsce nie tak znowu łatwo się dowiedzieć.
Np. czy można napytać sobie biedy z powodu blogowania? Naszym zdaniem
można, dlatego zresztą nie podpisujemy się na tym blogu. Nigdy jednak
nie podaliśmy konkretnych przykładów.
Dziś taki właśnie przykład.
Oczywiście wiedzą Państwo, że miało miejsce kolejne spotkanie G20, w
Pittsburgh'u w Stanie Pensylwania w USA. Podczas tego spotkania
politycy obradowali sobie nad potrzebą stworzenia globalnego ciała
odpowiedzialnego za światową gospodarkę. Banał nad którym nie chciało
nam się nawet pochylać, bo od kilku spotkań w tym gronie nie mówi się o
niczym innym jak tylko o globalizacji, która miałaby prowadzić do
stworzenia ciała mającego władzę sprawowania globalnej kontroli, o czym
można było przeczytać np. w tekstach agencji Reuters lub na stronie Radia Wolna Europa. Tak, tego samego,
które przynosiło słowa otuchy i prawdziwej informacji w czasie szumu
informacyjnego i propagandy nadawanej przez partyjne media w PRL. Może
za wcześnie przestało nadawać w naszym języku?
Radio Wolna Europa donosi, że nowy porządek światowy wyłania się na
konferencji na szczycie G-20, poprzez decyzję jaką podjęła na swój
temat ta grupa, decyzję stania się głównym ciałem koordynującym w
sprawach ekonomicznych.
W dokumentach, które uzyskali reporterzy agencji Reuters można
przeczytać: "Ślubujemy unikać
destabilizujących wzrostów oraz wpadek w aktywach i cenach kredytów, i
zaadoptować politykę makroekonomiczną, spójną ze stabilizacją cen,
która promować będzie odpowiednią równowagę globalnego popytu."
Na razie mowa o finansach. Później oczywiście przyjdzie czas na inne
sfery ludzkiego życia.
Sprawa "stabilizacji cen i równowagi
popytu", sterowanych odgórnie
przez ową grupę, która jak zapewne już Państwo zauważyli sama siebie
wyznaczyła do sprawowania funkcji głównego koordynatora, przypomina nam
jak żywo pewien świetlany okres z nie tak znowu odległej historii
Europy Centralnej oraz Związku Radzieckiego. Historia kołem się toczy?
Oczywiście, odnośnie G20, to ciekawe kto dał im pozwolenie decydowania
o naszej przyszłości, choćby i tylko gospodarczej. Może Państwu coś
wiadomo na temat referendum w tej sprawie, albo jakichś wyborów czy
sondaży?
Wydaje nam się, że nawet gdyby takowe zaproponowano, to rozpisywano by
je tyle razy, aż by ludzie wybrali, że to właśnie G20 ma być ciałem
koordynującym światowymi sprawami ekonomicznymi. Tak jak w Irlandii.
Tzw. demokracja aż do skutku.
Ale pewnie im już skoda pozorów. Po prostu się ogłosili i nam musi się
to podobać.
W czasie spotkania G20, jak zwykle zresztą, odbywały się liczne
protesty. Tegoroczne jednak wyróżnił drobny szczegół.
Otóż amerykańskie siły porządkowe użyły wobec cywilów na amerykańskiej
ziemi broni akustycznej, używanej np. w czasie walk w Iraku. Broń
nazywa się LRAD, czyli Long Range Acoustic Device - urządzenie
akustyczne o dużym zasięgu. Co robi takie urządzenie?
Na stronie American Technology Corporation, która sprzedaje
takie cacka amerykańskiej armii, a także jak okazało się ostatnio
podczas G20, zmilitaryzowanym (bo inaczej nie da się tego inaczej
nazwać) oddziałom policji, można przeczytać, że jest to wysoce
sterowalny, akustyczny promień, który został stworzony dla komunikacji
dalekiego zasięgu i ostrzegania, które trudno "niedosłyszeć".
Urządzenie LRAD może wydać werbalne ostrzeżenia oraz umożliwia podjęcie
po nim emisji odstraszających dźwięków w celu wpłynięcia na zachowanie
lub celem określenia intencji.
Producenci chwalą się zresztą, że ich technologia LRAD
wspomogła siły porządkowe miasta Pittsburgh. Na stronie czytamy, że
LRAD został z sukcesem użyty w ostatnim tygodniu jako pomoc w
działaniach mających na celu utrzymanie pokoju (peacekeeping) w czasie
G20.
Czytamy także, iż "LRAD produkuje
dźwięk o natężeniu do 152dB"
(oczywiście z możliwością regulacji).
To nie tak znowu źle. Zważywszy, że już natężenie o poziomie 120 dB
uważane
jest za tzw. próg bólu, trzeba przyznać, że piękne zabawki trafiają do
rąk frustratów pracujących w służbach porządkowych. Niedługo zapewne i
w
Europie, bo skoro odniosły sukces w utrzymaniu pokoju w czasie G20...
Napiszemy dla ciekawskich, że ów 120dB próg bólu to próg, przy którym
człowiek nie rozróżnia już samego dźwięku, nie słyszy go, np. jego
wysokości, lecz odczuwa fizyczny ból.
Dla porównania dźwięk o natężeniu 100-120dB to dźwięk startującego lub
lądującego współczesnego, pasażerskiego, wielosilnikowego samolotu
odrzutowego... kiedy stoją Państwo tuż obok, na pasie startowym.
Generalnie więc warto pamiętać, żeby w czasie gdy na G20 służby
porządkowe "utrzymują pokój", nie stawać zbyt blisko i bez
porządnych zatyczek do uszu, bo może z małżowin popłynąć krew i to
strumieniami.
Jednym słowem, ostrożnie z urządzeniami do "komunikacji dalekiego
zasięgu i ostrzegania", bo może skończyć się całkowitą głuchotą.
Na youtube.com można obejrzeć wiele filmów pokazujących jak dostało się
przypadkowym studentom, którzy akurat, będąc w studenckim miasteczku
(zaskakujące prawda?)znaleźli się na drodze policyjnych oddziałów.
Dostało się też spokojnie protestującym, którzy w ciszy trzymali w
parku transparenty wskazujące na to, iż tak jak my zastanawiają się, z
jakiej racji jakaś grupa G-20 uzurpuje sobie prawo do decydowania o ich
przyszłości, choćby i tylko w sferze spraw ekonomicznych w kontekście
globalnym.
Wiele służalczych mediów opisywało to jako starcia z rozgniewanym
tłumem, opisując jak dzielna policja broniła porządku dla dobra
obywateli.
Jednak każdy przy zdrowych zmysłach, kto potrafi jeszcze myśleć
samodzielnie, czytając takie brednie zastanowi się: co kilka tysięcy
ciężko uzbrojonych i opancerzonych frustratów, którzy militarnym
szturmem wkraczają do Twojego miasta, by potraktować gazem łzawiącym
ciebie i stojących nieopodal zwykłych przechodniów, ma wspólnego z
Twoim dobrem?
Nie ma co ukrywać. Kiedy przyjmie się promowaną w mediach perspektywę,
że policja chroniła miasto przed G20, to wszystko to nie trzyma się
przysłowiowej kupy. Działania policji nabierają sensu jedynie, gdy
spojrzy się na nie z perspektywy, że policja chroniła G20 przed
miastem. Ale przecież to oczywiste.
Nas jednak dużo bardziej zainteresowała inna historia związana z G20,
bo w czasie zwyczajowych zamieszek stało się coś, co nie miało miejsca
nigdy wcześniej.
O sprawie pisał brytyjski Guardian.
Oto do domu 41-letniego Elliot'a Madison'a (Nowy York) wpadło FBI z
nalotem terrorystycznym. Nie szukali jednak broni, śmiercionośnych
chemikaliów lub wskazówek, które mogłyby rozwikłać kolejny nikczemny
spisek terrorystyczny. Szukali za to książek, plików, danych, filmów i
tego co fachowo nazywa się "narzędziami
zbrodni".
Elliot Madison, z dzielnicy Queens, którego dom przeszukano, został
zatrzymany z możliwością zwolnienia za kaucją w wysokości 30 tyś.
dolarów po tym, gdy on i Michael Wallschlaeger (46 lat) zostali
namierzeni w Pittsburgh, Pensylwania, w motelu Carefree Inn, w czasie
szczytu G-20, 24 i 25 września.
Pan Elliot Madison będący anarchistą, został aresztowany przez FBI i
oskarżony o utrudnianie aresztowania, po tym, kiedy rzekomo używał
serwisu społecznościowego Twitter, by pomóc protestującym na G20 unikać
policji.
Obaj zostali zatrzymana gdy siedzieli przy kilku przenośnych
komputerach oraz skanerach krótkofalarskich nasłuchujących na
częstotliwościach policji (w USA są to dostępne w sklepach, całkowicie
legalne urządzenia - przyp. tłum.).
Mieli na uszach słuchawki i mikrofony, w pokoju było także wiele map i
numerów kontaktowych.
Oficjalne dokumenty policyjne utrzymują, że mężczyźni używali serwisu
Twitter.com do kontaktowania się z protestującymi "i informowali
protestujących i grupy o ruchach i aktywności sił policyjnych".
W sumie aresztowano 200 protestujących w czasie dwudniowego szczytu,
który zebrał światowych przywódców, by dyskutowali oni nad
załamaniem się globalnej gospodarki, oraz o sprawach powszechnych
interesów finansowych.
Około 5000 protestujących brało udział w miejskiej demonstracji.
Twitter szybko stał się ważnym narzędziem grup protestu i
demonstrantów. W czasie szczytu, policja otwarcie monitorowała Twitter,
słuchając komunikacji między protestującymi.
FBI oznajmiło, że poza komputerami, skanerami radiowymi odkrytymi w
motelu, skonfiskowano także 11 masek gazowych, pięć par gogli, naczynia
laboratoryjne: probówki i zlewki. Dodatkowo FBI zabrało także książki
oraz obrazy Marksa i Lenina.
Pan Medison jest pracownikiem socjalnym przy jednym ze szpitali
psychiatrycznych na Manhattan'ie. Jest członkiem People's Law
Collective (Kolektyw Praw Człowieka), grupy doradzającej protestującym
w sprawach natury prawnej. Wallschlaeger jest producentem radiowego
programu pt.:This Week in Radical History (Ten tydzień w Radykalnej
Historii).
Oczywiście prosimy nie myśleć sobie, że zamierzamy bronić ludzi, którzy
w domu trzymają zdjęcia Marksa i Lenina (no chyba, że w chwilach
relaksu rzucali w nie lotkami, strzelali do nich z kuszy, lub
dorysowywali wąsy i rogi).
W odróżnieniu od wielu jeszcze przefarbowanych członków PZPR, których
teraz można spotkać w szeregach obecny partii polskiego parlamentu, my
stawiamy takie osoby w jednej linii, albo nawet gorzej, z ludźmi,
którzy trzymają na biurkach fotografie socjalisty Hitlera.
Panem Medison'em i jego kolegą brzydzimy się prawie tak samo, jak
pewnym krajowym magistrem. Prawie, bo oni jedynie zakładali maski
gazowe i gogle i od czasu do czasu spoglądali na zdjęcia Lenina naiwnie
wierząc, że wymyślony przez niego "system" działa, a pewnie i tak nie
przyszłoby im do głowy uchlać się na grobach poległych rodaków.
Dla nas ciekawe jest to, że Twitter.com stał się narzędziem zbrodni.
Tak, narzędziem zbrodni, bo tak określono go w oficjalnych dokumentach.
Prosimy obejrzeć fragment z CNN, który przetłumaczyliśmy:
Warto chyba pokazać to wideo osobom, które mówią, że strach przed
państwem policyjnym, inwigilacją i wszechobecnym monitoringiem ich nie
dotyczy, bo nie zrobiły niczego złego. A kto wie, co napiszą kiedyś na
Twitter.com, blop.pl, naszej klasie czy
jakimś innym portalu społecznościowym, co może nie spodobać się władzy?
Władza oczywiście wyśle funkcjonariuszy z kilkoma literami jakiegoś
skrótu na kurtkach, a Ci znajdą w kuchni mikrofalówkę, szklane
naczynia, okulary ochronne w schowku na narzędzia, a w szafce kuchennej
mąkę, nadmanganian potasu i saletrę potasową do peklowania mięsa.
Odsiadka i tortury jak w banku, bo zapytaliśmy na twitter.com czy
znajomy ma więcej saletry, bo robimy zapasy na nadchodzący kryzys.
Niemożliwe? Kto wie. Oczywiste jest bowiem, że jeśli raz uda się komuś
wmówić, że twitter
i jemu podobne mogą stać się "narzędziem
zbrodni", to nikt korzystający z takich
serwisów nie będzie mógł się czuć niewinny i bezpieczny.
No i oczywiście pytanie na koniec. Czy ktoś jeszcze uważa, że policja
nie czytuje
rzeczy, które wypisujemy w internecie?
Żródła informacji (w języku angielskim):
agencji Reuters na temat G20.
Radio Wolna Europa na temat G20.
American Technology Corporation chwalą
się pomocą przy "zaprowadzaniu pokoju"
Brytyjski Guardian o przestępstwie za pomocą
twitter.com
No
i nareszcie stało się zadość... demokracji w Irlandii oczywiście.
Euroentuzjaści obawiali się, że drugiego października w Irlandii może
być marnie z demokracją, że obywatele, ponownie niedemokratycznie
zagłosują na Nie w sprawie Traktatu Lizbońskiego. Demokracja jednak
zwyciężyła. 67,1% na Tak i 32,9% na Nie, przy frekwencji 58%.
My przyjrzymy się dziś dlaczego tak się stało, a przy okazji ponownie
ujawnimy mechanizmy, którymi rządzi się obecna demokracja.
O tym jak doszło do wygranej zwolenników Traktatu Konstytucyjnego,
można przeczytać np. na łamach irlandzkich gazet. Co ciekawe, krajowe
media w Polsce, do momentu w którym nie wiadomo było, która ze stron
irlandzkiego referendum przeważy, prawie całkowicie temat ignorowały.
Daje to do myślenia, ponieważ wbrew pozorom, irlandzkie referendum
dotyczyło nie tylko przyszłości Irlandii, lecz w dużej mierze
przyszłości całej Europy.
Dziwne więc, że w Polsce pisało się w tym czasie o potrzebie taryfy
ulgowej dla reżysera Polańskiego, który w młodości popełnił był czyn
pedofilko-bestialski na terytorium USA. Albo, nagle stały się ważne
wyznania i współczucia wobec obecnych kacyków w rangach ministrów,
których przyłapano na kręceniu lodów, jakby to była jakaś nowość.
Przecież z jakiegoś powodu obecne partie rozsiadły się w parlamencie i
nie chcą go opuścić. Pewnie z miłości do ojczyzny, więc nie ma ich co
za tę miłość podsłuchiwać, ścigać i karać. Mogłoby to przecież
zrujnować życie niejednemu politykowi obecnego rządu i współpracującym
z nimi "lobbystom".
Wróćmy jednak do spraw istotnych.
We wczorajszym artykule opublikowanym w Irish Times możemy przeczytać, jak zwolennicy
traktatu świętowali nadchodzące informacje na temat wyników ponownego
głosowania. Znajdujący się w sercu brukselskiej kwatery pub Kitty
O'Sheas zajęli euroentuzjaści świętujący dobre dla nich wiadomości.
Ten sam Pub, który w czasie pierwszego referendum stał się Mekką
przeciwników Traktatu, doświadczył transformacji gdy europejscy
oficjele, wielu noszących koszulki ze sloganami kampanii i pomalowanymi
twarzami, cieszyło się darmowymi drinkami, jedzeniem oraz karnawałową
atmosferą.
Największe zielone koszulki nosili jednak irlandzcy oficjele
zatrudnieni w trzech głównych unijnych instytucjach, odzwierciedlając
trudności ostatnich 16 miesięcy, które upłynęły od głosu na Nie, w
czerwcu 2008 roku.
"Bardzo mi ulżyło, że zagłosowaliśmy
na Tak", mówi Aidan O'Sulllivan, 32 letni Irlandczyk pracujący w
Parlamencie Europejskim.
"Odkąd zacząłem pracować w
parlamencie, zauważyłem jak nasz głos na Nie wywołał niedowierzanie i
szok pośród partnerów UE. Nie mogli zwyczajnie zrozumieć, dlaczego kraj
z Europy, który radził sobie tak dobrze, zagłosował na Nie" -
powiedział Pan O'Sullivan, który skorzystał z promocji darmowych
przelotów firmy Ryanair i poleciał do domu by wziąć udział w głosowaniu.
...
Guy Verhofstadt, przywódca parlamentarnej grupy liberalnej, której
członkiem jest Fianna Fáil, także świętował wyniki. Powiedział, że rząd
stał się bardzo konstruktywny od momentu głosowania na Nie, dodając, że
dla Irlandii nie będzie to miało w Brukseli negatywnych reperkusji.
"Nie było takiej możliwości z rządem,
który głosowałby na Nie w sprawie Europejskiej Konstytucji. Irlandia
dobrze zrobiła" - mówi.
...
Pierwszą wielką decyzją Irlandzkiego premiera (Taoiseach) Brian'a
Cowen'a będzie nominacja dużego kalibru komisarza, i to szybko.
Ustalono już w Brukseli negocjacje pomiędzy prezydentem Komisji
Europejskiej Jose Manuelem Borroso i innymi przywódcami na temat
rozpowszechniania materiałów portfolio do jego nowego zespołu.
Pan Cowen, powinien formalnie zaproponować irlandzkiego kandydata
jeszcze w tym tygodniu i zacząć lobbować na rzecz "dobrej roboty",
która może pomóc Irlandii polepszyć jej wizerunek w Europie. Jednym z
możliwych celów jest stanowisko nowej komisji noszące nazwę "innowacja,
nauka i badania", które może nadejść z €50 miliardowym programem prac
badawczo rozwojowych.
Ciekawe. Na podstawie tego artykułu można by stwierdzić, że najbardziej
o demokrację w Irlandii obawiali się obecni pracownicy unijnych
instytucji, bo któż nie obawia się nagłej utraty wysokich zarobków.
Także politycy, dla których oczywiście najważniejszy jest wizerunek ich
kraju w Europie. O trosce o strumienie Euro na przeróżne programy
rozwoju tego i tamtego nie wspominamy, bo to sprawa oczywista.
Tak motywowani irlandzcy politycy i pracownicy parlamentu zakasali
rękawy i zapewne ze zdwojoną siłą zaczęli przekonywać obywateli kraju,
że tym razem warto zagłosować na Tak.
Ciekawą, trochę odmienną perspektywę tych działań opisała ta sama gazeta, jeszcze tego samego dnia, w
słowach:
Przywódca Brytyjskiej Partii Niepodległość, Nigel Farage, który brał
udział w debacie na temat irlandzkiego referendum, przekonując do
głosowania na Nie, przyrównał referendum w sprawie Traktatu
Lizbońskiego do skorumpowanych wyborów w Zimbabwe lub Afganistanie.
Poseł Europejskiego Parlamentu z Południowo Wschodniej Anglii mówił o
"ścianie pieniędzy", która stała za kampanią na Tak, obwiniał także
wyroki Sądu Najwyższego, oraz prawa nadawców radiowych i telewizyjnych
o konspirację przeciw stronie anty-Lizbońskiej.
"Irlandczycy zostali przymuszeni do
głosowania na Tak" - powiedział.
"Przyznaję, że jestem rozczarowany
rezultatami, myślę, że cała sprawa jest parodią demokracji. Sposób w
jaki zostało to pokierowane przypomina Zimbabwe albo Afganistan. Nie
było to wolne i uczciwe referendum."
Pan Farage powiedział, że teraz Traktat Lizboński będzie zastosowany i
doprowadzi do potężniejszej Unii Europejskiej, z której głosujący na
Tak, będą rozczarowani, bo nie przyniesie ona ani miejsc pracy ani
dobrobytu.
"Wydaje mi się, że historia kiedyś
oceni ten dzień jako dzień, w którym krótki okres irlandzkiej
niepodległości właśnie się zakończył," - powiedział Farage.
...
Pan Farage brał udział w kilku obszernych dyskusjach między
zwolennikami Traktatu a jego przeciwnikami, m.in. Irlandzkim ministrem
europejskim, Dick'iem Roche, który partię Pana Farage określił mianem "wywodzącej się z tej samej puli
politycznych genów, co neofaszystowska Brytyjska Partia Narodowa
(British National Party)."
Zawsze nas zastanawiało, jak chętnie wszelkiej maści socjaliści, czy to
narodowi, czy też ponadnarodowi, przylepiają łatkę faszystów - którzy
byli przecież narodowymi socjalistami właśnie - wszelkim przeciwnikom
politycznym. Praktycznie każdemu, kto śmie używać w rozmowie słów
"ojczyzna" i "niepodległość". Takie zabawne czasy, w których prawdziwi i zdeklarowani faszyści nazywają innych faszystami. Dla niepoznaki, by
nie wyszła na jaw ich własna ideologiczna proweniencja.
Czy jest jednak możliwe, że Nigel Farage się myli? Być może
Irlandczykom wcale nie kazano głosować na Tak. Może sami, z własnej i
nieprzymuszonej, wolnej woli zagłosowali za traktatem, bo zwyczajnie
zmienili zdanie? Dlaczego Nigel Farage przyrównał referendum w
sprawie Traktatu do skorumpowanych wyborów w Zimbabwe? Czy miał
ku temu jakieś powody?
Na te pytania może odpowiedzieć artykuł opublikowany tydzień wcześniej
w innej irlandzkiej gazecie, w dziale komentarzy i analiz "The Sunday Business Post".
To straszne dni dla irlandzkiej demokracji.
Od początku, Eurofederaliści byli wściekli, że mała Irlandia śmiała
odrzucić Traktat Lizboński.
Tym razem byli zdeterminowani by wyciągnąć działa większego kalibru.
Zakonspirowawszy przepchnięcie traktatu przez narodowe parlamenty, po
tym, gdy demokratycznie odesłano ich z kwitkiem w sprawie Europejskiej
Konstytucji, zostali zadziwieni, że Irlandczycy użyli niepodległości
zagwarantowanej przez Irlandzką Konstytucję, by powiedzieć Nie.
Więc tym razem postanowili, że będzie inaczej i choć europejskie
pieniądze nie mogły być wydane na narodowe referendum, przywołana
duchem czasu, znienacka wylęgła się w Irlandii szeroka kolekcja grup
pro-Lizbońskich.
Nie ma wątpliwości, że zwolennicy głosowania na Tak, potajemnie wydali
duże sumy pieniędzy by naukowo zbadać wzrastające zaniepokojenie
publicznych nastrojów w czasie eskalacji naszego kryzysu finansowego,
postanowili wyborców wystraszyć, by Ci wystraszeni głosowali za
Traktatem Lizbońskim.
Jako, że elektorat cierpiał na wizje znikających miejsc pracy, wzrostu
kosztów i zapaści gospodarki, pomysł na to, by sprzedać mu informacje,
iż odrzucenie Lizbony spowoduje, że sprawy będą miały się jeszcze
gorzej, nie był niczym nadzwyczajnym.
Sprawa wyglądała prosto. Podtekstem kampanii na Tak było stwierdzenie,
że nadchodzi finansowa katastrofa, więc nie stać nas na polityczne
luksusy, włączając w to kłótnie nad federalizacją Unii Europejskiej.
Tak prosto to zrealizowano i było to efektywne w takim samym stopniu
jak było fałszywe.
Nawet w tygodniu, w którym UE, by przenieść miejsca pracy firmy "Dell"
z Limerick do Łodzi, zatwierdziła olbrzymią pożyczkę dla polskiego
rządu, zwolennicy Tak dla traktatu, nadrabiali bezczelnością ciągoty
globalizacyjnych ambicji Lizbony.
Niesamowite jest, że nawet irlandzkie związki zawodowe zdają się nie
zauważać, że dla "międzynarodowców" Lizbona daje znak ku większej
gonitwie do dna w sprawie wynagrodzeń i warunków pracy. W rzeczy samej,
jeśli Europa powiększy się ponad możliwość naszego veto, jeśli Lizbona
się wypełni, możemy spodziewać się, że w ciągu kolejnych pokoleń,
w Chorwacji, Turcji i na Ukrainie nastaną wyrobnicze warunki pracy.
Irlandzka elita władzy politycznej, także przywołała wszystkich
zwolenników.
Fascynujące było oglądanie olbrzymiej grupy osób, które cieszą się
gigantycznymi pensjami na koszt podatnika, będąc członkami licznych
organizacji pozarządowych, którzy z pieśnią na ustach przyszli posilić się przy stole.
Wypuszczono na scenę nawet klownów - sławne osobistości z towarzystwa:
byłe gwiazdy sportu, które handlują dziś używanymi samochodami,
piosenkarzy i aktorów, którzy wspólnie cieszyli się z ich 15 minut
sławy i rozgłosu.
Ale ponad tym wszystkim, rozwój innych wydarzeń podniósł poważną
kwestię irlandzkiej demokracji. Dwie międzynarodowe korporacje -
Ryanair oraz Intel - wydają olbrzymie sumy na kampanie zachęcające do
głosowania na Tak. To, że obie w dużym stopniu są politycznymi
analfabetami oraz, że obie firmy potrzebują europejskiej chęci
czynienia dobra, nie powinno zmniejszać naszego zaniepokojenia.
Od kiedy to bowiem międzynarodowe koncerny przykładają wagę i wykładają
środki w sprawach rangi narodowej, ważnych dla wewnętrznej polityki
Irlandii? Czy staliśmy się europejskim Hondurasem? Osiągnęliśmy punkt w
europejskiej demokracji, w którym szefowie mogą mówić pracownikom jak mają głosować?
...
Ryanair i Intel przeznaczyły 700 tyś. Euro na kampanie poparcia
Traktatu Lizbońskiego, a olbrzymi wkład finansowy leje się także z
Europy. Według gazety Times w Londynie, jeden z lobbystów, Eamonn
Bates, wysłał pocztą elektroniczną do swoich lobbystycznych firm w
całej Europie, informacje, że zbiera datki wysokości do 30 tyś Euro, by
wspomóc kampanie pro-Lizbońską.
Inna organizacja, założona przez Irlandczyków zatrudnionych w Brukseli,
którzy chcieli by Irlandia powiedziała Tak dla Traktatu, planowała
wydać 500 tyś Euro na reklamę.
W sumie, byłoby możliwe dokładne obliczenie kosztów potrzebnych do
obalenia niepodległości jak wyrażono to w ostatnim referendum.
W tych dniach odeszliśmy od europeizacji w kierunku jakiejś formy
euro-kolonializmu, w którym ci, którzy przeciwstawiają się planom
euro-federalizacji, przykrywani są obszerną i kosztowną kampanią,
której celem jest wystraszenie i podkopanie elektoratu.
Powinniśmy rozmawiać o tym czym jest Traktat Lizboński II. Teraz już
wiemy, że jest kluczem do wyzwolenia europejskiego projektu, który za
mniej niż jedno pokolenie raz jeszcze zrobi z nas kraj mały i bez
znaczenia. Ot, kolejny dodatek do obszernego globalnego
przedsiębiorstwa. Jego ambicje nie są mniej imperialne, niż ambicje
poprzedniej europejskiej generacji i mimo iż język, którym się
posługują, mógł się zmienić, ich polityczne cele pozostały
niezmienne.
Ostatecznie chodzi o wyłonienie się Zjednoczonych Stanów Europy, koniec
końców, w przyszłości jako światowej potęgi, obok Chin i Indii. Główną
bronią będzie zjednoczona siła okiełznanego rynku, sprzymierzona z
wielokulturowością, by zapewnić rynek taniej siły roboczej, a wszystko
to w nastroju sekularyzacji i neoliberalizmu.
Przede wszystkim widać dziś, że chodzi o rezygnację z demokracji -
lokalnej lub narodowej - w próbie powołania do życia "euro-pantokracji"
w której nie tak znowu inaczej niż w dawnym sowieckim systemie, nie
ogranicza się wyborów, a jedynie opcje, na które można głosować. Nim
miną jedno lub dwa pokolenia, Europa Renesansu i cały jej geniusz,
który tak dogłębnie ukształtował naszą europejską cywilizację, może
zostać zmieciony.
Wszystko co jest do tego wymagane to, by irlandzki robol zapomniał
instynktów, że polityka to sprawa lokalna i w piątek ruszył w kierunku
komisji wyborczej, z ceną za własną duszę (może znowu będziemy to
nazywać królewską łapówką) we własnym ręku. Oczywiście nie byłby to
pierwszy raz w naszej historii, kiedy kupiono by nas tak łatwo. Ale
przynajmniej byłby to już ostatni raz, kiedy jeszcze zachodziłaby taka
potrzeba.
Powyższy, cytowany artykuł wyraża wiele myśli, których nie udałoby się
nam lepiej wyrazić.
No cóż, szkoda nam Irlandii. Autor pisząc te słowa 27 września nie
wiedział jeszcze jaki będzie wynik referendum. My już wiemy.
W ogóle, teksty które dziś cytujemy wskazują na jeden ważny element o
którym pisaliśmy wcześniej, poruszając temat demokracji i wyborów w
naszym kraju.
Chodzi o manipulację.
O tym, czym jest manipulacja, jak działa i czy była stosowana w czasie
wyborów w Polsce, pisaliśmy już wcześniej.
Teraz dodamy jedynie, że na dzień dzisiejszy wydaje się, iż jedynym
sposobem dokonania zmiany w otaczającym nas systemie politycznym, jest
dosłowne odłączenie ludzi od sycącej ich propagandowej pożywki. Mamy na
myśli odłączenie ludzi od zatruwających ich umysły mediów, bo to one
pozwalają w ciągu 16 miesięcy dokonać skrajnych zmian w
przekonaniu kontrolowanych mas.
Jeśli udałoby się takiego odłączenia dokonać, świat stałby się zapewne
normalniejszym miejscem. Teatr natomiast, na scenie którego występują
politycy i osoby z towarzystwa, sterowane sznurkami oligarchicznych
grup, niezależnie od wydanych na manipulacje pieniędzy, przestałby mieć
jakiekolwiek znaczenie dla nieobecnego na widowni widza. Osobistości i
autorytety ważne dziś dla milionów telewidzów, bez pomocy świecących
hipnotycznie ekranów, stałyby się nikim ważnym, nikim, kto zasługiwałby
na posłuch, nikim, kto miałby prawo mówić co należy myśleć.
Ocknięcie się z transu nie jest niemożliwe: 3, 2, 1...
pstryk!
Żródła informacji (w języku angielskim):
Irlandzki Times na temat świetowania głosowania na
Tak.
Irlandzki Times - referendum w Irlandii jak wybory
w Zimbabwe.
The Sunday Business Post - o kampanii przed
referendum.
Czy
w Polsce mówi się o tym, że Unia Europejska wydaje miliony funtów na
rozwój orwellowskich technologii? Technologii zaprojektowanych by
przeszukiwać internet i obrazy z kamer monitoringu w poszukiwaniu np. "anormalnych zachowań"? Brytyjskie,
internetowe wydanie Telegraph opisuje ten temat, a przy okazji
uzmysławia nam jeszcze kilka inne rzeczy.
Pięcioletni program badawczy o nazwie Projekt Indect, ma na celu
stworzenie komputerowego programu, który działa jak "środki" do
monitorowania procesów informacyjnych ze stron WWW, forów dyskusyjnych,
serwerów z plikami, sieci P2P, a nawet indywidualnych komputerów.
Głównym celem jest także "automatyczna
detekcja zagrożeń anormalnych zachowań oraz przemocy".
Projektem Indect, który otrzymał z Unii Europejskiej środki w wysokości
10 milionów funtów, zajmują się Policyjne Służby Irlandii Północnej
oraz naukowcy z Uniwersytetu w York, a także ich koledzy z dziewięciu
innych krajów europejskich.
Shami Chakrabarti, dyrektorka grupy Liberty, zajmującej się
prawami człowieka opisała wprowadzenie techniki tak masowej inwigilacji
jako "ponury krok" w każdym
kraju, dodając, że gdy pomyślimy o tym w skali europejskiej, to "dreszcze przechodzi po plecach".
Badania projektu Indect, które rozpoczęto w tym roku, pojawiły się w
czasie, gdy Unia Europejska stara się forsować rozszerzenie własnej
roli w walce z przestępczością, terroryzmem i zarządzaniem
przemieszczania się, zwiększając wydatki budżetowe na tych polach o
13.5%, czyli do blisko 900 milionów funtów.
Komisja Europejska wzywa do stworzenia w całej europie "wspólnej
kultury" wymiaru sprawiedliwości, a także, by w przeciągu następnych
pięciu lat 1/3 sił policji samej tylko Wielkiej Brytanii - czyli ponad
50 tysięcy oficerów - przeszła trening z zagadnień ogólnoeuropejskich.
Jak podaje grupa Open Europe, zwiększanie nacisku na współpracę i
współdzielenie się danymi wywiadowczymi oznacza, że europejskie siły
policyjne otrzymają dostęp do poufnych informacji znajdujących się w
posiadaniu brytyjskiej policji, włączając w to bazy danych DNA.
Oczekuje się także, że liczba brytyjskich obywateli wydanych w ramach
ekstradycji w wyniku kontrowersyjnego europejskiego nakazu aresztowania
potroi się.
Stephen Booth, analityk organizacji Open Europe, który pomagał w
stworzeniu akt na temat planów europejskiego wymiaru sprawiedliwości
powiedział, że rozwój i projekty takie jak Projekt Indect brzmią
Orwellowsko i wywołują poważne pytania na temat wolności jednostki.
"W mojej książce, to całkiem
przerażające rzeczy. Te projekty związane byłyby z ogromnym naruszeniem
prywatności, a obywatele muszą zadać sobie pytanie, czy UE powinna
wydawać ich podatki na takie rzeczy" - powiedział.
"UE brakuje wystarczających
możliwości kontroli oraz wyważenia, i nie ma dowodów, że ktokolwiek
kiedykolwiek zadał pytanie "czy leży to w najlepszym interesie naszych
obywateli?""
Panna Chakrabarti twierdzi, że: "inwigilacja
całej populacji zamiast monitorowania podejrzanej jednostki jest
mrocznym krokiem w każdym społeczeństwie.
Jest to już wystarczająco niebezpieczne na poziomie narodowym, jednak
na skalę ogólnoeuropejska mrozi krew w żyłach."
Według oficjalnej strony internetowej Projektu Indect, jego głównym
celem jest m.in. "stworzenie
platformy do rejestracji i wymiany danych operacyjnych, pobierania
zawartości multimedialnych, inteligentne przetwarzanie wszystkich
informacji i automatyczne wykrywanie zagrożeń oraz rozpoznawanie
anormalnych zachowań lub przemocy".
Na stronie mówi się o "konstrukcji
czynników przypisanych do nieustanego i automatycznego monitoringu
publicznych źródeł takich jak: strony internetowe, fora dyskusyjne,
grupy usenet, serwery plików, sieci p2p a także osobiste systemy
komputerowe, budowa opartego na internecie systemu gromadzenia danych
wywiadowczych, który byłby jednocześnie aktywny i pasywny".
Strona internetowa departamentu nauk komputerowych na uniwersytecie w
York wyszczególnia, że jego zadanie będzie rozwijać "obliczeniowe techniki lingwistyczne
gromadzenia informacji i nauki z sieci.
Skupiamy się nad nowymi technikami indukcji znaczenia słów, rozwiązania
tożsamości, wydobywania związków, analizy powiązań socjalnych oraz
analizy uczucia."
Inny projekt fundowany przez Unię Europejską nazywa się "Adabts -
Automatic Detection of Abnormal Behaviour and Threats in crowded
Spaces", co można przetłumaczyć jako "Automatyczne Wykrywanie
Anormalnych Zachowań i Zagrożeń w zatłoczonych Miejscach" - otrzymał
prawie 3 miliony funtów. Projektem zajmują się Szwedzi, lecz wśród
partnerów projektu znaleźć można brytyjskie Ministerstwo Spraw
Wewnętrznych oraz firmę BAE Systems.
Naukowcy starają się stworzyć model "podejrzanego
zachowania", by mógł być on automatycznie wykryty przy pomocy
kamer monitoringu oraz innych metod inwigilacji. System analizowałby
ton ludzkiego głosu, mowę ciała i śledził jednostki w tłumie.
Koordynator projektu, Dr Jorgen Ahlberg ze Szwedzkiej Agencji Badań
Obronnych powiedział, że pomaga to operatorom kamer monitoringu w
zauważeniu, że zaczynają się kłopoty.
"Ludzie zazwyczaj nie zaczynają się
bić z sekundy na sekundę" - mówi.
"Zaczynają najpierw się sprzeczać i
wzajemnie popychać. Nie chodzi o to, że "och, popychacie się,
powinniście zostać aresztowani", lecz o to, by zaalarmować operatora,
że coś się dzieje.
Jeśli byłoby to w centrum handlowym, to można by wysłać ochronę w
miejsce sprzeczki i być może zapobiec bójce."
Organizacja Open Europe wierzy, że dane wywiadowcze zebrane przez
Indect oraz inne tego typu systemy może być używana przez mało znany
oddział - "EU's Joint Situation Centre" co przetłumaczylibyśmy jako
Wspólne Centrum Sytuacyjne Unii Europejskiej, w skrócie SitCen, które
jak się uważa jest "faktycznie
zaczątkiem europejskich tajnych służb".
Krytycy twierdzą, że może się ono przeistoczyć w "europejskie CIA".
Akta mówią: "SinCen zostało
stworzone w calu monitorowania oraz oceny światowych wydarzeń i
sytuacji 24 godziny na dobę ze szczególnym uwzględnieniem regionów
potencjalnie kryzysowych, terroryzmu oraz rozprzestrzeniania się broni
masowego rażenia.
Jednakże od 2005 roku SitCen używany był do dzielenia się informacjami
antyterrorystycznymi.
Rosnąca rola SitCent powinna wzbudzać obawy, ponieważ ciało to spowite
jest dużą tajemnicą.
Rozszerzenie tego, co faktycznie jest zaczątkiem tajnych służb Unii
Europejskiej powoduje podniesie w krajach członkowskich podstawowych
kwestii na temat politycznej kontroli."
Nadinspektor Gerry Murray z Służb Policji Irlandii Północnej
powiedział, że główną rolą służb policyjnych byłoby testowanie, czy
system, który jak mówi, może pracować w skali krajowej lub w skali
ogólnoeuropejskie, byłby wartym uwagi narzędziem dla policji.
"To wszystko jest obecnie bardzo
naukowo-teoretyczne. Nasz budżet się kurczy, kurczą się nasze zasoby
ludzkie, a my zwracamy się w stronę technologii informatycznej, która
pozwoliłaby nam w ciągu pięciu lat zredukować przestępczość i pomogła w
walce z gangami." - mówi.
"W ramach Projektu Indect, istnieje
etyczna komisja, który przygląda się: czy jest to dozwolone w ramach
prawa, które może użyć tej technologii i ją kontrolować, i czy jest to
zgodne z prawami człowieka"
No kur... ka wodna, jaka ulga!
Gdyby nie ta komisja, to chyba byśmy się czuli, jakby wokół nas działo
się coś niedobrego. Coś bardzo niedobrego.
Czy Państwo też doznali takiego wrażenia czytając ten artykuł?
Nie, nie mówimy tu nawet o opisanych w artykule komputerowych
projektach, bo nie takie programy pisują studenci informatyki w
różnych zakątkach świata.
Po co Wspólnotom Europejskim takie technologie?
Żeby walczyć z gangami? W internecie i w zatłoczonych miejscach?
Przecież to niedorzeczne.
Ale zauważmy tu rzecz najważniejszą, którą nasze umysły dość skrzętnie
odpychają, bo nie jesteśmy jeszcze przyzwyczajeni do myślenia w takim
wymiarze.
Otóż artykuł nie mówi tutaj o działaniach brytyjskiej, irlandzkiej czy
niemieckiej policji. Artykuł mówi o działaniach policji w Europie.
Widzą Państwo niecodzienną zmianę perspektywy?
Zazwyczaj w znajdowanych przez nas artykułach mówi się o siłach policji
z danego kraju.
Tutaj mowa o działaniach na skalę Europejską.
Czy którykolwiek z miłośników, fanów i obrońców Traktatu Lizbońskiego
potrafi powiedzieć nam, po co Unii Handlowej (bo przecież Unia nie
stanie się ich zdaniem superpaństwem), zawartej pomiędzy kilkunastoma
państwami, że wydaje na nie nasze miliony funtów na programy
komputerowe do śledzenia nas i naszych zachowań w internecie i
rzeczywistości tej prawdziwej?
Po co Unii handlowej jej własne siły policyjne? Nie wystarczą działania
i współpraca policji z krajów członkowskich?
Do czego będą służyły Unii handlowej jej własne tajne służby?
I wiedzą Państwo co?
Otóż, tu właściwie nam się włos zjeżył na głowach, bo my tu sobie
wypisujemy jeszcze całkiem niedawno na blogu o jakimś tam Traktacie
Lizbońskim, pułapkach w nim zawartych itd., a to wszystko w sumie to
wielka ściema i mało istotne sprawy.
Przepraszamy, że zajęliśmy Państwu czas.
Traktat to zasłona dymna dla naiwnych.
Drogi czytelniku, niezależnie od wszelkich wyborów, referendów i tzw.
woli ogółu, ludzie stojący za realizacją projektu o nazwie Zjednoczone
Stany Europy forsują jego realizację.
Świadczy o tym choćby rosnące znaczenie takich agencyjek jak SitCen.
Może dziennikarz kłamał i znaczenie SitCen wcale nie rośnie?
Sprawdźmy. Jak można przeczytać w piśmie przewodnim dotyczącym Rady Europejskiej w
Brukseli, z dnia 16-17 grudnia 2004 r. - konkluzje Prezydencji, w
którym Rada Europejska (strona 10, punkt 28) "z zadowoleniem przyjęła zweryfikowany
plan działań UE... w sprawie zwalczania terroryzmu..."
SitCen pierwotnie miało: (dalej - strona 11) "... przedstawiać Radzie analizy
strategiczne dotyczące zagrożeń na podstawie informacji wywiadowczych
służb krajowych"
Powyższe pismo, to jedno z nie tak znowu wielu, jak na internet,
tekstów z informacją o SitCen.
W Polsce np. raz wymienia tę nazwę Dyrektor Departamentu Unii
Europejskiej i Współpracy Międzynarodowej w Ministerstwie Spraw
Wewnętrznych i Administracji Małgorzata Kutyła, w dniu 16 lutego 2006
podczas obrad Komisji Spraw Unii Europejskiej, co znaleźliśmy w
nieautoryzowanym stenogramie. Chodziło pokrótce o projekt stanowiska
rządu w sprawie "przekazywania
informacji pochodzących z działalności służb bezpieczeństwa i wywiadu w
zakresie przestępstw terrorystycznych."
Pani dyrektor wymienia SitCen jako centrum, które istnieje w Unii
Europejskiej funkcjonując przy Sekretariacie Generalnym Rady Unii,
które "przygotowuje różnego rodzaju
analizy dotyczące zagrożeń w zakresie walki z terroryzmem".
To był rok 2006.
Więcej o SitCen można było dowiedzieć się od posłów parlamentu, tylko
niestety, brytyjskiego.
Niejaki John Jayes poprosił brytyjskiego Sekretarza Stanu Departamentu
Spraw Wewnętrznych, by napisał oświadczenie na temat roli, jaką SitCen
pełni w Unii Europejskiej. Było to 27 czerwca 2005 roku. Sekretarz nie
miał wyjścia, odpowiedzieć musiał. I bardzo dobrze, bo nie
uwierzą Państwo, ale większość wiedzy na temat SitCen bierze się
właśnie z tego jednego, jedynego oświadczenia brytyjskiego polityka.
Nawet cytowany artykuł, a także wypowiedzi członków organizacji Open
Europe cytują z z oświadczenia Sekretarza Charles'a Clarke'a:
"SitCen" monitoruje i poddaje ocenie
wydarzenia i ogólnoświatowe sytuacje 24 godziny na dobę, ze szczególnym
uwzględnieniem regionów potencjalnie kryzysowych, terroryzmu oraz
rozprzestrzeniania się broni masowego rażenia. SitCen zapewnia także
pomoc dla Wysokich Reprezentantów UE, Specjalnych Reprezentantów oraz
innych starszych oficjeli, a także pomoc operacjom zarządzania
kryzysowego UE.
SitCen podzielony jest na trzy
jednostki: Civilian intelligence Cell (CIC) - Cywilną Komórkę
Wywiadowczą, w skład której wchodzą analitycy wywiadu cywilnego
pracujący nad wydarzeniami politycznymi i antyterrorystycznymi; General
Operations Unit (GOU) - Naczelną Jednostę Operacyjną, zapewniającą
całodobową pomoc operacyjną, badawczą oraz analizę niewywiadowczą;
Communications Unit - Jednostkę Komunikacyjną, która zajmuje się
sprawami bezpieczeństwa komunikacji i działaniami centrum
komunikacyjnego Rady (ComCen).
Stworzenie możliwości analizy
antyterrorystycznej w ramach CIC, które aktywowano 1 lutego 2005 roku,
było głównym aspektem rozwoju SitCen od czasu ataków 11 marca w
Madrycie..."
A jak sprawy mają się dziś?
Nie wiedzielibyśmy, bo rzeczywiście w temacie SitCen wszystko jakoś się
utajnia i staje niejawne, gdyby nie całkiem świeży tekst na stronie
należącej do jednej z firm należących do globalnej korporacji IHS
Global Limited, która zajmuje się takimi dziedzinami jak energia,
środowisko i bezpieczeństwo.
Na stronie Jane's Information Group, należącej do IHS firmy
wydawniczej, specjalizującej się w tematyce militarnej, czytamy taki oto artykuł z 24 sierpnia tego roku.:
"William
Shapcott - dyrektor SitCen Unii Europejskiej.
Obecnie składający się z ponad 100
pracowników (w większości są oni stałymi urzędnikami UE posiadającymi
zezwolenia kontroli bezpieczeństwa o wysokim poziomie) SitCen przestał
już pełnić swą pierwotną rolę przekazywania informacji wywiadowczych o
obcych wydarzeniach politycznych, poszerzając swoją pracę o
anty-terroryzm, przeciwdziałanie rozprzestrzenianiu się broni masowego
rażenia oraz wspomaganie misji.
William Shapcott, były dyplomata w
brytyjskim biurze Spraw Zagranicznych, powiedział: "Nasza praca to
osiągnięcie wysokiego poziomu powszechnego zrozumienia tematu w całej
Unii Europejskiej, używając najlepszej, dostępnej nam, opartej na
wywiadzie, analizy. W temacie anty-terroryzmu, wiele krajów
członkowskich nie ucierpiało nigdy z powodu ataków, więc naszą rolą
jest przekazanie wiedzy innym"
Potwierdza to niestety obawy organizacji Open Europe oraz krytyków
SitCen, że tajna i niejawna działalność rozwija się, przekształcając
zwykłe centrum przekazywania informacji w rodzaj wywiadowczej agencji.
A teraz ważne naszym zdaniem pytanie.
Czyż robiliby to nie mając pewności, że w przymusowym procesie
jednoczenia Europy pod ich dyktatem, wszystko pójdzie po ich myśli? Czy
nie oznacza to, że wszystkie te referenda to jedynie zabawa? Zabawa w
kotka i myszkę, która wiadomo jak musi się skończyć.
Może mamy dziś zły dzień i nieuzasadnione czarne myśli kłębią się ponad
naszymi głowami, ale wydaje nam się, że powstanie superpaństwa
europejskiego jest w sumie nieuchronne. Nawet jeśli Irlandia zagłosuje
na Nie, nawet jeśli nie uda im się sfałszować tam referendum, to dziś
wydaje nam się, że cwaniacy pokroju Borroso jakoś to obejdą i Super
Europa, z jej własną flagą, hymnem, policją, wojskiem i CIA, które już
przecież istnieją, nabierze mocy prawnej wprost przed naszymi oczyma.
Tu i teraz.
Ktoś powie, że Siły zbrojne Europy nie istnieją i dobiero zapisane są w
traktacie itd..
No cóż, może cały ten Europrzekręt polega na tym, że najpierw robią
swoje, a później coś tam niby poddają pod jakieś głosowania
parlamentów, ogłaszają referenda czy inne przedstawienia, a w cieniu
dalej robią swoje.
Wystarczy zajrzeć nawet do wikipedii, gdzie niestety polska notka na temat Europejskich Sił Zbrojnych
jest niezmiernie enigmatyczna. Angielska za to zawiera
konkretne informacje. Można także gdziekolwiek indziej poszukać,
czym jest EUFOR. Jeśli ktoś nie wierzy wikipedii i czytanym tekstom, to
na stronie Instytutu Spraw międzynarodowych i Europejskich może zobaczyć filmik z wypowiedziami nt. działań
EUFOR.
Nie będziemy przedłużać tego wpisu, bo albo Państwu, albo nam puszczą
nerwy, a to odbiera możliwość obiektywnej oceny.
Pozostawimy więc Państwa sam na sam z informacjami.
Żródła informacji (w języku angielskim):
Artykuł o śledzeniu w internecie i na ulicy w
brytyjskim Telegraph.
piśmo przewodnie dotyczące Rady Europejskiej w
Bukseli z 2004 roku.
stenogran z obrad Komisji Spraw Unii Europejskiej
w 2006 roku.
brytyjski Sekretarza Stanu Departamentu Spraw
Wewnętrznych odpowiada na temat SitCen.
William
Shapcott, dyrektor SitCen Unii Europejskiej - strona Jane's Information Group
EUFOR - na wikipedia po polsku, i znacznie więcej po angielsku
EUFOR na stronie Instytutu Spraw międzynarodowych
i Europejskich.
Ponieważ wiemy, że część ludzi zniechęca się
stając przed perspektywą przeczytania dłuższego tekstu, dlatego
poszerzyliśmy kolumnę z wpisami, co optycznie blog trochę skróci i
zmniejszy potrzebę przewijania strony.
Szerokość przystosowana jest do rozdzielczości 1024x768 i wyższej. Przepraszamy użytkowników przeglądających internet w mniejszej
rozdzielczości, sami od czasu do czasu do nich należymy, ale lewa
kolumna z tekstami nadal mieści się w rozdzielczości 800x600,
więc zmiany nie powinnoy zbytnio przeszkadzać w lekturze.
Dodatkowo, ometkowaliśmy (otagowaliśmy) wszystkie 127 artykułów, które
napisaliśmy od początku prowadzenia tej strony, co pozwoli w nowo
umieszczonej "chmurze tagów" w prawej kolumnie, łatwiej znaleźć wpis na
temat któregoś z wyszczególnionych zagadnień.
Zamieściliśmy również odnośniki miejsc w internecie, z których
korzystamy. Na serwisach twitter i blop można śledzić wiadomości z
polskiej prasy, które pojawiają się także tutaj w dziale "orwellizacja w kraju i na świecie". Odnośnik youtube to kanał wideo z filmami, które wykorzystujemy w tekstach na blogu.
Mamy nadzieję, że po tych zmianach blog będzie bardziej czytelny, a
zamieszczane na nim informacje łatwiejsze do pozyskania.
Wszelkie uwagi na temat zmian, są mile widziane w
komentarzach.
Globalnym
ociepleniem straszy się ludzkość od kilkudziesięciu lat. Niestety, w
ostatnim dwudziestoleciu temat ten, tak jak i kilka innych tematów
mających na celu wywołanie strachu i poczucia niepewności, jest bardzo nagłaśniany i popularyzowany medialną propagandą, sponsorowaną
przez osoby i instytucje, których żywotne interesy zależą zapewne od
olbrzymiej, światowej, urzędniczej machiny uruchomionej specjalnie w
celu walki z tym, nie spowodowanym lecz wymyślonym przez człowieka,
"problemem".
Niedawno na łamach brytyjskiego "Telegraph" opublikowano krótki artykuł.
Czytamy w nim, że zgodnie z badaniami London School of Economics,
antykoncepcja jest prawie pięć razy tańsza, jako środek zapobiegający
zmianom klimatu, niż konwencjonalne tzw. zielone technologie.
Każde 4 funty brytyjskie wydane na planowanie rodziny w ciągu
następnych czterech dekad zredukowałyby globalną emisję CO2 o ponad
tonę, gdy tymczasem należałoby wydać 19 funtów brytyjskich na zielone
technologie, by uzyskać taki sam rezultat.
Raport noszący tytuł "Mniej
emitujących, mniej emisji, niższy koszt”
stwierdza, że planowanie rodziny powinno być postrzegane jako jedna z
głównych metod redukcji emisji CO2. Organizacja Narodów Zjednoczonych
zakłada, że 40% wszystkich ciąż na świecie jest nieplanowanych.
Jeśliby sprostać podstawowym potrzebom planowania rodziny, oszczędzono
by 34 miliardy ton CO2. Jest to równowartość sześciokrotnej emisji USA
i prawie sześćdziesięciokrotnej rocznej emisji Wielkiej Brytanii.
Roger Martin, przewodniczący Organizacji "Optimum Population Trust"
działającej w ramach London School of Economics, powiedział: "Od zawsze
wiadomo było, że całościowa emisja zależy od ilości tych, którzy
emitują oraz ich indywidualnej emisji. Tonażu węgla nie da się
zmniejszyć kiedy zwiększa się populacja."
Dane Organizacji Narodów Zjednoczonych sugerują, że osiągnięcie tych
nieosiągniętych potrzeb dotyczących planowania rodziny wymagałoby
zredukowania nieplanowanych urodzin o 72%, redukując spodziewaną na rok
2050 populację świata o pół miliarda do 8.64 miliardów.
Wyniki badań zostały opublikowane w dniu, w którym doradca brytyjskiego
rządu do spraw zmian klimatu, brytyjska Komisja do spraw Zmian Klimatu
ostrzegały domostwa i przemysł, że planowana 80% redukcja emisji
prawdopodobnie okaże się niewystarczająca.
Krótki artykuł, lecz jakże wymowny, prawda?
Dotarliśmy do oryginału raportu, który można pobrać w formacie pdf tutaj.
Osoby niezorientowane powinny wiedzieć, że za ładnie brzmiącym
eufemizmem "planowanie rodziny", kryje się tak naprawdę nie tylko
seksualna abstynencja, używanie pigułek, prezerwatyw i innych środków
antykoncepcyjnych, ale wymieniane także w raporcie sterylizacja oraz
aborcja (kolejny eufemizm).
Nie wiemy jaką uczelnią jest London School of Economics, w ramach
której takiego rodzaju raporty sponsoruje organizacja Optimum
Population Trust, jednak czytając wypowiedź Pana Rogera Martin'a, mamy
wrażenie, że z poziomem uczelni nie jest najlepiej. Trochę już
przyzwyczajamy się, że dziś na uczelniach wyższych granty na wieleset
tysięcy dolarów dostają "naukowcy", którzy miesiącami wnikliwie badają
zależność między prędkością wyciekania ketchupu z butelki a jego
gęstością. Mimo wszystko każdy kolejny przykład takich naukowych
działań potrafi nas zadziwić.
"Od zawsze wiadomo było, że
całościowa emisja zależy od ilości tych
którzy emitują oraz ich indywidualnej emisji."
Zapierające dech w piersiach! "Od
zawsze wiadomo"... a później tak
proste wskazanie przyczyn problemu. Genialne! Ciekawe ile kosztowało
stworzenie tego raportu.
Naprawdę cieszymy się , że London School of Economics (LSE) nie
obarczono zadaniem walki z wypadkowością na drogach naszego świecie.
Dlaczego?
Bo zgodnie z logiką i pomysłowością umysłów przygotowujących raporty w
LSE, by zmniejszyć ilość wypadków na drogach, należałoby do roku 2050
zezłomować 70% wszystkich sprawnych samochodów na świecie.
A najlepiej wszystkie, wtedy sukces byłby murowany.
Tak na poważnie, to co tu dużo pisać, banda idiotów z dyplomami, która
w kosztownych raportach wypisuje rzeczy oczywiste, posługując się w tym
wszystkim pokrętną logiką.
Gdyby mogli, wytłukliby nas wszystkich tylko po to, by wyeliminować
"emitery" CO2.
My mamy dla nich złą wiadomość.
Często słyszy się z ust tzw. ekologów o tragicznej i alarmującej
sytuacji lodowców, topniejących śniegach i masowym kataklizmie, który
spotka ludzkość, gdy owe lody stopnieją i powstała z nich woda zaleje
zamieszkałe kontynenty.
Nie każdy wie, ale arktyczna pokrywa śnieżna, satelitarnie monitorowana
jest jedynie od 1979 roku. Przyznają Państwo, że jest to drobny ułamek
czasu jak na badania zjawisk w skali globu.
Oczywiście nie jesteśmy pracownikami żadnego Narodowego Centrum do
badań nad lodem i śniegiem, jednak wydaje nam się, że przy tak znikomej
(w skali zjawiska zmian klimatu) ilości danych, ze 100% pewnością można
jedynie stwierdzić, że pokrywa śnieżna ma zmienną naturę w czasie, tzn.
jej wielkość nie jest stała.
Jeśli jednak ktoś sieje panikę wykrzykując, że człowiek powoduje
globalne ocieplenie, za które trzeba mu nałożyć podatek od CO2, bo
pokrywa śnieżna się topi, to można oczywiście użyć jego własnej broni,
by wykazać, że nie ma on racji, a podatek od emisji CO2 jest jedynie
próbą odebrania ludziom ich pieniędzy, zarobionych ciężką pracą.
Kilka dni temu National Snow and Ice Data Center (NSIDC, co można
przetłumaczyć jako Narodowe Centrum danych na temat Śniegu i Lodu -
rządowa instytucja Amerykańska), które przy częściowej współpracy z
NASA zajmuje się obserwacją i archiwizacją danych na temat pokrytych
śniegiem arktycznych regionów, ogłosiło
ostatnie wyniki pomiarów.
Wyniki pokazują, że: "Tego roku
minimalny zakres pokrywy śnieżnej i
lodu nie opadł aż tak nisko jak minima z ostatnich dwóch lat, ponieważ
temperatury w ciągu lata były relatywnie niższe."
Zawsze wydawało nam się, że ocieplenie oznaczało, iż robi się cieplej,
a już szczególnie jeśli wywoływałaby je jakaś ciągła działalność
człowieka (np. emisja CO2), wzrost temperatur powinien wykazywać
podobną tendencję.
Jednak głoszenie tak niepopranych twierdzeń w świecie naukowym może
dziś pozbawić naukowca nie tylko kolegów, ale i cennych środków na
kontynuację badań, zobaczmy więc jak sprawnie z interpretacją danych, o
ochłodzeniu klimatu w ciągu ostatnich dwóch lat, radzą sobie naukowcy z
NSIDC: "Gdy minimalny zakres tegorocznej
pokrywy śnieżnej jest większy niż w
ciągu ostatnich dwóch lat, to jednak naukowcy nie biorą tego pod uwagę
jako oznaki powiększania się pokrywy śnieżnej." I tu wykazują,
że
obecne wyniki i tak są o 24% poniżej średniego wyniku z lat 1979-2009.
Oczywiście naukowcy mają prawo tak sobie interpretować odczytane
wyniki, jednak kiedy zaczynamy podawać dane w uśrednieniach, to
wchodzimy w dziedzinę bardziej statystyki niż badań na konkretnych
wartościach.
Bo statystyka to taka specyficzna dziedzina, w której realiach człowiek
i jego pies mają statystyczne po 3 nogi.
O ile statystyka pozwala spojrzeć na pewne mechanizmy ze specyficznego
punktu widzenia, o tyle w badaniach dotyczących realnych zjawisk, gdzie
liczą się konkretne wyniki, może następować istotna rozbieżność między
wynikami statystycznymi a rzeczywistością. Ale, może porównywanie
statystycznych wyników z obecnymi odczytami ma dla nich jakiś sens.
Mają do tego oczywiście prawo.
Zastanawia nas jedynie, czy naukowcy uzgodnili już jaki będzie musiał
być przyrost i przez ile lat powinien on następować, by uznali oni
powiększanie się pokrywy śnieżnej za oznakę jej powiększania się.
Tak czy inaczej, dla tych, którzy nadal czują przerażenie, że ich
miasta zostaną zalane falami wzbierającego Bałtyku informacja o
przyroście obszarów lodowca, które nie zostały uznane za przyrost
lodowca powinny być raczej wiadomością dobrą.
Dodatkowo, o czym straszący ekolodzy nie wspominają, warto pamiętać, iż
z fizyki wiadomo, że woda w postaci ciała stałego zajmuje 9% więcej
objętości niż woda w stanie ciekłym o tej samej masie. Po zmianie stanu
skupienia na ciekły, lodowce będą zajmowały 9% mniej objętości. To
także powinno być pocieszające dla mieszkańców nadbałtyckich miast i
wsi.
Wiemy, że pasożytom żerującym na micie, iż to człowiek powoduje
globalne ocieplenie, trudno jest przyznać , że ludzka emisja gazów
cieplarnianych wywiera pomijalny w kontekście ocieplenia globu efekt na funkcjonowanie środowiska, a
zmiany klimatyczne wywołują zjawiska niezależne od ludzkiej
działalności np. cykle aktywności słonecznej.
Jedną z czołowych osób forsujących dziś na świecie pomysły o
katastroficznych skutkach działalności człowieka i wiązania z nią
zjawiska zwanego globalnym ociepleniem jest amerykański polityk i
naukowiec Al Gore.
Za propagowanie takiej teorii (tak, wbrew wszelkim informacjom w
mediach, globalne ocieplenie to jedynie teoria), otrzymał On wiele
wyróżnień i nagród, w tym Nagrodę Nobla.
Znaleźliśmy i przetłumaczyliśmy dla Państwa ciekawy materiał z
amerykańskiej telewizji na temat Rogera Revelle'a, naukowca, którego
Gore spotkał na studiach, a który "zaraził" go tematem globalnego
ocieplenia. Krótki reportaż nadany na żywo w KUSI NEWS z San Diego,
wyjaśnia skąd wzięły się obecne zainteresowania Al'a Gore'a. Materiał
przygotował dziennikarz a zarazem meteorolog, zaangażowany w ukawnianie
prawdy o globalnym ociepleniu, John Coleman:
Na koniec napiszemy tylko, że kilka dni temu Chińska Sieć Edukacyjna i
Naukowa opublikowała artykuł w którym znajduje się
informacja, że chińscy naukowcy nie
znaleźli dowodów na to, że człowiek odpowiedzialny
jest za ocieplanie się klimatu.
Jest to szczególnie ważne, ponieważ dotychczas Chiny cały czas ulegały
presji walki z emisją CO2. W artykule m.in. autor krytykuje postawę
krajów rozwiniętych, że forsują limity i restrykcje emisji wobec krajów
rozwijających się, samemu nie stosując się do takich wymogów.
W artykule autor cytuje pracę pt.:“2050 Atmospheric CO2 Concentration
Control: Emission Rights Calculation for Each Country” (Rok 2050,
Kontrola Atmosferycznej Koncentracji CO2: Kalkulacja Praw Emisyjnych
Dla Każdego z Krajów) akademika i wiceprezydenta Naukowej Akademii
Chin, Ding Zhongli'a.
W artykule padają następujące słowa: "IPCC
szacuje, że wzrost temperatury o 2,5 C z powodu zwiększenia emisji
CO2 jest średnią wartością otrzymaną przez niektórych z meteorologów
poprzez wielokrotne kalkulacje na modelu. Raport Ding'a odkrywa, że nie
istnieją solidne naukowe podstawy by ściśle łączyć ze sobą globalny
wzrost temperatury z koncentracją CO2. Niektórzy geologowie wierzą, że
globalna temperatura związana jest z aktywnością słoneczną oraz epokami
lodowcowymi. Do dziś dnia ani jeden naukowiec nie odkrył jakie są
proporcje wagowe każdego z czynników w stosunku do zmian globalnej
temperatury.
Jednak
masowa propaganda, że "ludzka działalność powoduje wzrost
globalnej temperatury" została w niektórych krajach zaakceptowana przez
większość społeczeństwa a temat stała się zagadnieniem natury
politycznej i dyplomatycznej."
I na tym zakończymy dzisiejszy wpis. Przecież miliard Chińczyków nie
może się mylić.
Żródła informacji (w języku angielskim):
Telegraph - planowanie rodziny zaradzi globalnemu
ociepleniu.
Dodatkowo:
Raport - oryginał w formacie PDF (jezyk angielski).
NSIDC - wyniki z roku 2009 (jezyk angielski).
Chińska Sieć Edukacyjna i Naukowa - chińscy naukowcy o globalnym
ociepleniu (język chiński).
